wtorek, 1 maja 2018

31. Sowie rozmyślania

Huncowci mieli w szkole całe rzesze swoich fanów. Należeli do nich zarówno chłopscy, jak i dziewczyny. Ci pierwsi albo fanatycznie wręcz prowadzili rejestry wyskoków Gryfonów, gromadząc wspomnienia o nich, jak karty kolekcjonerskiej, którymi absolutnie uwielbiali się dzielić w swoim gronie, albo patrzyli na nich wilkiem zieleniąc się z zazdrości, że mają takie noty w rankingach popularności, a podziwiając ich gdy nikt nie widział i nie słyszał.
            Z dziewczynami sprawy wyglądały w sposób nieco mniej skomplikowany. One jeśli już poznały legendę paczki Gryfonów, rozpływały się nad nimi z zachwytu. Były takie, które na samym wdychaniu nie poprzestawały i starały się wchodzić na wyższe etapy znajomości. Do tej grupy należały te dziewczęta, przed którymi Syriusz chował się w Walentynki za ,,plecami” pseudorandki z Jules.
            Oczywiście nie znaczyło to, że któremuś z chłopców zaistniały stan rzeczy przeszkadzał. Na ten przykład taki Peter z dumą i radością grzał się w blaski jupiterów huncwockiej braci. Reszcie chłopców taki, a nie inny stan rzeczy nie przeszkadzał, dopóki nie przekraczał tej granicy uwielbiania na odległość. Syriusz był w końcu wolnym duchem, Remusa nachalne podrywy peszyły, a James zaakceptowałby zainteresowanie od dziewczyny, które spełniałaby następujące kryteria: rude włosy; migdałowe i zielone włosy; imię i nazwisko – Lily Evans.
            W każdym razie grono kibicujących Huncwotom dziewczyn było dość jednolite w kwestii genezy swoich uczuć. Zmiana w tej materii nastąpiła dopiero po Wielkim Wybuchu w lochach. Ten numer chłopców, dla większości był zwykłymi porachunkami między Gryffindorem a Slytherinem, dla bardziej wtajemniczonych – zemstą za otrucie, ale dla dwóch Puchonek miał zupełnie inny, baaardzo romantyczny wymiar.
            Olivia i Meredith pojawiły się w Skrzydle Szpitalnym, jako jedne z pierwszych ,,postronnych” uczestników wydarzeń ostatnich dni i gdy dowiedziały się tam od Jules wszystkich szczegółów... Dla nich był to wstęp do historii miłosnej.
- Macie coś nie tak z głowami. – skomentowała to panna Justice, choć poniekąd była w stanie poruszać się ich tokiem rozumowania.
            Dla Olivii i Meredith zemsta za otrucie Jules, wykonana w sposób, który świadczył o kompletnym nieliczeniu się z konsekwencjami... Dziewczynom serduszka się roztopiły, a Jules brew ze zdziwienia nad ich zachowaniem podskoczyła.
            Dla zachowania pełnej jasności należało zaznaczyć, że obie przyjaciółki za bohatera, którego należało obrzucić różami nie uważały żadnego z Huncwotów – oni w mniemaniu Puchonek robili to, co zawsze. Jednak tym razem ( i właśnie dlatego zjednali sobie sympatię dziewczyn ) angażując do planu Dariusa umożliwili mu udowodnienie, jak bardzo zależy mu na Jules.
            Panna Seabird i panna Ruscoe od dawna trzymały kciuki za to, aby Jules i Darius w końcu zostali parą. Kibicowały chłopakowi i jednocześnie, dokonując nadludzkiego wysiłku, starały się nie namawiać do niczego Jules i nadmiernie nie reklamować jej Dariusa. Wiedziały, że ona uważa go za przyjaciela i tylko przyjaciela. Tym bardziej były w szoku, gdy zastały ich w Skrzydle Szpitalnym trzymających się za ręce. Od tego wydarzenia mijał już prawie tydzień i w tak krótkim czasie Olivia i Meredith niemal zaczęły już planować przyjaciółce ślub.
            Według samej zainteresowanej, istniały mniej pokrętne sposoby okazywania uczuć i choć podziękowała wszystkim zamieszanym za chęci, nie była zwolenniczką instytucji zemsty. Odbyła na ten temat długą rozmowę z Dariusem, przekonując się przy okazji, że faktycznie tak, jak twierdził Syriusz, Puchon sam się zaoferował z wielką zapalczywością do odegrania roli przynęty. Właśnie w trakcie tej wymiany zdań, panicz Pattern powiedział Jules co do niej czuje, nachylił się do przyjaciółki i ją pocałował.
            Już sam ten fakt zamieszał Jules w głowie. A co dopiero widok Syriusza wchodzącego do SS z Elinor na rękach. Oboje byli cali mokrzy tak, jak kiedyś przed gabinetem dyrektora kiedy widziała ich razem prowadzonych tam przez profesor McGonagall. Za duża ilość rewelacji sprawiła, że jej odpowiedzią stał się kompletny brak odpowiedzi i akceptacja takiego, a nie innego rozwoju sytuacji. Wszystkie następujące dalej wydarzenia narzuciły kilku dniom życia Jules takie tempo, że tak naprawdę nie miała czasu NICZEGO przemyśleć. Najpierw wizyta Olivii i Meredith, które niemal zatytułowały się już jej druhnami, potem rekonwalescencja Dariusa, podczas której to on, a nie pełna myśli głowa Jules, był najważniejszy, a na koniec powrót do życia codziennego, które wcale takie zwykłe nie było. Wszystkie te składowe złożyły się na jedno pytanie:
- Nie wiecie, gdzie jest Jules? – Darius podszedł do siedzących w Pokoju Wspólnym Hufflepuffu Olivii i Meredith. Obie wyglądały na nieco zdziwione tym pytaniem. Zwłaszcza, że od czasu wyjścia Dariusa z SS, prawie z Jules nie rozmawiały, bo uważały, że powinny im zapewniać jak najwięcej czasu sam na sam i niemal unikały przyjaciółki, nie pytając, co ona sądzi na ten temat.
- Nie. A coś się stało? – zapytała panna Ruscoe, podczas gdy panna Seabird już się zerwała z miejsca.
- Mogę sprawdzić w dormitorium, jeśli chcesz?
- Byłyśmy tam dwie minuty temu i jej nie było, a przed PW też nie przechodziła. – zauważyła rezolutnie Meredith.
- Fakt. A byliście umówieni? Jeśli tak to pewnie zaraz się zjawi. A jeśli nie, to tez pewnie lada moment przyjdzie. Jesteście w końcu ostatnio nierozłączni. – uśmiechnęła się Olivia.
- I może właśnie to ją zaczęło już męczyć. – powiedział cicho zmartwiony Darius.
- Chyba żartujesz. Naszą Jules? Naszego Aniołka?
- Właśnie Olivio, Aniołka. Aniołka, który aby mnie nie zranić nie powiedziałby mi w SS, że nie odwzajemnia moich uczuć.
- I przez tydzień udawał Twoją dziewczynę? To podchodzi pod kłamstwo i jeszcze bardziej do Jules nie pasuje. – powiedziała Meredith.
- Może masz racje, ale... Ona dziwnie się zachowywała w tym tygodniu. Jakoś inaczej niż zawsze.
- Bo do tej pory znałeś ją tylko w roli przyjaciółki, gdyby jako Twoja dziewczyna zachowywała się identycznie to byłoby martwiące.
- Okej pani Adwokat, przyjmuję ten argument. – Darius uśmiechnął się do Meredith. Zawsze lubił jej, wydawać by się mogło złudnie, wyprane z emocji, ale pełne logicznego myślenia zachowanie.
- A może nie w tym problem, co? – Olivia zmrużyła oczy.
- A w czym Twoim zdaniem?
- Wiesz, trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona. – odrzekła panna Seabird.
- Co takiego? – Darius niemal parsknął śmiechem. Olivia starająca się wyglądać surowo – było to samo w sobie przekomiczne zjawisko już bez tego typu powiedzonek.
- Chodzi mi o to, że ciągnęło Cię do niej kiedy była niedostępna, a teraz kiedy już dopiąłeś swego, może chcesz się wykpić. – Olivia mówiła, ale z każdym słowem traciła werwę, widząc minę Meredith i Dariusa. Przyjaciółka zdawała się zastanawiać, czy Olivii nie uderzyło coś w głowę, a chłopak był wyraźnie dotknięty.
