piątek, 19 lutego 2016

Ogłoszenie :)

   Chciałabym poinformować i poprosić o parę spraw czytelników mojego bloga - mam nadzieję, że jesteście :)
Po pierwsze: postaram się umieszczać około 3 notek miesięcznie, z częstotliwością zapewne różną niż jedna na tydzień, ale liczę na zrozumienie - mam sporo nauki, której zwykłam poświęcać więcej czasu niż czemukolwiek innemu :D
Po drugie: przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy, które czasem wkradają się do notek i mogą budzić niesmak. Większość postów wstawiam w środku nocy (które z natury prawie zawsze zarywam) i choć staram się korygować głównie spowodowane zmęczeniem pomyłki, nie zawsze je wszystkie wychwycę :)
Po trzecie: Bardzo, ale to bardzo proszę o komentarze, opinie, pytania :))) Sygnał, że ,,jestem czytana", nawet taki zawierający negatywne uwagi :) jestem otwarta na krytykę i chcę cały czas ulepszać swój styl pisania :) W tym podpunkcie muszę i chcę oczywiście ukłonić się w stronę osoby, która wstawiła pierwszy komentarz - DZIĘKUJĘ BARDZO JESZCZE RAZ :)
   Pozdrawiam serdecznie :)

7. Lód i Ogień

   Życie w tej szkole robi się coraz bardziej nieznośne... Gryfoni wygrali, wow i hura hura. Niech jeszcze jej powiedzą kiedy ma wyjść z siebie z wrażenia i zacząć klaskać uszami. Zupełna strata czasu i energii ten cały sport. Ludzie głupieją, angażują się i zachowują na trybunach jak banda...
   Określenie, którego użyła dalej w swoich rozmyślaniach Corinne było bardziej niż nieprzychylne. Krukonka szła korytarzem krokiem spokojnym i dostojnym, a uczniowie schodzili jej z drogi albo z daleka ją poznając albo z powodu jej naburmuszonej miny i zimnego spojrzenia. Nazywali ją Królową Śniegu, a ona doskonale o tym wiedziała. Co więcej - lubiła to i starała się ową opinię podtrzymywać. Wbrew temu na co miała nadzieję, przekonanie wszystkich życzliwych, że nie potrzebuje ani nie chcę towarzystwa lub kurtuazyjnych grzeczności zajęło jej sporo czasu. Przez dłuższy czas polegało to głównie na powtarzaniu z uporem maniaka tych samych, maksymalnie odpychających odpowiedzi na wszelkie kierowane w jej stronę zaczepki. Nigdy tego nie rozumiała. Dlaczego ludzie starają się być ,,towarzyscy" lub ,,koleżeńscy"? Czy naprawdę uważają, że wyjdą na mniejsze buce, jeśli będą zagadywać z otwartością (dla niej równą chorobie psychicznej) do wszystkich osób, które im wejdą w drogę lub przez zrządzenie losu trafią do tej samej klasy?     Oczywiście, sztuczne relacje powstałe przez dziwną presję społeczną i grzeczność były o niebo lepszą opcją. - pomyślała z ironią.
   Westchnęła i przewróciła oczami. Jej podejście do kontaktów z ludźmi było specyficzne i ona zdawała sobie z tego doskonale sprawę. Ale co było dziwnego w tym, że w pierwszej kolejności obserwowała oraz analizowała zachowanie osób wokół siebie i dopiero wtedy wybierała sobie ewentualnie spośród nich przyjaciół. Tylko zazwyczaj po spławieniu i opryskliwości w pierwszych kontaktach nie było co liczyć na zawarcie znajomości po upływie jakiegoś czasu. Może i to było przykre, ale Corinne nie zdarzyło się jeszcze żałować tego, że mur wokół niej był tak wysoki, gruby i nieprzystępny. Ceniła sobie szczerość i brak sztuczności w kontaktach. Lubiła ludzi trzymających się na uboczu i spokojnych. Takich co nie pletli jęzorami byle pleść, a jak się odzywali to z sensem i udowadniając dużą ilość punktów IQ. Samą siebie za taką uważała i może dlatego ludzie należący do tej kategorii mieli u niej wyjątkowo wysokie względy.
   Jak na przykład Remus Lupin. Przyjrzała się mu pierwszy raz w czwartej klasie. Całkowitym przypadkiem zajęła w bibliotece miejsce, w którym sprytnie zakamuflowana mogła podsłuchiwać znajdujących się za ogromną półką z książkami Huncwotów. Knuli, czyli oddawali się jednemu ze swoich ulubionych zajęć, a ona mimowolnie wszystko słyszała. Nawet stosując się do praw obowiązujących w bibliotece byli głośni i zwracali na siebie uwagę jak nikt inny. Tyle, że Corinne nie obchodziła ich chęć bycia w centrum zainteresowania. Porzuciła swoje sprawy również nie dlatego, by mieć na nich hak. Bawienie się w przyłapywanie łobuzów nie było szczytem jej marzeń, dlatego z długiej rozmowy chłopaków wyłapywała zdania wypowiadane opanowanym, rzeczowym głosem. Potem... Cóż, zbliżyła się do jego właściciela i to z całą natarczywością na jaką było ją stać kiedy czegoś chciała i był zdeterminowana. Remus, wykazując tą narzuconą przez społeczeństwo uprzejmość okazywał jej zainteresowanie, które powoli przerodziło się w sympatię. Było to dla niego duże wyzwanie, bo Corinne nie mieściła się w żadnych kanonach jego dotychczasowych znajomych, ale ostatecznie dopuścił ją tak blisko, że zdoła go pocałować. Oczywiście zaraz po tym się zdystansował. Spodziewała się tego, poznała już jego wrażliwość i nieśmiałość, więc dała mu odetchnąć. W tym czasie, a były to akurat wakacje przeanalizowała ich znajomość, jej podstawy i możliwą przyszłość. Czy kochała Remusa Lupina? Nie. Nie sądziła, że obdarzy tym uczuciem jakiegokolwiek mężczyznę i było jej z tym dobrze. Czuła się silniejsza ze świadomością, że żaden nie będzie mógł jej zranić. I nie uważała, że zwodzi Lunatyka - swoją drogą, tragiczne przezwisko. W szkole nie było tajemnicą, że Remus niemal złożył śluby kawalerskie. Pierwszy argument, który przemawiał za ich znajomością. Ona też związku nie chciała. Poza tym umiała dedukować.    Najlepszymi przyjaciółmi Remusa byli prawie najwięksi ekstrawertycy w szkole. Gwiazdy, popularni i uwielbiani. Nie mógł bez nich żyć, byli nierozłączni. Corinne była kompletnym przeciwieństwem tego wszystkiego. Trzymała się na uboczu, nie wymagała żeby nad nią skakać, rozmowę w jej towarzystwie można było ograniczyć do zera. Lupin chciał takiego spędzania czasu, w takim akompaniamencie. A przynajmniej tak mu się zdawało. Chorował od dziecka i uważał się przez to za gorszego, a znalezienie sobie damskiego towarzystwa, które nie wymagało od niego emocjonalnego zaangażowania było świetnym azylem. Dziewczyna była dla niego możliwością jeszcze większej izolacji - przecież nikt nie będzie zaczepiał Królowej Śniegu ani ,,jej chłopaka". Za to ona oprócz miłego kompana zyskiwała coś jeszcze. Zagadkę. Już od dawna domyślała się jakiegoś drugiego dna w dolegliwościach Remusa, a będąc blisko chłopaka mogła łatwiej poznać tą skrzętnie skrywaną tajemnicę.
- ... Jules Justice, ścigającą Puchonów. Dajcie spokój, tak ją walnął tym tłuczkiem...
- Od razu straciła przytomność...
- ... Rozbiłaby się jak nic, gdyby nie Pattern...
   Trochę tą wymianę zdań rozproszyła nagła salwa śmiechu, którym wybuchła osoba najmniej do tego pasująca. Corinne niespodziewanie dostała informację, która niezwykle poprawiła jej nastrój i nie miała zamiaru hamować radości z powodu tych karcąco-oceniających spojrzeń.
   Jules Justice. Znokautowana. Cudownie.
   Corinne nie wiedziała dokładnie dlaczego, nawet mimo swoich chłodnych analiz, ale nie lubiła Jules i to praktycznie od pierwszego wejrzenia. Hufflepuff i Ravenclaw mieli wszystkie lekcje razem, więc dziewczyny poznały się już w pierwszej klasie. Ale zawarcie znajomości nie wyglądało tak, jak u ,,szarej masy". Jules wyszła poza schematy Corinne i tym ją z miejsca zaciekawiła. Sprawiała wrażenie obserwatorki, ale było to złudne wrażenie. Fakt, że podobnie jak Corinne do nikogo nie wyciągnęła ręki wynikał z przejęcia i stresu, a nie zaplanowanego dystansu. Później wyluzowana już Jules, gdy poczuła się w Hogwarcie jak w domu, pokazała swoje prawdziwe oblicze, które w opinii większości było od razu do pokochania. Krukonka tak nie uważała. Dla niej panna Justice była zbyt roześmiana, zbyt bezpośrednia, zbyt empatyczna. Zachowywała się czasem jak dziecko.    Podsumowując, nie zjednała sobie sympatii Corinne. Odwrotne było podejście Jules do Corinne i wszystkich innych ludzi. W przypadku Puchonki każda spotkana przez nią osoba dostawała od razu w pewnym sensie pulę 100 punktów i mogła albo je tracić, albo zyskiwać. A ta pierwsza opcja w przypadku kogoś tak bezkonfliktowego była trudna, choć Królowej Śniegu przez okazywanie jawnej niechęci udało się to całkiem szybko. Co poradzić, Corinne nie cierpiała tego chochlika, a kiedy dowiedziała się ze zaczął się on przyjaźnić z Syriuszem Blackiem stwierdziła, że trafił swój na swego. Black był dla niej osobą ciekawą, ale zbyt pewną siebie i swojej fantastyczności. Dlatego wolała się trzymać od niego z daleka.
   Niestety osoba, z którą szła się spotkać na błoniach, która z zapartym tchem śledziła wszystkie mecze Gryfonów od kiedy Syriusz trafił do drużyny miała zupełnie inne podejście do jego osoby. Nie podobało jej się to, ale nie miała zamiaru dłużej z ową dziewczyną dyskutować o rozbieżności poglądów na tej płaszczyźnie. W końcu choć zupełnie inna, Elinor była jej siostrą i tak naprawdę tylko jej jedynej w życiu ufała.


