piątek, 5 stycznia 2018

Świąteczny bonus :)

Jak głosi tytuł jest to notka bonusowa, która opisuje wydarzenia nie do końca związane z torem głównym fabuły bloga :) Chciałam po prostu w ten sposób złożyć życzenia wszystkim moim  czytelnikom i podtrzymać ten świąteczny klimat, który niestety zdecydowanie za szybko opada :) Przepraszam też po raz kolejny za opóźnienia ;) 
Miłego czytania :)


   Zapach igliwia był wyczuwalny prawie na każdym kroku. Śnieżny puch leżący na błoniach i dachach wież zamkowych, choć był tam już od dłuższego czasu i miał leżeć przez kolejnych kilka miesięcy, choć wyglądał tak, jak zawsze, to wszystkim kojarzył się jednoznacznie. A pojawiające się na korytarzach ozdoby świąteczne tylko tym skojarzeniom pomagały. Duchy latały po zamku nucąc świąteczne melodie, a na co drugim obrazie można było dostrzec postacie ubierające choinki. Choinki w pełnej krasie i rozmiarze stały też już w Wielkiej Sali. Przygotowane wcześniej przez Hagrida, teraz już przystrojone mieniły się blaskiem różnokolorowych światełek. Nic więc dziwnego w tym, że uczniowie myślami dryfowali już z prądem świątecznym, z dala od  książek i nauki. Atmosfera, jak to w grudniu, nie sprzyjała zbytnio skupieniu.
   Jednak, jak to zazwyczaj bywa, od każdej reguły można było znaleźć wyjątek, a w tym przypadku nawet cztery wyjątki. I podczas gdy nawet najpilniejsi uczniowie w Hogwarcie myśleli już głównie o prezentach i ciastach świątecznych, Huncwoci zaprzęgali swoje umysły do wytężonej i intensywnej pracy. Oczywiście ten intelektualny wysiłek w żadnym razie nie był związany z lekcjami. Huncwocki mózg był stworzony do wyższych celów.
   A huncwockie dormitorium do zapewnienia odpowiednich warunków do burzy huncwockich mózgów. Teraz, korzystając z jednego z ostatnich wieczorów przed przerwą świąteczną, chłopcy siedzieli, wcinali świąteczne słodycze i śmiali się do rozpuku. Wszystko to jednak były wątki poboczne dla cyklicznie powracającego tematu ,,Świątecznego BUM”.
- A może spróbować uśpić czujność Gonagall? Na przykład jakimś prawdziwym prezentem. – zaproponował Peter z ustami pełnymi czekolady. Chłopcy zrozumieli go tylko dlatego, że mieli spore doświadczenie z językiem czekoladowym.
- Prawdziwy prezent? Czyli co? Kocimiętka? – zapytał Syriusz, leżąc rozwalony na łóżku z czapką Mikołaja, nonszalancko nasuniętą na głowę.
- Co by to nie było nie uśpiłoby jej czujności. Myślę, że bardziej potraktowałaby to nawet jak potwierdzenie, że coś knujemy. – skomentował James czyszcząc trzymaną na kolanach miotłę.
- Taki prezent pt.: ,,Jesteśmy grzeczni i nie robimy nic podejrzanego” to niemal przyznanie się do tego, że będzie miała z nami kłopoty. – zgodził się Remus.
- To dajmy prezenty wszystkim nauczycielom. – Peter wyjątkowo nie dał się tak szybko zgasić swoim przyjaciołom.
- Tak, a najlepiej wszystkim oprócz profesor Sowy, żeby wzbudzić w niej zazdrość i niepewność. – zażartował sarkastycznie Łapa. – Ty się lepiej Glizdek przyznaj, że chcesz podlizać się nauczycielom, bo Ci ostatnie testy ,,przedsumowe” nie poszły najlepiej.
- No bo kto robi testy dwa tygodnie przed świętami. Ja jestem w stanie teraz myśleć tylko o cieście kajmakowym mojej mamy.
- To będziesz je sobie podjadać w trakcie czytania notatek przy świątecznym stole. – powiedział Lunatyk, który nie rozumiał braku myślenia perspektywicznego u swojego przyjaciela. Przecież jakby skupił się trochę wcześniej, miałby spokojną głowę w święta. No cóż, Peter był w tej kwestii niereformowalny.
- Na pewno nie będę. – Glizdek aż się zapowietrzył na myśl o tym.
- Jeść ciasta?
- Nie! Ciasto będę jeść. Nie będę czytać notatek.
- Jeszcze nogą tupnij dla dodania dramatyzmu. – uśmiechnął się Rogacz.
- A skoro o tym mowa, nutkę dramatyzmu też można dodać, prawda? – zagadnął Syriusz.
- Do naszego ,,BUM”? W sumie czemu nie.
- Łapo, Rogaczu poczekajcie chwilę. Skoro już rozważamy elementy dekoracyjne numery, to rozumiem, że jego ogólny szkic mamy dopracowany?
- Nasz głos rozsądku we własnej osobie. Wydaje mi się, że tak. – Syriusz wzruszył nieznacznie ramionami. – Jak przyjdzie nam do głowy jakiś dodatkowy pomysł pod wpływem genialnego natchnienia… Choć powiedzmy sobie szczerze – my cały czas pracujemy w warunkach genialnego natchnienia. A ideału nie da się poprawić.
- Dlatego właśnie nie masz zamiaru się zmieniać, przyjacielu? – powiedział James i puścił oko do Blacka.
- Dokładnie. Jak Ty mnie dobrze znasz. – odparł Syriusz, a następnie widząc, że Potter nie przestaje szorować zawzięcie tej samej części trzonka miotły, co wiązało się u niego z intensywnym myśleniem o jednej konkretnej rzeczy, dodał. – Zaraz zetrzesz cały impregnat z miotły.
- Panuję nad sytuacją. – powiedział James, ale bardziej machinalnie niż po przemyśleniu. Wynikało z tego, że pozwolił sobie na delikatne wyłączenie się z dyskusji, gdy przestała ona dotyczyć knucia. Tym lepiej, łatwiej będzie go podejść.
- Jesteś tego pewny?
- Oczywiście,
- I wszystko jest w porządku.
- Jak najbardziej.
- Czyli niczym się nie martwisz?
- Nie.
- Nie masz żadnych problemów na głowie?
- Nie.
- A prezent dla Lily gotowy?
- Jeszcze nie… Znaczy…
- Mam Cię! – wykrzyknął uradowany Łapa i patrzył z półuśmiechem na zbitego z tropu Rogacza.
- Wypchaj się karmą. – powiedział Potter ze skwaszoną miną.
- James daj spokój. Musiałbyś zaburzenia osobowości dostać, żeby czegoś dla panny Evans nie przygotować i to po swojemu, czyli z wielką pompą.
- Z wielką pompą będzie na bank, choć oprócz tego, nie mam chwilowo bardziej sprecyzowanych planów.
- Może podpytaj którąś z dziewczyn. – zasugerował delikatnie Remus nie podnosząc oczu znad książki. Wiedział, że otwarta rozmowa o słabości Jamesa do Lily jest dla Rogacza już i tak dużym wyczynem. Nie chciał go bardziej peszyć.
- Wolę nie. Nie chcę żeby puściły parę z ust. Poza tym, to ma być prezent ode mnie dla Evans i moim stylu. A nie w stylu Willow albo Mary.
- I równocześnie coś, co nie wywoła kultowej odpowiedzi ,,Spadaj Potter”?
- Dokładnie. – powiedział Rogacz i odłożył na bok miotłę, która była tak wypolerowana, że mogło budzić niepokój, czy Potter się z niej nie ześlizgnie w czasie meczu.
   Chłopcy zaczęli się zbierać do snu, a Remus pomyślał te może być problem. Jeśli Rogacz wybierając prezent dla Lily będzie myślał o tym, żeby pokazać przede wszystkim siebie… Cóż, pozostawało mu tylko życzyć przyjacielowi powodzenia.

