piątek, 28 września 2018

32. Prezent

Dzisiejszy dzień będzie fantastyczny.
Tak sobie postanowiła Lily Evans i uparcie miała zamiar robić wszystko, by taki stan rzeczy wywołać. Ogólnie warunki panujące w tą niedzielę były całkiem sprzyjające. Pogoda, choć typowo zimowa, była całkiem znośna, a kiedy promienie słoneczne wychodziły zza chmur i padały na dachy domów w Hogsmeade, tworząc z leżącego na nich śniegu tęczowe, diamentowe kołderki, można się było poważyć nawet na stwierdzenie, że dzień był bardzo ładny.
Jednak nie tylko pogoda i wyjście do wioski były potrzebne pannie Evans do uwarzenia eliksiru o nazwie ,,Udana niedziela”. Potrzebowała dobrego towarzystwa i czystego umysłu. Pierwsze zapewniła sobie już wcześniej umawiając się z Severusem. Doszła do wniosku, że po raz kolejny przełknie ich różnicę poglądów i nie pozwoli przez, mówiąc delikatnie ,,emocjonującą dyskusję” zaprzepaścić wielu lat przyjaźni. Oczywiście wychodząc na spotkanie znowu naoglądała się spojrzeń swoich koleżanek, spojrzeń oceniających i niezadowolonych. Cóż, nie miała zamiaru im ulegać, nie należało to do jej zwyczajów. Charakterek Lily miała ognisty. Uważał tak z pewnością ktoś, kto mógł namieszać w kwestiach spokojnej głowy panny Evans.
Właśnie, ekspert od mącenia i psucia humoru Lily, czyli sławny James Potter, z którym spędziła poprzedni wieczór w warunkach szlabanowych uparcie siedział jej w głowie i wiedziała, że jeśli nie przestanie myśleć o chwilach spędzonych w lochach, to nie da rady się zrelaksować. A co wywoływało w niej powody do nie-relaksu? Wątpliwości.
Wątpliwości czy James Potter jest naprawdę taki, jak go sobie rysuje. Czy nie oceniała przypadkiem do tej pory tylko jego powierzchowności? Może on jednak, jak normlany człowiek miał coś więcej niż ten napuszony łeb,  może miał jakieś warstwy? Choć trzeba było przyznać, że jeśli tak było, to skutecznie to ,,coś więcej” skrywał przed światem. A rąbek tajemnicy, jak się okazało odkrywał tylko w niektórych sytuacjach.
Pierwszą sprzyjającą okolicznością do zdjęcia maski ,,zwykłego pozera” było przebywanie z kimś sam na sam. Rozmowa, którą Lily i James odbyli będąc w zaciszu gabinetu profesora Slughorna była chyba pierwszą tak normalną w wykonaniu tej dwójki od początku ich znajomości. A kiedy Lily już i tak miała mały mętlik w głowie wywołany zachowaniem Pottera, pojawiła się nowa okoliczność ujawniająca inną twarz chłopaka, w osobie Jules Justice.
Kiedy Puchonka pojawiła się w lochach na odbycie szlabanu Lily trochę się wycofała, ale z własnej woli i dla (w pewnym sensie) celów badawczych.  Wyniki badań, które polegały na obserwowaniu współpracujących przy odrabianiu szlabanu Jamesa i Jules były bardzo ciekawe. Po pierwsze Lily odkryła, że panna Justice jest szalenie zakręconą pozytywnie osobą i – co najważniejsze – nie jest typową Huncwocką fanką, za jaką Evans ją do tej pory miała. Miała własne zdanie i zasady, a w rozmowach z Rogaczem potrafiła mu przyjacielsko dobiec i się z nim droczyć. Z drugiej więc strony Lily mogła poznać Jamesa dogryzającego i droczącego się z kimś o randze przyjacielskiej. Takiego Jamesa Pottera, jaki jej się narysował przez ten jeden wieczór mogłaby chyba nawet polubić…
- Lily! – usłyszała Gryfonka, która pogrążona w rozmyślaniach prawie minęłaby wychodzącego z Miodowego Królestwa Severusa.
Jakby przywołała go do interwencji moja kiełkująca sympatia do Pottera.. Znaczy do pewnej jego części. – pomyślała Lily, po czym się otrząsnęła i z uśmiechem na twarzy podeszła do przyjaciela.
- Cześć Sev. Zakupy udane? – zapytała, wskazując wzrokiem na sklep.
- Wydaje mi się, że tak. Możesz ocenić. – powiedział i wyciągnął w stronę dziewczyny mały pakunek.
- Łapówka? – zapytała z uniesioną brwią, ale wyciągnęła rękę.
- Raczej gałązka oliwna.
- I przyznanie się do winy? – powiedziała zaczepnie Ruda wyciągając z torebki od Severusa swoje ulubione magiczne słodycze, czyli czekoladowe żaby. Jak każda dziewczyna uwielbiała czekoladę i to w każdych ilościach.
- Do winy, czyli? – zapytał Snape i ruszyli wolnym krokiem w stronę Trzech Mioteł.
- Chciałabym powiedzieć, że to znaczy do wątpliwych moralnie poglądów, ALE – dodała, unosząc do góry palec wskazujący, żeby uciszyć już gotowego do protestów Seva – ale uznajmy, że Twoją winą jest brak szanowania prawa innych do odmiennego zdania.
- Okej. Przyjmuję, przyznaję się do winy i … przepraszam. – powiedział, to ostatnie słowo znacznie ciszej, ale Lily znała dobrze Severusa i jego honorowość, dlatego doceniła ten ogromny wysiłek i oznakę dobrej woli.
- Załóżmy, że wszystko jest okej. – powiedziała i idąc tyłem, ale twarzą do Ślizgona, ostentacyjnie odgryzła czekoladowej żabie głowę.
- A gdyby nie było to skończyłbym tak, jak ta żaba?... Uważaj! – zawołał, ale już za późno, bo Lily swoim opacznym chodzeniem nie namierzyła odpowiednio wcześnie przeszkody i potykając się wpadła na osobę wychodzącą właśnie z Trzech Mioteł. Przed upadkiem uratowały ją silne męskie ramiona.
- Chodzenie na ślepo niesie ze sobą ryzyko – powiedział chłopak, pomagając Lily złapać pion – ale potrafi również być zadziwiająco miłe w skutkach. Tą sytuację ja osobiście zakwalifikuję do drugiej kategorii, a Ty?
Dziewczyna stanęła trochę osłupiała i zlustrowała od stóp do głów swojego wybawcę. Z pewnością widziała go po raz pierwszy, bo inaczej by go zapamiętała. Chłopak, który przed nią stał był kilka lat od niej starszy, ubrany w kompletne przeciwieństwo sztywnego szkolnego mundurka i co tu dużo mówić – bardzo przystojny. A oprócz tego miał w oku i uśmiechu taki pełen buntu i dzikości błysk…
- Problemy z kwalifikacją? – zapytał uśmiechając się półgębkiem, a Lily uświadomiła sobie, że ją zatkało. Wkurzyło ją to. I wkurzyło też Severusa.
- Żadnych już problemów, dziękujemy za pomoc. – powiedział Snape odsuwając ręce chłopaka od Lily.
- Spokojnie kolego, stroszenie grzywy jest zbędne. Przyjechałem tu w odwiedziny do brata, a nie na polowanie. – powiedział i mrugnął do Lily. Dziewczyna już wiedziała, że jest to typowy gracz, kobieciarz, ale jakieś jej malutkiej części to schlebiało. Postanowiła, że nie wyjdzie z tej sytuacji jako niemowa i zapytała:
- Do brata, czyli do kogo?