***

   Jego uśmiech, jego sylwetka, jego spryt, jego urok i nonszalancja... Ideał po prostu pod każdym względem. Na takiego chłopaka po prostu miło się patrzy.
   Elinor Durete oddając się tym rozmyślaniach i przywołując w myślach obrazy i akcje Syriusza z meczu (tak naprawdę tylko je pamiętała) rozsiadła się wygodnie przy sowiarni, w stałym dla siostrzanych spotkań miejscu. Jedyne co nie pozwalało się jej delektować dzisiejszym wygranym przez drużynę swojego obiektu westchnień meczem to końcowa akcja z panną Justice. Dziewczyna nie była bezimienną postacią już przed znajomością z Huncwotami. Swoim zawsze optymistycznym podejściem do życia i nieskończonymi pokładami pozytywnej energii była kojarzona prawie od zawsze. Ale dopiero po nawiązaniu nici porozumienia między nią a Łapą jej nazwisko stało się sławne. Elinor nie była zachwycona z tego, jak Syriusz się dziś przejął faulem na Jules, ale tłumaczyła to przyjacielskim oddaniem. Wybierając taki scenariusz mogła uspokoić swoją zazdrość i dać sobie kolejny powód do zachwytów nad tym, jaki Black jest niesamowity. Gdyby jednak dopuściłaby do siebie myśl, że między Jules a Syriuszem jest jakieś uczucie nie wywarłoby to na niej większego wrażenia. Była zbyt pewna swoich wdzięków by uznawać jakąkolwiek konkurencję.
   Elinor była średniego wzrostu dziewczyną o figurze modelki. Bardzo szczupła i drobna, ale do wyglądu wieszaka jeszcze trochę jej brakowało. Śliczna twarz z zawsze perfekcyjnym, choć subtelnym makijażem i długie, proste jak druty, sięgające do pasa, czarne włosy to były te cechy jej wyglądu, które od razu rzucały się w oczy i zawsze podobały się facetom. Oprócz atrakcyjnego wyglądu, była mistrzynią flirtu. Zupełnie inaczej niż jej siostra Corinne, ta Krukonka uwielbiała zawierać nowe znajomości i szaleć. Towarzystwo męskie natomiast, które lgnęło do niej namiętnie, podwyższało jej już dosyć wysokie mniemanie o sobie i bardzo schlebiało. Znała opinie siostry i jej teorię o sztucznej towarzyskości oraz fałszywych przyjaźniach. Nie była głupia, w końcu należała do Ravenclawu, dlatego wiedziała, że Corinne wnika w ludzkie usposobienie i kataloguje je wyjątkowo trafnie. Nie zamierzała jednak tak, jak ona rezygnować z życia w społeczeństwie. Twierdziła, że mając świadomość czego można się spodziewać po ludziach, może już spokojnie poświęcać im swój cenny czas. Była po tym względem wyrachowana, to prawda, ale dobrze jej z tym było.
   Bawiąc się swoimi pięknymi włosami wyglądała swojej Śnieżynki. Wolała tą bardziej delikatną wersję tytułu, który nadała Corinne społeczność szkolna. Ona również miała przydomek - Smoczyca. Nie widziała w nim nic złego i śmiała się kiedy ktoś ją tak nazwał w jej obecności. 
   Siostry Durete były osobliwościami. Ciekawy już był sam fakt, że były w tej samej klasie, a nie były bliźniaczkami. Corinne urodziła się w styczniu, a Elinor w grudniu 1960 roku. I właśnie dzięki temu dogadywały się wyśmienicie, a rozmawiać mogły godzinami, choć głównie wymieniając zdania i opinie, którymi w przeważającej części się różniły. Dziś również miało dojść do takiego rodzaju dyskusji, skoro jej tematem musiał być między innymi mecz quidditcha.
- Cześć Śnieżynko! - wykrzyknęła Elinor i zarzuciła siostrze ręce na szyje, nie reagując na fakt, że jak zwykle nie dostała przytulenia zwrotnego.
- Cześć, cześć. - poklepała Elinor po plecach, co była jak na nią i tak niezwykle wylewne. - Miejmy to już za sobą. Jak tam mecz?
- Znam Cię siostrzyczko. Wiem, że odwlekałabyś to pytanie, gdyby nie fakt, że zapewne doszły Cię już słuchy o wypadku panny Justice.
   Usiadły obie po turecku na uprzednio magicznie wysuszonej trawie. Corinne się uśmiechnęła półgębkiem.
- Powiedzmy, że masz rację. Dużo straciłam?
- Straciłaś? Ty psychopatko. - powiedziała, udając oburzenie, bo wiedziała, że choć jej siostra mało kogo lubi, nikomu źle nie życzy. - Było trochę adrenaliny. I nerwów. - po czym dodała znacznie ciszej. - I troskliwych spojrzeń Syriusza.
- Jesteś niemożliwa. Chyba pierwszy raz w życiu tak się przejmujesz jakimś facetem.
- Bo ten jest wyjątkowy. To jest równie ostry gracz jak ja. Gdybyś dała mu szansę Ciebie też by oczarował. - Elinor była tego pewna. Poza tym uważała, że Corinne za często zamyka się na innych przez uprzedzenia do ich krzykliwych powierzchowności.
- Szczerze wątpię. Wolę Remusa. Z resztą: zachęcasz mnie żebym Ci zrobiła konkurencję?
- Wolisz? - to było jedyne słowo, które zwróciło uwagę długowłosej. - Czyli jednak?
- Czyli nadal się nim interesuję i próbuję rozgryźć. - odrzekła Corinne i odwróciła głowę w kierunku majaczących w oddali sześciu obręczy.
- Dużo tracisz moja droga zamykając uczucia w szufladzie. 
- Wcale tak nie twierdzę. - każdy inny za taki ton by się obraził, ale nie Elinor. Ona nie spodziewała się od swojej siostry ciepła i uśmiechu. - Jak Ci idą przygotowania do egzaminów?
- Serio? - dziewczynę zamurowało. - O tym chcesz teraz rozmawiać? Ty naprawdę masz serce zlodowaciałe do cna.
- A Ty płomiennie okazujesz jak płytkie są Twoje zainteresowania, Smoczyco.
   Takie przekomarzanie było dla nich normalne. Pośmiały się, pogadały, nawet delikatnie posprzeczały, a w końcu wróciły do zamku. Nie wiedziały, że przez cały ten czas były podsłuchiwane przez kogoś ukrytego przy jednym z okien sowiarni.
   