   Noc była kompletnie bezksiężycowa i gdyby nie warunki panujące o tej porze roku mogłoby być wyjątkowo ciemno. Jednak szczęśliwie śnieg, który pokrywał błonia odbijał dzielnie światło gwiazd i rozjaśniał otoczenie. Chłopcy szli w ciszy, ciesząc się panującą tego wieczoru aurą. James chwilę wcześniej schował pod płaszcz pelerynę-niewidkę. Przemknęło mu przez myśli, że nie są już dziećmi, które bezproblemowo mieściły się we czwórkę  po peleryną, ale tragicznie też jeszcze nie było. W ostateczności, gdy już dopracują animagiczne zdolności Peter na czas używania niewidzialności będzie podróżował w kieszeni jego, Remusa albo Syriusza.
    Huncwoci skręcili w ścieżkę prowadzącą do Wierzby Bijącej. Remus skrzywił się nieznacznie i odruchowo spojrzał na niebo, jakby chciał się upewnić, że nie ma nim złowrogo pełnego Księżyca. Kiedy upewnił się po raz kolejny, że jest nów, wypuścił z płuc powietrze i starał się wyluzować. Syriusz kątem oka zauważył zachowanie przyjaciela, złapał z nim kontakt wzrokowy i uśmiechnął krzepiąco. Lupin był mu za to wdzięczny. Był wdzięczny całej trójce za ich wsparcie i zrozumienie. W zamian starał się, mówiąc bardzo dziecinnie, być dzielny. Dlatego nie miał nic przeciwko, że zbliżają się do miejsca, które mówiąc delikatnie nie kojarzy mu się zbyt dobrze. Chłopcy chcieli zbadać jedną kwestię dotyczącą Wierzby Bijącej. Czemu teraz – nie wiedział, ale nauczył się, że Rogacz i Łapa czasem bez wyjaśnienia żadnego ciągają ich ścieżkami tylko sobie znanymi. Tym razem przynajmniej podali cel podróży i był on wszystkim czterem dobrze znany. Tylko, że gdyby tą kwestię omówić na pełnym forum huncwockim, okazałoby się, że występuje pewna rozbieżność informacji. Bo ze wszystkich Huncwotów jedynie Lunatyk miał, powiedzmy trochę inny obraz sytuacji.
   Pierwszy alarm, że coś jest nie tak zadzwonił, gdy James, który wyszedł na przód ich pochodu zboczył w niewydeptaną jeszcze dobrze ścieżkę, która omijała dość szerokim, a na pewno bezpiecznym łukiem agresywne drzewo, a Syriusz i Peter poszli za nim. Lunatyk chwilę się zawahał.
- Chłopaki? Zmiana planów?
   Jego pytanie zostało całkowite zignorowane. Paniczowi Lupinowi zostało więc tylko iść spokojnie za resztą huncwockiej braci. Nie przeszli więcej niż piętnaście metrów i zatrzymali się przy dużym kamiennym uskoku. James, Syriusz i Peter ustawili się przy nim ramię w ramię, twarzą do Remusa. Zaczynało to wyglądać coraz dziwniej, ale Lupin w dalszym ciągu niczego się nie domyślał. Jednak wyjaśnienie przyszło jeszcze zanim zdążył zadać następnie pytanie. Syriusz uśmiechnął się, sięgnął za połę szaty, a potem powiesił na uskoku wyjętą stamtąd świąteczną skarpetę z imieniem ,,Remus”.
- Wesołych Świąt, Luniaczku. – powiedział James i zanim Lupin zdążył zareagować, dodał. – Wystarczy, że dotkniesz różdżką tego kamyka, na którym Syriusz powiesił skarpetę, a otworzy się tajne przejście prowadzące prosto do korytarza obok Skrzydła Szpitalnego. Od teraz masz własną drogę ewakuacyjną i wstecz – ewakuacyjną oraz pewność, że nikt Cię nie zobaczy. Wiemy, że traktujesz drogę stąd tam i odwrotnie, jak ścieżkę wstydu czy jakąś inną głupotę. Teraz możesz się czuć jak VIP. – były to pokrętne i dziwne życzenia świąteczne, ale Remus bardzo je doceniał. Nie miał pretensji do Jamesa za użycie tak dosadnych słów. W tak bliskiej przyjaźni, jaka ich łączyła zabawa w taktowność nie miała najmniejszego sensu. Liczyła się szczerość. A to, co powiedział Rogacz było szczere. I wspaniałe.
- Zanim się wzruszysz – powiedział Łapa z swoim luzem na twarzy – to jeszcze nie koniec prezentu.
   Remus tylko zmarszczył brwi. Cieszył się, że chwilowo nie dopuszczono go do głosu, bo nie wiedziałby nawet co powiedzieć. Zamiast tego patrzył na resztę prezentu. A był on tak szokujący, że aż ścinał z nóg. Lunatyk ledwo mrugnął, a pojawił się przed nim duży czarny pies i dostojny jeleń.
   Chłopcy zostali w zwierzęcej postaci przez niedługą chwilę, ale wystarczającą by zrobić piorunujące wrażenie. Kiedy wrócili do siebie, duma wprost z nich emanowała. Przekaz był oczywisty, a jedyne co mógł wydusić w odpowiedzi Remus to:
- Dziękuję.
- Nie ma za co. – powiedział Syriusz, który raczej nie należał nigdy do osób, które ulegały wzruszeniom. – Jeszcze trochę, a Peter swoją przemianę dopracuje i od tej pory będziemy razem stawiać czoło pełni.
- Ahoj przygodo. – zażartował James.
- W sumie to też mogę pokazać, co już potrafię. – powiedział nieśmiało Peter.
- Normalnie powiedziałbym nie, ale zrobiło się wyjątkowo rzewnie, więc akcent komediowy jest jak najbardziej wskazany. – powiedział Rogacz i mrugnął do Remus.
   Akcent komediowy to było za mało powiedziane. Kiedy Glizdek spiął się, żeby dokonać przemiany, nie wyszło mu to tak, jakby sobie życzył i znacznie słabiej niż dotychczas… Wystarczy powiedzieć, że w tych wszystkich emocjach i pod wpływem presji, którą sam na sobie wywołał, urosły mu tylko uszy, wąsy i ogon. Rogacz, Łapa i Lunatyk tak się z tego śmiali, że prawie popadali na ziemię. Remus cieszył się tą chwilą z przyjaciółmi, cieszył się z tych wyjątkowo wyjątkowych prezentów i tak się wyluzował, że nawet jego nie ruszyły skargi Petera, że nie może wrócić do całkowicie ludzkiej postaci. Gdy po salwach śmiechu i  przywróceniu Peterowi jego właściwej anatomii, chłopcy postanowili wspólnie przechrzcić tajne przejście czuli beztroskę, a także ekscytację, która towarzyszyła im w trackie pierwszych lat rozrabiania. Było im to potrzebne, bo pozwalało poczuć atmosferę świąt sprzed kilku lat, gdy w świecie magii było znacznie spokojniej.

   Kiedy James został obudzony w środku nocy magicznym budzikiem nabrał podejrzeń. Gdy usiadł na łóżku, nałożył okulary, rozejrzał się po dormitorium i dostrzegł kompletne wyludnienie. Podejrzenia nabrały mocy, ale nie był jeszcze pewny, które są silniejsze. Dopiero kiedy zobaczył, że na łóżku Syriusza leży przygotowany dla niego strój na miotłę, a jego ukochanej miotły nigdzie nie miał, opcja B, czyli ta, według której chłopaki szykują zasadzkę na niego, została bez wahania skreślona. A podejrzenia dotyczące wersji A uznał za potwierdzone. Dlatego zniecierpliwiony i rozradowany przebrał się i ruszył pędem tam, gdzie był pewny czekają na niego przyjaciele. Przemknięcie przez zamek zajęło mu dłuższą chwilę, bo nie miał przy sobie peleryny-niewidki, którą wzięli pozostali Huncwoci. Nie sprawdził tego, ale nie miał żadnych wątpliwości w tej kwestii. Po pierwsze, im trzem trudniej byłoby skradać się po korytarzach niż jemu jednemu, a po drugie, zabierając mu pelerynę trochę go spowalniali, dając sobie więcej czasu na przygotowania. Choć znając umiejętności organizatorskie Remusa oraz perfekcjonizm Syriusza, nawet gdyby się tam od razu teleportował, zastałby wszystko już gotowe i zapięte na ostatni guzik. Ale zawsze, w razie jakiejkolwiek niespodziewanej złośliwości rzeczy martwych, lepiej było się czasowo asekurować. James uśmiechnął się do swoich myśli, a w szczególności o jednego ich fragmentu. ,,Perfekcjonizm Syriusza”. Tak, bo Syriusz był perfekcjonistą, ale sam otwarcie nigdy by się do tego nie przyznał i gorąco zaprzeczył, gdyby ktoś go tak nazwał. Wynikało to z tego, że perfekcjonizm kojarzył mu się ze sztywniactwem. Może w większości przypadków tak było, ale nie trzeba by nikogo przekonywać, że Łapa jest tu wyjątkiem. On po prostu uwielbiał czuć, że to co zrobił to arcydzieło. Z resztą, kto tego nie lubił. Tylko nie każdy dąsał się i tracił na dłuższy czas poczucie humoru, gdy na tym arcydziele pojawiała się rysa. I nie chodziło tylko o dowcipy i inne huncwockie przedsięwzięcia. Syriusz miał też lekkiego bzika, jeśli chodziło o perfekcjonizm relacji z ludźmi i dlatego, kiedy się z kimś przyjaźnił starał się być najlepszym przyjacielem, a kiedy kogoś nie znosił - ,,najlepszym” wrogiem.
   James w okularach miał niemal sokoli wzrok, co było bardzo przydatne na pozycji szukającego, więc gdy tylko dotarł na błoniach do miejsca, z którego było widać boisko, wiedział już czeka na niego coś niesamowitego.
   Wszedł najpierw na trybuny, bo tam czekali na niego przyjaciele i oczywiście jego miotła. To właśnie na niej symbolicznie wisiała skarpeta świąteczna z napisem ,,James”.
- Wesołych Świąt. – powiedział Łapa i uczynił honory podając Jamesowi miotłę. On uśmiechnął się szeroko i uścisnął przyjaciela.
- Dzięki wielkie. Wam wszystkim.
- Nas wyściskasz już później, a teraz wskakuj na miotłę, bo z kilometra było widać jak Cię nosi. – powiedział Remus. Rogaczowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wsiadł na miotłę, wzbił się w powietrze i ruszył na podbój najbardziej widowiskowego toru przeszkód, jaki można by sobie wyobrazić. Nie brakowało w nim niczego. Ani ruszających się obręczy, ani pojawiających się ścian, ani miotaczy ognia… Ani wielu innych rzeczy. Adrenalina uderzyła Potterowi do głowy i krwioobiegu momentalnie i praktycznie wpadł w trans. Latał, wymijał, łapał wpuszczone na tor złote znicze, w ilości, która świadczyło o tym, że chłopcy musieli nieźle zaszaleć, żeby zrealizować jego prezent gwiazdowy i z każdą chwilą coraz bardziej nakręcał tym wspaniałym wyzwaniem. Dopiero po około dwóch godzinach zabawy, pomyślał, że nie zachował się zbyt kulturalnie.
- Może chcecie się dołączyć? – zawołał do przyjaciół, po raz pierwszy od co najmniej godziny zwracając uwagę na trybuny. Gdyby reszta Huncwotów ewakuowała się w tym czasie do zamku, ten najbardziej spostrzegawczy z bandy nawet by nie zauważył.
- Dzięki, ale raczej nie. – Remus siedział wygodnie z jedną ze swoich ulubionych książek na kolanach, ale wyraźnie już przysypiał. Peter spał a najlepsze rozwalony na ławce w najniższym rzędzie i pochrapywał. Tylko Syriusz nie odrywał oczy od wyczynów przyjaciela, a kiedy James zadał pytanie uśmiechnął się szeroko.
- Myślałem, że nie zapytasz. – powiedział, wstając i kierując się w stronę szatni.
- Jakbyś faktycznie potrzebował specjalnego zaproszenia.
- Uznałem, że dam Ci się nacieszyć prezentem jak przystało na przyjaciela.
- Podczas, gdy powinieneś mi zajmować tor, jak przystało na czującego się w pełni swobodnie najlepszego przyjaciela.
- Ej, Rogaczu, bo Lunatyk się obrazi. – rzucił Syriusz i zniknął w wejściu do szatni.
- Za późno, właśnie pękło mi serce. – zażartował Remus. Nie czuł się urażony. Wiedział, że każdy z nich dla każdego jest najlepszym przyjacielem na inny, ale wcale nie gorszy sposób i nie czuł potrzeby, by rywalizować z więzią łączącą Jamesa i Syriusza.
   Zabawa na boisku trwała aż do świtu. Do tego czasu Remus i Peter już smacznie spali, a James zdążył wyłapać wszystkie złote znicze, wypuścić je i wyłapać je razem z Syriuszem. Nawet trzeba było przyznać, że się trochę zmęczyli.
- Chyba czas na śniadanie. – powiedział Łapa zerkając na przyjaciela, który zrobił minę jak czterolatek, którego chcą zabrać z placu zabaw.
- Niestety. – westchnął Rogacz, a następnie przeleciał na Lunatykiem i Glizdogonem, żeby ich obudzić.
   Gdy tylko chłopcy, choć z trudem, trochę niewyspani i oboleli opuścili teren boiska, cały cudowny tor przeszkód zniknął. Potter obejrzał się tęsknię przez ramię, po czym ruszył z przyjaciółmi w stronę zamku.
- Najlepszy prezent na świecie.
   Naprawdę tak myślał i był przeszczęśliwy. Miał szczerą nadzieję, że Lily będzie choć w połowie tak szczęśliwa, gdy otworzy prezent, który on jej przygotował.