- Absolutnie nie masz racji. Jestem zakochany w Jules od zawsze i zdobycie jej byłoby dla mniej spełnieniem marzeń... Ale żeby w pełni się tym cieszyć, chcę być pewny, że ona też coś do mnie czuje. Nie chcę jej do niczego zmuszać. – zakończył z mocą, a w jego oczach było widać, że naprawdę cała sprawa nie daje mu spokoju.
- Darius, gdyby coś było nie tak, to Jules by Ci powiedziała. Jedną z cech naszego Aniołka jest przecież stuprocentowa szczerość.
- Właśnie. Dlatego się nie przejmuj i planuj już co będziecie robić jako zakochana para, jak tylko wróci. A to z pewnością nastąpi lada moment. – Olivia była mistrzynią przechodzenia od podejrzliwości do ponownego bezwzględnego uwielbienia i kibicowania nowej parze.
            Darius uśmiechnął się z wdzięcznością i udał się do wyjścia z Pokoju Wspólnego. Powiedział dziewczynom o swoich wątpliwościach, bo były też jego przyjaciółkami i jak na przyjaciółki przystało, stanęły na wysokości zadania. Była jednak jeszcze jedna niepokojąca go myśl, której im nie zdradził, a która sprawiła, że zamiast czekać w PW, wolał spacerowym krokiem przemierzyć kilka korytarzy Hogwartu w poszukiwaniu Jules. Wiedział, że dziewczyna nigdy przenigdy nie dopuściłaby się zdrady. Wiedział również, że nie uznałaby za nią spotkania z Syriuszem Blackiem, na którym obawiał się ją przyłapać.


            Dziesiątki szeroko otwartych oczu patrzyło ciekawie na postać gramolącą się na jedną z najwyżej umiejscowionych i najbardziej schowanych przed przybyszami półek, położonej blisko okna tak, że można było siedząc na niej obserwować błonie Hogwartu. Przesuwając się na niej tak, aby stabilnie usiąść, dziewczyna musiała przeprosić jedno ze zdziwionych stworzeń.
- Tak wiem, nie jestem sową. – powiedziała Jules, gdy płomykówka, którą przegoniła w kąt swoim pojawieniem, popatrzyła na nią jakby z wyrzutem. – Ale potrzebuję chwili, żeby spokojnie pomyśleć i ludzkie towarzystwo jest mi do tego zbędne. Wręcz niepożądane. A Wy w końcu jesteście zwierzętami, które symbolizują mądrość... Tak Jules, gadaj dalej z sowami, a wszystkie twoje problemy staną się niczym w porównaniu z kaftanem bezpieczeństwa, w który cię zapną... – wyrzuciła te słowa z siebie w tempie karabinu maszynowego i wypuściwszy głośno powietrze oparła się o ścianę. Wyjrzała za okno i poczuła, jak obręcz która od Wielkiego Wybuchu otacza jej mózg puszcza i pozwala setkom myśli zalać jej głowę.
            Miała kilka spraw do przemyślenia i wiedziała, że jeśli dziś nie stworzy sobie do tych rozważań okazji to zwariuje. Jules nie potrafiła funkcjonować w sytuacji, co do której nie miała pewnego i zdeklarowanego podejścia, a w takiej się znajdywała przez ostatni tydzień. Wywołało to jej nienaturalne zachowanie, które słusznie wyczuł Darius. Była milcząca, przygasona, bardzo zamyślona, choć nie myślała prawie o niczym innym, jak o tym, że musi sobie zorganizować czas na myślenie w samotności. Wiedziała, że dalej trwając w tym stanie zajedzie się kompletnie. Wiedziała też, że nie porządkując swojej głowy zachowuje się nie fair wobec Dariusa. Ale zaczynając od początku.
            Huncwoci zorganizowali zemstę na Ślizgonach, a Darius pomógł im z własnej, nieprzymuszonej woli. Zemsta sama w sobie nie była lubianym przez Jules sposobem ,,rozwiązywania” konfliktów, ale poniekąd cieszyła się, że Śmierciożercy Juniorzy dostali nauczkę i liczyła ( zdawała sobie sprawę, że naiwnie ), że czegoś to ich nauczy. Po zemści i rozmowie z Syriuszem była zła, ale już wiedziała, że niesłusznie. Ale nie powiedziała tego paniczowi Blackowi. Nie dlatego, że była zbyt dumna, by się przyznać do błędu. Dumy jej nie brakowało, ale potrafiła okazać pokorę kiedy trzeba. Przeszkodą w jej okazaniu w tym przypadku był fakt, że nie miała potem ani razu okazji rozmawiać z Syriuszem lub którymś innym z Huncwotów. Po części była to wina jej kochanych przyjaciółek, które tak ,,romantycznie” organizowały jej czas.
            Ah.. Właśnie, zachowanie Olivii i Meredith. Tak się wkręciły w fakt, że Jules i Darius są parą, że swoim entuzjazmem praktycznie ją ogłuszyły. Nie dały tym samym szansy na samodzielną reakcję na chociażby jedno typowe randkowe zachowanie Dariusa.
Pocałował ją w policzek na powitanie – ,,Uuuuu, jak słodko!”
Przyniósł jej kawałek ulubionego ciasta podczas śniadania – ,,Taki chłopak to skarb!”
Zaproponował wyjście na błonia, WSPÓLNE. - ,, Nie, nie. Idźcie sami, Jules na bank tak woli.”
            Tak. Oczywiście. Jules tak woli. Jules, mimo iż ze wszystkich sił starała się zrozumieć dobre intencje dziewczyn, była na nie ostro wkurzona. Widziała, że Dariusowi ich komentarze też nie zawsze są na rękę, ale dzięki nim przynajmniej dostawał pozytywną reakcję na swoje zachowanie, którego panna Justice nie była w stanie w całej tej sytuacji z siebie wykrzesać.
            Pojawiała się na tym morzu rozmyślań jeszcze jedna duża wyspa o nazwie Syriusz i Elinor. Można by sądzić, że nie była ona w żaden sposób związana z nią i Dariusem, ale to nieprawda. Między ich wyspami znajdował się most o nazwie ,,Pierwszy pocałunek”. Wejście Jamesa i Syriusza z Elinor na rękach przerwało pierwszy pocałunek Dariusa i Jules. I kompletnie zamieszało reakcje i zachowania panny Justice.
            W Puchonce było w tamtej chwili tyle sprzecznych uczuć. Zdziwienie, oczywiście. Ponadto trochę strachu i zmartwienia. I w dodatku złość. Złość, że dalej jest pionkiem w grze Syriusza Blacka, bo tak się właśnie poczuła widząc go z Elinor, której przecież nie chciał widzieć na oczy i od której to wszystko w pewnym sensie się zaczęło. Nie chciała żeby ją to obeszło, bo zajechałoby to zazdrością, ale jednak tak właśnie było. Przejęła się tym i... Trzeba to w końcu powiedzieć:
            Wiedząc, że Syriusz i Darius drą koty, wzięła Patterna za rękę, by Black się tym przejął.
            Nareszcie. Wypuściła tą myśl i poczuła do siebie straszny niesmak. To właśnie ten podświadomy niesmak towarzyszył jej cały tydzień, za każdym razem, gdy dziewczyny nazywały ją ,,dziewczyną Dariusa”, zawsze wtedy, gdy on sam ją całował – w policzek, czoło, w usta. Czuła niesmak do siebie, że z wściekłości, że może być czyimś pionkiem, potraktowała jak pionka swojego najlepszego przyjaciela.
            Poczuła przez moment wtedy satysfakcję, widząc zmieszanie Huncwotów. I za to uczucie satysfakcji też się nie cierpiała. Zasadniczo po tym, jak ta pierwsza fala minęła, było tylko gorzej. Zagrzebała się w związek z Dariusem, dowiedziała się prawdy o siostrach Durete – o ich rodzicach i próbie samobójczej Elinor. Tą drugą informację posiadało tylko nieliczne grono, a ona znajdowała się w nim, bo była we właściwym momencie w SS, w centrum wydarzeń. Współczuła Corinne i Elinor z całych sił, nie mogąc sobie wyobrazić, jak muszą się czuć. Jeśli chodzi o akcję ratowniczą Rogacza i Łapy, była z nich dumna. Tylko, że mając cały obraz sytuacji wiedziała już, że nie miała za co się ,,odgrywać” na Syriuszu, że wcale jej nie okłamał i nie manipulował.