czwartek, 11 lutego 2016

6. Różne, rude rozmyślania i ... rosnące ryzyko

   Lily Evans czytała na parapecie z zapamiętaniem kolejny opasły tom o eliksirach leczniczych i słuchała przez uchylone okno dźwięków meczu, które dolatywały aż do wieży, a ich moc świadczyła o wyraźnym przejęciu i rozemocjonowaniu widowni całkiem długą już grą.
   Właśnie dzięki tej ,,kibicowskiej muzyce" rudowłosa mogła odpowiednio wcześniej dowiedzieć się, że zmagania dobiegły końca i choć kompletna cisza po salwach wiwatów oraz krzyków była zastanawiająca i tak bez wahania zebrała swoje niezbędne przybory, by ruszyć na poszukiwanie miejsca, w którym sprawa meczu Gryffindor - Hufflepuff nie będzie roztrząsana ani przesadnie analizowania. A jedno było pewne - ani dormitoria, ani Pokój Wspólny Gryfonów do nich nie należały.
   Z torbą na ramieniu bardzo szybkim krokiem pokonywała schody i korytarze, momentami nawet biegnąc. Zwolniła dopiero kiedy zaobserwowała uczniów wracających z trybun. Spotkała ich na etapie, w którym potężne tsunami zmieniło się w mnóstwo paroosbowych fal. Działo to na jej korzyść, bo ułatwiało wmieszanie się w tłum. W dodatku o wiele łatwiej było iść pod prąd, dryblując między zbitymi grupkami, niż uderzając w kochającą sport ścianę.
   Taka wymijanka miało jeszcze jedną, oczywistą zaletę - pozwalała bez bólu głowy dowiedzieć się nowinek z meczu bez konieczności wysłuchiwania wstępu, że ,,trzeba było pójść samemu i zobaczyć" lub ,,co z niej za Gryfonka skoro nie wspiera krzykami na trybunach własnej drużyny". Główna informacja doszła jej uszu błyskawicznie. Gryffindor wygrał, a James Potter przyczynił się do tego znacząco łapiąc w wyjątkowo widowiskowy sposób znicza. Od razu stanęły jej przed oczami obrazy piejącego z radości bruneta z wyrazem triumfu i samozadowolenia na twarzy. Wiedziała, że powtórka tego ze sporą dawką pompatycznych relacji z gry jej nie ominie, ale tym razem (wbrew swojej zasadzie, by nie odkładać na później nawet rzeczy nieprzyjemnych) wolała trochę odłożyć tą wątpliwą atrakcję. Nie miała na nią teraz ani ochoty, ani siły, a nie chciała swoim mało entuzjastycznych zachowaniem wywoływać konfliktów. Obiecała to zarówno sobie, jak i kochanej Willow, która była jej współlokatorką i jedną z licznych wielbicielek Syriusza Blacka. Panna Penn zdawała sobie sprawę, że Huncwocką brać ciągnie do ich towarzystwa głównie na linii jednostronnego przyciągania Potter - Evans, więc postanowiła to wykorzystać i zbliżyć się do Blacka. Miała dzięki przyjaciółce lepszą pozycję startową w wyścigu o uwagę Łapy, ale niestety do tej pory nie udało się jej (jak z resztą nikomu innemu) przekroczyć granicy jego zainteresowania, które nie powalało na kolana i zawsze zachowywało bezpieczny dystans.
    Był jeden wyjątek, o którym Lily słyszała wielokrotnie wcześniej, w szczególności na początku przyjaźni Blacka i Justice. Teraz usłyszała to nazwisko tyle razy w rozmowach mijających ją uczniów, że wyostrzyła słuch i uwagę, by dowiedzieć się więcej. Po paru kolejnych pokonanych metrach mogła już z pewnością stwierdzić, że coś złego jej się stało, ale co dokładnie z poplątania z pomieszaniem nie dała rady wywnioskować. Zaczęła się zastanawiać nad tym, czy Syriusz w związku z tym siedzi z nią i trzyma ją za rękę...
   Prawie się zatrzymała, gdy zdawszy sobie sprawę co robi, aż potrząsnęła głową. Przecież nie raz słyszała i widziała jak Syriusz mówi i robi rzeczy, które jednoznacznie świadczą o tym, że z tą Julie, nie... Jules - tylko się przyjaźnią. Spędził z nią co prawda Walentynki, ale czym ta relacja różniła się od tej, która łączyła ją i Severusa od ładnych paru lat. Wobec nich też snuli podejrzenia i spekulacja nie dowierzając kompletnie przyjaźni męsko-damskiej. Pamiętała jak ją to denerwowało i ile czasu minęło zanim wszyscy choć trochę zobojętnieli na ich relację. Nie miała zamiaru, a przede wszystkim nie chciała oceniać ani Blacka, ani nikogo innego. Nie chciała im utrudniać życia swoim gadaniem i hipokryzją, więc zmieniła tor sowich myśli bardzo gwałtownie, uprzednio przypominając sobie ile to razy od czasu przyjaźni z Justice Syriusz flirtował z tabunem innych dziewczyn.
   W towarzystwie tych rozważań dotarła już do holu, z którego droga do lochów była sekundową ,,formalnością". Nie chodziło jej bynajmniej o to, że jest to część szkoły najmniej zainteresowana wygraną Gryffindoru. Miała i bez tego powody, by odwiedzać te zakamarki. Severus, eliksiry, profesor Slughorn i jego Klub Ślimaka. Jakby się tak zastanowić główne atrakcje jej szkolnego życia, które sprawiały jej przyjemność w stopniu większym lub mniejszym można by zawrzeć w samych lochach. Ta myśl ją samą w pewien sposób rozśmieszyła i w tym dobrym nastroju, i z uśmiechem na twarzy zatonęła w zielonkawym oświetleniu korytarzy. Od razu zwróciła uwagę, że chyba nigdy nie było tu tak pusto jak teraz. Domyślała się, że Ślizgoni, chcąc się odciąć od triumfu największych rywali, zamknęli się zgodnie w swoim dormitorium. W związku z tym nie spodziewała się szybko zobaczyć Seva, więc skierowała się najpierw do profesora Slughorna, by podzielić się przemyśleniami na temat dzisiejszej lektury, o które bardzo ją prosił dzień wcześniej.
   Nagle coś usłyszała. I było to martwiące coś. Przyśpieszyła kroku stwierdzając, że źródło hałasu znajduję się za rogiem. Jej podejrzenia przypieczętował wybiegający zza niego Mulciber, który biegnąc popchnął ją na ścianę i uciekł. Lily szybko otrząsając się ruszyła z niemałym zmartwieniem do źródła. Gdy tylko skręciła w następny korytarz, zamarła.
   Na podłodze leżała Mary McDonald i dławiła się pomieszaniem krwi z śliną wypływającym jej z buzi. Rudowłosa rzucając się na kolana koło dziewczyny, zdążyła zauważyć, że obok leży książka profesora Slughorna, którą Evans dostała poprzednim razem. Czyli wszyscy członkowie Klubu Ślimaka muszą przebrnąć przez tą mini biblioteczkę? - pomyślała szybko i choć zdawała sobie sprawę, jakie jest to irracjonalne, przypisała to słusznie kompletnemu szokowi.
- Mary oddychaj nosem. - powiedziała, pomagając dziewczynie przekręcić się tak, aby płyny wypływały na ziemię i nie zatykały dróg oddechowych. - Będzie dobrze, nie panikuj. - wzięła dziewczynę za rękę i zaczęła głaskać po plecach, widząc że im Mary jest spokojniejsza, tym mniej się dusi. Potem bez wahania zaczęła wzywać pomocy. Szczęśliwie Horacy Slughorn tego dnia, zamiast oddać się popołudniowej drzemce, postanowił wyruszyć na spacer z nadzieją ubicia jakiegoś interesu. Dzięki temu nie tylko niezwykle szybko zobaczył co się dzieje, to ekspresowo zawiadomił dyrektora, który znalazł się na miejscu szybciej niż to zdawało się być możliwe.
   Nie pytał co się stało tylko od razu zabrał pannę McDonald do Skrzydła Szpitalnego. Lily naturalnie poszła razem z nimi, nie dając się zbyć byle jakimi zapewnieniami Horacy'ego, że jej obecność nie pomoże Mary. Ona była innego zdania. Pielęgniarka mogła pomóc ciału Mary, ale najlepszym lekarstwem dla jej wewnętrznego samopoczucia miało być ukaranie jej oprawcy. Gdy tylko pani Pomfrey, mamrocząc nerwowo o pechowym dniu przejęła Mary, Lily przeprowadziła szturm na profesora Dumbledore'a.
- To robota Muclibera. - powiedziała, zastępując profesorowi drogę i patrząc mu prosto w oczy. Albus Dumbledore nie pierwszy raz miał styczność z Lily Evans i jej walecznością. Była to jedna z cech, które cenił w ludziach, a u jego uczniów były mu szczególnie miłe.
- Jeśli poświadczy pani o tym, co widziała, a jestem pewny, że tak będzie, zajmę się tym jeszcze dzisiaj i to niezwłocznie.
- Żaden problem. Mogę to zeznać nawet pod przysięgą. - bez zastanowienia, ale prosto z serca odpowiedziała Evans.
-Nie będzie takiej potrzeby. Horacy, wyślij proszę kogoś po Muclibera i oddeleguj samego zainteresowanego do mojego gabinetu. Zapraszam panno Evans ze mną.
   Ruszyli, a ich myśli w trakcie drogi były swoimi przeciwieństwami. Dyrektor w myślach cieszył się, że wyrastają mu w murach Hogwartu tacy młodzi ludzie, którzy nie mają problemów z rozróżnianiem dobra od zła, gdzie ta granica rysuje świat w typowo biało-czarnych barwach. Lily natomiast była załamana, że tak ciemne i paskudne poglądy są wyznawane przez jej rówieśników z taką gorliwością.
   Nieświadomie oba rozważania nakreśliły w pewien sposób ogólne cechy osób, które miały stanąć na dwóch przeciwnych frontach w trakcie nieuchronnie zbliżającej się wojny czarodziejów. Bo zaprzeczanie, że szybciej lub później wojna wybuchnie już nie było optymizmem, ale naiwnym oszukiwaniem samego siebie.

wtorek, 26 stycznia 2016

5. Mecz z troskliwym zakończeniem

   Boisko do quidditcha tej soboty z daleka już ogłaszało, kto będzie się dziś mierzył na kolejnym etapie wyścigu po puchar.
   Część trybun tonęła w czerwono-złotych proporcach z pięknym, dostojnym lwem, a druga część w żółto-czarnych z może mniej dostojnym, ale z pewnością oryginalnym borsukiem, którego Puchoni za tą indywidualność lubili. Kibice też byli widocznie podzieleni, choć prześwitywały wśród nich również liczne plamy zwykłej czerni hogwartckich szat, na które składali się głównie uczniowie z domów dziś niegrających. Nie znaczyło to jednak, że wszyscy Krukoni i Ślizgoni byli obojętni na wynik meczu i nie liczyła się dla nich odpowiedź na pytanie: Gryffindor czy Hufflepuff? Ci pierwsi kibicowali wedle własnych upodobań, na które składała się liczba znajomych w jednej i drugiej drużynie lub sam fakt jakości gry, który w obecnych składach był porównywalny, choć wiadomo, że nie taki sam. Natomiast ci drudzy bez jakichkolwiek wątpliwości życzyli przegranej Gryfonom. Nie chodziło tylko o wielowiekową i znaną wszystkim niechęć między tymi domami, ale również o własne interesy. Bez obrazy dla drużyny Puchonów uważali, że będę o wiele mniej groźnymi przeciwnikami niż ekipa pod wodzą Jamesa Pottera.
   Kapitan Gryfonów w czasie, gdy spragnieni sportowych wrażeń uczniowie, zająwszy już miejsca, gwarnie czekali na rozpoczęci gry, udzielał swoim zawodnikom ostatnich wskazówek z typowym dla siebie poczuciem humoru i wyluzowaniem. Wydawać by się mogło, że nie podchodzi do sprawy poważnie, ale tak naprawdę miał zdolności do bycia kapitanem niemal wrodzone. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nic lepiej nie działa na graczy niż odrobina śmiechu i zapomnienia o stresie, przynajmniej tym niezdrowym. Zdrowy, motywujący stres był jak najbardziej wskazany, bo motywował zawodników i rozbudzał w nich ducha rywalizacji.
   Kiedy nadszedł czas Rogacz całą swoją drużynę postawił na nogi i w zwartym szyku ruszyli na boisko. Brandon Jordan właśnie zaczął przedstawiać drużyny, zaczynając alfabetycznie od Gryffindoru:
- Na pozycji szukającego, kapitan Gryfonów - jedyny i niepokonany, James Potter!
Ścigający, zawsze zwinni i szybcy to: Dorcas Meadowes, Jared Frade i Syriusz Black.
Pałkarze, życzymy im siły i celności: Will Quinn oraz Paul Trot.
I oczywiście obrońca, który strzeże bramek jak nasz herbowy lew - Henry Choin.
   Jordan musiał na moment przerwać przedstawianie, bo podeszła do niego profesor McGonagall i szeptem, z dala od zasięgu magicznego megafonu, upominała go (nie były tu żadnych wątpliwości) o obowiązku zachowania bezstronności, jeśli chce dalej sprawować funkcję komentatora. Kiedy pokiwał głową i po raz kolejny obiecał, że będzie obiektywny, przeszedł do zawodników Hufflepuffu. Oni akurat nie musieli się bać negatywnych komentarzy od strony Brandona, ani jego złośliwości. Nikogo nie wywyższał tak, jak Gryfonów, ale był tak wesołą osobą, że sympatii nie szczędził nikomu. Poza Ślizgonami. Ale Ślizgonów uważał za inną kategorię ,,znajomych".
- W drużynie Puchonów mamy:
na pozycji szukającego Cole'a Brona,
na pozycji ścigającego: kapitana - Martina Shota - nazwisko niesprzyjająco dla Gryfonów jest bardzo trafne w przypadku tego zawodnika.
A także - piękne i choć nowe,zawsze chętnie oglądane ścigające: Grace Lynn oraz Jules Justice,
Następnie pałkarze: Liam Natt i Darius Pattern.
A na koniec - Zack Ściana-Sunt.
   Drużyny zajęły miejsca na środku boiska, czemu towarzyszyły głośne wiwaty falujących kolorami kibiców. Kapitanowie podeszli i podali sobie ręce, po czym pani Hooch dała sygnał, by dosiąść mioteł. Wszyscy zawodnicy, a w szczególności Potter i Bron w skupieniu i napięciu obserwowali wypuszczenie znicza. Kiedy złota piłeczka odleciała i chwilowo zniknęła z oczu szukającym, pani Hooch zaczęła odliczanie.
- ...trzy, dwa, jeden. - gwizdek, wzmocniony zaklęciem. - Grę czas zacząć!
   14 mioteł wraz z czarodziejami wzleciało go góry. Obrońcy zajęli pozycje, a ścigający przejęli kafla. Szukający robili już okrążenia wokół boiska... Innymi słowy zapowiadał się bardzo ciekawy mecz.