- Darius Pattern się nazywa. – powiedział i zerknął gdzieś ponad jej ramieniem. – I właśnie tutaj idzie.
- W takim razie życzę miłego spotkania rodzinno-integracyjnego. I dziękuję za pomoc. Do widzenia…
- Timothy – powiedział chłopak i wyciągnął rękę.
- Lily, Lily Evans – odwzajemniła uścisk dziewczyna – a to jest Severus Snape.
Timothy Pattern uścisnął rękę również Ślizgonowi. Jednak wyraz twarzy trochę mu się zmienił od kiedy poznał imiona i nazwiska ich dwojga. W czasie całego procesu zapoznawczego Darius zdążył się zbliżyć na odległość kilku kroków, a zdziwienie na jego twarzy rosło i rosło.
- Cóż, miło było poznać. Do zobaczenia, choć raczej w to wątpię. – powiedział starszy panicz Pattern i odszedł nie czekając na odpowiedź.
- Timothy? Co Ty tu robisz? – zapytał Darius podchodząc do brata i go ściskając, a ponad jego ramieniem widząc jak Lily i Severus wchodzą do Trzech Mioteł.
- Nie brzmi to jak radość na widok dawno niewidzianego brata. – powiedział Timothy odsuwając brata na szerokość ramion i dokładnie mu się przyglądając. – Wyrosłeś. Robisz się do mnie coraz bardziej podobny.
- Czyżby? – odpowiedział ze śmiechem Darius, bo wiedział jak dalekie prawdy jest to zdanie.
- Mam na myśli prawie tak samo przystojny, jak ja. – odrzekł chłopak i ruszył przed siebie z rękami w kieszeniach. Nawet jak chodził, robił to tak jakby płynął i to na kompletnym luzie.
- Wow, ale komplement. – Darius był w stanie powiedzieć tylko tyle, bo dalej był w szoku. Wizyta Timothy’ego była czymś bliskim zjawiska więcej niż nadprzyrodzonego. – Muszę ponowić pytanie, prawda? Ty dalej lubisz grać tajemniczego.
- Ja nie gram, tylko taki jestem. A na chwilę obecną nawet inaczej nie można.
- To znaczy? – zapytał Darius trochę zbity z tropu, a Timothy tylko obejrzał się sprawdzając ,,czystość” terenu i skręcił w kierunku drogi na stację Hogwart-Londyn.
- Jak się mają sprawy z Jules?
- Nagła i drastyczna zmiana tematu.
- Temat zmieniasz Ty, braciszku. Ja odpowiadam na pytanie w kwestii powodu mojego przyjazdu.
- Jak to? – Darius aż się zatrzymał.
- Pisałeś mi wczoraj o ,,problemach w raju”. Nadal masz wątpliwości odnośnie jej uczuć i tego, jak je sprawdzić lub wzmocnić?
- I przyjechałeś udzielić mi kilku rad sercowych? – Darius był ewidentnie w szoku. Choć po krótkiej chwili zastanowienia, młodszy panicz Pattern przyznał sam przed sobą, że nie byłby to pierwszy raz kiedy ten starszy rzuca wszystko by przyjść bratu z pomocą.
- A potrzebujesz takowych?
Darius otworzył usta, ale zamiast coś powiedzieć wypuścił tylko powietrze zrezygnowany.
- Dawaj braciszku. Mów, co Cię gryzie, jak po veritaserum.
- Nazwała mnie wczoraj swoim chłopakiem.
- To chyba dobrze, więc czemu masz taką niezadowoloną minę?
- Po powiedziała to w złości i nie do mnie. Tłumaczyła komuś, że nic jej nie łączy z Blackiem.
- Syriuszem Blackiem mam rozumieć? Swoją drogą chciałbym go w końcu poznać. Bo niby widziałem jeszcze za czasów szkolnych wszystkich bohaterów Twoich opowiadań, ale wtedy to były jeszcze dzieci, a teraz… Na przykład ta Evans i Snape. Kiedy usłyszałem jak się nazywają poczułem się, jakbym poznał w rzeczywistości postacie z mojej ulubionej książki.
- Cieszę się, że moje życie towarzyskie zapewnia Ci taką nietuzinkową rozrywkę. – powiedział kwaśno Darius.
- Oj nie dąsaj się Dar. Powinieneś się cieszyć, że wszystko tak rejestruję. Dzięki temu wiem, że Black jest Twoim śmiertelnym wrogiem i kimś, kto zdecydowanie za dużo czasu spędza w pobliżu Jules.
- Ostatnio jest między nimi dosyć napięta atmosfera. – rzucił niby mimochodem Darius.
- Aha. – powiedział triumfalnie Timothy i się zatrzymał, opierając się plecami o pobliskie drzewo. Wiedział już o co chodzi, bo oprócz stylu wolnego ducha miał, jak przystało na artystyczną duszę, wysoko rozwiniętą empatię. – I Ty się boisz, że Jules się do Ciebie zbliża, żeby utrzeć nosa Blackowi?
- Tak. – Darius wiedział, że w rozmowie z Timothym obowiązuje tylko jedna zasada – kompletna szczerość.
- Dawno nie widziałem Jules, ale jeśli nie zaszła w niej jakaś tragiczna zmiana i dalej jest taka grzeczna to nie ma co ją posądzać o taką perfidię.
- Jules jest grzeczna, choć wiem, że w Twoim mniemaniu to obelga, ale ma też w sobie dużo waleczności. A przy tym mocny charakter i …
- I mocny kręgosłup moralny, tak?
- Tak.
- To czym Ty się martwisz? Braciszku, chyba nie mówisz mi wszystkiego. – Timothy patrzył na umęczoną minę brata i czuł, że zamiast szczęśliwy z powodu tego, że w końcu  Jules jest jego dziewczyną, cały czas się czymś martwi, coś nie daje mu spokoju.
- Ja jestem w niej zakochany… Ale ona chyba nie.. – Darius oparł się o drzewo naprzeciwko. Cieszył się, że Timothy przyjechał, bo nikomu innemu nie byłby w stanie powiedzieć tego wszystkiego tak otwarcie.
- Chyba?
- Nie rozmawiałem z nią o tym, bo nie było jeszcze okazji.
- Bo albo ktoś cały czas z Wami był, albo działy się różne, dziwne rzeczy… tak?
- Tak.
- To powiem Ci jedno – kretyn z Ciebie.
- Co? – Darius aż poderwał głowę z oburzoną miną.
- Zamiast cieszyć się, że zdobyłeś dziewczynę, bo zdobyłeś ją pełnym zaangażowaniem w Waszą przyjaźń i tą całą huncwocką akcję, to wynajdujesz sobie wyimaginowane problemy. Chłopie, ciesz się chwilą!
- Ale ja nie chcę, żeby to była tylko chwila. – powiedział Darius, a zabrzmiało w tym taka żałość.. że Timothy postanowił wytoczyć ciężkie armaty, w które się wyposażył, kiedy zdecydował się przyjechać bratu z pomocą.
- Jeśli nie chcesz, a będzie ryzyko, że zmierza to w tym kierunku, to użyj tego. – powiedział i wsunął Dariusowi w rękę coś, na czym przez cały czas trzymał palce w kieszeni kurtki. Młodszy panicz Pattern popatrzył na prezent od brata i wytrzeszczył szeroko oczu. Jednak kiedy podniósł je znad zawartości swojej dłoni i zobaczył, coś na ścieżce nie powiedział tego, co chciał, ale schował szybko prezencik i zawołał:
- Jules! – powiedział Darius i postąpił kilka kroków w stronę dziewczyny, która szła w ich stronę od stacji.