            Cholera jasna! – Jules przeklęła w myślach i walnęła pięścią w ścianę, czym przestraszyła kilka sów. Nie będzie raczej lubiana przez mieszkańców sowiarni,
Pierwszy raz w życiu wyciągnęła pochopne wnioski i oczywiście nie skończyło się to dobrze. Same to rozmyślania były bolesne, a nie przeszła jeszcze to kulminacyjnego i najtrudniejszego punktu.
            Darius. Jego uczucia do niej i – co bardziej naglące – jej uczucia do niego.
            Panicz Pattern był jej przyjacielem, fantastycznym przyjacielem. Czy wiedziała, że się w niej podkochuje? Raczej nie. Trudno jej było przyjąć do wiadomości, że może być obiektem czyiś westchnień. Co poczuła kiedy jej to powiedział? Stres. Zdecydowanie stres, że zrobi coś czym skrzywdzi tak sobie bliskiego człowieka. On to wziął za szok, a szok za dobrą kartę i ją pocałował. Czy pocałunek był przyjemny? Hmm, tak, zdecydowanie był. Co by zrobiła po pocałunku, gdyby nie wtargnięcie Huncwotów? Nie miała pojęcia.
            Czy czuła coś do Dariusa? Oczywiście, ale to pytanie należało doprecyzować. Czy była zakochana w Dariusie? Nie wiedziała i wiedziała, że się tego nie dowie, dopóki nie wyzna win i szczerze z chłopakiem nie porozmawia. Dopiero wtedy odzyska klarowność uczuć i myśli. A całą rozmowę musi przeprowadzić jak najszybciej. Już i tak tydzień pozwoliła trwać sobie i Dariusowi w tej zagmatwanej sytuacji. W pierwszej kolejności musi go za to przeprosić.
            Tylko, że ona doskonale wie, o co on ją zapyta, kiedy tylko dziewczyna skończy wyrzucać z siebie wszystko, co leży jej na sumieniu. Czy chce z nim być. Musi sobie odpowiedzieć na to pytanie zanim się z nim spotka. Spojrzała w niebo i zaczęła przypominać sobie wszystkie miłe chwile z Dariusem i towarzyszące im uczucia.
Wspólne zakupy świąteczne i jedzenie pierników podczas wydeptywania w śniegu na błoniach gigantycznej choinki.
Atlas nieba, który od niego dostała i który, choć nieprzeczytany, towarzyszył jej zawsze w torbie podróżnej.
Tuzin listów Dariusa, gdy w rodzinie Jules działo się źle, a potem jego przyjazd ze wsparciem osobistym, gdy nie doczekał się odpowiedzi na to listowne.
Wspólna nauka w PW do momentu zaśnięcia, po którym Darius odtransportowywał ją do jej dormitorium.
Zachęty Dariusa, by Jules spełniła swoje marzenie i poszła na eliminację do drużyny quidditcha.
To jak ją uratował, gdy dostała tłuczkiem.
            Miłych chwil była cała masa i mogła by je wymieniać jeszcze długo. Wszystkie sprawiały, że się uśmiechała i robiło jej się cieplej na sercu, wszystkie sprawiały, że miała ochotę przytulić Dariusa i mu podziękować, że jest i że jest jaki jest. Oczywiście miał też swoje wady, ale skoro on akceptował jej górę wad, to ona mogła się odwdzięczyć tym samym. Nie chodziło w tym wszystkim o to, że robi listę zysków i strat albo przekonuje się, żeby się w nim zakochać. Ona po prostu rozeznawała swoje uczucia, które wyraźnie ją informowały, że Darius jest jej bliski i że chce go uszczęśliwić, bo ona wtedy też będzie szczęśliwa. I to jest szczera prawda, którą odpowie na pytanie Dariusa, czy coś do niego czuje.
            Westchnęła po raz kolejny, ale tym razem na zakończenie tych rozważań, które zajęły jej całkiem sporo czasu i postanowiła wrócić z ptasiego świata do świata ludzi. Jednak wyjrzała przed tym po raz ostatni przez okno i tylko dzięki temu zdążyła w ostatniej chwili cofnąć się przed wlatującą do środka dużą, czarną, czubiastą sową. Owa sowa wpadła do sowiarni z dużą prędkością, robiąc przy tym spore zamieszanie. Jules znała tę osobniczkę doskonale, bo kiedyś dawno temu, ta oto sowa pokazując, że utożsamia się z sympatiami i antypatiami swoich właścicielek, narobiła jej na ramię.
            W momencie, gdy sowa sióstr Durete znalazła sobie wygodne miejsce, aby usiąść, Jules usłyszała głosy dwóch zbliżających się osób.
- ... mi zależy na Corinne. Pisanie z nią, rozmawianie z nią, spędzanie czasu, sprawia mi przyjemność. Zwłaszcza, że ona naprawdę trzyma się tego, co powiedziała na samym początku, czyli nie oczekuje ode mnie żadnych deklaracji. Wiem, że to dziwne...
- ... ale chociaż uporządkowane. Rozumiem. – dokończył za Remusa Syriusz i obaj weszli do sowiarni. Jules widziała ich kiedy się pochyliła i wiedziała, że dopóki któryś z nich nie zadrze głowy do góry, ona sama pozostanie niezauważona.
- Już jest. – powiedział Lunatyk wskazując na czarną sowę i wyjmując z kieszeni ciasteczko. Dał je sowie, a w zamian ona pozwoliła mu odwiązać sobie od nóżki, dwa dyndające tam listy. – Jak zwykle na czas. Ten jest do Ciebie.
            Syriusz wziął kopertę z dziwną miną. Trzymał ją przez chwilę, intensywnie się w nią wpatrując, jakby chciał zmusić ją do wyparowania samym spojrzeniem. Natomiast Remus już rozerwał kopertę i czytał długi, umieszczony w niej list. Był przy tym bardzo skupiony, ale po ustach od czasu do czasu błądził mu delikatny uśmiech. Jules na ten widok sama się uśmiechnęła. Lubiła Lunatyka i uważała, że zasłużył na to, by mieć kogoś do lubienia, poza Huncwotami. Kogoś mniej destrukcyjnego i przy kim będzie czuł się dobrze. Co do pierwszego punktu nie była pewna, ale skoro drugi był w pełni spełniony, pozostawało jej się tylko cieszyć.
            Wróciła wzrokiem do Syriusza, który już otworzył list i zdawał się czytać po jednym zdaniu i przy każdym z nich miotać się od ściany do ściany. Remus zerkał na to, od czasu do czasu znad listu, ale dopóki nie skończył czytać, nic nie powiedział. Dopiero, gdy jego list od Corinne wylądował złożony w wewnętrznej kieszeni szaty, odezwał się do Łapy.
- Co się dzieje?
- Nie nadaję się do tego. Ruszając ten jeden kamyk, spowodowałem całą lawinę. Ona cały czas pisze do mnie tak samo długie listy, z przemyśleniami i uczuciami, o których pokazanie nigdy bym jej nie posądził.
- To znaczy, że Ci ufa.
- Ale ja się na to nie pisałem, Remusie. Nie żałuję i byłbym skończonym dupkiem, gdybym żałował, że jej pomogłem, ale nie sądziłem, że będzie to miało takie konsekwencje. – powiedział Syriusz, podnosząc rękę z listem do góry, gdyby Lupin nie zrozumiał o czym on mówi.
- Jakie? Łapo, nie bądź śmieszny. Całym Twoim brzemieniem w tej sytuacji jest wspieranie dziewczyny, która straciła rodziców, która się o to obwinia i która nawet z własną siostrą nie chce o tym rozmawiać. Skoro rozmawia z Tobą, to masz stanąć na głowie, żeby być dla niej wsparciem i jej pomóc. Nie możesz myśleć tylko o sobie. – powiedział Lunatyk, a Jules próbowała sobie zszokowana przypomnieć czy słyszała kiedyś, aby Remus na poważnie ochrzaniał Jamesa lub Syriusza. Pamięć ją zawiodła w tej kwestii.
- Wbrew temu, co myślisz, to jest dokładnie odwrotnie. Myślisz, że Elinor wyjdzie na dobre, jeśli swój powrót do normalności zbuduje na relacji ze mną, którą z mojej strony będzie tylko prowadzeniem terapii?
- A faktycznie jest tylko tym? Przecież ją pocałowałeś.