***

   Mecz trwał już godzinę. Gra była niezwykle wyrównana. Jednym z powodów mógł być nowy i nieznany jeszcze za dobrze skład Puchonów, który skompletował w tym roku Martin. Mało tego znicz, jakby zainteresowany przebiegiem meczu, schował się tak dobrze, że do tej pory szukający z obu drużyn zdobywali punkty głównie bramkami. Widowisko było jak się patrzy, a przez to Jordan miał naprawdę co komentować.
- Meadowes ma kafla, strzeżona przez Blacka i Frade leci prosto w stronę prawej obręczy Puchonów. Sunt szykuje się do obrony... Ale co to... Piękny zwód ścigającej Gryffindoru i gol prosto w środkową obręcz. Brawo!
Ale już Puchoni w konrataku... Justice ma kafla, mija w zawodowym stylu próbującego jej zabrać piłkę Frade'a. Teraz Black bierze ją sobie za cel... Ale musi zrobić unik przed tłuczkiem, którego prosto w jego stronę posłał Natt. Justice jest coraz bliżej... I punkty dla drużyny Hufflepuffu.
180 do 130 dla Gryffindoru, ale emocje. Zawodnicy już na pewno zmęczeni, ale miejmy nadzieję energii im dodaje fakt, jak wielu emocji nam dostarczają.
Black leci na bramkę... Kiwa Lynn i Shota... Jest coraz bliżej... Piękna bramka. Naprawdę. Osoby, które nie przyszły dziś na mecz niech żałują.
Kontratak. Shot przy piłce, Lynn go asekuruje. Unikają tłuczków... I widowiskowa obrona Choina. Tak trzymać Henry, nie daj im się! Przepraszam pani profesor...
Ale czy ja dobrze widzę?... Justice zwiodła pałkarzy Gryffindoru tak, że jeden prawie trzasnął drugiego. Quinn nieźle oberwał... Z jego słownictwa wnioskuje, że nie jest zadowolony... Wow, ta dziewczyna wydaje się stanowić jedność z miotłą... Ciekawe czy da się zaprosić... To znaczy już 190 do 140. Jak tak dalej pójdzie będziemy tu siedzieć do wieczora. Mi osobiście to odpowiada, ale zawodnicy raczej tego nie wytrzymają, więc lepiej niech szukający...
Tak! Potter i Bron wypatrzyli złotego znicza! Lecą, ścigają go... Gra praktycznie zamarła... Zaraz rozbiją się o wieżę... Nie, wyszli z tego bez szwanku, a Potter dzięki refleksowi zyskał przewagę... Znicz niebezpiecznie się zniżył... Kapitan Gryfonów leci korkociągiem w dół... 
W ostatniej chwili podrywa się do góry, ale czy ma znicza?
TAK! MA! Skrzydełka łopoczą w ręce Pottera! Gryffindor wygrywa 340 do 140! Hurraaaa!
   Gryfoni zaczęli wiwatować, część drużyny podleciała do Jamesa i zaczęła go ściskać. W ferworze całej tej radości i zamieszania fakt odgwizdania faulu przez panią Hooch już po zakończeniu meczu został zauważony z dużym opóźnieniem. Syriusz i James odwrócili się w tym samym momencie i w tym samym momencie ruszyli w kierunku Jules, która właśnie nieprzytomna spadała w dół z zastraszającą prędkością. Woleli nie wiedzieć czy dolecieliby do niej na czas, ale na szczęście nie musieli się nad tym zastanawiać, bo Darius Pattern, który po złapaniu znicza przez Jamesa lecieł w kierunku Jules był znacznie bliżej i złapał ją jeszcze wysoko nad ziemią. Grace przechwyciła miotłę koleżanki z drużyny i wylądowała tuż obok Dariusa trzymającego na rękach pannę Justice, która nadal nie odzyskała świadomości, a teraz ponad to było widać jak z rany na skroni leci jej po policzku krew.
   Wszyscy zawodnicy zgromadzili się obok niej, a kibice prawie całkowicie ucichli. Kiedy James i Syriusz zrozumieli z krzyków pani Hooch i profesor McGonagall, która wyjątkowo szybko znalazła się na boisku, co się stało, obaj zagotowali się z gniewu.
- Will! - krzyknął Łapa i zupełnie zapominając o tym, że jest obserwowany, wyręczył przyjaciela w udzielaniu kapitańskich ,,reprymend" i walnął pałkarza z pięści. Ten od siły uderzenia się przewrócił. - Uderzać tłuczkiem, już po zakończeniu w gry w kompletnie niespodziewającą się tego dziewczynę, tylko dlatego, bo Cię okiwała?! Zwariowałeś?! - krzyknął Potter, przytrzymując Łapę, by nie narobił sobie kłopotów. A przynajmniej nie większych.
   Jednak tym nie musieli się martwić. Profesor McGongall oburzona zachowaniem swojego ucznia, natychmiast ,,zaprosiła" Willa do swojego gabinetu, udając, że nie widzi jego puchnącej, rozciętej wargi. W czasie, gdy Potter i Black wymierzali sprawiedliwość do Jules dotarła, zawsze obecna na wszelki wypadek na meczach pani Pomfrey. 
- Nic jej nie będzie, prawda? - zapytał Syriusz podbiegając do pielęgniarki i jej pacjentki, rozpychając przy tym członków drużyny Puchonów.
- Nie będę teraz odpowiadać na pytania. Zabieram ją do Skrzydła Szpitalnego, a Wy pozwólcie mi na to i nie torujcie drogi.
   Kobieta wzięła Jules na niewidzialne nosze i szybkim krokiem opuściła boisko. Profesor Dumbledore, który niezauważony w tym całym zamieszaniu znajdował się na boisku już od dłuższej chwili, by nie robić jeszcze większej afery niż ta, która miała się już stać tematem plotek w całym zamku na najbliższy miesiąc, pogratulował zwycięstwom i kazał wszystkim się rozejść. Po kolei, dom, za domem. Lepiej nie kusić uczniów do zamieszek, do których rozemocjonowali po sportowych i niesportowych wydarzeniach z pewnością byli skorzy.
   Drużyny także, zachowując dystans rozeszły się do szatni, ale najpierw James przeprosił Puchonów za swojego - tu cytat - pacanowatego pałkarza.
   W szatni Rogacz i Łapa przebrali się rekordowo szybko i ruszyli w ślad za panią Pomfrey, zwinnie wymijając tłumy. Kiedy dotarli na pierwsze piętro przed drzwi królestwa pielęgniarki, oczywiście usłyszeli od niej stanowcze ,,Proszę zaczekać.", z którym przez te wszystkie lata nauczyli się nie walczyć. A pani Pomfrey, również kierowana wieloletnim doświadczeniem wiedziała, że lepiej nie zmuszać Huncwotów do zbyt długiego czekania, bo może to owocować głupimi pomysłami.
- Tylko proszę jej nie męczyć. Ja zaraz wrócę i wnikliwie skontroluję czy aby moje wytyczne zostały spełnione. - pogroziła im palcem i udała się zapewne do dyrektora, by zrelacjonować stan pacjentki.
   Jules leżała na łóżku w pełnym, drużynowym stroju, do którego pani Pomfery dodała czapkę z bandaża. Odzyskała przytomność, ale wzrok miała lekko zamglony. Mimo to, kiedy zobaczyła chłopaków uśmiechnęła się szczerze i promiennie, choć słabo.
- Gratuluję wygranej. Zasłużona, choć musicie przyznać, że my też daliśmy czadu. - powiedziała siląc się na w miarę niezachrypnięty głos.
- Oczywiście. Zwłaszcza Ty byłaś świetna. - powiedział James.
- W innym wypadku nie uznaliby Cię za tak groźną, by Cię kontuzjować. - Syriusz uśmiechnął się półgębkiem, a Jules odpowiedziała mu wersją pełną, wyraźnie rozśmieszona jego słowami. Łapa starał się zachowywać naturalnie, ale w rzeczywistości martwił się o dziewczynę. Patrzył na jej zabandażowaną głowę z troską, którą nieudolnie starał się ukryć. Jules, zawsze bezpośrednia i szczera wypaliła:
- Jestem w szoku. Myślałam, że to przedstawienie z Walentynek już dobiegło końca. Gdybyś mnie ostrzegł, że mam dalej grać...
- Poczekaj, o co Ci chodzi? - zapytał Łapa, wyraźnie skonsternowany.
- O Twoje przejęcie i strzelenie Willa w twarz, o którym wspomniała pani Pomfery, bardziej w nerwach niż informacyjnie.
- Czuję się poważnie urażony. Poważnie uważasz, że udaję zmartwienie i troskę. Przecież jesteś moją przyjaciółką, nie chcę żeby działa Ci się krzywda. - powiedział Syriusz, a spanikowany wydźwiękiem tych słów szybko dodał. - James podobnie, a nie był z Tobą na udawanej randce.
- Wiem, wiem. - powiedziała dziewczyna szczerząc się jak złośliwy chochlik. - Tylko ciśnienie Ci chciałam podnieść, bo podobno mecze nie wpływają na Ciebie w ten sposób.
- Ty mała... - dalsze żarty przerwało otworzenie się drzwi do sali, a w nich pojawiła się reszta drużyny Puchonów.
- Cześć. - powiedział stojący na przodzie Darius i bez wahania podszedł do łóżka Jules. A reszta zawodników jego śladem.
- To my już nie będziemy Wam przeszkadzać. - powiedział Rogacz, wymownie mrugając do Syriusza i tym samym przypominając mu o ich planach, które ułożyli sobie na czas po meczu.
- Wracaj szybko do zdrowia. - powiedział Black i uścisnął Jules rękę na pożegnanie, czym zdenerwował Dariusa, a to dało mu z niewiadomych przyczyn jakąś dziwną satysfakcję i radość.
- Do zobaczenia chłopcy. - posłała im buziaka i zajęła się następnymi gośćmi. Wychodząc Huncwoci usłyszeli tylko jeszcze jak Jules z wielką gorliwością dziękuje Dariusowi.
- Wylewna i kochana nawet ze wstrząsem mózgu. - powiedział James kiedy już byli na korytarzu, na co Syriusz potaknął i zaśmiał się w swój szczekliwy sposób. - A teraz zmieniając odrobinę temat: myślisz, że w całej szkole już wiedzą o naszej wygranej?
- A jeśli tak, to co? - Black drażnił się z Rogaczem, choć domyślał się kogo miał na myśli jego przyjaciel mówiąc ,,cała szkoła".
- Nic. A z resztą nieważne. Pośpieszmy się. Lunatyk i Glizdek pewnie czekają już przy posągu jednookiej wiedźmy.
- Tak jest, panie kapitanie. - zasalutował Syriusz.
   Następnie ci dwaj wariaci ruszyli na trzecie piętro, dalej dobrze się bawić i korzystać z tak pięknej soboty, w którą musieli koniecznie uczcić jakimś dowcipem wygraną w quidditcha.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