- Darius? – była zdziwiona, a przy tym widocznie przygaszona, więc na jej twarzy nie pojawił się tradycyjny, szeroki uśmiech. Nic dziwnego po tym, czego świadkiem była jeszcze chwilę wcześniej na stacji..
- Wszystko w porządku? Wyglądasz trochę jakbyś zobaczyła ducha. – powiedział, wiedząc, że to Jules śmieszy używanie takich kompletnie nieadekwatnych w warunkach ich świata powiedzonek. Ale ona w tym czasie zwróciła swoją uwagę na drugą obecną na jej drodze postać i choć nie od razu, do skojarzyła i poniekąd rozpoznała, kto przed nią stoi. Wytrzeszczyła szerzej oczy.
- Jeśli tak, to teraz pewnie wyglądam jakbym zobaczyła już dwa duchy. Timothy? – zapytała. On natomiast pokiwał głową, nieznacznie ją przekrzywiając i taksując Jules od stóp do głów, zdał sobie sprawę, że jego brat ma naprawdę, naprawdę dobry gust. A sama Jules… Cóż, była ubrana w normalne ubrania i było widać, że nie jest już małą dziewczynką, a raczej młodą kobietą.
- Miło Cię po tak długim czasie znowu widzieć. Teraz już jako moją przyszłą bratową, czyż nie? – wiedział, że jego pytanie jest prowokujące, że Darius może być niezadowolony z powodu jego zadania, ale chciał wybadać Jules na własną rękę.
- O własnej żeniaczce słyszeć nawet nie chcesz, a młodszego brata przed ołtarz pchasz? – odrzekła zaczepnie Jules. A była to odpowiedź zadziorna, inteligentna, wymijająca… Innymi słowy, zaimponowała Timothy’emu. Lecz jego zachwyt minął kiedy spojrzał na brata. Darius nie wyglądał na uszczęśliwionego słowami panny Justice. Chyba wypadało nie stać na drodze do szczęścia własnemu bratu, co więcej – dać mu szansę na to by temu szczęściu pomógł.
- Absolutnie. Teraz pcham go najwyżej na miły spacer w Twoim uroczym towarzystwie.
- Nie śmiałabym Ci zabierać Dariusa skoro i tak widujecie się od wielkiego dzwonu. – powiedziała od razu Jules, patrząc to na jednego, to na drugiego panicza Pattern.
- Spokojna głowa, zostanę tu jakiś czas, a teraz chciałbym załatwić kilka spraw. To do zobaczenia może później. Trzymaj się braciszku. – Timothy mrugnął do Jules, obrócił się na pięcie i odszedł. Idąc w stronę wioski szybko uśpił wyrzuty sumienia dotyczące prezentu dla Dariusa, które pojawiły się w nim, kiedy zobaczył, że Jules jest osobą z krwi i kości i to w dodatku bardzo warta uwagi. W końcu w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone.


- Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – Darius patrzył na profil zamyślonej twarzy Jules, kiedy szli na spacer w kierunku Wrzeszczącej Chaty (szczęśliwie Jules nie miała urazu do tej trasy, po ich ostatnim ,,trującym” spacerze). Nie potrafił nawet cieszyć się, że trzymają się za ręce, bo widział, że panna Justice jest myślami gdzieś naprawdę daleko.
- Nie do końca, ale nie chcę o tym mówić, tylko to sobie uporządkować w głowie. Dasz mi chwilę?
- Jasne. – powiedział chłopak i już chciał się odsunąć, ale dziewczyna ścisnęła go za rękę.
- Nie musisz nigdzie iść. Po prostu idźmy w milczeniu, dobrze?
- Dobrze. – w sumie to był dobry znak – cokolwiek się działo i dręczyło Jules, chciała by Darius był w tym momencie razem z nią.
Taka właśnie była prawda. Chciała by był z nią Darius, nie dlatego, bo nie chciała być sama. Podkreśliła to sama przed sobą – chciała, żeby był z nią Darius. To był ten jej męski przyjaciel, który był stateczny, stabilny i pewny. Bo ten drugi…
Starała sobie to uporządkować w głowie.
Odbyła wczoraj szlaban, po którym późną wieczorną porą wróciła do dormitorium i choć dziewczyny mówiły jej, że Darius chciał się z nią widzieć to stwierdziła, że jest już późno (wersja oficjalna), a ona musi się przespać ze swoimi myślami (wersja tylko dla niej – ta prawdziwa). Obudziła się wcześnie rano, jak na nią i na dzień wolny, a na biurku znalazła karteczkę. Liścik.

Jules!
Chciałbym się z Tobą spotkać i obgadać ostatnie wydarzenia. Szczerze i bez świadków, czy innych ,,przeszkadzaczy”.
Spotkajmy się na stacji w Hogsmeade około 10.00. Będzie tam na Ciebie czekać niespodzianka.
Syriusz

Przeczytała to i cały, w miarę już poukładany stos jej myśli runął niczym domek z kart. Wiedziała, że ich nie ogarnie i ma tylko jedno wyjście – pójście za impulsem. A tym impulsem było ubranie się i spotkanie z Łapą. Dopóki sprawa z Blackiem nie będzie klarowna, nie uzyska klarowności w swoim ..ekhm… związku z Dariusem. To słowo dalej jakoś jej nie leżało. ,,Związek”…Brrr…
W każdym razie kilka minut przed dziesiątą szła dziarskim krokiem ścieżką między wioską a stacją. Kiedy doszła już do ostatniego zakrętu, czyli widziała już stację, ale w cieniu drzew ,,stacja” nie widziała jej, gwałtownie się zatrzymała.
Na ławce na peronie siedział Syriusz. I to by się zgadzało. Tylko problem polegał na tym, że przed nim wygłaszając jakąś mowę i teatralnie przy tym gestykulując stała Elinor Durete, cała ubrana na czarno. Jules była za daleko by dokładnie widzieć minę Syriusza, ale wydawał się być zdystansowany do przemowy Smoczycy. Do Jules, kiedy bardziej wytężyła słuch, docierały tylko niektóre słowa.
Zmiana… Pomoc… Nowe życie… Szansa…
Jules słysząc te urywki westchnęła i przewróciła oczami. I choć nie była z siebie dumna, bo Elinor zasługiwała teraz na współczucie i więcej cierpliwości, zobaczyła, że Syriusz reaguje tak samo i wstaje.
Wtedy Elinor zrobiła kilka rzeczy w przeciągu mniej niż minuty.
Położyła Syriuszowi rękę na ramieniu.
Nachyliła się i wyszeptała mu coś do ucha.
Spojrzała mu przeciągle i głęboko w oczy.
Pocałowała go, zarzucając mu jedną rękę na szyję, a drugą wplatając mu we włosy.
Jules czekała na kompletnym bezdechu na rozwinięcie całej sytuacji. Zdała sobie sprawę, że czeka i aż swędzi ją wszystko z niecierpliwości, aż Syriusz pannę Durete od siebie odepchnie. Ale nie…
On objął ją w pasie i oddał pocałunek. Nie całus, niewinny i koleżeński. Tylko namiętny i długi pocałunek.
I tak wyglądała ta scena przez chwilę – oni całujący się na peronie, jak w jakimś filmie wojennym, gdzie dziewczyna wita swojego narzeczonego, który bezpiecznie wrócił do domu, a ona – stojąca gdzieś za krzakami i patrząca na wszystko, jak szpieg, intruz, jak żałosna odrzucona adoratorka.
Najgorsze jest to, że nie mogła się ruszyć. Nie mogła, bo czuła, że jak pójdzie teraz, na tym etapie, to później będzie miała problem z rozeznaniem czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy coś sobie uroiła.