- Uduszę Rogacza za to, że Wam powiedział. – rzucił Syriusz pod nosem, a Jules tak szeroko wytrzeszczyła oczy, że spokojnie można ją było wziąć za jedną z jej pierzastych towarzyszek. – To była dywersja, żeby odwrócić jej uwagę. Następnym razem walnę ją w głowę, jeśli to Wam bardziej pasuje.
- Po czymś takim raczej rzeczywiście nie chciałaby z Tobą pisać i Ci się zwierzać. Skoro przeczytanie i napisanie tych paru listów to taki straszny wysiłek, to jeszcze nic straconego. Zawsze możesz wysłać jej jakąś bombę, która przyprawi ją o wstrząśnienie mózgu. – odrzekł Remus.
- Ale Ci się żart Luniaczku wyostrzył. – odparł Łapa, a następnie skrzętnie schował list do kieszeni. – No co? Przeczytam go po meczu. Teraz powinienem już iść do szatni i zastąpić w ogarnianiu drużyny Rogacza. Szkoda, że mnie wtedy z nim nie było, kiedy spotkał te łajzy...
- Gdybyś był to teraz Gryffindor nie miałby dwóch zawodników, a nie jednego. – zauważył słusznie Remus i obaj Huncwoci opuścili sowiarnię.
            Jules siedziała jeszcze w bezruchu przez około dwie minuty i zaczęła się ewakuować ze swojej półeczki. Co prawda miałaby teraz nowe tematy do rozważań w tym bardzo sprzyjającym do tego miejscu, ale nie było to nic nieklarownego. Wręcz przeciwnie, sprawa wyglądała bardzo jasno – Remus pisał z Corinne i ją wspierał, a Syriusz starał się robić to samo z Elinor, z którą połączyła go nić, która może połączyć tylko Wybawcę i Wybawioną, zwłaszcza jeśli ten pierwszy ,,dywersyjnie” pocałuje tą drugą. Przecież to taka oczywista sytuacja.
            Jules uśmiechnęła się sama do siebie, a wręcz prawie się zaśmiała. Denerwowała się tyle razy, kiedy jakieś zachowanie Syriusza wydawało jej się zbyt dziwne, by nie być z wyrachowaniem zaplanowane, ale wyglądało na to, że on był magnesem nie tylko na kłopoty. Z tą myślą udała się w kierunku zamku. Widziała z oddali, że strumień uczniów płynnie w zupełnie innym kierunku, zmierzając w stronę boiska. Faktycznie mecz miał się zacząć już bardzo niedługo, a ona jako zawodniczka innej drużyny powinna siedzieć na widowni i analizować taktykę i technikę przeciwników. Poza tym, właśnie na oglądanie dziś meczu umówiła się z Dariusem, a po jego zakończeniu mieli iść na spacer. Wtedy odbędzie z nią całą tą trudną rozmowę. Miała nadzieję, że mecz zrobi im pod to dobry podkład. Ale aby faktycznie tak było, żeby mecz wprawił Dariusa w wyśmienity nastrój, to chyba Syriusz musiałby oberwać w twarz tłuczkiem, a na to były marne szansę.
            Z takimi myślami weszła do Sali Wejściowej, z zamiarem udania się do swojego Pokoju Wspólnego i sprawdzenia, gdzie są jej przyjaciele, gdy właśnie tam spotkała osobę, której spotkać zdecydowanie nie chciała.
            Regulus Black wydawał się przed chwilą wyjść z lochów i zmierzał właśnie na wycieczkę po szkole, ale gdy zobaczył Jules zamarł w pół kroku. Szybko jednak się opanował, bo typowa dla rodziny Blacków duma nie pozwalała mu na okazywanie, że czuje się niekomfortowo z powodu tego spotkania. Stanął wyprostowany i zadarł głowę. Już bez tego był wyższy od Jules, ale dystansu przecież nigdy nie za wiele. Dziewczyna podeszła do niego tak blisko, że dzieliło ich około metra długości, po czym przechyliła do niego głowę, pokazując że nadstawia ucha.
- Możesz jeszcze raz? Bo nie usłyszałam. – powiedziała zadziornie.
- Niby czego? – zapytał trochę zbity z tropu Regulus.
- Twoich przeprosin. – odrzekła i spojrzała mu prosto w oczy.
- Chyba sobie kpisz.?
- Nie zwykłam tego robić. I tak w razie czego – dalej czekam, a trochę mi się śpieszy.
- Ty bezczelna...
- Szlamo? Nie trafiłeś, musisz wymyślić inną ciętą ripostę. – powiedziała Jules, w której niespodziewanie zaczęła wzbierać złość. W końcu stała pierwszy raz twarzą w twarz z chłopakiem, który ją otruł.
- Nie mam zamiaru z Tobą rozmawiać. Wystarczy, że wyprowadziłaś z równowagi moją matkę.
- Nie pozostała mi dłużna, uwierz. Ale widzę, że ma gadane skoro wyszliście po tym wszystkim bez szwanku.
- Bez szwanku? Wiesz ilu Ślizgonów mój brat-zdrajca i jego banda posłali do Skrzydła Szpitalnego?
- A wiesz, że trucizna, którą mi podałeś była śmiertelna i gdyby Syriusz w porę nie znalazł antidotum...
- To państwo Durete, by żyli. – dokończył Regulus.
- Słucham? – Jules myślała, że się przesłyszała.
- No tak. Przykleiłaś się do mojego brata, jak jakiś trujący bluszcz i tym swoim słodkim głosikiem wyszeptałaś mu pomysł na zemstę. Chciałaś nam dopiec, ale nie sądziłaś, że ktoś poza murami szkoły oberwie i to ze skutkiem śmiertelnym. A może wręcz przeciwnie – chciałaś śmierci rodziców Elinor, żeby mieć ją na jakiś czas z głowy i mieć Syriusza tylko dla siebie! – to były ostatnie słowa, które Regulus Black wypowiedział z niezłamanym nosem. Gdy tylko skończył, Jules nie wytrzymała i słysząc te podłe słowa, uderzyła młodszego panicza Blacka pięścią w twarz. Zamachnęła się dobrze, bo Regulus aż upadł na podłogę.
- Jeśli ktoś oprócz Śmierciożerców jest winny tej tragedii, to najwyżej Ty, bo zacząłeś to całe szaleństwo. A Twojego brata to takich wybryków, jak ten wybuch wcale namawiać nie trzeba, jakbyś nie wiedział. I tak na koniec do Twojej wiadomości – nic mnie z Syriuszem nie łączy i mam chłopaka! – karabin maszynowy numer dwa, dnia dzisiejszego. Gdy tylko Jules wyrzuciła to wszystko z siebie na jednym wydechu usłyszała za sobą głośne.
- Panno Justice! Co to ma znaczyć? – profesor Slughorn wparował do SW w towarzystwie pielęgniarki i pierwszego już kontuzjowanego zawodnika. – Regulusie, wszystko w porządku? – profesor podszedł do chłopaka, który właśnie gramolił się na nogi. – Poppy, zabierz go również do szpitala, bardzo proszę. A Ty młoda damo, powinnaś się wstydzić. Takie zachowanie nie przystoi dziewczynie. I nawet nie chce wiedzieć o co chodziło. Marsz do mojego gabinetu. Lily Evans pilnuje tam odbywającego karę Jamesa Pottera, więc przypilnuje też Ciebie. Bo właśnie dostajesz szlaban, moja droga i bez dyskusji. I tak sporo meczu straciłem. Do lochów.- zakomenderował profesor Slughorn, a Jules bez słowa sprzeciwu właśnie tam się udała. Gdy zniknęła na schodach, profesor Ślimak szybkim krokiem skierował się do wyjścia, a stojący do tej pory w cieniu Darius, wyszedł z ukrycia.
            Uśmiech rozpromieniał mu twarz i choć był wściekły na Regulusa Blacka za jego słowa – wiedział, że Jules będzie je analizować i jeszcze w najgorszym wypadku weźmie je sobie do serca – to i tak jedynym zdaniem, które dźwięczało mu w uszach było:
   ,, I tak na koniec do Twojej wiadomości – nic mnie z Syriuszem nie łączy i mam chłopaka!”. 

niedziela, 25 marca 2018

30. Rysy

Od wydarzeń z Wielkim Wybuchem minął prawie tydzień. W szkole wykrystalizowały pewne kwestie, a inne mimo upływu czasu nie chciały okrzepnąć. Jedne były jak jątrzące się rany, a inne pozwalały trochę ogrzać się w swoim świetle.