4. Lunatyk-ujące rozterki

    Spotkanie prefektów Gryffindoru właśnie dobiegło końca.
    Profesor McGonagall omówiła ze swoimi podopiecznymi ostatni miesiąc poczynań Gryfonów, dała wytyczne, które w przypadku takich charakterów były raczej sugestiami i kazała jednemu z nich zrobić wieczorny obchód po szóstym i siódmym piętrze. Zadania podjął się Remus. Życząc pani profesor spokojnej nocy wyszedł szybko z jej gabinetu i skierował się ku schodom. Lily została, gdyż miała w zanadrzu pytanie pt. : Pięć minut zwłoki. Zawsze przygotowywała sobie takowe albo w trakcie zebrania, albo chwilę przed, by mieć pretekst do zostania w gabinecie tą chwilę dłużej. Dawała w ten sposób Remusowi czas, by się oddalić i unikała wspólnych powrotów, patroli, o ile nie były konieczne. W przeciwnym razie oboje - jak na dojrzałych ludzi przystało - rozmawiali ze sobą poruszając tematy całkowicie neutralne. Nie było to wbrew pozorom łatwe i wymagało od nich niezłej gimnastyki umysłowej, bo często nawet tak niewinny wątek jak lekcja Historii Magii mogła naprowadzić rozmowę na tory kolejnego wybryku szkolnej paczki buntowników.
   Lunatyk był co prawda jedynym z Huncwotów, na którego miała alergię tylko z definicji, ale dla zdrowszej atmosfery woleli nie wchodzić sobie w drogę. Lily raz jeden próbowała przedyskutować z paniczem Lupinem powody, dla których James, Syriusz są dobrymi przyjaciółmi i dobrym towarzystwem do spędzania wolnego czasu. Skończyło się to oczywiście tym, że twarz Lily od nerwów upodobniła się kolorem do jej włosów, a Remus pierwszy raz od kiedy się znali pokazał, że potrafi krzyczeć. Jakby tego było, Rogacz kiedy tylko się dowiedział o dyskutujących spacerach Lunatyka i panny Evans zapragnął poznać każdy ich szczegół i niby od niechcenia sugerował Remusowi co powinien Lily o nim i reszcie Huncwotów opowiadać. A już zwłaszcza o nim.
   Kierując się zdobytym doświadczeniem Lupin wspiął się błyskawicznie prawie już na piętra docelowe. Z resztą, mijając okna miał w głowie tylko myśli dotyczące nadchodzącej pełni. Prawie cały Księżyc świecił mu w twarz, a on ten blask odczytywał wewnętrznie jako zwykłą drwinę. Pogrążony w tych dręczących go myślach wspiął się niemal do swojego Pokoju Wspólnego, uprzednio oczywiście sumiennie zaglądając w przydzielone mu miejsca.
   Jednak tuż przed wejściem na schody czekała na niego niespodzianka. Zza jednego z filarów niespodziewanie aczkolwiek stanowczo wyszła śliczna, drobna brunetka, z prostymi włosami i ściętą prosto grzywką. Twarz miała bladą, choć delikatnie piegowatą, a oczy lazurowo-niebieskie, z którymi pięknie komponował się szalik, którym owinęła szyję.
   Remus był tak zaskoczony widokiem Krukonki, że na dłuższą chwilę zaniemówił.
- Pewnie chciałeś powiedzieć ,,Cześć". - powiedziała niezrażona jego reakcją dziewczyna.
- Tak, ale skoro już mnie w tym wyręczyłaś to może przejdziemy dalej. - odrzekł Lupin, uprzednio delikatnie odkaszlując, bo nagle zaschło mu w gardle. - Co tutaj robisz?
- Będziesz udawał, że nie wiesz, czy to też pominiemy?
- Corinne, a nie uważasz, że możemy również pominąć tą rozmowę. - powiedział wzdychając, a że był już zmęczony zabrzmiał niegrzeczniej niż tego chciał. Postanowił się zreflektować. - Schlebia mi Twoje zainteresowanie. Bardzo. Tylko, że jak już wspominałem - i nie mówię tego, żeby Cię spławić - nie umawiam się na randki.
- Bo doszukujesz się w swojej osobie jakiegoś defektu. Od razu mogę Cię ostrzec, że trochę do zajmie, bo nie masz żadnego. Dobra - dodała, widząc uniesioną z rozbawieniem brew panicza Lupina - Żadnego, który by Cię czynił nieatrakcyjnym dla przedstawicielek mojej płci. - wyraziła swoją opinię pewnym tonem, z głową wysoko uniesioną i patrząc chłopakowi prosto w oczy.
- Niemożliwa jesteś. A w dodatku uparta jak osioł. Nie wspominając o fakcie, że za takie późne spacery poza dormitorium mógłbym Cię komuś podkablować jako prefekt. - uśmiechnął się łobuzersko, ale miało to o wiele skromniejszy wydźwięk niż w wydaniu jego dwóch, bardzo popularnych kumpli.
- Śmiało, uwolnisz się w ten sposób ode mnie na kilka wieczorów. Bo jak już nieraz wspominałam - nie mam zamiaru dać za wygraną. - powiedziała i zbliżyła się elektryzująco blisko, a że nie była zbyt wysoka to nos miała na wysokości brody Lunatyka. Nie robiła tego nawet z uśmiechem, w kontaktach była chłodna jak lód. Emocje wyrażały tylko i wyłącznie jej intensywnie niebieskie oczy.
   Remus patrzył na nią, dochodząc do wniosku (wbrew wszelkim swoim zasadom), że lubi dziewczynę. Pomijając to, że często doprowadzała do krzyżowania się ich dróg. nie była natrętna. Nie znam drugiej tak niewylewnej i oszczędnej w słowach osoby, nie tylko dziewczyny. Właśnie przez to, że dawała swoim milczeniem i spokojem przestrzeń do oddechu i nigdy nie pytała pierwsza o rzeczy z życia swojego rozmówcy, o których sam nie wspomniał, Lupin kiedyś się zapomniał. Dopuścił ją o jeden krok za blisko i teraz zbierał tego plony. A przecież musiał trzymać ją na dystans, musiał... Dla jej dobra.
- Muszę już iść. - przerwał ciszej, która w towarzystwie Corinne nie była niezręczna.
- Dobrze. - nie oponowała. Zobaczyła się z nim, powiedziała to, co chciała. Nie było sensu dalej się rozwodzić nad tematem. - Dobranoc. - powiedziała i niespodziewanie wspięła się na palce i go pocałowała. Drugi raz w życiu.


***

   Remus całujący się. I to z kim? Z Królową Śniegu.
   Lily nie mogła w to uwierzyć. Cofnęła się szybko za róg i tylko wyjrzała na chwilę, żeby zobaczyć jak Lunatyk się cofa, kiwa brunetce głową, mija ją i odchodzi. Ona za to, z tą samą kamienną miną, skierowała się w stronę swojej wieży, nie oglądając się za siebie. Utwierdziła tym Lily w przekonaniu, że ma coś nie tak z głową. Panna Evans nie lubiła oceniać ludzi po pozorach, tak samo jak ich podglądać, ale Corinne Durete za każdym razem sprawiała wrażenie, jakby była na poziomie emocjonalnym skały. I ktoś taki zainteresował się delikatnym, miłym i ciepłym Remusem. A Remus nią. Żeby przeciwieństwa przyciągały się do tego stopnia... To był dla niej szok. 
   Odczekała w tych rozmyślaniach jeszcze momencik, aż od chwili, w której portret zamknął się za Lupinem minęły ok. 2 minuty i ruszyła jego śladem. Była już wykończona dzisiejszym dniem i jedyne o czym marzyła to miękkie łóżko i ciepła kołderka. 
Jak dobrze, że jutro sobota - pomyślała. - Cały Gryffindor zbierze się na boisku, a ona będzie mogła spokojnie odpocząć. Bez hałasu, nerwów, bez popisów Jamesa Pottera.