   Prezent dla Glizdogona był pod pewnymi względami łatwiejszy do ,,zrobienia”, ale w żadnym wypadku nie oznaczało to, że włożyli w niego mniej starań lub serca. Kierowali się tu tą samą zasadą. Chcieli uszczęśliwić jeden drugiego prezentem jak najbardziej spersonalizowanym. W tej sytuacji, jednego przedświątecznego dnia Peter co godzinę dostawał najlepsze magiczne i niemagiczne słodycze ze wszystkich stron świata, wszystkie jego wypracowania w ,,magiczny” sposób się napisały, a na koniec…
- Co to takiego? – zapytał Glizdogon, patrząc na leżącą na swoim łóżku paczkę. Wyglądała inaczej niż wszystkie poprzednie, nie była kanciasta, inaczej zapakowana i jako pierwsza ze wszystkich miała doczepioną świąteczną skarpetę z imieniem ,,Peter”.
- Otwórz, a zobaczysz. – powiedział James.
   Glizdogon poszedł za jego radą. Podniósł paczkę bardzo delikatnie i zaczął ją rozpakowywać znacznie mniej łapczywie niż wszystkie poprzednie.
- Spokojnie, nie wybuchnie. – powiedział Syriusz, a po chwili dodał, nie mogąc się powstrzymać. – Chyba.
   Glizdek przerwał w pół drogi i spojrzał na Łapę z pytaniem i przestrachem w oczach. Nawet przestał się ruszać.
- Syriuszu, nie psuj mu prezentu. – powiedział Remus.
- Nie mam zamiaru i nie dam rady, to zbyt dobry prezent, żeby dało się go zepsuć.
- Wesołych Świąt jeszcze raz Peter. – dodał James.
   Glizdek wrócił do procesu rozpakowywania. Gdy zdarł warstwę papieru, która dzieliła zawartość paczki od jego wzroku zamarł.
- To… to… Ale… Co… - naprawdę zaczął się jąkać. Usiadł na swoich kufrze i wyłożył obok siebie zawartość paczki. Było tam kilka skarbów, od których nie mógł oderwać wzroku. – Koszulka Srok z Montrose… Koszulka Nietoperzy z Ballycastle… Koszulka Zjednoczonych z Puddlemere. I wszystkie z podpisami!
- Ciszej trochę. Pół Hogwartu udusiłoby Cię przez sen dla tych koszulek. Pomijając wartość sentymentalną, są naprawdę wartościowe w sensie materialnym. – powiedział James. Nie miało to na celu poinformowania Petera, ile pieniędzy wydali na jego prezent. Naprawdę chciał go ostrzec, bo Glizdek przez swoje gapiostwo mógłby zbytnio obnosić się z czymś, co faktycznie niejeden chciałby wykraść. Poza tym tak naprawdę wcale nie wyglądało to tak prozaicznie – oni się złożyli, zapłacili i dostali koszulki. Włożyli w to przede wszystkim pracę i czas, co uważali za najważniejsze w wycenie wartości prezentu. Skorzystali z kontaktów ojca Jamesa, a i tak wymagało to od nich sporej gimnastyki.
- To nie wszystko. – dodał Remus, widząc, że Peter tak się skupić na koszulkach, że nie zauważył skrawka papieru, który został w na dnie prezentu. Kiedy Peter przeczytał, co to jest, aż się zapowietrzył.
- Powiem to za Ciebie, żebyś nie zemdlał – wejściówka na tegoroczne rozgrywki. Baw się dobrze.
- Dziękuję. – powiedział i spojrzał na chłopaków z miną, jakby chciał się rozpłakać.
- Nie ma za co. – powiedział w imieniu całej trójki James.
   Peter spędził wszystkie noce, aż do wyjazdu do domu śpiąc z koszulkami pod poduszką, a z wejściówką w ręku. Chłopcy wiedzieli, jak bardzo ucieszy się z tego prezentu, wiedzieli, jak myśli Peter. Wydawać by się mogło, że prezent związany ze sportem bardziej pasuje do Jamesa, ale tylko w formie czynnej. Quidditch w formie biernej był dla Petera czymś wspaniałym. Oglądając, kibicując czuł się częścią tego wszystkiego. Czuł się ważny, zaangażowany. To był jego sposób, na integrację. Obserwując, czy to mecze, czy knowania chłopaków, czuł się dopuszczony do jakiejś elitarnej grupy. To uczucie było wyjątkowo silne, nawet wtedy, gdy chodziło o szkole mecze, w których brał udział jego przyjaciel. Siedząc na trybunach, miał wrażenie, że jest lepszym kibicem niż reszta, bo zna kapitana, że ta drużyna jest bardziej jego niż innych Gryfonów. Skoro wtedy dostawał skrzydeł to wyróżniony takim prezentem prawie wyleciał przez sufit. Chłopcy łatwo mogli sobie wyobrazić z jak przejętą miną będzie siedział na trybunach podczas rozgrywek. Byli zadowoleni, że główny prezent tak mu się spodobał. W ramach podziękowań Peter nawet podzielił się swoimi międzynarodowymi słodyczami. A chłopcy, dali mu jeszcze jeden mały prezent. Zarówno Potter, jak i Black powstrzymali się przed chowaniem Glizdkowi jego cennych koszulek, gdy spał i oszczędzili mu w ten sposób zawału serca.

   Lily Evans była zdziwiona, gdy zobaczyła prezent na swoim łóżku. Wróciła do dormitorium w krótkiej przerwie między lekcjami, czyli wcześniej niż dostarczyciel się tego spodziewał. Jednak był zadowolony z obrotu sprawy. Wycofał się cicho w róg pokoju, ukryty pod pelerynką-niewidką, wybierając miejsce, z którego mógł obserwować reakcję Lily. Liczył na to, że dziewczyna nie czując na sobie obserwujących par oczu koleżanek skupi się na prezencie i prawdziwie go doceni. Nie chciał przyznać tego przez samym sobą, ale naprawdę wręcz rozpaczliwie pragnął by prezent spodobał się pannie Evans.
   Dziewczyna usiadła na łóżku po turecku i rozerwała papier. Teraz na jej kolanach spoczywało małe drewniane pudełko z szufladkami do przechowywania skarbów. Własnoręcznie zrobione i ozdobione, bez używania magii. James miał na to dowody w postaci zadrapań i ślad po drzazgach. Nawet Syriuszowi nie przyznał się, jakie jest ich pochodzenie. Wiedział, że Lily lubi rękodzieło. Nieważne skąd, po prostu to wiedział. Teraz patrząc na jej minę wiedział także, że prezent, a przynajmniej jego pierwsza część się jej podoba. Uśmiechnęła się, pogładziła wieczko, a następnie otworzyła pierwszą szufladkę. Leżał w niej breloczek z dołączoną karteczką. Lily aż wytrzeszczyła oczy, gdy poznała logo na breloczku. Było to logo mugolskiej organizacji charytatywnej, a kupując taki breloczek wspomagało się jej akcję, której celem był zakup prezentów dla dzieci z domów dziecka.
   Lily była dobra i uwielbiała pomagać innym. To wiedział każdy. Obróciła breloczek kilka razy w dłoni i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Położyła go na pościeli i sięgnęła do drugiej szufladki. James zamarł, wiedział, że dopiero teraz zaczynają się schody.
   Gdy Lily wyjęła liścik w postaci kartki świątecznej i zaczęła go czytać, uśmiech na jej twarzy zgasł. Rogacz przeanalizował to, co tam napisał, a znał już tekst na pamięć.