Zaczynając od spraw najpoważniejszych należało wspomnieć, że pogrzeb państwa Durete odbył się bardzo po cichu i skromnie. Zorganizowany został w rodzinnym miasteczku rodziny Durete, miasteczku w większości magicznym, w pierwszy od dawna dzień z gęstym opadem śniegu. Grube płatki spadające z nieba oblepiające ubrania i włosy, spadając na twarz rozpuszczały się na niej zostawiając mokre, okrągłe ślady. Pozwalało to na ukrycie innych śladów, nie tylko mokrych, ale również słonych. Żałobnikom było to na rękę, bo ułatwiało maskowanie emocji, ale zainteresowanym utrudniało ocenę, kto faktycznie przejął się tragedią, a kto tylko spełnia obowiązek i powinność. Choć przecież tak naprawdę płacz też można udawać…
Na uroczystości zjawiło się zaledwie kilka osób, wszyscy z rodziny, która wyraźnie zaznaczyła, że nie życzy sobie obecności ,,osób trzecich”. Wynikało to z pewnością z wyjątkowego hermetycznego zamknięcia tej rodziny, tak skutecznego, że nie wszyscy byli w pełni świadomi jego stopnia. Jednak mimo to, Elinor i Corinne wyczuwały coś jeszcze. Ich rodzina była zbyt dumna by przyznać się do jakiegokolwiek pomyłki, ale… Siostry Durete miały niezwykle przytłaczające i załamujące wrażenie, że poniekąd wśród ich bliskich wyczuwalny jest wstyd i wyrzut. Nie wszyscy tylko jednostki, ale jednak obwiniały za śmierć Magnolii i Spencera ich córki. Nikt nie wiedział, bo wiedzieć nie mógł, że choć faktycznie był to wyrok to za zupełnie inną zbrodnię – za zmianę poglądów.
Zmianę poglądów, którą państwo Durete nie zdążyli się podzielić z dziećmi. Z jednej strony można to było przypisać na korzyść. Dziewczęta były bezpieczniejsze w obecnych czasach podążając uprzednio wytyczoną drogą. Z drugiej, w sytuacji, gdy prawdziwy powód śmierci państwa Durete miał pozostać tajemnicą… Elinor choć silna, mądra i wspierana przez siostrę czuła wyrzuty sumienia. Miały jej one już zapewne towarzyszyć przez resztę życia, drzemiąc gdzieś na tyłach podświadomości.
Po pogrzebie, Corinne i Elinor zostały jeszcze jakiś czas w domu, który stopniowo opustoszał z żałobników. Czas ich nieobecności w szkole wynosił już prawie tydzień, ale kwestia opuszczenia paru lekcji była w tym wszystkim śmiesznie błaha.
Podobnie z resztą jak będąca w stanie wyjątkowego zaognienia wojna na linii Huncowci –Śmierciożercy Juniorzy. Żaden z Gryfonów nie zajmował za bardzo myśli finałem tej historii, wierząc, że profesor Dumbledore doprowadzi do jej szczęśliwego zakończenia. Oczywiście przez szczęście było tu rozumiane wydalenie ze szkoły wszystkich ,,wstępnie oznakowanych” Ślizgonów. W końcu finał nie mógł być inny, prawda? Otóż okazało się, że wręcz przeciwnie.
Rodzice Ślizgonów w długiej, całonocnej debacie z dyrektorem wywalczyli coś, co szumnie nazwali kompromisem. W ich mniemaniu rzeczywiście zgodzili się na wielkie ustępstwa, zwłaszcza wobec Huncowtów, którzy przecież ich ,,biedne, bezbronne i niewinne dzieci” w taki potworny sposób zaatakowali, a w odwecie spotkali się po prostu z uzasadnioną obroną. Ciekawe pojęcie bronienia miało całe to towarzystwo – grupa początkujących czarnoksiężników atakująca jedną dziewczynę. Logika wręcz nie do zdarcia.
Niestety wystarczyła, bo w połączeniu z ich wpływami stanowiła mieszkankę wybuchową. Stanęło ostatecznie na tym, że wszyscy uczestniczący w aferze Ślizgoni mieli zostać zawieszeni w prawach ucznia do odwołania. Ale Hogwartu mieli nie opuszczać.
Gdy w końcu Huncowci zainteresowali się wymierzonym przez profesora Dumbledore’a, a trzeba przyznać, że mieli masę innych spraw o wyższym priorytecie, stało się to w warunkach średnio sprzyjających. Innymi słowy – James i Peter wpadli na dwóch ze ślizgońskiej szajki, którzy wyjątkowo wyszli z dormitorium na spacer po korytarzach. Cóż, powiedzieć, że Rogacz się wściekł, to nic nie powiedzieć. Sam, w pojedynkę, bez użycia czarów, uszkodził ( oczywiście wcześniej jeszcze dodatkowo sprowokowany ) obu Ślizgonów. A po fakcie niestety na horyzoncie pojawił się profesor Slughorn i wlepił Potterowi szlaban, chwytając się przy tym za głowę z zawodzeniem o ,,przemocy, której absolutnie by się nie spodziewał”. Rogaczowi na tamta chwilę nie robiło to żadnej różnicy, dopóki nie przeliczył sobie dat i dni.
I w taki oto sposób, gdy większość uczniów zmierzała na trybuny, by oglądać mecz Gryffindor kontra Ravenclaw, nie wiedząc jeszcze, że w drużynie tego pierwszego zagra rezerwowy szukający ( którego trzeba było zorganizować prawie z marszu, bo James Potter nigdy by nie zakładał, że opuści jakąkolwiek rozgrywkę ), panicz Potter zmierzał do – o ironio – lochów, do gabinetu profesora Slughorna. W trakcie drogi myślał o swojej drużynie, o tym, że przecież dobrze ich zgrał i przygotował, o tym, że nastroje mieli dobre… No może z jednym wyjątkiem. Syriusz, po zredagowaniu wydarzeń przez Jamesa i Petera prawie wyszedł z siebie i do tej pory chyba nie do końca wrócił. Cóż, musiał to przełknąć, tak jak James, który prawie się zakrztusił zaistniała sytuacją, ale ostatecznie właśnie skręcił w korytarz prowadzący do gabinetu opiekuna Domu Węża. Był mocno zaaferowany i niemal wpadł na idącego mu naprzeciw profesora Slughorna. Był ubrany w płaszcz, na szyi miał szalik… Wybierał się na mecz, więc może…
- Dzień dobry James. Cieszę się, że już jesteś i że zdążę osobiście Ci przekazać zalecenia na dzisiejszy szlaban. – na dźwięk ostatniego słowa iskierka nadziei wyzierająca z oczu James momentalnie zgasła. – Mam tam spory bałagan w szafkach, hodowany przyznam się niechlubnie, od wielu już lat. Myślę, że zajmie Ci to z powodzeniem wszystkie popołudnia, na które wlepiłem Ci szlaban. A może nawet zostanie… W każdym razie, ma to być zrobione porządnie i z głową, ale tego już ma kto dopilnować. Powodzenia. – powiedział i minął Rogacza, nie dając mu nawet szansy na zadanie ewentualnych pytań. Odwrócił się tylko po kilku krokach i dodał. – A, i oczywiście proszę słuchać wszystkiego, co Lily Ci powie. Jesteś chłopcze w jej rękach.
            Jamesa zamurowało. Patrzył jak profesor znika za rogiem, a sens jego słów powoli do niego dochodził. Czyżby Lily, to była TA Lily? Ale czemu miałaby cierpieć razem z nim… Choć w sumie wielokrotnie słyszał, że nie jest wielką fanką sportu, opuszczenie meczu to pewnie dla niej nic takiego, a już na bank nie cierpienie. Spojrzał w kierunku drzwi. Czas się przekonać, czy będzie miał dziś wyśnionego strażnika swojej kary. Wszedł do gabinetu i wszystko stało się jasne.
- Cześć Evans. – powiedział, a twarz rozpromieniła mu się uśmiechem o mocy wybuchu fajerwerkowego.
- Cześć. Słyszałam, że profesor Slughorn zrobił Ci już małe wprowadzenie. – Lily stała sztywno przy jego biurku i nie patrzyła na Jamesa. – Przygotowałam Ci karteczki i pióro do oznaczania butelek, więc możesz już zaczynać. Najlepiej od tej szafki w rogu. – wskazała oczywiście miejsce, najbardziej oddalone od biurka. Rogacz podszedł z niezmienioną miną i wziął do ręki przygotowane przez Lily przybory. Powycinanie tych karteczek musiało zając trochę czasu, co nasunęło Jamesowi oczywiste pytanie.