W końcu przestali się całować, Elinor uśmiechnęła się i przytuliła do Syriusza tak, że twarz miała zwróconą centralnie w kierunku kryjówki Jules. I spojrzała centralnie na nią.
Tak, nie miała problemu z wypatrzeniem Jules, bo wiedziała, że dziewczyna tam będzie. Skąd to wiedziała? Bo sama o to zadbała. Puchonka dopiero teraz połączyła fakty i zdała sobie sprawę, kto tak naprawdę był nadawcą liścika, który z rana przeczytała. Smoczyca podrobiła pismo Syriusza praktycznie bezbłędnie, ale po zastanowieniu, stylu nie umiała do końca skopiować. Niestety połączyła elementy układanki zdecydowanie za późno. Zdążyła wpaść w pułapkę i teraz patrzyła, jak Elinor nad ramieniem Syriusza macha jej triumfalnie, obwieszczając w ten sposób ,,Wygrałam tą rozgrywkę”, a może nawet ,,Wygrałam tę wojnę”.
Albo najtrafniej ,,Wygrałam Syriusza”.
Jules rzuciła jej najbardziej pełne niechęci spojrzenie, na jakie mogła się teraz zdobyć, po czym zawróciła w stronę wioski szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.
Szła i czuła, że zaczyna brakować jej tchu, a pod powiekami robi się mokro. Mimowolnie zaczęła płakać i nie mogła tego w żaden sposób uspokoić, powstrzymać. Zatrzymała się i postanowiła uspokoić. Nie dawała sobie na to zbyt dużo czasu, nie chciała, żeby ,,zakochani” idąc do Hogsmeade się na nią natknęli.
Dlaczego płakała? Bo przegrała?
Przecież nie uczestniczyła w żadnych zawodach, a już na pewno nie chciała brać udziału w konkursie, w którym dostałaby jako prezent Syriusza Blacka. Nie interesował jej taki układ.
Płakała, bo Syriusz stał się jej bliski jako przyjaciel. Dała mu swoją przyjaźń, otworzyła serduszko, a on… Nie chciała na niego psioczyć. Może nie był wobec niej fair, może się nią trochę bawił, bo czuł, że jako wielki i wspaniały Syriusz Black miał do tego prawo. To nie było ważne. Ważne było to, że czuła się strasznie upokorzona i zdradzona. I jasne było, że reżyserem tego upokorzenia była Elinor Durete, ale Syriusz tym brakiem szczerości i wszystkimi nieporozumieniami, które się między nimi pojawiły, dał Elinor narzędzia to wystawienia tej bolesnej sztuki.
Gdyby ich przyjaźń po prostu się nie powiodła… Ale ich przyjaźń zakończyła się właśnie okrutnym uderzeniem, na które Jules nie zasłużyła…
Cholera!
Stop!
NIE!
Jules wzięła głęboki oddech, wytarła oczy i zatrzymała kłębiące się myśli, a zrobiła to z wielką mocą, bo zdała sobie sprawę, że histeryzuje, dopowiada sobie, wyolbrzymia, skreśla… Pozwala rządzić niedopowiedzeniom, choć przecież wychodząc z dormitorium miała nadzieję na uzyskanie klarowności całej sytuacji i o tą klarowność chciała walczyć.
A teraz – rozpacza nad pseudozwycięstwem Elinor. Przecież Smoczyca upokorzy i wygra tylko wtedy, kiedy Jules jej na to pozwoli. Czyli na pewno nie teraz i nie tak. Chce Syriusza? Proszę bardzo. Ale o tym, jak i gdzie zakończy się ich przyjaźń mogą zadecydować tylko dwie osoby: Jules Justice i Syriusz Black.
A pierwsza z tych osób miała zamiar do tego końca przy najbliższej okazji doprowadzić. Bo bez względu na winę lub jej brak, ta cała znajomość zbyt wiele Jules kosztowała. Teraz chciała odrobiny spokoju.
Teraz, w chwili obecnej doszła do miejsca piknikowego jej i Dariusa, z którego rozpościerał się widok na Wrzeszczącą Chatę, a Darius machnięciem różdżki roztopił sporą połać śniegu tak, żeby mogli usiąść na suchej i ciepłej ziemi. Uśmiechnęła się do niego.
- Już dobrze?
- Będzie dobrze, jak sobie wyjaśnię kilka spraw z pewną nielubianą przez Ciebie osobą. Ale w chwili obecnej nie mam zamiaru już o tym myśleć. – powiedziała i usiadła po turecku.
Czyli myślała o Syriuszu… - pomyślał pełen goryczy Darius i w tej chwili zdecydował się, że użyje prezentu od Timothy’ego.
- Co tak stoisz? Siadaj. I opowiadaj, jak to jest zobaczyć brata po tak długim czasie. Jak się domyślam, zrobił Ci niespodziankę, bo nic nie wspominałeś o tym, żeby miał przyjechać. – Jules przyjęła typowy dla siebie radosny sposób bycia i nie była to żadna poza, tylko chęć spędzenia czasu z Dariusem normalnie, po staremu, bez komplikacji. A kiedy wpadliby już w odpowiednią atmosferę, miała zamiar z nim porozmawiać, porozmawiać o nich, jako parze.
- Timothy lubi chodzić swoimi drogami, ale trzeba przyznać, że dobry z niego brat. – powiedział zadumany.
- Absolutnie tego nie podważam. Ale skąd taki nagły przypływ miłości braterskiej? – zażartowała po swojemu.
- Tak po prostu. – powiedział niemrawo. – Przywiózł mi prezent.
- Aha, i wszystko jasne. Nie sądziłam, że jesteś taki przekupny. – Jules wychodziła z siebie, żeby wciągnąć Dariusa w utarczki słowne i go trochę rozruszać, ale ten zdawał się tego nie dostrzegać. Albo dostrzegać i dopatrywać się jej dobrego nastroju u innego, kompletnie niewłaściwego źródła. – A co to za prezent?
- Zobaczysz. – powiedział Pattern i spojrzał w tak ukochane przez siebie zielone oczy Jules. Klamka zapadła.

CDN




wtorek, 1 maja 2018

31. Sowie rozmyślania

Huncowci mieli w szkole całe rzesze swoich fanów. Należeli do nich zarówno chłopscy, jak i dziewczyny. Ci pierwsi albo fanatycznie wręcz prowadzili rejestry wyskoków Gryfonów, gromadząc wspomnienia o nich, jak karty kolekcjonerskiej, którymi absolutnie uwielbiali się dzielić w swoim gronie, albo patrzyli na nich wilkiem zieleniąc się z zazdrości, że mają takie noty w rankingach popularności, a podziwiając ich gdy nikt nie widział i nie słyszał.
            Z dziewczynami sprawy wyglądały w sposób nieco mniej skomplikowany. One jeśli już poznały legendę paczki Gryfonów, rozpływały się nad nimi z zachwytu. Były takie, które na samym wdychaniu nie poprzestawały i starały się wchodzić na wyższe etapy znajomości. Do tej grupy należały te dziewczęta, przed którymi Syriusz chował się w Walentynki za ,,plecami” pseudorandki z Jules.
            Oczywiście nie znaczyło to, że któremuś z chłopców zaistniały stan rzeczy przeszkadzał. Na ten przykład taki Peter z dumą i radością grzał się w blaski jupiterów huncwockiej braci. Reszcie chłopców taki, a nie inny stan rzeczy nie przeszkadzał, dopóki nie przekraczał tej granicy uwielbiania na odległość. Syriusz był w końcu wolnym duchem, Remusa nachalne podrywy peszyły, a James zaakceptowałby zainteresowanie od dziewczyny, które spełniałaby następujące kryteria: rude włosy; migdałowe i zielone włosy; imię i nazwisko – Lily Evans.