Lily,
Nie życzę Ci Wesołych Świąt, tylko takich, o jakich marzysz.
Mam nadzieję, że prezent Ci się spodoba.
Nie musisz mówić, że to ode mnie, ani nawet o tym pamiętać, jeśli to Ci popsuje czerpanie radości z prezentu.
Oprócz tego, mam jeszcze jeden prezent – do świąt nie zadam Ci swojego klasycznego pytania.
Pozdrawiam
James

   Lily patrzyła na liścik i dalej się nie uśmiechała. Potter zaczął się zastanawiać czy dobrze zrobił podpisując się. Wtedy Evans wpakowała wszystko do szufladek i zamknęła pudełko. Papier prezentowy wrzuciła do kosza i stanęła przy łóżku z prezentem w ręku oraz niezdecydowaną miną. Walczyła ze sobą, aż w końcu podeszła do szafy i włożyła do niej pudełko. Schowała je pod stertą ubrań, zamknęła szafę i szybkim krokiem wyszła z pokoju.
   James został i stał jeszcze chwilę bez ruchu zastanawiając się czy uznać to za sukces czy porażkę. W końcu najgorszy scenariusz zakładał, że wyrzuci prezent oknem. Cóż, teraz czas, żeby to on się oknem ewakuował. Podszedł do parapetu i wsiadł na trzymaną pod peleryną miotłę. Lecąc do okna swojego dormitorium i zostawiając dormitorium Lily za plecami uśmiechnął się do siebie.
   Tak, to jednak był sukces. Mały, ale na początek zawsze to coś.

   Ostatnia kolacja w Wielkiej Sali przed wyjazdem na święta. Święta, które wisiały w powietrzu, święta, które stanowiły główny i praktycznie jedyny temat rozmów. Święta, które jednoczyły i wydobywały z ludzi to, co najpiękniejsze i najlepsze. Święta, które swoim blaskiem rozpraszały cały mrok i szarość codzienności. Nikt nie śmiałby tego zepsuć. Ale przecież zawsze można było to ulepszyć, uczcić, wzbogacić. I taki właśnie zamiar mieli Huncwoci.
   Najpierw nikt tego nie zauważył. Dopiero, gdy iskry na zamkniętych drzwiach do Wielkiej Sali zaczęły się robić coraz większe, a towarzyszący ich pojawianiu dźwięk zaczął przypominać palący się lont dynamitu, wszyscy obecni zwrócili wzrok w tamtą stronę. Ale było to o kilka sekund za późno. Iskry eksplodowały świątecznym BUM i jak fajerwerki, dymiąc rozleciały się po całej sali. Uczniowie i nauczyciele patrzyli na to wszystko z rozbawieniem, szokiem, a co poniektórzy nawet z przestrachem. Ci ostatni zamarli w pół ruchu, chcąc się schować pod stołami.
   Natomiast Huncwoci siedzieli na samym środku Gryfońskiego stołu i podziwiali swoje dzieło. Gdy dym opadł, a fajerwerki zniknęły, pozostawiając w drzwiach wyrwę w kształcie ogromnej choinki, Rogacz i Łapa machnęli różdżkami pod stołem. Świece wiszące pod sufitem zaczęły opadać, po drodze zmieniając się w świąteczne cukierki z życzeniami, a bombki wiszące na choinkach ( które po tym, jak opadł dym były dziwnym trafem w barwach Gryffindoru ) zaczęły wyśpiewywać kolędy. Hałas, radość, zamieszanie, a nawet nerwy, które pojawiły się u nauczycieli, mimo że oni też dostali cukierki z życzeniami – to wszystko było nieodłącznym elementem świąt.
   Huncwoci wiedzieli, że dostaną za ten numer od Gonagall ,,prezent”, ale chwilowo napawali się radosnym chaosem, który wywołali i zbieraniem gratulacji i słów uznania. Po raz kolejny dali uczniom Hogwartu powód do śmiechu – ich świąteczny prezent dla wszystkich hogwartczyków.
   Profesor Dumbledore siedział chwilę jeszcze za stołem, czytając życzenia z cukierka, który spadł na jego talerz. Kiedy skończył, zerknął na chłopców, łapiąc z nimi kontakt wzrokowy i mogli przysiąc, że do nich mrugnął. Następnie wstał i podszedł do mównicy. Sala zamarła.
- Cóż mogę dodać. – powiedział, zerkając na trzymane w ręku cukierkowe życzenia. – Po prostu Wesołych Świąt.
- Wesołych Świąt. – zagrzmiała chórem uczniów sala. Tak święta było czuć w powietrzu.

   Peron był ładnie odśnieżony oraz porządnie zatłoczony. Uczniowie w wielkim entuzjazmem pakowali się do pociągu, który miał odjechać do Londynu za pół godziny. Z wypiekami na twarzach, nie wiadomo czy od zimna czy wyłącznie z emocji, rozprawiali o prezentach, świątecznych potrawach, wyjazdach do krewnych. James i Syriusz zarejestrowali z dumą, że o wielkim BUM też mówią i to niemało.
   Peter i Remus już siedzieli w pociągu, a przywódcy Huncwotów stali na uboczu, z daleka od szlaków migracyjnych, żeby nie utrudniać ruchu. Syriusz tak, jak grupka innych uczniów miał zamiar zostać na święta w szkole.
- Jesteś pewny, że nie wracasz do domu? – zapytał James, patrząc na przyjaciela.
- Znasz odpowiedź. Nie mam zamiaru psuć sobie świąt siedząc z tą bandą pacanów pod jednym dachem. Zwłaszcza, że na święta robi się tam prawdziwa pacaniarnia, zjazd pacanów i pacanek.
- Dobra, dobra, załapałem. – powiedział James, po czym obaj uśmiechnęli się i pomachali do Jules, która ciągnąc swój kufer, otoczona swoimi puchońskimi przyjaciółmi zmierzała do jednego z wagonów. Kiedy podniosła ręka w geście machania na jej nadgarstku mignęła bransoletka, którą dostała do Huncwotów. To też nie był zwyczajny, kupny prezent, tylko własna robota. Bransoletka składała się z rzemyka i zawieszonych na nim czterech zawieszek w kształcie kuleczek. Na każdej kuleczce był symbol nawiązujący do przezwiska któregoś z chłopaków, a po jej otworzeniu można było przeczytać napisane w niej spersonalizowane życzenia. Jules bardzo się spodobał ten prezent, aż oczy się jej zaszkliły, gdy go dostała. Ona każdemu z nich dała śliczny, ale nie niemęski notesik, w których napisała dla nich krótkie opowiadania, a w każdym z nich główny bohater przypominał któregoś z Huncwotów. Syriuszowi opowiadania ,,o nim” wyjątkowo przypadło do gustu.
- Nosi ją. – stwierdził oczywistość Rogacz.
- I o to chodziło. – Syriusz uśmiechnął się półgębkiem. – Dobra, to jeszcze raz wesołych świąt i nie zapomnij pozdrowić państwa Potterów.
- Sam ich pozdrowisz. – powiedział James i zamiast uścisnąć Syriusza, który wyciągnął do niego rękę, szeroko się uśmiechnął.
- Jak to? Połączenie przez Sieć Fiuu chcesz łapać? – Łapa został zbity z tropu, co zdarzało się wyjątkowo rzadko.
- Nie. – powiedział James, a potem ustawiając się tak, żeby zasłonić sobą kufer i upewniając się, że nikt nie patrzy, ściągnął pelerynę-niewidkę z kufra, który leżał na jego bagażu. A na tym drugim, schowanym dotąd kufrze leżała świąteczna skarpeta z imieniem ,,Syriusz”. – Zabieram Cię do siebie na święta. Kwestię zgód i deklaracji załatwiłem z Gonagall. Nie liczyłam Cię do uczniów, którym trzeba zapewnić ,,opiekę” w czasie przerwy świątecznej… Syriuszu? – dodał, widząc, że Łapa dalej patrzy się na swój kufer. Po chwili powoli przeniósł wzrok na Jamesa.
- Wydaje mi się, że spakowałem wszystko, co sam byś spakował. W razie czego pożyczę Ci jakieś ubrania. A potem więcej ich nie upiorę i będę trzymał w gablocie. – zażartował Rogacz. Syriusz podszedł do niego i go objął.
- Dziękuję. – nic więcej nie musiał mówić, Potter wyczuł wszystko w głosie przyjaciela.
- Za te ubrania? Naprawdę żaden problem. – powiedział niezwykle szczęśliwy szczęściem Blacka.
- Tylko, że ja nie mam prezentu dla Twoich rodziców.
- Ale ja mam. Wspólny prezent od syna… - wskazał na siebie – i… - skierował palec na Syriusza.
- Zbłąkanego wędrowca? – zażartował Syriusz.
- Nie. Przyszywanego syna. – między chłopcami zapadła chwila wymownej i pełnej braterskiej miłości ciszy. – Dobra, lecimy. Choć i tak wiadomo, że bez nas nie odjadą.
   Syriusz i James ruszyli w kierunku pociągu z uśmiechami na twarzach. Kiedy zaś pakowali bagaże do środka, Rogaczowi mignęło coś, co ten uśmiech zamieniło w banana.
   Lily przechodziła obok zajęta rozmową z Willow, a do torebki miała przypięty breloczek. Breloczek od niego.
,,Cóż, prawdziwa magia świąt.”- pomyślał, a potem kontynuując gramolenie się do pociągu, zaczął nucić pod nosem.