- Dlaczego ułatwiasz mi pracę?
- Chcę po prostu, żeby przebiegła sprawnie i żeby oznakowania były jednolite. – odpowiedziała patrząc mu w końcu w oczy.
- I żebym skończył błyskawicznie i sobie stąd poszedł. – dodał Potter. Nie potrzebował potwierdzenia, wiedział, że tak właśnie jest.
- Zaczniesz? Czy chcesz zmarnować zyskany przeze mnie czas? – Lily zrobiła wyzywającą minę i założyła ręce na piersi.
- W żadnym wypadku nie okazałbym Ci takiego braku szacunku, ale chciałbym żebyśmy mieli jasność w jednej kwestii. – powiedział i obszedł w dwóch krokach biurko, by stanąć zaledwie kilka centymetrów od panny Evans. – Profesor Slughorn zamiast mnie ukarać, zrobił mi niezły prezent i w żadnym razie nie mam zamiaru robić nic, by czas jego trwania był krótszy. Wręcz przeciwnie. – uśmiechnął się do niej zaczepnie.
- Możesz zaprzestać naruszania mojej przestrzeni osobistej i wziąć się do pracy. – wytrzymała jego spojrzenie. Eh, ten płomienny ogień.
- Wedle rozkazu. – ukłonił się fikuśnie i udał do wskazanej uprzednio szafki. Lily natomiast usiadła na dostawionym sobie do biurka krześle i ostentacyjnie wyjęła książkę. James się uśmiechnął i otworzył drzwiczki zakurzonego mebelka… I mina mu troszeczkę zrzedła. Cóż, tu raczej nie było sprzątane kilka stuleci, a nie kilka lat. Z jednej strony – lepiej dla niego, dłużej tu posiedzi w miłym towarzystwie. Tylko co jeśli Lily jest tu tylko przejściowo i wyjątkowo. Wolał wiedzieć jakie ma perspektywy na dzisiejszy szlaban i wszystkie pozostałe.
- Jak nasz Ślimak to rozegrał? Lily? Hej, Ziemia do Evans! Wiesz, że nie dam się zbyć milczeniem i nie zrażę. Ignorowanie mnie nic nie da, oprócz tego, że pewnie trochę Cię zmęczy…
- Zakładasz, że rozmowa z Tobą jest mniej uciążliwa niż słuchanie monologu? Rozczaruję Cię, obie czynności zajmują to samo miejsce na podium. – dziewczyna nie podniosła oczu znad książki. Uważała, że będzie to w pewien sposób dla niej uwłaczające, jeśli okaże Jamesowi więcej niż absolutne minimum uwagi.
- No to jak? Odpowiesz mi na moje pytanie? Albo dobra, to ja Ci powiem, jak to widzę: Ślimak Cię wezwał, jako swoją wielką ulubienicę, a jaki jest cel wezwania dowiedziałaś się zapewne zaledwie moment przed Tobą. Mam rację? – powiedział wyjmując już kolejny rząd fiolek na podłogę.
- Masz. Zadowolony? Lubisz tego słuchać, prawda? – Lily siliła się na obojętny ton, ale była wkurzona. Tylko, że głównie na profesora Slughorna. Postawił ją niemal przed faktem dokonanym, udając jak to często miał w zwyczaju w takich momentach, że nie widzi reakcji swojego rozmówcy. Nie podobało jej się to bardzo, ale postanowiła trzymać fason.
- Lubię i to bardzo. Każdy chyba lubi prawdę. – skontrował zaczepnie.
- Prawdę? Nie kpij sobie. Jesteś notorycznym kłamcą. Jeśli Ty coś lubisz związanego z prawdą, to jej maskowanie całą stertą warstw. – powiedziała to tak wzburzonym tonem, że aż oczy na niego podniosła.
- Jesteś na mnie jeszcze bardziej cięta niż zazwyczaj. Dlaczego? Nadal masz nam za złe tamto kłamstwo, mimo iż miało ono na celu większe dobro?
- Większe dobro? – Lily zatrzasnęła książkę z hukiem. – Tak nazywacie ten napad na lochy?
- Lily, oni chcieli otruć Jules. I nawet gdybyśmy mieli jakiekolwiek obiekcje, to ich późniejsza reakcja, która wysłała Dariusa do szpitala, natychmiast by je unicestwiła.
- Czyli naprawdę nie widzisz problemu? Ty, rzekomy obrońca dobra i sprawiedliwości?
- Nie rozumiem czemu rzekomy.
- To głupi jesteś!
- Wow, Evans, wyjątkowo ambitna kontra. – uśmiechnął się zadziornie.
- Śmiej się i baw w słowne potyczki, ale prawda jest taka, że nie jesteś od tych Ślizgonów niewiele lepszy.
- Słucham? – Rogacz delikatnie się wzburzył. – Ja tylko starałem się, żeby sprawiedliwości stało się zadość.
- Odpowiadając złem na zło? – Lily aż zerwała się z krzesła.
- Złem na zło? Żart a otrucie, nie widzisz różnicy Evans. Rusz swoją śliczną główką. – Potter wstał z podłogi i wyszedł Lily naprzeciw.
- Żebym zaraz Twoją głową nie ruszyła, Ty… - odetchnęła, zastanowiła się sekundę i powiedziała już spokojnie. – Uważasz, że możemy się dogadać, więc potraktuję Cię jak rozumnego człowieka i wytłumaczę, co mi się nie podoba.
- Z przyjemnością tego posłucham. – odpowiedział zaintrygowany James.
- Powiedz mi, gdzie jest granica? Albo inaczej, powiedz mi, co nas odróżnia od Śmierciożerców?
- Mam poważnie odpowiedzieć? Lista będzie dosyć długa. – zaczął James, ale Lily przerwała mu unosząc rękę.
- Pozwól, że Ci to podsumuję. Decyzje. To jest kluczowa sprawa. Jak i dlaczego je podejmujemy i jak wygląda ich realizacja, jakie mają konsekwencję. Wszystko, co wokół nich narasta.
- Nasz decyzja miała dobre intencje.
- A jaka była w skutkach?
- Moment, w Twoim rozumowaniu jest błąd. Skutki nie zawsze możesz przewidzieć.
- Zgadzam się. Ale ten konkretny przypadek był oczywisty w skutkach. Chcieliście się zemścić.
- Demonizujesz trochę…
- Ja uważam, że nie. Jeśli będziemy postępować tak samo, jak nasi przeciwnicy, co nas od nich odróżni? Musimy umieć wybaczać. – Lily powiedziała to patrząc Jamesowi prosto w oczy i chyba tylko dlatego zdążył zobaczyć, jak do jej oczu napływają łzy.
            Rudowłosa odwróciła się, by ukryć płacz, ale to nie wystarczyło. Bo choć potrafiła płakać niemal bezgłośnie, gdy łzy ciekły jej ciurkiem po policzkach, nie umiała opanować drżenia ramion. Charakterystycznego i rozdzierającego serce.
,, Uspokój się, przestań płakać.” – powtarzała sobie w myślach, nie mogąc znieść faktu, że rozkleiła się właśnie przy Jamesie Potterze. Była bliska płaczu już od samego rana, od momentu gdy przeczytała list z domu, gdy zrozumiała wydźwięk napisanych w nim słów… Ale planowała ( choć słowo ,,planować” brzmi tu trochę nie na miejscu ) że dopiero wieczorem, kiedy dziewczyny już będą spać, zejdzie na dół i siedząc przed kominkiem, bez zahamowani się rozpłacze, raz po raz, masochistycznie czytając list.
            Jednak nie wytrzymała. Rozmowa o podziałach, wybaczaniu, decyzjach… Wszystko ożyło i zamieniło ją w histeryczkę. Nie cierpiała tej swojej odsłony i dlatego teraz na cztery łzy żalu przypadała jedna łza gniewu za to, że w ogóle pozwoliła im płynąć.
            James stał nieruchomo i bez słowa przez dobrą minutę. Lily pomyślała, że chyba pobił tym samy swój osobisty rekord. Otarła oczy na ile mogła, świadoma tego, że dalej są zaczerwienione i napuchnięte i odwróciła się do Rogacza.
- Tyle lat szukałam i nareszcie znalazłam sposób, żeby Cię uciszyć. – powiedziała, siląc się na dziarski ton. – Teraz muszę się tylko nauczyć płakać na zawołanie i oszczędzę sobie wielu bólów głowy.