***

   W dormitorium Gryfonów piątej klasy nikt jeszcze nie spał, ale wyjątkowo, jak na tą ekipę wszyscy grzecznie leżeli w łózkach. Powodem tej wyjątkowo wcześnie zarządzonej godziny spania był oczywiście mecz Gryfoni kontra Puchoni, który miał się odbyć na drugi dzień i na który szukający i ścigający drużyny Gryffindoru musieli być w świetnej formie. A że według nich na formę pozytywnie wpływało śmianie się na potęgę przed snem to kiedy Lunatyk wrócił był bardzo wesoło i gdyby sam nie zaczął tematu, być może nikt by go nie zaczepił dzisiaj nawet o zebranie u McGonagall. 
   Zaczął zdawać raport w pierwszej pauzie między salwami śmiechu, w którym sam uczestniczył. Łapa i Rogacz z uwagą słuchali wszystkich tych określeń, których używała pani profesor żeby opisywać swoją dezaprobatę dla ich wybryków. Wiedziała, że dotrze to do zainteresowanych i także nie przestawała im imponować kreatywnością w negatywnym komentowaniu wszystkich dowcipów. Kiedy ustalili wstępnie czym ją zabawią w następnym miesiącu, Remus zdecydował się powiedzieć to, co mu ciążyło. Zawsze tak robił. Dzielił się ze swoimi przyjaciółmi wszystkim, bo tylko im tak naprawdę ufał.
- Całowałem się z Corinne.
Nie pamiętał żeby chociaż raz cisza w tym pokoju zapadła tak szybko, jak teraz. 
- Cold - Corinne? - zapytał odruchowo Syriusz, zapominając o braku sympatii Lunatyka do przezwiska, które jej nadali.
- Tak. Czekała na mnie, aż wrócę ze spotkania. I na ,,do widzenia" mnie pocałowała. - powiedział to spokojniej niż się czuł. Położył się na swoim łóżku z rękami pod głową.
- Ładnie. A czy Ty przypadkiem nie miałeś żyć jak mnich? - zapytał Rogacz siadając na baczność.
- Miałem i nadal mam. Zaskoczyła mnie. Poza tym, mówiłem Wam, że tak w zasadzie to ją lubię.
- To trochę sprzeczne sygnały. - powiedział Syriusz i prychnął pod nosem. Przecież nikt tak nie zwodził dziewczyn, jak on. Jego dalsze komentarze w tej sprawie byłyby czystą hipokryzją.
- Lubisz, całujesz się z nią. Co stoi na przeszkodzie żeby spróbować. Ten jeden raz. Przecież nikt Ci nie każe się z nią żenić. - wyraził swoją opinię James i był w tym bardzo obiektywny, bo osobiście nie przepadał za Krukonką.
- Bo to nie jest fair. Wiązać się z kimkolwiek, ze świadomością, że nie będę mógł zaproponować później nic poważnego.
- No tak, te Twoje chore zasady...
- Chory to ja jestem Syriuszu i nikogo nie będę tym obciążał.
- Jeśli obciążająca jest znajomość z Tobą to chyba od tego ciężaru powinniśmy być już dawno garbaci. - skwitował Potter, czym wywołał ogólną wesołość, a Peter skwapliwie i z wielkim zaangażowaniem pokiwał głową, żeby go wesprzeć.
- Dobra koniec tematu. Wy chyba spać macie, o ile mi wiadomo? - powiedział Lupin z nutką ironii w głosie.
- Tak jest mamusiu. - powiedział Łapa, rozbawiony zachowaniem przyjaciela.
- Chyba za porównanie z mamą Syriusza to się obrazić powinieneś. I pamiętaj! - zawołał Rogacz do Remusa, opadając na poduszki - Bez ryzyka nie ma zabawy.

sobota, 9 stycznia 2016

3. Walentynki cz.2

   Wieczór tej soboty, której wszyscy oddawali się miłosnym spotkaniom i pozwalali sobie, chociaż na chwilę zapomnieć o narastającym, pulsującym i gotowym w każdym momencie wybuchnąć zagrożeniu przyszedł błyskawicznie. I mimo, iż minął tak szybko, a czas między wschodem i zachodem Słońca był nawet jak na tą porę dosyć krótki, zdołał zebrać obfite żniwa. Były to nie tylko żniwa nowych, szczęśliwych par, pocałunków i czułości, ale niestety również żniwa złamanych serc, łez i kłótni.
   Między innymi właśnie dlatego James, Syriusz, Remus i Peter mieli o czym rozmawiać, kiedy szli w wyśmienitych nastrojach pod pelerynką-niewidką przez błonia, zmierzając z determinacją w stronę Wierzby Bijącej. Mieli w planach na tej Walentynkowy wieczór mnóstwo huncwockiej pracy, dlatego praktycznie po chwili, w której wszyscy czterej zgromadzili się w dormitorium przypisanym Gryfonom piątej klasy, zebrali potrzebne rzeczy i ruszyli na misję. Noc była jasna, bo Księżyc świecił już połową talerza, a niebo było bezchmurne. Światło odbijało się od śniegu, który pokrywał szczelnie całe błonia nadając im mistyczny wręcz wygląd. Sprawiało to, że ewentualni uczniowie, którzy łamiąc zasady postanowiliby chodzić po błoniach, mieliby strasznie duże problemy z pozostaniem niezauważonymi. Ale oczywiście był to problem zwyczajnych ludzi, nie elity takiej jak Huncwoci, w których posiadaniu znajdowała się nie tylko pelerynka-niewidka, ale również wiedza na temat wielu tajnych przejść w zamku.
   Właśnie tą wiedzę chłopcy szli spisać i utrwalić z myślą o ułatwieniu sobie życia, jak również wspomożeniu przyszłych pokoleń. Rzucili zaklęcie unieruchamiające agresywne drzewo i już bez pelerynki na głowach, zmierzali tunelem podziemnym do Wrzeszczącej Chaty. Tam na miejscu, w jednym z pokoi czekał prawie cały ich sprzęt, tak zwany przez nich Zestaw Mistrzowskiego Buntownika. Znajdowały się tam gadżety od Zonka, mugolskie materiały wybuchowe, eliksiry różnego przeznaczenia oraz... Długo by wymieniać. Najważniejszy w każdym razie był stół, starszy z pewnością od nich, który został tam umieszczony prawdopodobnie w czasie budowy. Naprawili go i teraz właśnie na nim rozkładali ogromny arkusz papieru, poskładany w dziwny sposób, z dziwnie nakreślonymi uliczkami oraz sporą ilością jeszcze całkowicie białych, niezapełnionych plam.
- To nasze dzieło wygląda jeszcze całkiem niepozornie, ale kiedyś... Będzie bezcenne. - powiedział James, patrząc z dumą na arkusz papieru i dosuwając sobie do stołu jedno z czterech również naprawionych na ich użytek krzeseł.
- W tym tempie wypełnimy całą przestrzeń i jeszcze będziemy kartki doczepiać. - powiedział zadowolony Syriusz. - Po każdej pełni nasza znajomość terenów zamku wchodzi na wyższy pułap.
- Miło mi, że moja przypadłość tak Wam służy i umożliwia nieustanny rozwój. - powiedział Remus z ironią w głosie i dosiadł się do przyjaciół.
- Dobra tu teraz dorysuj tajne przejście, a obok tego korytarza, w posągu zaznacz... O właśnie. - instruował James Remusa, który według kolejki miał dziś dzierżyć pióro. Lunatyk oczywiście wiedział albo pamiętał co trzeba do rysunków dodać, ale Rogacz miał taki nawyk pouczania, z którym wdał się wyraźnie w swojego tatę. Bywało to denerwujące, ale Remus postanowił tego nie komentować i znieść w milczeniu. Przyjaźń to akceptowanie wad i dziwactw przyjaciół, a według Lupina nikt nigdy nie miał takiego wyzwania pod tym względem, co jego kompani. Nie miał prawa narzekać, skoro oni nie narzekali. I choć brzmiało to jakby miał nawet przy nich kompleksy, tak naprawdę od czasu utworzenia tej wyjątkowej paczki jego spojrzenie na siebie znacznie się poprawiło.
   Rysowali i utrwalali swoją twórczość, śmiejąc się przy zabawnych historyjkach, którymi Rogacz sypał jak z rękawa. W tym czasie Peter asystował Syriuszowi w robieniu bomb koloryzujących, które w ramach prezentu Walentynkowego mieli zamiar podrzucić Ślizgonom do lochów.
- Musimy w końcu wymyślić nazwę. - powiedział niespodziewanie Lunatyk, kiedy ucichł śmiech spowodowany kolejnym żartem. - I sposób zabezpieczania mapy przed niepożądanymi obserwatorami.
- To chyba nazwę właśnie mamy z głowy. - odrzekł Łapa. - Mapa. Nasza mapa, czyli Mapa Huncwotów.
- Dobre. - uśmiechnął się James, a wszyscy zgodnie pokiwali głowami. - A jeśli chodzi o zabezpieczenia, najlepsze byłoby jakieś hasło, na dźwięk którego atrament stawałby się widoczny.
- Niegłupie, ale co to konkretnie miałoby być? -zapytał Remus. - ,,Chcę rozwalić szkołę, zrobić dowcip".
- Nie. Wydaje mi się, że lepiej coś z pompą. Jak : Uroczyście przysięgam! - zawołał James.
- Że knujesz coś niedobrego? - zapytał Glizdogon, wtrącając się niepewnie do rozmowy. Zwykle wolał po prostu słuchać z uwielbieniem reszty Huncwotów.
- Świetny pomysł Peter, to jest TO! - wykrzyknął Rogacz. - ,,Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego."
- A na zamknięcie - ,,Koniec psot."
- Super Syriuszu. Wygląda na to, że mamy decyzję. Wszyscy zgodni?
   Po tym jak wszyscy, jak na komendę podnieśli w górę prawe ręce, nanieśli na mapę nowe zabezpieczenia i kończąc dzisiejszą wizytę, spojrzeli przed ,,wytarciem" atramentu na swoje działo. A tam, na okładce:
   Panowie Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz,
   zawsze uczynni doradcy czarodziejskich psotników,
   mają zaszczyt przedstawić
   MAPĘ HUNCWOTÓW
- Pięknie. - podsumował oszczędnie, ale jakże trafnie Remus.
   Po wszystkim zwinęli się i z zadowolonymi minami, zniknęli na powrót najpierw w klapie w podłodze, a następnie pod pelerynką.