Pada śnieg, pada śnieg, miotła leci w dal.
A my bombki transmutujemy na świąteczny bal…



niedziela, 19 listopada 2017

28. Stara wiedźma

Remus, jako Prefekt i Huncwot w jednym, często przyprawiał McGonagall o ból głowy.
   Nie był to jednak typowy ból głowy, który zwykle się pojawiał u pani profesor, gdy w grę wchodziła Czwórka Wspaniałych. Było to ciekawe połączenie dolegliwości związanych z uczuleniem na łobuzerstwo oraz niezdecydowaniem, jak w takiej sytuacji postąpić z Prefektem Rozrabiaką. Ciężko wlepia się szlabany komuś, kto uhonorowany odznaką sam może je wlepiać.
   Minerwa wiedziała doskonale, czym kierował się Albus wręczając urząd Prefekta paniczowi Lupinowi. Pierwszym oczywistym i stałym w zestawie filtrów, które musiał przejść kandydat do tej roli był fakt, że Remus należał do dobrych i zdolnych uczniów. Nie chodziło tu bynajmniej to jakąś dyskryminację lub jej brak czy ocenianie uczniów po ich stopniach. Oceny zwyczajnie pomagały stwierdzić kto może sobie pozwolić na dodatkowe obowiązki, bo radzi sobie bezproblemowo z już posiadanymi. Po tak poczynionym przesiewie w worku kandydatów na Prefektów Gryffindoru znalazło się trzech Huncwotów. Jednak mimo ogromnej sympatii, którą darzył chłopców dyrektor, a którą musiał wielokrotnie maskować w momentach ich wizyt w jego gabinecie ( wizyt z wiadomych i nieprzepisowych przyczyn ), nie mógł powierzyć funkcji związanej z pilnowaniem porządku komuś, kto każdy porządek z chęcią burzył dla odrobiny adrenaliny i dobrej zabawy. Prefekt-Syriusz wiedzący o wszystkich dyżurach na korytarzach? Prefekt-James decydujący o przyznawaniu i odejmowaniu punktów np. Ślizgonom? Nie, to nie była wizja zachęcająca.
   Natomiast Remus malował się trochę inaczej. Nie był tak narwany, jak jego przyjaciele i ( choć głośno się do tego nie przyznawał ) cenił całkiem sporą gamę zasad oraz przepisów. Wynikało to po części z tego, że był zdecydowanie dojrzalszy od przyjaciół, a przyśpieszony kurs dorosłości zapewniło mu kilka nieszczęsnych ugryzień, których doznał w dzieciństwie. To właśnie one rozbiły wcześniej niż powinny bańkę beztroski i ukazały goryczki życia. To one sprawiły, że w najmłodszych latach Lupina było dużo strachu i niepewności. Wtedy nauczył się, że są zasady, które muszą istnieć i muszą być praktykowane. Tego typu zasady ratowały mu życie i pozwalały przetrzymywać pełnię za pełnią. A właśnie tymi pełniami odliczał czas do swoich jedenastych urodzin. Nie miał pewności, czy w ogóle ma na co czekać. Pamiętał, że niedługo po tym jak sytuacja z futerkowym problemem niejako się utarła, jego rodzice zaczęli co roku pisać do Hogwartu listy, by dowiedzieć się czy ich syn będzie miał gdzie rozwijać swoje czarodziejskie zdolności, gdy przyjdzie już na to czas. Dostawali bardzo uprzejme, współczujące i bardzo stanowcze odmowy. Sytuacja zmieniła się, gdy urząd objął profesor Dumbledore. On uprzedził państwa Lupin i napisał o tym, że wdraża specjalne środki ostrożności oraz kilka dodatkowych ,,udogodnień” ( dokładnie tak to nazwał - ,,udogodnień”, jakby chciał zapewnić, że szkoła oferuje zajęcia na basenie olimpijskim, nie chcąc by Remus choć przez chwilę poczuł się gorszy ), by ich syn mógł uczęszczać do Hogwartu. Rodzice natychmiast poinformowali o tym liście syna, ale on nie pozwalał sam sobie na radość i entuzjazm dopóki nie otworzył i spokojnie nie przeczytał listu, który w dniu jego urodzin przyniosła do domu szara sowa. Ten list zmienił życie Remusa, profesor Dumbledore je zmienił, dając chłopcu szansę.
   Lunatyk od tamtej pory starał się czerpać ze spełnionego marzenia na sto procent. Cieszył się szkoła, lekcjami, a na każdym posiłku z wdzięcznością patrzył na dyrektora i kłaniał mu się z szacunkiem. Nie czuł się mu nic winny, bo profesor Dumbledore czyniąc ludziom dobre rzeczy, robił to umiejętnie i bezinteresownie. Jednak ostatnią rzeczą, jakiej chciałby Remus było zawiedzenie profesora Dumbledore’a. Przynajmniej na tamten moment. Bo szkoła to nie były tylko lekcje, posiłki i nauczyciele. Nauka w Hogwarcie stała się najszczęśliwszym czasem w życiu Remusa ze względu na przyjaciół, których zyskał.
   Pierwszy dzień i noc w dormitorium były początkiem wszystkiego. Lunatyka to trochę bawiło, ale pamiętał wszystkie żarty powiedziane tej nocy przez Rogacza i Łapę oraz wszystkie historyjki o wpadkach, które zdarzyły się Glizdkowi. To od zawsze był sposób na rozbawienie towarzystwa w wersji Petera – opowiedzenie o tym, jak się zaczepiał w codziennym życiu o własne nogi. Remus był wtedy zachłyśnięty wszystkimi nowościami i z emocji prawie na wstępie się wygadał współlokatorom.
- Piękny widok. – powiedział jedenastoletni James patrząc przez okna na srebrzące się w blasku gwiazd błonia.
- Nie wiedziałem, że z Ciebie taki romantyk. – zażartował Syriusz. – Chcesz chusteczkę czy dasz radę  opanować wzruszenie, które w Tobie wzbiera na widok tego piękna?
- Bardzo zabawne. – odparł Potter, po czym dodał, udając, że ciąga nosem. – Po prostu coś mi wpadło do oka.
Dormitorium wypełnił śmiech.
- Fajnie by było pospacerować nocą po błoniach. – wtrącił się Peter, który jeszcze wtedy nie wiedział, jak łatwo można Syriusza i Jamesa zachęcić do takich wybryków.
- Świetny pomysł. Nocna eskapada, co Wy na to?
- Jestem jak najbardziej za Syriuszu. Na przykład w trakcie pełni Księżyca.
- Nie! – wyrwało się Remusowi, a kiedy zdał sobie sprawę, że skierował na siebie trzy zdziwione i zaciekawione spojrzenia poczuł narastającą panikę. – Po prostu chciałbym iść z Wami, a za te dwa tygodnie, jak wypada pełnia muszę jechać do domu… Odwiedzić mamę, bo… Jest trochę chora.
- Okej. – James powoli potaknął głową i się uśmiechnął. – to za tydzień w sobotę.
- Jestem za. – odrzekł Łapa.
   Remus odetchnął na te słowa z ulgą. Ale gdyby znał chłopaków wtedy tak, jak znał ich obecnie, wiedziałby, że nie odpuszczą i nie dadzą się zbyć tak marnemu kłamstwu. I nie dali. Co prawda, wpierany przez ,,udogodnienia” dyrektora Remus krył swój sekret dosyć długo, ale w końcu i tak przed Huncwotami nic nie miało szansy się schować. Wtedy jego życie zmieniło się diametralnie drugi raz. Albo po prostu drugi raz stało się wspanialsze, a on jeszcze szczęśliwszy. Gdy Syriusz i James pierwszy raz ( i chyba ostatni ) poprosili go wtedy o szczerą i poważną rozmowę, wiedział co usłyszy, ale nie sądził, że będzie miało takie konsekwencję. Był przygotowany, że przez swoją dolegliwość straci przyjaciół, a oni… Nie zostawili go, a teraz łamali wszystkie możliwe zasady – co może akurat nie było strasznie wyjątkową odmianą – i ryzykowali życie, by go wspierać i pokazać, że jest ich przyjacielem na dobre i na złe.
- Wiem, że masz dosyć naszych upierdliwych i zakręconych osób… - zaczął jedno zdanie podczas Tej Rozmowy James.
- … ale jesteś naszym przyjacielem i nie wymigasz się od tego byle jaką futrzaną wymówką. – dokończył Syriusz.
   Cóż, taka przyjaźń to coś wspaniałego. I wystarczający powód, by mimo swojej ogromnej sympatii do dyrektora, dać się ponieść szaleństwom i łamaniu regulaminu. Jednak mimo tego, że już raz w historii zwycięstwo w pojedynku Przyjaźń kontra Zasady, Dojrzałość i Odpowiedzialność, przechyliła się na stronę tego pierwszego, to  profesor Dumbledore stwierdził, że zaryzykuje i sprawdzi, czy wybranie Remusa Prefektem, oszczędzi profesor McGonagall nerwów, a szkole zniszczeń.
   Niestety nic z tego. Przez pierwszy miesiąc czy dwa, oprócz przyjacielskich żartów i chwilowej żartobliwej zmiany przezwiska Remusa na Lunatykący Prefekt, nic nie uległo zmianie. Wtedy też pierwszy raz Minerwa przyłapawszy chłopców stanęła przed dylematem. W końcu ukarała całą czwórkę, ale szlaban Remusa ustaliła tak, żeby jak najmniej osób miało szansę się o nim dowiedzieć. To trochę ruszyło chłopaka.
- Nie chcesz brać udziału w naszych akcjach? – zapytał Rogacz, gdy Remus nerwowo obracając w rękach odznakę powiedział, że coś trzeba zmienić.
- Może noszenie tej blaszki wywołuje pranie mózgu. – zażartował Syriusz.
- Nie, nie o to chodzi. Chcę brać udział, tylko… Lubię Gonagall, ona ogółem jest naprawdę w porządku babką i nie chcę psuć jej krwi bardziej niż to jest w porządku.
- A do którego miejsca jest w porządku?
- Już to kiedyś ustaliliśmy Glizdek. W porządku jest dopóty, dopóki komuś nie dzieje się niezasłużona krzywda fizyczna, psychiczna albo moralna. – odpowiedział Łapa.
- Przekroczyliśmy według Ciebie tą linię?
- Tak, James. Bo co innego ją wkurzyć i to jeszcze w taki sposób, że w duchu w rzeczywistości się uśmiecha, a co innego ją zawodzić i stawiać w niezręcznej sytuacji. A taką jest szlabanowanie Prefekta.
- Ona ma małego fioła na punkcie dobrego imienia Gryffindoru… - przyznał James i się zamyślił. Po kilku sekundach wstał i podszedł do swojego kufra. Pogrzebał w nim chwilę i wyjął pelerynę-niewidkę. – W takim razie, teraz Ty głównie masz mieć ją w przy sobie w trakcie wyskoków i w razie czego – natychmiast się ewakuować.
- I zostawiać Was na pastwę Lwicy?
- Dla nas to dodatkowe wyzwanie – nie dopuścić do tego, żebyś został złapany na miejscu zbrodni, prawda Rogaczu?
- Dokładnie tak Łapo.
   Od tamtej pory Remus albo robił się niewidzialny, albo dostawał zadania najmniej lub w ogóle niezagrożone przyłapaniem, ale wbrew oczekiwaniom nie przytemperował wcale zapędów swoich przyjaciół do rozrabiania i wybuchowych akcji.
   Tak było i tym razem z tym wyjątkiem, że nie była to przecież sztuka dla sztuki. Profesor McGonagall i profesor Dumbledore, jako ludzie bardzo inteligentni natychmiast się domyślili, że jest to wyrównanie porachunków za ,,niewyjaśnione” otrucie Jules Justice. Nie czyniło to oczywiście chłopców usprawiedliwionymi, ale pozwalało spojrzeć nauczycielom w inny sposób na coś, co bez powodu byłoby zwyczajnie przesadzonym aktem międzydomowej agresji.
   Jednak jakby nie patrzeć kara musiała być. Dla wszystkich czy nie, sama Gonagall nie była jeszcze pewna, bo niezbite dowody były tylko niejako na Jamesa, który dał się przyłapać na gorącym uczynku. Co prawda oczywistością było, że nie mógłby sam przygotować czegoś takiego, ale oczywistość to żaden argument czy dowód, a nauczyciele, jako pedagodzy w sumie nie powinni karać za domysły i przypuszczenia. I może nawet by tego nie zrobili, nawet mimo tego, że w korytarzu ataku na Jules-Dariusa było obecnych trzech/czwartych Huncwotów. Tylko, że chłopcy ani przez moment nie kryli się z zachowaniami, które świadczyły o istnieniu jakiegoś planu i jego realizacji. Nie było to kwestia nieuwagi, oni po prostu chcieli: a) Być solidarni z Jamesem; b) Dać szansę ukarać Gonagall liczbę osób choć odrobinę bardziej proporcjonalną do przewinienia; c) Szlabanem podpisać się pod dziełem.
   Minerwa nie wiedziała, który podpunkt był najbliższy prawdzie. Wiedziała natomiast, że gdy Darius i Ślizgoni był zabierani do Skrzydła Szpitalnego przez nauczycieli, a Syriusz, James i Peter stanęli przed nią w szeregu i zapytali, jak jest ich kara była w szoku, ale była też dumna. Z Huncwotów jej zdaniem mieli wyrosnąć naprawdę dobrzy ludzie. Chwilowo kazała im wrócić do dormitorium, a sama udała się do swojego gabinetu, żeby jako wicedyrektor wystosować za pomocą sieci Fiuu wezwania do szkoły dla rodziców Ślizgonów, którzy brali udział w ataku na PseudoJules. Nie zdążyła jeszcze wyjść na korytarz i udać się do SS, a już dostała odpowiedzi zwrotne, zawiadamiające o natychmiastowym przybyciu do szkoły wszystkich wezwanych. Z tonu, jakim były napisane domyśliła się, że czeka ją dziś jeszcze sporo nerwowego wysiłku.
   Kiedy dotarła do drzwi szpitalnych zastała na korytarzu czekających prefektów swojego domu. Lily była tam z poczucia obowiązku i jako osoba poniekąd zamieszana w sprawę, chociażby przez to, że o mały włos sama stałaby się ofiarą bomby, a Remus trochę jako Huncwot zamieszany w sprawę, trochę jako Prefekt pełniący obowiązku. W sumie to ona sam do końca nie wiedział.
- Chciałam zapytać czy mogę w czymś pomóc? – zapytała Lily, celowo używając liczby pojedynczej, mając w pamięci to, że Remus kłamał je prosto w oczy. Była na niego zła i odkąd czekali pod SS nie odezwała się do niego nawet słowem.
- Dziękuję za zainteresowanie. Wydaje mi się, że rzeczywiście miałabym dla Was zadania. – Gonagall nie zwróciła uwagi na liczbę pojedynczą w wypowiedzi Lily, ale Remus tak i tak naprawdę tylko o to pannie Evens chodziło. – Remusie, idź proszę Cię do gabinetu profesora Dumbledor’a i poproś go o przyjście do szpitala. Lepiej będzie jak osobiście zobaczy i usłyszy co się stało panu Patternowi.
- Ten uczeń, którego na noszach przynieśli przed chwilą nauczyciele to był Darius Pattern? – zapytała zaskoczona Lily i spojrzała pytająco na Remusa. Nie chciała, by zabrzmiało to wścibsko, ale doznała lekkiego szoku. Darius był przyjacielem Jules, Lily była tego pewna, więc dlaczego też stał się ofiarą dzisiejszego wyskoku.
- Tak. Został poturbowany przez uprzednio poturbowanych Ślizgonów, których rodziców wezwałam do szkoły. O tym wezwaniu też możesz powiedzieć dyrektorowi. A Ty Lily, idź proszę do głównego holu i poczekaj tam na rodziców naszych czarnoksiężników. – zwracanie się do uczniów po imieniu, zamiast ,,panno Evans, panie Lupin” oraz nazwanie Ślizgonów czarnoksiężnikami świadczyło o tym, że Gonagall jest już wyraźnie zmęczona wydarzeniami dzisiejszego dnia. – Jak tylko się pojawią daj nam znać i potowarzysz im aż ja i pan dyrektor się zjawimy. Wszystko jasne?
   Oboje skinęli głowami i się rozeszli. Remus idąc korytarzami i schodami w kierunku gabinetu dyrektora zastanawiał się, czy patrzenie w obliczu tej sprawy na niego, jako na Prefekta jest chwilowe czy faktycznie Gonagall ma zamiar udawać, że nie wie iż jego zachowanie na zebraniu Prefektów było mała dywersją.
   Remus było poniekąd szpiegiem i wicedyrektorka doskonale o tym wiedziała. Spełniał jednak swoje obowiązki i w związku z tym nie mogła w żaden sposób pozbawiać go funkcji. Nawet tego nie chciała. Ze szpiegiem czy bez Huncwoci i tak robiliby kawały, a tak miała przynajmniej obowiązkowego i sumiennego Prefekta, którego trzeba było przyznać bardzo lubiła. Lubiła z resztą wszystkich czterech, ale do tego nie mogła się za bardzo przyznawać, a już na pewno nie w takim momencie. Wystarczyłoby raz przyznać się do sympatii, a potem za każdym razem pojawiałyby się głosy, że ,,mimo wybryków Huncwoci są łagodniej traktowani, bo  Gonagall ich lubi”. Nawet jeśli nic by się nie zmieniło, takich głosów znalazłoby się całe mnóstwo. Nie można było do tego dopuścić.
   Chłopcy i z tego, i z sympatii Gonagall zdawali sobie sprawę. W końcu, jak można było ich nie lubić?