            W każdym razie grono kibicujących Huncwotom dziewczyn było dość jednolite w kwestii genezy swoich uczuć. Zmiana w tej materii nastąpiła dopiero po Wielkim Wybuchu w lochach. Ten numer chłopców, dla większości był zwykłymi porachunkami między Gryffindorem a Slytherinem, dla bardziej wtajemniczonych – zemstą za otrucie, ale dla dwóch Puchonek miał zupełnie inny, baaardzo romantyczny wymiar.
            Olivia i Meredith pojawiły się w Skrzydle Szpitalnym, jako jedne z pierwszych ,,postronnych” uczestników wydarzeń ostatnich dni i gdy dowiedziały się tam od Jules wszystkich szczegółów... Dla nich był to wstęp do historii miłosnej.
- Macie coś nie tak z głowami. – skomentowała to panna Justice, choć poniekąd była w stanie poruszać się ich tokiem rozumowania.
            Dla Olivii i Meredith zemsta za otrucie Jules, wykonana w sposób, który świadczył o kompletnym nieliczeniu się z konsekwencjami... Dziewczynom serduszka się roztopiły, a Jules brew ze zdziwienia nad ich zachowaniem podskoczyła.
            Dla zachowania pełnej jasności należało zaznaczyć, że obie przyjaciółki za bohatera, którego należało obrzucić różami nie uważały żadnego z Huncwotów – oni w mniemaniu Puchonek robili to, co zawsze. Jednak tym razem ( i właśnie dlatego zjednali sobie sympatię dziewczyn ) angażując do planu Dariusa umożliwili mu udowodnienie, jak bardzo zależy mu na Jules.
            Panna Seabird i panna Ruscoe od dawna trzymały kciuki za to, aby Jules i Darius w końcu zostali parą. Kibicowały chłopakowi i jednocześnie, dokonując nadludzkiego wysiłku, starały się nie namawiać do niczego Jules i nadmiernie nie reklamować jej Dariusa. Wiedziały, że ona uważa go za przyjaciela i tylko przyjaciela. Tym bardziej były w szoku, gdy zastały ich w Skrzydle Szpitalnym trzymających się za ręce. Od tego wydarzenia mijał już prawie tydzień i w tak krótkim czasie Olivia i Meredith niemal zaczęły już planować przyjaciółce ślub.
            Według samej zainteresowanej, istniały mniej pokrętne sposoby okazywania uczuć i choć podziękowała wszystkim zamieszanym za chęci, nie była zwolenniczką instytucji zemsty. Odbyła na ten temat długą rozmowę z Dariusem, przekonując się przy okazji, że faktycznie tak, jak twierdził Syriusz, Puchon sam się zaoferował z wielką zapalczywością do odegrania roli przynęty. Właśnie w trakcie tej wymiany zdań, panicz Pattern powiedział Jules co do niej czuje, nachylił się do przyjaciółki i ją pocałował.
            Już sam ten fakt zamieszał Jules w głowie. A co dopiero widok Syriusza wchodzącego do SS z Elinor na rękach. Oboje byli cali mokrzy tak, jak kiedyś przed gabinetem dyrektora kiedy widziała ich razem prowadzonych tam przez profesor McGonagall. Za duża ilość rewelacji sprawiła, że jej odpowiedzią stał się kompletny brak odpowiedzi i akceptacja takiego, a nie innego rozwoju sytuacji. Wszystkie następujące dalej wydarzenia narzuciły kilku dniom życia Jules takie tempo, że tak naprawdę nie miała czasu NICZEGO przemyśleć. Najpierw wizyta Olivii i Meredith, które niemal zatytułowały się już jej druhnami, potem rekonwalescencja Dariusa, podczas której to on, a nie pełna myśli głowa Jules, był najważniejszy, a na koniec powrót do życia codziennego, które wcale takie zwykłe nie było. Wszystkie te składowe złożyły się na jedno pytanie:
- Nie wiecie, gdzie jest Jules? – Darius podszedł do siedzących w Pokoju Wspólnym Hufflepuffu Olivii i Meredith. Obie wyglądały na nieco zdziwione tym pytaniem. Zwłaszcza, że od czasu wyjścia Dariusa z SS, prawie z Jules nie rozmawiały, bo uważały, że powinny im zapewniać jak najwięcej czasu sam na sam i niemal unikały przyjaciółki, nie pytając, co ona sądzi na ten temat.
- Nie. A coś się stało? – zapytała panna Ruscoe, podczas gdy panna Seabird już się zerwała z miejsca.
- Mogę sprawdzić w dormitorium, jeśli chcesz?
- Byłyśmy tam dwie minuty temu i jej nie było, a przed PW też nie przechodziła. – zauważyła rezolutnie Meredith.
- Fakt. A byliście umówieni? Jeśli tak to pewnie zaraz się zjawi. A jeśli nie, to tez pewnie lada moment przyjdzie. Jesteście w końcu ostatnio nierozłączni. – uśmiechnęła się Olivia.
- I może właśnie to ją zaczęło już męczyć. – powiedział cicho zmartwiony Darius.
- Chyba żartujesz. Naszą Jules? Naszego Aniołka?
- Właśnie Olivio, Aniołka. Aniołka, który aby mnie nie zranić nie powiedziałby mi w SS, że nie odwzajemnia moich uczuć.
- I przez tydzień udawał Twoją dziewczynę? To podchodzi pod kłamstwo i jeszcze bardziej do Jules nie pasuje. – powiedziała Meredith.
- Może masz racje, ale... Ona dziwnie się zachowywała w tym tygodniu. Jakoś inaczej niż zawsze.
- Bo do tej pory znałeś ją tylko w roli przyjaciółki, gdyby jako Twoja dziewczyna zachowywała się identycznie to byłoby martwiące.
- Okej pani Adwokat, przyjmuję ten argument. – Darius uśmiechnął się do Meredith. Zawsze lubił jej, wydawać by się mogło złudnie, wyprane z emocji, ale pełne logicznego myślenia zachowanie.
- A może nie w tym problem, co? – Olivia zmrużyła oczy.
- A w czym Twoim zdaniem?
- Wiesz, trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona. – odrzekła panna Seabird.
- Co takiego? – Darius niemal parsknął śmiechem. Olivia starająca się wyglądać surowo – było to samo w sobie przekomiczne zjawisko już bez tego typu powiedzonek.
- Chodzi mi o to, że ciągnęło Cię do niej kiedy była niedostępna, a teraz kiedy już dopiąłeś swego, może chcesz się wykpić. – Olivia mówiła, ale z każdym słowem traciła werwę, widząc minę Meredith i Dariusa. Przyjaciółka zdawała się zastanawiać, czy Olivii nie uderzyło coś w głowę, a chłopak był wyraźnie dotknięty.
- Absolutnie nie masz racji. Jestem zakochany w Jules od zawsze i zdobycie jej byłoby dla mniej spełnieniem marzeń... Ale żeby w pełni się tym cieszyć, chcę być pewny, że ona też coś do mnie czuje. Nie chcę jej do niczego zmuszać. – zakończył z mocą, a w jego oczach było widać, że naprawdę cała sprawa nie daje mu spokoju.
- Darius, gdyby coś było nie tak, to Jules by Ci powiedziała. Jedną z cech naszego Aniołka jest przecież stuprocentowa szczerość.
- Właśnie. Dlatego się nie przejmuj i planuj już co będziecie robić jako zakochana para, jak tylko wróci. A to z pewnością nastąpi lada moment. – Olivia była mistrzynią przechodzenia od podejrzliwości do ponownego bezwzględnego uwielbienia i kibicowania nowej parze.