            James nic jej na to nie odpowiedział. Tylko patrzył. Ale to, jak patrzył i to, jaką miał minę sprawiło, że panna Evans straciła trochę grunt pod nogami. Znała już dobrze Pottera-Pozera, Pottera-Pyskatego oraz Pottera-Palanta. Ale ta odsłona była zupełnie inna. Zarówno w oczach, jak i twarzy Jamesa widać było autentyczną troskę i ( O dziwo! ) dojrzałość. Obie te rzeczy były tak prawdziwe i żywe, że Lily przemknęła przez głowę absurdalna myśl - ,,Może to jest Potter-Prawdziwy?”.
- Zakładam, że nasza rozmowa o Wybuchu, była metaforą dla czegoś zupełnie innego? – powiedział łagodnie i bez cienia żartu.
- Nie Twoja sprawa. – odpowiedziała dziewczyna, ale zupełnie bez ognia i wyrazu. Po prostu nie potrafiła się tak szybko przestawić na nowe, dopiero co odkryte oblicze Pottera. Nie wiedziała, jak się zachować. Huncwot to widział i w głębi serca, bardzo się cieszył, bo czuł, że właśnie zrobił rysę w swoim obrazie, który wymalowała sobie w głowie Lily. Być może ta rysa miała w przyszłości posłużyć za podwaliny czegoś, na co bardzo liczył.
- Zgadzam się, że nie moja. Ale nie uważasz, że lżej Ci będzie jeśli się z kimś podzielisz tym, co Ci leży na sercu?
- I tym kimś masz być Ty?
- Skoro już i tak się przy mnie popłakałaś, z czego znając Ciebie jesteś bardzo niezadowolona. Pomyśl tylko – dalej dusząc w sobie emocje ryzykujesz, że rozkleisz się przy kimś innym, a jeśli opowiesz wszystko osobie, która już i tak Twoje łzy widziała, to nic nie stracisz. – dalej łagodnie, ale już z delikatnym uśmiechem.
,,Podstęp? A jeśli tak, to co ryzykuję?” – pomyślała Gryfonka i wypaliła:
- Jesteś jedynakiem, prawda? – Jamesa to trochę zbiło z pantałyku, ale na krótko.
- Tak.
- No właśnie, więc chyba nie bardzo możesz mnie zrozumieć.
- Nie twierdziłem, że Cię zrozumiem. Powiedziałem, że wysłucham. – powiedział i kojarząc szybko fakty, dodał. – Chodzi o Twoją siostrę?
- Tak. – powiedziała Lily. ,,Zdecydowałaś się na szczerość, to teraz bądź konsekwentna.” – rozkazała sama sobie.
- Ma na imię Petunia, tak?
- Taak. – powiedziała ostrożnie. James Potter pamięta imię jej siostry, o której przecież nie mógł dużo słyszeć. Hmm, może jednak widzi i rejestruje coś poza czubkiem własnego nosa.
- Pokłóciłyście się? – zapytał Rogacz błądząc po omacku.
- Pff, trochę nietrafiona diagnoza. – powiedziała ze smutkiem Lily.
- Przesadzona czy wręcz przeciwnie?
- Wręcz przeciwnie. – powiedziała Lily i usiadła na biurku profesora Slughorna. – Ona mnie nienawidzi.
- Trochę przesadziłaś, Ciebie się nie da nienawidzić Evans. – Rogaczowi wymsknął się zaczepno-podrywający ton, ale widząc wzrok Lily, dodał szybko, przestraszony, że straci tą nić porozumienia, którą udało mu się z Gryfonką nawiązać. – Dlaczego tak sądzisz?
- Nasze stosunki się popsuły od kiedy poszłam do Hogwartu. Uważa mnie za dziwoląga i nie chce mieć ze mną nic wspólnego. – nawet sama Lily była w szoku, że powiedziała to takim spokojnym głosem.
- A może Ci zazdrości? – dla Jamesa taki scenariusz był o wiele bardziej prawdopodobny.
- Nie. Żebyś widział, jak na mnie patrzy, jak… Po co ja Ci to mówię? – powiedziała, chowając twarz w dłoniach i kręcąc głową.
- Bo tego potrzebujesz.
- Znowu zaczynasz? Teksty sugerujące czego niby potrzebuję, pragnę i chcę? – Rudowłosa zdawała sobie sprawę, że przesadza, ale tak się dziwnie poczuła, otwierając przez Jamesem, że starała się na powrót odbudować wokół siebie ochronny mur i to w zatrważającym tempie.
            W odpowiedzi Potter tylko uniósł jedną brew i się uśmiechnął. Przejrzał ją. Westchnęła i postanowiła szybko skończyć tą dyskusję wyrzucając z siebie wszystko na jednym wydechu.
- Petunia miała niedawno urodziny. Wysłałam jej kartkę i list, a także prezent. Żadnej z tych rzeczy nawet nie otworzyła.
- Skąd wiesz?
- Bo okłamałam rodziców.
- Nie widzę na razie związku, ale muszę przyznać, że jest to szokujące wyznanie. Myślałam, że jesteś grzeczną dziewczynką.
- Jestem, ale nie miałam innego wyjścia.
- I na czym to Twoje kłamstwo polegało? – zagadnął James. W innych okolicznościach, wiedząc, że Lily również dopuściła się naginania faktów, zapamiętałby to i wykorzystał w późniejszych utarczkach z Rudowłosą. Ale w zaistniałej sytuacji już na początku postanowił, że zachowa dla siebie całą treść rozmowy i nigdy o niczym nikomu nie wspomni.
- Napisałam list także do nich. Między wierszami dałam im do zrozumienia, że kupiłam Tunii książkę. Nawet napisałam jej tytuł, autora. Innymi słowy, dostarczyłam im wszystkich potrzebnych informacji, by taką książkę kupić i umieścić gdzieś na półce w domu, żebym po powrocie nie dowiedziała się, że moja siostra wszystkie listy i paczki ode mnie od razu wyrzuca.
- A robi to? – Rogacz był delikatnie skonfundowany. On by z przyjemnością przyjął od Lily każdy prezent.
- Robi. W przeciwnym razie rodzice by wiedzieli, że wysłałam Petunii w prezencie sweterek i jej ulubionym kolorze. A oni natomiast odpisali, że książka jest świetna, Tunia ją przeczytała i teraz mama się za nią zabiera, zachęcona pochlebnymi opiniami mojej siostry. – Lily powiedziała to na jednym wydechu i całe powietrze z niej uszło.
- Czyli oni też Cię okłamali… I nie boją się, że prawda wyjdzie na jaw? Przecież to, że kupią tą książkę nie wystarczy. Jedno pytanie zadane Petunii dotyczące fabuły książki od razu ich zdemaskuje. – huncwockie zmysły Rogacza szalały z chęci wygarnięcia komuś niedolnej próby uprawiania sztuki, którą przecież w jego mniemaniu było kręcenie i bajerowanie. On sam był w tym prawdziwym wirtuozem.
- Żeby zadać Petunii pytanie, musiałybyśmy ze sobą rozmawiać. – Lily powiedziała to tak smutnym tonem, że w tych nieznających promieni słonecznych lochach, zrobiło się jeszcze chłodniej.
            James patrzył na dziewczynę, która siedziała dalej na biurku, teraz ze spuszczoną głową i machała bezwiednie nogami w powietrzu. Nigdy by się nie spodziewał, że dzisiejszy szlaban, będzie przebiegał w takich warunkach, w taki sposób, że tak go wzbogaci. Bo nawet jeśli Lily dalej ma go za pajaca, to przecież niczym nie zatrze tych kilku chwil, które miały między nimi właśnie miejsce. Chwil, w których był jej powiernikiem. A żeby wzmocnić efekt, postanowił być także pocieszycielem.
- Powiedziałaś na początku, że jestem jedynakiem i Cię nie zrozumiem. Poniekąd masz rację. Ale jeśli spojrzeć na to szerzej, to chciałbym jednak zmienić zeznania. Ja mam brata. – Lily podniosła na niego wzrok tak, szybko, że prawie spadła z biurka.
- Co? – zapytała zaszokowana.
- Oj Evans, znasz go przecież. Nasz kochany Syriusz Black. Choć nie łączą nas więzy krwi, to nie wyobrażam sobie, żeby myśleć o nim inaczej, jak o bracie. I wydaje mi się, że to też między innymi czyni nasze braterstwo jak najbardziej prawdziwym.