   Jak można lubić tych pacanów?  
Lily rytmicznie, równym tempem spacerowała z jednego końca korytarza na drugi, próbując się maksymalnie wyciszyć, a to pytanie obracane cały czas w myślach wcale jej w tym nie pomagało. Może było zadane w zbyt bezkompromisowy i przesadny sposób, ale najkrótszy by wyrazić jak się teraz czuła. Albo raczej jak chciałaby się czuć. Bo właśnie takie pytanie chciałabym móc sobie zadać bez podświadomych protestów, a takowe w tym momencie się pojawiały.
   Bo tak naprawdę nie można było powiedzieć, że Evans nie lubi Huncwotów. Działali jej na nerwy, ale nie wynikało z czystej niechęci. Bo w końcu trudno na przykład nie lubić małych dzieci, bo są niedojrzałe i głośne. W tym przypadku było podobnie. Huncwoci ją irytowali, ale to leżało poniekąd w ich naturze. Tak, jak kłamanie, by nie zagrozić powodzeniu misji.
    Dzisiaj ofiarą tego kłamstwa padła właśnie Lily i czuła się z tym źle. Nie dlatego, że dała się oszukać. Przecież w głębi duszy wiedziała cały czas, że Lupin nie jest z nią szczery. Była bardziej zła dlatego, że chciała wierzyć w jego szczerość i się mocno zawiodła. A naprawdę była gotowa dać im szansę. W imię jedności, dojrzałości właśnie oraz powiedzmy pewnego koleżeństwa.
   Chciała się z nimi spotkać i porozmawiać, zobaczyć jak się będą zachowywać w pięcioosobowym gronie, poza ,,blaskiem fleszy”. Zdała sobie sprawę, że nawet zaczęła rozważać, gdzie by poszli w trakcie takiego spotkania, o czym rozmawiali, jak długo…
   Potrząsnęła głową na myśl o tym. Była trochę przerażona, trochę zawstydzona, ale również ( skoro miała moment szczerości przed samą sobą ) rozczarowana. Rozczarowana, że wyszło na jej, co było już maksymalnie dziwne. Normalnie to by się cieszyła, że znowu miała rację, że potrafi trafnie ocenić sytuację, ale nie tym razem. Co się zmieniło?
   Nie potrafiła powiedzieć. Nie potrafiła powiedzieć nic, poza tym, że rozmawiając z Potterem w lochach przez chwilę zobaczyła w nim coś więcej niż pozę. To było tak, jakby dostrzegła, z której strony podważyć wieczko i już delikatnie zajrzała przez szparę do środka. A przecież James zachowywał się dokładnie tak, jak zawsze. Tylko wtedy byli sam na sam i mieli okazję zamienić kilka zdań dłuższych i mniej monotematycznych niż ,,Umówisz się ze mną, Evans?”. Potwierdzało to niejako tezę Remusa, że ona ich tak naprawdę nie zna i nie daje nawet szansy poznać. Trochę było w tym prawdy, a Lily czuła jak kiełkuje w niej ciekawość. Jakby miała przeprowadzić badania poznawcze nad nowym, nieznanym gatunkiem.
   Zaśmiała się w myślach. Chyba przesadziła. Nazywanie ich nowym, nieznanym gatunkiem tylko podnosiło ich do rangi niezwykłych ponadprzeciętnych, a sami się na tej pozycji doskonale i kurczowo trzymali.
   W każdym razie z badań w najbliższym i dalszym czasie nic z tego. Wyraziła się jasno - jeśli Remus powie jej prawdę, ona się z nimi spotka. Lupin skłamał, ona się wycofuje i tyle. Jeszcze by tego brakowało, żeby wyszła na niesłowną albo sama zaproponowała spotkanie. Nie zniży się do czegoś takiego, żeby wyszło, że tak, jak większość szkoły nie może się oprzeć temu huncwockiemu urokowi. Niedoczekanie.
   Spojrzała na wejście do lochów i przystanęła w tym drążeniu wału w podłodze. Postarali się bardzo w swojej huncwockiej skali. Zemścili się na Ślizgonach za otrucie Jules. Już zdążyła poznać przyczynę, ale mimo, że nic nie miała do panny Justice, a nawet jej dobrze nie znała, uważała, że to przesada. Przecież obrażenia, które zafundowali uczniom Slytherinu były w ich słowniku ,,imponujące”, a w jej mniemaniu ,,straszne”. Chociażby Severus – wyglądał, jakby miał rogi, przez ropne narośla, które mu się zrobiły na twarzy, a przecież on nie miał z tym otruciem nic wspólnego.
   Znowu cichy głos podświadomości odezwał się w Lily – Czy na pewno?. Była na siebie zła, że pozwala sobie dopuszczać inną myśl, ale nie była ślepa ani głupia. Widziała, jakie obrót przybierają sprawy, jak zachowuje się Sev i czym zaczyna się interesować. To było więcej niż martwiące i Lily starał się mieć z przyjacielem jak najczęstszy kontakt, żeby dawka słyszanych przez niego światopoglądów miała szansę się choć trochę zrównoważyć. Jednak on nasiąkał nie tym, co trzeba, a Lily była zbyt mądra by tego nie widzieć.
   Najlepszym sposobem byłoby odizolowanie go od reszty tego szemranego towarzystwa. Towarzystwa, które z pewnością stało za podaniem Jules trucizny i które potem z niewiadomego powodu zaatakowało Dariusa. Nie wiedziała w jaki sposób Puchon był w to wszystko zaangażowany, tak samo jak nie wiedziała za wiele o nim samym. Przyjaciel Jules, która jest przyjaciółką Syriusza i reszty Huncwotów. To tyle. No, plus fakt, że ten pierwszy nie lubi się z tymi ostatnimi i odwrotnie. Cóż, w tej kwestii by się chyba dogadali, choć pobudki dystansu i braku ciepłych uczuć były w przypadku chłopaka chyba trochę inne. Jej zdaniem ( tak jej podpowiadała kobieca intuicja ) Darius widział w Jules kogoś więcej niż przyjaciółkę, a w tym wszystkim na drodze stawał mu nagle Mister Hogwartu, czyli panicz Black. Darius był zapewne zwyczajnie zazdrosny, a Syriusz… On nie traktował dziewczyn poważnie ani nie myślał o nich jako kandydatkach na dziewczyny. Wielokrotnie powtarzała to Willow, ale przyjaciółka rumieniła się wtedy tylko i mówiła, że wie o tym i nie ma z tym problemu. Akurat. Will była zadurzona ( z niewiadomych przyczyn ) w Syriuszu, który przyjaźnił się z Jules, w której natomiast durzył się Darius. Gdzieś w tym wszystkim przewijała się jeszcze postać Elinor Durete, Smoczycy Hogwartu, która budziła w Lily masę niepozytywnych uczuć, a która – jak głosiły plotki – spędziła z Syriuszem noc w przystani. Ciekawy układ wychodził, w którym nie była w stanie powiedzieć nic tylko o sympatiach Jules. W ogóle nie była w stanie nic o niej powiedzieć, bo tak naprawdę się nie znały.
   Tylko dlaczego ja teraz o tym myślę? – zadała sobie w duchu pytanie, po czym się zbeształa w myślach, że zamiast się skupić na roli delegatki, którą dostała, bawi się w jakiś psychologiczne rozważania. Lily, trzymaj fason.
   Ledwie zdążyła to pomyśleć, drzwi wejściowe otworzyły się i do holu weszła grupa dorosłych, którzy mogliby figurować w słowniku pod takimi hasłami, jak: ,,powaga”, ,,wyniosłość”, ,,nadęcie”, ,,ponurość”. Innymi słowy – prawdziwy obraz szlacheckiej, czystokrwistej, czarodziejskiej rodziny.
- Dobry wieczór, państwu. – Lily ruszyła do nich pewnym krokiem, uśmiechając się uprzejmie. Zrobiła krótką przerwę, czekając na kulturalną odpowiedź, ale się nie doczekała. Będzie musiała wykreślić ze swojej listy szlacheckich przymiotów wykreślić dobre maniery. Przybyli goście stali stłoczeni w czarnych, długich szatach i albo nie patrzyli na nią w ogóle, albo patrzyli w sposób, w jaki patrzy się na służbę swojej służby. Wyglądali na bardzo znudzonych całą sytuacją. – Nazywam się Lily Evans i jestem prefektem domu Godryka Gryffindora. Profesor McGonagall przysłała mnie…
- Jak się nazywasz? – przerwał się kobiecy, ale bardzo nieprzyjemny głos, dochodzący z tylnego rzędu czarnych płaszczy.
- Lily Evans, pani…?