            Darius uśmiechnął się z wdzięcznością i udał się do wyjścia z Pokoju Wspólnego. Powiedział dziewczynom o swoich wątpliwościach, bo były też jego przyjaciółkami i jak na przyjaciółki przystało, stanęły na wysokości zadania. Była jednak jeszcze jedna niepokojąca go myśl, której im nie zdradził, a która sprawiła, że zamiast czekać w PW, wolał spacerowym krokiem przemierzyć kilka korytarzy Hogwartu w poszukiwaniu Jules. Wiedział, że dziewczyna nigdy przenigdy nie dopuściłaby się zdrady. Wiedział również, że nie uznałaby za nią spotkania z Syriuszem Blackiem, na którym obawiał się ją przyłapać.


            Dziesiątki szeroko otwartych oczu patrzyło ciekawie na postać gramolącą się na jedną z najwyżej umiejscowionych i najbardziej schowanych przed przybyszami półek, położonej blisko okna tak, że można było siedząc na niej obserwować błonie Hogwartu. Przesuwając się na niej tak, aby stabilnie usiąść, dziewczyna musiała przeprosić jedno ze zdziwionych stworzeń.
- Tak wiem, nie jestem sową. – powiedziała Jules, gdy płomykówka, którą przegoniła w kąt swoim pojawieniem, popatrzyła na nią jakby z wyrzutem. – Ale potrzebuję chwili, żeby spokojnie pomyśleć i ludzkie towarzystwo jest mi do tego zbędne. Wręcz niepożądane. A Wy w końcu jesteście zwierzętami, które symbolizują mądrość... Tak Jules, gadaj dalej z sowami, a wszystkie twoje problemy staną się niczym w porównaniu z kaftanem bezpieczeństwa, w który cię zapną... – wyrzuciła te słowa z siebie w tempie karabinu maszynowego i wypuściwszy głośno powietrze oparła się o ścianę. Wyjrzała za okno i poczuła, jak obręcz która od Wielkiego Wybuchu otacza jej mózg puszcza i pozwala setkom myśli zalać jej głowę.
            Miała kilka spraw do przemyślenia i wiedziała, że jeśli dziś nie stworzy sobie do tych rozważań okazji to zwariuje. Jules nie potrafiła funkcjonować w sytuacji, co do której nie miała pewnego i zdeklarowanego podejścia, a w takiej się znajdywała przez ostatni tydzień. Wywołało to jej nienaturalne zachowanie, które słusznie wyczuł Darius. Była milcząca, przygasona, bardzo zamyślona, choć nie myślała prawie o niczym innym, jak o tym, że musi sobie zorganizować czas na myślenie w samotności. Wiedziała, że dalej trwając w tym stanie zajedzie się kompletnie. Wiedziała też, że nie porządkując swojej głowy zachowuje się nie fair wobec Dariusa. Ale zaczynając od początku.
            Huncwoci zorganizowali zemstę na Ślizgonach, a Darius pomógł im z własnej, nieprzymuszonej woli. Zemsta sama w sobie nie była lubianym przez Jules sposobem ,,rozwiązywania” konfliktów, ale poniekąd cieszyła się, że Śmierciożercy Juniorzy dostali nauczkę i liczyła ( zdawała sobie sprawę, że naiwnie ), że czegoś to ich nauczy. Po zemści i rozmowie z Syriuszem była zła, ale już wiedziała, że niesłusznie. Ale nie powiedziała tego paniczowi Blackowi. Nie dlatego, że była zbyt dumna, by się przyznać do błędu. Dumy jej nie brakowało, ale potrafiła okazać pokorę kiedy trzeba. Przeszkodą w jej okazaniu w tym przypadku był fakt, że nie miała potem ani razu okazji rozmawiać z Syriuszem lub którymś innym z Huncwotów. Po części była to wina jej kochanych przyjaciółek, które tak ,,romantycznie” organizowały jej czas.
            Ah.. Właśnie, zachowanie Olivii i Meredith. Tak się wkręciły w fakt, że Jules i Darius są parą, że swoim entuzjazmem praktycznie ją ogłuszyły. Nie dały tym samym szansy na samodzielną reakcję na chociażby jedno typowe randkowe zachowanie Dariusa.
Pocałował ją w policzek na powitanie – ,,Uuuuu, jak słodko!”
Przyniósł jej kawałek ulubionego ciasta podczas śniadania – ,,Taki chłopak to skarb!”
Zaproponował wyjście na błonia, WSPÓLNE. - ,, Nie, nie. Idźcie sami, Jules na bank tak woli.”
            Tak. Oczywiście. Jules tak woli. Jules, mimo iż ze wszystkich sił starała się zrozumieć dobre intencje dziewczyn, była na nie ostro wkurzona. Widziała, że Dariusowi ich komentarze też nie zawsze są na rękę, ale dzięki nim przynajmniej dostawał pozytywną reakcję na swoje zachowanie, którego panna Justice nie była w stanie w całej tej sytuacji z siebie wykrzesać.
            Pojawiała się na tym morzu rozmyślań jeszcze jedna duża wyspa o nazwie Syriusz i Elinor. Można by sądzić, że nie była ona w żaden sposób związana z nią i Dariusem, ale to nieprawda. Między ich wyspami znajdował się most o nazwie ,,Pierwszy pocałunek”. Wejście Jamesa i Syriusza z Elinor na rękach przerwało pierwszy pocałunek Dariusa i Jules. I kompletnie zamieszało reakcje i zachowania panny Justice.
            W Puchonce było w tamtej chwili tyle sprzecznych uczuć. Zdziwienie, oczywiście. Ponadto trochę strachu i zmartwienia. I w dodatku złość. Złość, że dalej jest pionkiem w grze Syriusza Blacka, bo tak się właśnie poczuła widząc go z Elinor, której przecież nie chciał widzieć na oczy i od której to wszystko w pewnym sensie się zaczęło. Nie chciała żeby ją to obeszło, bo zajechałoby to zazdrością, ale jednak tak właśnie było. Przejęła się tym i... Trzeba to w końcu powiedzieć:
            Wiedząc, że Syriusz i Darius drą koty, wzięła Patterna za rękę, by Black się tym przejął.
            Nareszcie. Wypuściła tą myśl i poczuła do siebie straszny niesmak. To właśnie ten podświadomy niesmak towarzyszył jej cały tydzień, za każdym razem, gdy dziewczyny nazywały ją ,,dziewczyną Dariusa”, zawsze wtedy, gdy on sam ją całował – w policzek, czoło, w usta. Czuła niesmak do siebie, że z wściekłości, że może być czyimś pionkiem, potraktowała jak pionka swojego najlepszego przyjaciela.
            Poczuła przez moment wtedy satysfakcję, widząc zmieszanie Huncwotów. I za to uczucie satysfakcji też się nie cierpiała. Zasadniczo po tym, jak ta pierwsza fala minęła, było tylko gorzej. Zagrzebała się w związek z Dariusem, dowiedziała się prawdy o siostrach Durete – o ich rodzicach i próbie samobójczej Elinor. Tą drugą informację posiadało tylko nieliczne grono, a ona znajdowała się w nim, bo była we właściwym momencie w SS, w centrum wydarzeń. Współczuła Corinne i Elinor z całych sił, nie mogąc sobie wyobrazić, jak muszą się czuć. Jeśli chodzi o akcję ratowniczą Rogacza i Łapy, była z nich dumna. Tylko, że mając cały obraz sytuacji wiedziała już, że nie miała za co się ,,odgrywać” na Syriuszu, że wcale jej nie okłamał i nie manipulował.