                                                                   ***

   Drewniany most i Kamienny Krąg znajdowały się bardzo blisko Wierzby Bijącej, ale jak prawie żadne miejsce w Hogwarcie, nie umożliwiały bezpośredniej jej obserwacji. Nie była to w zasadzie żadna strata. Widok z tej części błoni i tak był porażający, więc lepszego miejsca na przystanek w spacerze nie można było sobie wyobrazić. To był jeden z powodów, dla którego Lily i Severus rozmawiali na schodkach przy wyjściu z drewnianego mostu już od dłuższego czasu. Drugim był fakt, że na terenie całych, białych błoni, właśnie tu mogli spokojnie posiedzieć w miarę ukryci. Korzystali z tego w najlepsze, bo rzadko zdarzała się okazja spędzenia czasu gdzieś na terenie szkoły bez tych wymownych spojrzeń i szeptania za plecami, Nie zniechęcało ich to, ale na tak wybuchową osobę jak Lily działało jak płachta na byka.
   Teraz na szczęście mieli spokój. Dziewczyna odpowiadała o swoim dzisiejszym dniu i o tym, jak przekonywała koleżanki do wyjścia. Ogółem o wszystkim co jej do głowy akurat przyszło. Informacje zwrotne musiały być niestety trochę bardziej filtrowane. Severus, chociaż nie chciał mieć przed Lily tajemnic, to droga którą wybrał go do tego zmuszała. Nie chodziło nawet o zakaz dzielenia się niektórymi faktami. Większym problemem było nastawienie panny Evans do jego znajomych i zainteresowań. W związku z tym, żeby nie zaogniać sytuacji traktowali ową kwestię jak temat Tabu. Było to w sprzeczności z zasadami Lily i powodowało u niej moralny dyskomfort, ale nie chciała tracić przyjaciela z dzieciństwa. Choć jego ostatnio wyrażane poglądy były coraz bardziej martwiące...
- Prorok Codzienny trąbi o zagrożeniu, ale wydaję mi się, że poniekąd jest to przedstawianie rzeczywistości tylko z jednej strony. Jakby chcieli podburzyć społeczeństwo. Zobaczysz, że ostatecznie to wojnę zaczną podkręceni i zastraszeni zwykli czarodzieje. - powiedział Severus, ale spojrzawszy na Lily i jej minę z ustami zaciśniętymi, postanowił nie ciągnąć wątku.
- Mówisz tak, jakby wojna była nieunikniona. A chodzi właśnie o to, żeby do jej wybuchu nie dopuścić. I koniec tematu na tym, bo się denerwuję. - powiedziała rudowłosa i podniosła ręce w geście obronnym.
- To zmieniając go: idziesz na mecz quidditcha w następną sobotę? Gryffindor gra.
- Nie zachęca mnie to, wręcz przeciwnie. Oglądnie popisów Jamesa nie jest dla mnie najlepszą formą sobotniego relaksu.
- Oczywista sprawa. Zadufany w sobie pajac. - zaczął bardzie mamrotać niż mówić pod nosem całą masę nieprzychylnych określeń pod adresem Pottera.
- Sev, przestań. Widzę, że masz na jego punkcie małą obsesję, ale nie warty jest Twoich nerwów.
- Zaczynasz go bronić? - obruszył się i spojrzał na nią z wyrzutem, jakby jakiejś zdrady albo przestępstwa się dopuściła - Przecież też go nie lubisz.
- I właśnie dlatego nie mam zamiaru o nim rozmawiać.
- To nie jest jakaś tam rozmowa. Szczera prawda...
- Przestań. - powiedziała siadając prosto - Ostatnio niesamowicie się drażliwy zrobiłeś.
- Nieprawda. Po prostu ja swoją niechęć wolę wyrażać, żeby jej w sobie nie dusić.
- Faktycznie, pod tym łojem nie jedno mogłoby się udusić. - do rozmowy dołączył się kolejny męski głos, a zza jednego z głazów wyszedł jego właściciel. James postanowił ujawnić się i wyszedł spod pelerynki, by napsuć Snapeowi trochę krwi, a także zwrócić choć na chwilę uwagę Lily. Reszta Huncwotów, by nie wzbudzać jeszcze większych podejrzeń i uniknąć pytań, postanowiła zostać w ukryciu.
- Co Ty tutaj robisz? - Evans zareagowała szybciej niż się można było spodziewać. Zerwała się na równe nogi i wyszła Potterowi na przeciw. - O tej porze, na błoniach.
- I kto to mówi pani prefekt. - uśmiechnął się łobuzersko.
- Ja przynajmniej nikogo nie podsłuchuję.
- Ja też nie. Błonia to teren ogólnie dostępny, a tak głośno dyskutować nikt Wam nie kazał.
- Lepiej mnie nie pouczaj i wracaj do zamku w podskokach.
- Taki miałem zamiar. I z wielką przyjemnością przy okazji Ciebie do Pokoju Wspólnego odprowadzę, bo jak sama wiesz - o tej porze chodzić po błoniach nie można.
- To co TY tu robisz? - wtrącił się Severus i stanął obok Lily.
- To raczej nie Twój interes Smarku.
- Nie nazywaj go tak. - powiedziała Evans spokojnie, ale stanowczo.
- Zawsze go będziesz bronić? Z tego co mi wiadomo w jego słowniku znajdują się słowa o znaczeniu znacznie gorszym.
   Lily mina trochę zrzedła, ale wiedziała jak złym pomysłem jest kontynuowanie dyskusji. Najlepiej było się rozejść.
- Idziemy Sev.
- Co takiego? A to, że on się włóczy o tej porze po błoniach...
- To nie Twój interes. - powiedział Rogacz wyciągając różdżkę i niby od niechcenia obracając ją w palcach.
- Obejdzie się bez tych pokazów siły. Jak również bez eskorty. Poradzę sobie. - powiedziała Lily i obróciwszy się na pięcie ruszyła mostem w kierunku szkoły. A Snape oczywiście za nią, nie patrząc Potterowi w oczy.
   Kiedy zniknęli już na końcu mostu za rogiem, do Jamesa podeszli jego przyjaciele z peleryną zwiniętą i trzymaną przez Syriusza.
- Nie mogłeś się powstrzymać, co? - zapytał Łapa.
- Nie. Zwłaszcza, ze zasadniczo dziś są WALENTYNKI.
- Niemożliwe towarzystwo. - powiedział Remus i skierował się prosto do zamku.
   Reszta poszła w jego ślady. Na dziś koniec już przygód.
   Oczywiście koniec zaraz po tym jak dadzą Kolorowy i Bombowy prezent swoich ukochanym Ślizgonom. Nie byliby sobą, gdyby tego nie zrobili. Huncwot - to zobowiązuje.

 