   Kurtyna czarnych szat się rozstąpiła na boki i przez utworzony w ten sposób szpaler przeszła bardzo powoli i wyniośle para. Mężczyzna, barczysty i poważny był o głowę wyższy od żony i tym samym od Lily. Ust prawie nie było widać za gęstą, ale zadbaną brodą, a oczy patrzyły obojętnie i chłodno, ale kogoś Lily przypominały. Natomiast kobieta, również postawna, a w dodatku zapatulona w wały szaty wydawała się górować nad Lily, choć były tego samego wzrostu. Czarne włosy miała upięte w kok, usta cienkie i ściśnięte w harmonijkę, a oczy… Wystarczyło powiedzieć, że patrzeć w nie wcale nie było przyjemnie. Jedno było pewne – ta para musiała górować nad resztą swoim statusem i była z tego bardziej niż dumna.
- Black. Pani Walburga Black, skoro nie jesteś w stanie sobie przypomnieć. – powiedziała lekceważąco, jednak z należytym naciskiem na nazwisko. Lily na moment wybałuszyła oczy. Rodzice Syriusza.
- Coś nie w porządku? Rozumiem, że to szok spotkać na osobiście, nieprawdaż? – odezwał się niskim głosem Orion Black.
- Z pewnością. – pokiwała głową pani Black. – Ale wróćmy do Ciebie dziewczyno. Evans, tak powiedziałaś?
- Tak, proszę pani. – powiedziała Lily dalej będąc w szoku i przypominając sobie, jak wielokrotnie słyszała Syriusza mówiące o swojej mamie, jako wstrętnej ropusze. Cóż, Lily nie chciała być niemiła, ale dobrze, że jeśli kogoś w ogóle z rodziców przypominał Syriusz, to tatę. Choć wiedziała, że w wypowiedziach Łapy ,,ropucha” odnosiła się do czegoś więcej niż wyglądu.
- Nie przypominam sobie żadnego rodu o tym nazwisku. Poza tym, wszystkie tak naprawdę warte szacunku i uwagi nazwiska mamy teraz przy sobie.
- Kiedyś spotkałem czarodzieja o nazwisku Evans podczas wizyty w Ministerstwie Magii, kiedy odwiedzałem ministra. Barny Evans to jakiś Twój krewny? – dodał pan Black.
- Nie. – powiedziała Lily nie bardzo wiedząc do czego to wszystko zmierza. – Nie mam żadnych magicznych krewnych. Ale wróćmy to powodu państwa przy… - tym razem przerwała jej uniesiona ręka pani Black.
- Żadnych magicznych krewnych?
- Tak, proszę pani. – odpowiedziała Lily, już lekko zirytowana treścią rozmowy.
- Jesteś szlamą? – trudno stwierdzić kto w tym momencie bardziej wytrzeszczył oczy – pani Black czy Lily. W holu zapadła cisza.
- Słucham? – powiedziała panna Evans, kiedy trochę minął szok.
- Nieprawdopodobne. – pani Black już nie patrzyła na Lily mówiąc, a mówiła z wielkim oburzeniem. – To, że z Gryffindoru było już trudne do przełknięcia, nie wiadomo jakie menty są tam przydzielane, a teraz jeszcze to. Orion, czy Ty to słyszałeś? Szlama! Kto by pomyślał, że zostaniemy tak potraktowani…
- Kto by pomyślał, że ktoś rzekomo tak dobrze urodzony i ustawiony, może być zdolny do takiej zachowania. – dobiegło z góry schodów.
   Wszyscy obecni w holu odwrócili się w tamtą stronę. Ze schodów schodziła właśnie Jules, która po tym, jak nie została wpuszczona do Dariusa do SS wracała właśnie zła do dormitorium i bardzo potrzebowała dać upust emocjom.
- Kim Ty jesteś i jak śmiesz mnie pouczać? – Walburga chwyciła się za serce, jakby dostała wyjątkowo mocny cios.
- Jules Justice. Czarownica z baaaaardzo mieszanej rodziny. Rozrysować drzewo genealogiczne? – zapytała ironicznie, stając obok Lily.
- Ty bezczelna smarkulo! Widzicie to? Właśnie przez takich, jak ona sztuka magiczna jest brukana i niszczona. Właśnie przez takich mieszańców nasz świat podupada.
- Ja myślałam, że raczej przez podziały, rasizm i czarną magię, ale do pani widzę jeszcze te informacje nie dotarły. – Jules w odróżnieniu do Walburgi nie podniosła głosu, ale ton miała waleczny.
- Informacje.. do … Nie… nie, nie, nie. – pani Black zaczęła się jąkać i oparła się na mężu z wrażenia. Lily była pewna, że to tylko poza. Walburga Black wyglądała na taką osobę, która jakby chciała ,bez użycia magii podniosłaby swojego męża i wyważyła nim drzwi. – Bezczelność prawdziwa. Czy Ty wiesz, że gdyby nie takie rody, jak Szlachetny i Starożytny Ród Blacków czarodzieje dawno temu by wyginęli. Zawdzięczacie nam wszystko, a jak się odpłacacie? Pchając się tam, gdzie nie powinniście, zajmując miejsca prawdziwych czarodziei, zapominając, że powinniście nam służyć i mieszając swoją brudną krew z naszą.
- Tak się składa, że jeśli chodzi o krew, to mam tą samą grupę, co pani syn Syriusz. Badaliśmy to w ramach jednych zajęć z MUGOLOZNAWSTWA. – Jules podkreśliła należycie to słowo. – Skoro ona ma czystą, a ja nie, to albo  pomylili coś w laboratorium, albo, no nie wiem, czystość krwi to bzdura?
   Lily prychnęła rozbawiona ripostą Jules. Walburga prawie na nią spojrzała z tego powodu, ale w ostatniej chwili się powtrzymała. Coraz bardziej wściekła zwróciła się znowu do Jules.
- Bzdura? Wieki małżeństw tylko z czarodziejami i czarownicami czystej krwi, a Ty mówisz, że to bzdura.
- Tak naprawdę to każdy czarodziej i czarownica ma gdzieś w rodzinie osobę niemagiczną. Inna opcja jest zwyczajnie niemożliwa... – wtrąciła się Lily.
- Zamknij się szlamo! – wydarła się pani Black.
- Nie, to Ty się zamknij, stara wiedźmo! – nie wytrzymała Jules, która jako grzeczna, dobrze wychowana dziewczynka, z natury ugodowa, nigdy się z nikim nie kłóciła i nie odezwała w ten sposób do osoby dorosłej. Cóż, moc wrażeń, którą miała za sobą musiała gdzieś znaleźć ujście i gdyby nie wyjątkowo paskudne zachowanie Walburgi Black, pewnie znalazłoby je w wydarciu się w poduszkę. – Trzeci raz używasz słowa, które jest odrażające i świadczy same najgorsze rzeczy tylko o osobie, która go używa. Skoro to jest zachowanie arystokratyczne, to nic dziwnego, że Syriusz nie chce mieć z rodziną nic wspólnego.
- No tak, czyli kolegujesz się z tym moim nieudanym synem. Z hańbą naszego rodu…
- Hańbą rodu? Czyli ten młodszy, który używa czarnej magii i podtruwa ludzi, to według pani udany egzemplarz?
- A kogo otruł? – zapytał Orion Black ze spokojem i obojętnością. Lily i Jules na niego spojrzały.
- Rozumiem, że od tego zależy państwa reakcja. Jeśli kogoś z ,,brudną” krwią, to jeszcze dostanie za to nową miotłę? – zapytała Lily.
- Nie odzywaj się do mnie. – powiedziała pani Black, sącząc każde słowo i sięgając ręką za pazuchę. Prawdopodobnie po różdżkę, ale dziewczęta nie zdążyły się o tym przekonać, bo za plecami usłyszały kroki.
- Dobry wieczór, państwu. – profesor Dumbledore zaczął tak samo,  jak Lily, ale on doczekał się burkliwych, wymuszonych odpowiedzi. Dyrektorowi towarzyszyła profesor McGonagall, która złapała kontakt wzrokowy z każdą z dziewcząt nakazując im milczenie. Nie było to jednak spojrzenie karcące. Gdyby Lily miała je opisać, zatytułowałaby się ,,Nie warto psuć sobie krwi”. No tak, krwi, jak na ironię.
- Dziękuję panno Evans i Justice za dotrzymanie towarzystwa naszym gościom, a teraz idźcie już proszę do swoich Pokojów Wspólnych. Bez żadnych wycieczek po drodze.
   Dziewczyny pokiwały głowami i ruszyły w drogę, jednak po paru krokach obie zdały sobie sprawę, że zapomniały o jednej ważnej rzeczy i jakby się umówiły, odwróciły się i powiedziały:
- Do widzenia państwu, dobrej nocy i bezpiecznej podróży. – po czym się rozeszły.
   Dyrektor Dumbledore uśmiechnął się pod nosem.
- To jest klasa, nieprawdaż? – powiedział, czym wywołał dość mocno zdziwione miny gości. – No cóż, mamy dość długą rozmowę do odbycia, zapraszam do mojego gabinetu. – Dumbledore wiedział, że czeka go teraz długa i ciężka przeprawa, ale w chwilach, kiedy będzie ciężko, miał zamiar dla uspokojenia przypominać sobie słowa Jules, które było słychać już z oddali.
,,,Ty stara wiedźmo”. Zachichotał cicho. To było coś.