            Cholera jasna! – Jules przeklęła w myślach i walnęła pięścią w ścianę, czym przestraszyła kilka sów. Nie będzie raczej lubiana przez mieszkańców sowiarni,
Pierwszy raz w życiu wyciągnęła pochopne wnioski i oczywiście nie skończyło się to dobrze. Same to rozmyślania były bolesne, a nie przeszła jeszcze to kulminacyjnego i najtrudniejszego punktu.
            Darius. Jego uczucia do niej i – co bardziej naglące – jej uczucia do niego.
            Panicz Pattern był jej przyjacielem, fantastycznym przyjacielem. Czy wiedziała, że się w niej podkochuje? Raczej nie. Trudno jej było przyjąć do wiadomości, że może być obiektem czyiś westchnień. Co poczuła kiedy jej to powiedział? Stres. Zdecydowanie stres, że zrobi coś czym skrzywdzi tak sobie bliskiego człowieka. On to wziął za szok, a szok za dobrą kartę i ją pocałował. Czy pocałunek był przyjemny? Hmm, tak, zdecydowanie był. Co by zrobiła po pocałunku, gdyby nie wtargnięcie Huncwotów? Nie miała pojęcia.
            Czy czuła coś do Dariusa? Oczywiście, ale to pytanie należało doprecyzować. Czy była zakochana w Dariusie? Nie wiedziała i wiedziała, że się tego nie dowie, dopóki nie wyzna win i szczerze z chłopakiem nie porozmawia. Dopiero wtedy odzyska klarowność uczuć i myśli. A całą rozmowę musi przeprowadzić jak najszybciej. Już i tak tydzień pozwoliła trwać sobie i Dariusowi w tej zagmatwanej sytuacji. W pierwszej kolejności musi go za to przeprosić.
            Tylko, że ona doskonale wie, o co on ją zapyta, kiedy tylko dziewczyna skończy wyrzucać z siebie wszystko, co leży jej na sumieniu. Czy chce z nim być. Musi sobie odpowiedzieć na to pytanie zanim się z nim spotka. Spojrzała w niebo i zaczęła przypominać sobie wszystkie miłe chwile z Dariusem i towarzyszące im uczucia.
Wspólne zakupy świąteczne i jedzenie pierników podczas wydeptywania w śniegu na błoniach gigantycznej choinki.
Atlas nieba, który od niego dostała i który, choć nieprzeczytany, towarzyszył jej zawsze w torbie podróżnej.
Tuzin listów Dariusa, gdy w rodzinie Jules działo się źle, a potem jego przyjazd ze wsparciem osobistym, gdy nie doczekał się odpowiedzi na to listowne.
Wspólna nauka w PW do momentu zaśnięcia, po którym Darius odtransportowywał ją do jej dormitorium.
Zachęty Dariusa, by Jules spełniła swoje marzenie i poszła na eliminację do drużyny quidditcha.
To jak ją uratował, gdy dostała tłuczkiem.
            Miłych chwil była cała masa i mogła by je wymieniać jeszcze długo. Wszystkie sprawiały, że się uśmiechała i robiło jej się cieplej na sercu, wszystkie sprawiały, że miała ochotę przytulić Dariusa i mu podziękować, że jest i że jest jaki jest. Oczywiście miał też swoje wady, ale skoro on akceptował jej górę wad, to ona mogła się odwdzięczyć tym samym. Nie chodziło w tym wszystkim o to, że robi listę zysków i strat albo przekonuje się, żeby się w nim zakochać. Ona po prostu rozeznawała swoje uczucia, które wyraźnie ją informowały, że Darius jest jej bliski i że chce go uszczęśliwić, bo ona wtedy też będzie szczęśliwa. I to jest szczera prawda, którą odpowie na pytanie Dariusa, czy coś do niego czuje.
            Westchnęła po raz kolejny, ale tym razem na zakończenie tych rozważań, które zajęły jej całkiem sporo czasu i postanowiła wrócić z ptasiego świata do świata ludzi. Jednak wyjrzała przed tym po raz ostatni przez okno i tylko dzięki temu zdążyła w ostatniej chwili cofnąć się przed wlatującą do środka dużą, czarną, czubiastą sową. Owa sowa wpadła do sowiarni z dużą prędkością, robiąc przy tym spore zamieszanie. Jules znała tę osobniczkę doskonale, bo kiedyś dawno temu, ta oto sowa pokazując, że utożsamia się z sympatiami i antypatiami swoich właścicielek, narobiła jej na ramię.
            W momencie, gdy sowa sióstr Durete znalazła sobie wygodne miejsce, aby usiąść, Jules usłyszała głosy dwóch zbliżających się osób.
- ... mi zależy na Corinne. Pisanie z nią, rozmawianie z nią, spędzanie czasu, sprawia mi przyjemność. Zwłaszcza, że ona naprawdę trzyma się tego, co powiedziała na samym początku, czyli nie oczekuje ode mnie żadnych deklaracji. Wiem, że to dziwne...
- ... ale chociaż uporządkowane. Rozumiem. – dokończył za Remusa Syriusz i obaj weszli do sowiarni. Jules widziała ich kiedy się pochyliła i wiedziała, że dopóki któryś z nich nie zadrze głowy do góry, ona sama pozostanie niezauważona.
- Już jest. – powiedział Lunatyk wskazując na czarną sowę i wyjmując z kieszeni ciasteczko. Dał je sowie, a w zamian ona pozwoliła mu odwiązać sobie od nóżki, dwa dyndające tam listy. – Jak zwykle na czas. Ten jest do Ciebie.
            Syriusz wziął kopertę z dziwną miną. Trzymał ją przez chwilę, intensywnie się w nią wpatrując, jakby chciał zmusić ją do wyparowania samym spojrzeniem. Natomiast Remus już rozerwał kopertę i czytał długi, umieszczony w niej list. Był przy tym bardzo skupiony, ale po ustach od czasu do czasu błądził mu delikatny uśmiech. Jules na ten widok sama się uśmiechnęła. Lubiła Lunatyka i uważała, że zasłużył na to, by mieć kogoś do lubienia, poza Huncwotami. Kogoś mniej destrukcyjnego i przy kim będzie czuł się dobrze. Co do pierwszego punktu nie była pewna, ale skoro drugi był w pełni spełniony, pozostawało jej się tylko cieszyć.
            Wróciła wzrokiem do Syriusza, który już otworzył list i zdawał się czytać po jednym zdaniu i przy każdym z nich miotać się od ściany do ściany. Remus zerkał na to, od czasu do czasu znad listu, ale dopóki nie skończył czytać, nic nie powiedział. Dopiero, gdy jego list od Corinne wylądował złożony w wewnętrznej kieszeni szaty, odezwał się do Łapy.
- Co się dzieje?
- Nie nadaję się do tego. Ruszając ten jeden kamyk, spowodowałem całą lawinę. Ona cały czas pisze do mnie tak samo długie listy, z przemyśleniami i uczuciami, o których pokazanie nigdy bym jej nie posądził.
- To znaczy, że Ci ufa.
- Ale ja się na to nie pisałem, Remusie. Nie żałuję i byłbym skończonym dupkiem, gdybym żałował, że jej pomogłem, ale nie sądziłem, że będzie to miało takie konsekwencje. – powiedział Syriusz, podnosząc rękę z listem do góry, gdyby Lupin nie zrozumiał o czym on mówi.