piątek, 8 stycznia 2016

2. Walentynki

   Róż.
   Mnóstwo różu.
   Różowe baloniki, różowe serduszka, różowe falbanki i firanki w oknach, różowe wstążeczki, różowe kupidynki, różowe świeczki i różowe wystawy w sklepach. Tak właśnie tego zimowego dnia wyglądało Hogseamde. Jak zalane różową powodzią. Mdlącą różową powodzią.
   W zestawieniu z mnóstwem białego puchu, który padał poprzedniej nocy jak oszalały, ograniczając widoczność na 2 metry w przód, wioska przypominała krajobraz z bajki. Słodkiej bajki, ze słowami występującymi wyłącznie w formie zdrobnień. I choć biło to swoim przesadyzmem w oczy, na większość uczniów spacerujących dzisiaj po wiosce miało ciekawy wpływ. Wyjątkowość Walentynek polegała dokładnie na tym. Wpędzała ludzi w jakieś dziwne przeświadczenie, że tylko wtedy są zdolni do okazywania uczuć, a miłość ma moc stokrotnie większą. Z tego powodu pary, które chodziły po uliczkach wioski w dzień Świętego Walentego trzymając się za ręce miały tak rozanielone miny i wielkie oczekiwania.
   Na szczęście w tym natłoku walentynkowego szaleństwa byli tacy, którzy zachowywali zdrowy rozsądek albo raczej normalność, żeby nie obrazić wielbicieli 14 lutego. Korzystali z przywileju cosobotniej wycieczki, ale bez randkowego towarzystwa. Oczywiście by zdecydować się na taki krok należało mieć mnóstwo pewności siebie oraz chodzić z głową dumnie uniesioną do góry. A oba te podpunkty pasowały idealnie do panny Lily Evans. To właśnie ona namówiła swoje dwie koleżanki z dormitorium (te które zostały tego dnia bez chłopaków) do damskiego wypadu do Hogsmeade wbrew wszystkim oporom i wątpliwościom. Uważała, że ma prawo się zrelaksować i żadnego męskiego kompana do tego nie potrzebuje. Planowała co prawda wieczorem wyjść na błonia z Severusem, ale przecież nie w ramach randki.
   Samotnie Walentynki spędzali także Remus i Peter, ale obaj z dwóch różnych powodów. Ten pierwszy, prefekt, najspokojniejszy z Huncwotów i swoim urokiem zjednujący sobie sympatię przedstawicielek płci przeciwnej kategorycznie unikał randek. Wszystkie dziewczyny, które choć próbowały okazać mu uwagę - delikatnie i kulturalnie odrzucał, a 14 lutego zaszywał się w dormitorium lub w bibliotece ze stertą książek. Odcinał się od świata i wracał dopiero po różowej burzy. Na brak powodzenia nie mógł narzekać, aż tak wstydliwy żeby nie zaprosić dziewczyny na randkę nie był, więc co było powodem tej awersji? Futerkowy problem. Według jego najlepszych przyjaciół była to głupia wymówka i bezsensowna przyczyna unikania związków, ale jak to podsumowywali - każdy Huncwot musiał być trochę dziwakiem.
   Peter natomiast ochotę na randki miał, niestety trudniej mu było znaleźć na te randki towarzystwo. Mówiąc otwarcie nie prezentował się tak dobrze jak jego trzej kumple, ale mimo wszystko głównym powodem takiego, a nie innego stanu rzeczy była jego nieśmiałość i niepewność we wszelkich kontaktach, nie tylko tych damsko-męskich. W związku z tym kolejne już Walentynki spędzał w sobie wyłącznie znany sposób, najpewniej wędrując po zamku i odwiedzając kuchnię, do której wejście kiedyś pokazali mu James i Syriusz. Była co prawda ta historia z Harriet z zeszłego roku, ale tego wolał ani nie wspominać ani nie powielać...
   Nasuwało się pytanie: co w tak kochliwy dzień robili przywódcy Huncwotów, którzy uchodzili za królów szkoły. W szczególności Syriusz ze swoim modelowym wyglądem i uwodzicielskim spojrzeniem. James może nie uchodził za tak szalenie atrakcyjnego, ale przystojny był. Dystans między Rogaczem a zainteresowanymi nim dziewczynami tworzył się w innym miejscu zatytułowanym: Umówisz się ze mną Evans? Lecz skoro tajemnicą nie była również zawsze otrzymywana odpowiedź, wiele pań mogło szukać go wzrokiem tego dnia. Ich wysiłki musiały się jednak zakończyć klęską, bo James tego dnia od rana był dosłownie niewidzialny. Nikomu nic nie mówiąc wstał wcześniej, wyciągnął swoją pelerynkę-niewidkę i ruszył w poszukiwaniu swojej ulubionej rudowłosej. Śledził ją co roku, może nie jakoś obsesyjnie i niezdrowo, ale sumiennie sprawdzając czy aby żaden adorator się koło niej nie kręci, a raczej czy ona żadnemu nie okazuje zainteresowania. James nigdy szczerze nie powiedział przyjaciołom co robi w Walentynki, kiedy znika na cały dzień. Uważał, że nie wychodzi zbyt korzystnie w takiej sytuacji i nawet najlepszym kumplom wolał nie ujawniać, jak silna jest jego fascynacja Lily. Milczenie i kłamstwa nie zwiodły jednak braterskiej więzi między Rogaczem i Łapą. Syriusz wiedział doskonale, gdzie znika jego najlepszy przyjaciel, ale otwarcie nigdy tego nie powiedział. W ten sposób chronił wiernie prywatność Jamesa, który z kolei zdawał sobie sprawę, że Łapa zna jego sekret. A Syriusz wiedział, że on wie, ale mimo wszystko nikt nie mówił o tym głośno i tak sobie udawali w najlepsze.
   Tymczasem Syriusz w tym roku zmienił diametralnie i znacząco sposób spędzania Walentynek, na wyjątkowo do niego nie pasujący i wzbudzający wiele emocji. I tak oto szedł przez wioskę, centralnie samym środkiem uliczki, trzymając pod rękę śliczną dziewczynę z długimi, brązowymi włosami, zielonymi oczami i ładną, zaokrągloną tam, gdzie trzeba figurą. Mijające ich dziewczyny, nawet te na randkach wodziły za Syriuszem tęsknym, pełnym cichego uwielbienia wzrokiem, a na jego towarzyszkę patrzyły z przekąsem i najczęściej zazdrością. Obu rodzajów spojrzeń para była w pełni świadoma.
   Kiedy doszli do Trzech Mioteł, Syriusz otworzył przed Jules drzwi uśmiechając się znacząco i powiedział, żeby poszła zająć jakiś stolik, a sam podszedł do lady Madame Rosmerty.
- Syriuszu, mój drogi, czym mogę Ci służyć? - zapytała kobieta, wyraźnie uradowana widokiem jednego ze swoich ulubionych komików.
- Chciałbym zamówić najbardziej romantyczne napoje z dzisiejszej Walentynkowej karty. - powiedział uśmiechając się serdecznie.- Tak romantyczne żeby serduszkami odbijało mi się przez najbliższy miesiąc.
- Bardzo zabawne. Zaraz podam żartownisiu. - powiedziała, a kiedy już chciał odejść, szturchnęła go w ramię i zapytała szeptem - Czy Twoja wybranka to ta, o której myślę?
- Udam, że nie przenikam ludzkim myśli z dziecięcą łatwością, a poza tym - prawdziwy mężczyzna nie odpowiada na takie pytania. - wykonał gest zamykania buzi na kłódkę i mrugnął.
   Idąc w kierunku Jules z satysfakcją odnotował, że jest obserwowany. Zanim usiadł dał Jules buziaka w policzek. Ona tylko uśmiechnęła się półgębkiem i uniosła brew.
- O to Ci chodziło? - zapytała możliwie najciszej, nachylając się w jego kierunku.
- Powiem szczerze, że aż takiego zainteresowania się nie spodziewałem. - odparł biorąc ją za leżącą na stoliku rękę.
- Gdybym wiedziała, że to zadania będzie tak niebezpieczne i dostarczy mi tyle adrenaliny, nie zastanawiałabym się nad przystaniem na Twoją propozycję tak długo. Zawsze jakaś dodatkowa przygoda.
- Niebezpieczne? Adrenalina? - zapytał, lekko marszcząc brwi.
- Nie udawaj, że nie wiesz co mam na myśli. Po dzisiejszym dniu stanę się wrogiem publicznym numer jeden w szkole. Większość dziewczyn będzie chciała wydłubać mi oczy. - zrobiła przerażoną minę i ułożyła palce w szpony.
- To teraz wiesz, że nie przesadzałem. Uratowałaś mnie przed całą armią rozkochanych dziewczyn.
- No tak, bo już zapomniałam jaki to Ty jesteś wspaniały i uwielbiany. Cóż za zaszczyt mnie dziś spotkał, będę miała o czym w życiu opowiadać, nagle wszystko nabrało se...
- Dobra wystarczy. Nawet udawana randka do czegoś zobowiązuje. - spojrzał na nią wymownie, drugie zdanie sygnalizując praktycznie tylko ruchem warg.
   Madame Rosmerta przyniosła napoje. Wyglądały jak Walentynki w płynie. Różowe kufle były w odcieniu napoju, więc wydawał się unosić w powietrzu, a było to tym bardziej efektowne, że róż cały czasz zmieniał odcień. Na wierzchu była piana, z której unosiły się i pękały bąbelki w kształcie serduszek, a słomki wyglądały jak łuki kupidyna z naciągniętą strzałą.
- Smacznego. - powiedziała Rosmerta, a potem zmierzyła Jules badawczym spojrzeniem, w sposób, który zapewne wydawał się jej dyskretny.
- Nie rozumiem. - powiedziała dziewczyna, kiedy Madame Rosmerta już się oddaliła. - Przyjaźnię się z Wami już od paru miesięcy, pokazuję w Hogsmeade w Waszym ,,akompaniamencie" regularnie, a nikt nie wydaje się patrzeć na nas z niedowierzaniem albo podejrzliwością.
- Myślę, że o wiele trudniej opinii publiczno-szkolnej było uwierzyć w moją przyjaźń z dziewczyną niż teraz w to, że owa przyjaźń zmieniła się w coś więcej. - powiedział Syriusz i zaryzykował pociągnięcie pierwszego łyka ze Nektaru Zakochanych, jak został w karcie nazwany ten napój.
- I jak? - zapytała, patrząc na łykającego płyn Łapę.
- Słodkie. I jest to wszystko co mogę Ci na ten temat powiedzieć, dalszych wrażeń nie da się opisać, trzeba poznać je osobiście.
- Może poczekam jeszcze chwilę i jeśli włosy ani sposób myślenia nie zmienią u Ciebie koloru to zaryzykuję. - zażartowała, na co Syriusz odpowiedział robiąc najsłodszą minę, jaką był w stanie zrobić.
- Pij śmiało. Najwyżej będziesz patrzeć na świat przez różowe okulary. - powiedział i pociągnął kolejny łyk.
- Pamiętasz to? To określenie?
- Oczywiście. Pamiętam praktycznie wszystkie przysłowia i przenośnie, które Peter przyniósł z mugoloznawstwa.
- Swoją drogą ciekawe, że zapisał się na akurat taki przedmiot dodatkowy. To znaczy, pochodzi z rodziny czarodziejów czystej krwi i na pewno dowie się tam wielu nowych rzeczy, ale właśnie przez swoje pochodzenie będzie się musiał wszystkiego uczyć, wszystko będzie dla niego nowe.
- Ty to wiesz, my wiedzieliśmy i Peter raczej też, ale chyba spodziewał się innego poziomu trudności, jeśli chodzi o ten przedmiot. Nie docenił kreatywności mugoli.
- Nie on jeden i niestety nie on ostatni. A skoro już zeszliśmy na tematy szkoły, jak Ci idzie przygotowanie do egzaminów?
- Chyba sobie kpisz. Jestem rewelacyjnie przygotowany i to bez żadnych przygotowań. - powiedział i rozsiadł wygodniej na krześle.
- Przepraszam panicza, że zapomniałam o jego niezwykłych zdolnościach,, kolejna już gafa dzisiaj. - zakryła usta dłonią z udawanym przerażeniem.
   Oboje wybuchnęli śmiechem i wrócili do rozmowy, która tak ich pochłonęła, że nie zauważyli upływającego czasu i wędrówki Słońca, powoli docierającego już do widnokręgu. Ale w dobrym towarzystwie czas zawsze szybko leci. Zdecydowanie za szybko.