- Nie otworzę tego okna na pewno! Na dzisiejszy dzień mam dosyć wrażeń i jak ktoś mnie zaprosi teraz do przystani, to pójdę tam najwyżej go utopić. – powiedział Syriusz kładąc się na łóżku z silnym postanowieniem, by nie reagować na rozlegające się pukanie w okno.
- Ty, Łapo masz dość wrażeń? Może jesteś chory? – zażartował Remus.
- Chory, bo nie wszystko idzie po jego myśli.
- A Ty James pewnie jesteś zadowolony, że Jules jest na nas wkurzona.
- Chyba głównie na Ciebie jednak.
- Super, umiesz pocieszyć przyjaciela. Otwierasz to okno na własną odpowiedzialność! – dodał Łapa, widząc jak Potter podchodzi do okna.
- Przestań wzbudzać panikę. Popatrz na Glizdka. Biedny się schował pod kołdrę ze strachu przed otworzeniem okna.
- I pewnie ze strachu też chrapie. – dodał Lunatyk. W tym momencie James otworzył okno, a do środka wleciała i od razu wyleciała sowa, wypuszczając przy tym na podłogę mały rulonik pergaminu.
- To nie była sowa Jules? – zapytał Lupin.
- Zdecydowanie. Bo jest to liścik od Jules do Syriusza. – powiedział Rogacza rozwijając papier.
- Pokaż. – Łapa doskoczył do Jamesa w dwóch krokach. Przeczytał liścik i parsknął śmiechem.
- Co tam?
- Uwaga. – powiedział Syriusz, odchrząknął teatralnie i przeczytał:

Syriuszu!
Nie dziwię Ci się zupełnie, że masz alergię na swoją matkę. Jest prawie tak urocza, jak smocza ospa, z tą różnicą, że na ospę jest lekarstwo. Mówiąc krótko – nie polubiłyśmy się.
Jules
PS
Trochę mogłam Ci pogorszyć niektórymi tekstami sytuację w domu, więc jakbyś musiał szukać nowego lokum to mój adres znasz.

- No proszę. Chyba już nie jest zła. – podsumował Rogacz.
- I najwyraźniej miała wątpliwą przyjemność poznania mojej  mamusi.
- A że jesteś niezmiernie podobny do mamy z wyglądu i charakteru, to nagadanie pani Black, sprawiło, że przeszła jej złość na panicza Blacka.
- Bardzo, bardzo, bardzo zabawne Luniaczku. – powiedział Syriusz, kładąc się znowu na łóżko. Popatrzył na liścik i się uśmiechnął.
   Teraz mógł już spokojnie iść spać.