- James – zaczęła Lily, wyraźnie zrezygnowała. – To zupełnie co innego. Nie neguje Waszej więzi. Każdy, kto Was zna potwierdzi, że jest to już poziom wyżej nad ,,zwykłą” prawdziwą przyjaźnią. Ale właśnie dlatego nie możesz wczuć się w moją sytuację. Syriusz się na Ciebie nie wypiął i raczej wydaje mi się, że nigdy tego nie zrobi. Jeśli chciałeś mi pokazać, że wcale nie są Ci obce moje sprawy, to nie trafiłeś. Zakładając, że w ogóle masz doświadczenie w zakresie tematu rodzeństwa, to takiego zgranego i szczęśliwego.
- Czego nie można powiedzieć o moim przyszywanym bracie. – skontrował Rogacz. – Bo właśnie do tego tematu chciałem nawiązać. Że przyjaźniąc się z Syriuszem, zdążyłem nabrać pewnego obycia w problemach na tej i wielu innych liniach pokrewieństwa. Walnięta rodzina Łapy jest tych historii prawdziwą skarbnicą.
- I chcesz mnie pocieszyć mówiąc, że ktoś ma gorzej? Dogaduje się z rodzicami, a moja siostra nikogo nie próbowała otruć, więc osiągnęła prawdziwy sukces życiowy?
- Nie bądź ironiczna. Doceń, że naprawdę się staram. – powiedział James, a Lily której było trochę głupio po jego uwadze, w ramach okazania skruchy po prostu zamilkła. – Chciałem Ci powiedzieć w ten sposób, że nie jestem w stanie Cię zrozumieć i wyobrazić sobie tego, co czujesz, ale jestem w stanie zrozumieć i wyobrazić sobie, jak bardzo raniące i przykre może być niedogadywanie z najbliższymi. Wiem także, że nie zawsze można takie sprawy naprawić i połatać. Powinien może też powiedzieć, że wiem, że nie zawsze dotarcie się i zgoda są możliwe, ale akurat tego konkretnego aspektu nie mam zamiaru przenosić na wszystkie przypadki. – delikatnie zażartował i prawie pękł ze szczęścia, widząc, że Lily się uśmiecha.
- Co jeszcze wiesz? Bo słyszę, że całkiem sporo. – powiedziała Lily i zaraz żachnęła się w myślach -,,Czy ja właśnie flirtuję z Potterem?”.
- Wiem, że nie możesz się obwiniać, ani brać na siebie całej odpowiedzialności za wszystkie rysy na relacji Twojej i Petunii. Oczywiście za długo Cię znam, żeby zakładać, że w tych ewentualnych starciach z nią, Ty zawsze pokornie stoisz ze spuszczoną głową i słuchasz. Trochę Twojego ognistego języka na bank trochę tam gdzieś zawsze jest…
- Nie przeginaj, ostrzegam.
- …ALE, kłótnie w rodzeństwie to normalka. Nawet w tym moim idealnym, więc nie smuć się już i nie zaprzątaj tej swojej rudej główki zmartwieniami. Jak powiedział mi kiedyś ktoś całkiem mądry, prawie tak mądry, jak ja: To decyzje nas definiują i wszystko, co wokół nich narasta. A w tym zestawie złe decyzje podejmuje Twoja siostra. Oczywiście, z całym szacunkiem.
            James skończył wywód, a Lily patrzyła na niego, starając się nie okazać rozbawienia spowodowanego tym, że aby ją pocieszyć użyć przed chwilą jej własnych, sparafrazowanych słów. Rogacz natomiast był z siebie bardzo dumny. Ze swoich słów, dojrzałości, opanowania… Chyba zasłużył na nagrodę.
- A skoro mowa o decyzjach… To nie uważasz, że dobrą by było zgodzić się na randkę z Twoim pocieszycielem? W ramach podziękowań, że tak dzielnie służyłem ramieniem i dla poprawy nastroju. To co, umówisz się ze mną Evans?
            Czar prysł i Potter-Podrywacz wrócił na swoje włości. Lily przewróciła oczami, zeskoczyła z biurka i powiedziała stanowcze:
- Nie. – koniec spoufalania się. To, że jeden raz zachował się jak człowiek, nie znaczy, że wyczyszczono mu kartotekę przewinień w głowie Lily. – A teraz, może byś wrócił do roboty?
- No wiesz co Evans. Naprawdę jestem zawiedziony. – te słowa nie wyrażały nawet w połowie, jak bardzo. – To może chociaż mnie przytul. Tobie zrobi się jeszcze milej, a ja dostanę zapłatę za moje rady psychologiczne. – rozpostarł ramiona i zbliżył się do niej.
- Jeszcze czego! Zabieraj te łapy! Zapłaty, też mi coś. Wybacz, nie sądziłam, że jestem tak uciążliwa, że powinnam ludziom płacić, żeby ze mną rozmawiali. – odskoczyła za biurko, wyraźnie zirytowana. Straciła na chwilę czujność i teraz teksty Pottera uderzyły w nią ze zdwojoną siłą.
- Daj spokój, przecież żartowa…
            Ale James nie zdążył dokończyć do drzwi gabinetu otworzyły się i stanęła w nich najmniej spodziewana teraz osoba.
- Jules? – wyrwało się średnio inteligentnie Rogaczowi. Na swoje usprawiedliwienie mógł mieć tylko to, że plamy na koszulce Puchonki, które od razu zwróciły jego uwagę i trochę przestraszyły, przypominały…
- Czy to jest krew? – zapytała Lily.
- Tak, ale luz. Nie moja. – powiedziała Jules, dalej stojąc w progu. – Profesor Slughorn mnie tu przysłał, żebym pomogła Jamesowi w porządkach.
- Czyżby? – zapytała z niedowierzaniem Lily. – A to niby dlaczego?
- W ramach szlabanu. – odparła dziewczyna. Dalej się nie ruszała i dopiero teraz Rogacz skojarzył, że to z nerwów. Jules była tak wkurzona, że cała jej energia szła na uspokojenie się, dlatego na lokomocję już nic nie zostawało.
- Dostałaś szlaban? – Huncwot był tym wyraźnie poruszony.
- Tak.
- A za co? – Rogaczowi aż ślinka ciekła, żeby poznać te smakowite szczegóły. Zwłaszcza, że czuł, iż mogą one mieć związek ze stanem ubioru panny Justice.
- Złamałam Regulusowi Blackowi nos. – powiedział i wzięła głęboki oddech, już prawie całkowicie się wyciszając. – To od czego mam zacząć? – z tym pytaniem zwróciła się do Lily, zamykając za sobą drzwi do gabinetu i kładąc płaszcz na fotelu profesora Slughorna. Zanim któreś z Gryfonów wybiło się z szoku minęło kilka sekund.
- Cóż, nie powinno mnie to dziwić. Gdyby nie profesor Dumbledore i profesor McGonagall, jego rodziców kilka dni temu spotkałby ten sam los. – powiedziała Lily, nawiązując do ich wspólnego spotkania z delegacją ślizgońskich rodziców. – Gratuluję. – dodała i uśmiechnęła się do dziewczyny.
- Jej gratulujesz, a mnie piętnujesz za odwet? – zapytał rozbawiony wizją bijącej się Jules, James.
- Zajmij się sprzątaniem, dobrze? – odparła Lily i powiedziała Jules co i jak należy posprzątać.
Przydzieliła jej przy tym trochę mniejszą szafkę niż ta, w której sprzątał James.
            Kiedy Jules zaczęła się zabierać do roboty, Rogacz zwrócił na siebie jej uwagę i wyszeptał:
- Punkt dla Ciebie za ten cios.
            W odpowiedzi Jules tylko się uśmiechnęła. Ale co to był za uśmiech. Trochę złowieszczy, pełen zadowolenia i satysfakcji. Rogaczowi wydawało się, że za tym wszystkim kryje się coś więcej niż było widać na pierwszy rzut oka. A w ogóle, to kto by pomyślał, że tej pacyfistce zemsta sprawi taką przyjemność. To zarysowało trochę jej nieskazitelnie dobre i łagodne oblicze i nasunęło Huncwotowi myśl, że jeszcze wcale dobrze jej nie znają. Potem pomyślał o gratulacjach Lily i uśmiechnął się sam do siebie.
            Jest tajemnica, której nigdy nie uda mu się rozwiązać, a na imię jej kobieta.