- Jakie? Łapo, nie bądź śmieszny. Całym Twoim brzemieniem w tej sytuacji jest wspieranie dziewczyny, która straciła rodziców, która się o to obwinia i która nawet z własną siostrą nie chce o tym rozmawiać. Skoro rozmawia z Tobą, to masz stanąć na głowie, żeby być dla niej wsparciem i jej pomóc. Nie możesz myśleć tylko o sobie. – powiedział Lunatyk, a Jules próbowała sobie zszokowana przypomnieć czy słyszała kiedyś, aby Remus na poważnie ochrzaniał Jamesa lub Syriusza. Pamięć ją zawiodła w tej kwestii.
- Wbrew temu, co myślisz, to jest dokładnie odwrotnie. Myślisz, że Elinor wyjdzie na dobre, jeśli swój powrót do normalności zbuduje na relacji ze mną, którą z mojej strony będzie tylko prowadzeniem terapii?
- A faktycznie jest tylko tym? Przecież ją pocałowałeś.
- Uduszę Rogacza za to, że Wam powiedział. – rzucił Syriusz pod nosem, a Jules tak szeroko wytrzeszczyła oczy, że spokojnie można ją było wziąć za jedną z jej pierzastych towarzyszek. – To była dywersja, żeby odwrócić jej uwagę. Następnym razem walnę ją w głowę, jeśli to Wam bardziej pasuje.
- Po czymś takim raczej rzeczywiście nie chciałaby z Tobą pisać i Ci się zwierzać. Skoro przeczytanie i napisanie tych paru listów to taki straszny wysiłek, to jeszcze nic straconego. Zawsze możesz wysłać jej jakąś bombę, która przyprawi ją o wstrząśnienie mózgu. – odrzekł Remus.
- Ale Ci się żart Luniaczku wyostrzył. – odparł Łapa, a następnie skrzętnie schował list do kieszeni. – No co? Przeczytam go po meczu. Teraz powinienem już iść do szatni i zastąpić w ogarnianiu drużyny Rogacza. Szkoda, że mnie wtedy z nim nie było, kiedy spotkał te łajzy...
- Gdybyś był to teraz Gryffindor nie miałby dwóch zawodników, a nie jednego. – zauważył słusznie Remus i obaj Huncwoci opuścili sowiarnię.
            Jules siedziała jeszcze w bezruchu przez około dwie minuty i zaczęła się ewakuować ze swojej półeczki. Co prawda miałaby teraz nowe tematy do rozważań w tym bardzo sprzyjającym do tego miejscu, ale nie było to nic nieklarownego. Wręcz przeciwnie, sprawa wyglądała bardzo jasno – Remus pisał z Corinne i ją wspierał, a Syriusz starał się robić to samo z Elinor, z którą połączyła go nić, która może połączyć tylko Wybawcę i Wybawioną, zwłaszcza jeśli ten pierwszy ,,dywersyjnie” pocałuje tą drugą. Przecież to taka oczywista sytuacja.
            Jules uśmiechnęła się sama do siebie, a wręcz prawie się zaśmiała. Denerwowała się tyle razy, kiedy jakieś zachowanie Syriusza wydawało jej się zbyt dziwne, by nie być z wyrachowaniem zaplanowane, ale wyglądało na to, że on był magnesem nie tylko na kłopoty. Z tą myślą udała się w kierunku zamku. Widziała z oddali, że strumień uczniów płynnie w zupełnie innym kierunku, zmierzając w stronę boiska. Faktycznie mecz miał się zacząć już bardzo niedługo, a ona jako zawodniczka innej drużyny powinna siedzieć na widowni i analizować taktykę i technikę przeciwników. Poza tym, właśnie na oglądanie dziś meczu umówiła się z Dariusem, a po jego zakończeniu mieli iść na spacer. Wtedy odbędzie z nią całą tą trudną rozmowę. Miała nadzieję, że mecz zrobi im pod to dobry podkład. Ale aby faktycznie tak było, żeby mecz wprawił Dariusa w wyśmienity nastrój, to chyba Syriusz musiałby oberwać w twarz tłuczkiem, a na to były marne szansę.
            Z takimi myślami weszła do Sali Wejściowej, z zamiarem udania się do swojego Pokoju Wspólnego i sprawdzenia, gdzie są jej przyjaciele, gdy właśnie tam spotkała osobę, której spotkać zdecydowanie nie chciała.
            Regulus Black wydawał się przed chwilą wyjść z lochów i zmierzał właśnie na wycieczkę po szkole, ale gdy zobaczył Jules zamarł w pół kroku. Szybko jednak się opanował, bo typowa dla rodziny Blacków duma nie pozwalała mu na okazywanie, że czuje się niekomfortowo z powodu tego spotkania. Stanął wyprostowany i zadarł głowę. Już bez tego był wyższy od Jules, ale dystansu przecież nigdy nie za wiele. Dziewczyna podeszła do niego tak blisko, że dzieliło ich około metra długości, po czym przechyliła do niego głowę, pokazując że nadstawia ucha.
- Możesz jeszcze raz? Bo nie usłyszałam. – powiedziała zadziornie.
- Niby czego? – zapytał trochę zbity z tropu Regulus.
- Twoich przeprosin. – odrzekła i spojrzała mu prosto w oczy.
- Chyba sobie kpisz.?
- Nie zwykłam tego robić. I tak w razie czego – dalej czekam, a trochę mi się śpieszy.
- Ty bezczelna...
- Szlamo? Nie trafiłeś, musisz wymyślić inną ciętą ripostę. – powiedziała Jules, w której niespodziewanie zaczęła wzbierać złość. W końcu stała pierwszy raz twarzą w twarz z chłopakiem, który ją otruł.
- Nie mam zamiaru z Tobą rozmawiać. Wystarczy, że wyprowadziłaś z równowagi moją matkę.
- Nie pozostała mi dłużna, uwierz. Ale widzę, że ma gadane skoro wyszliście po tym wszystkim bez szwanku.
- Bez szwanku? Wiesz ilu Ślizgonów mój brat-zdrajca i jego banda posłali do Skrzydła Szpitalnego?
- A wiesz, że trucizna, którą mi podałeś była śmiertelna i gdyby Syriusz w porę nie znalazł antidotum...
- To państwo Durete, by żyli. – dokończył Regulus.
- Słucham? – Jules myślała, że się przesłyszała.
- No tak. Przykleiłaś się do mojego brata, jak jakiś trujący bluszcz i tym swoim słodkim głosikiem wyszeptałaś mu pomysł na zemstę. Chciałaś nam dopiec, ale nie sądziłaś, że ktoś poza murami szkoły oberwie i to ze skutkiem śmiertelnym. A może wręcz przeciwnie – chciałaś śmierci rodziców Elinor, żeby mieć ją na jakiś czas z głowy i mieć Syriusza tylko dla siebie! – to były ostatnie słowa, które Regulus Black wypowiedział z niezłamanym nosem. Gdy tylko skończył, Jules nie wytrzymała i słysząc te podłe słowa, uderzyła młodszego panicza Blacka pięścią w twarz. Zamachnęła się dobrze, bo Regulus aż upadł na podłogę.
- Jeśli ktoś oprócz Śmierciożerców jest winny tej tragedii, to najwyżej Ty, bo zacząłeś to całe szaleństwo. A Twojego brata to takich wybryków, jak ten wybuch wcale namawiać nie trzeba, jakbyś nie wiedział. I tak na koniec do Twojej wiadomości – nic mnie z Syriuszem nie łączy i mam chłopaka! – karabin maszynowy numer dwa, dnia dzisiejszego. Gdy tylko Jules wyrzuciła to wszystko z siebie na jednym wydechu usłyszała za sobą głośne.
- Panno Justice! Co to ma znaczyć? – profesor Slughorn wparował do SW w towarzystwie pielęgniarki i pierwszego już kontuzjowanego zawodnika. – Regulusie, wszystko w porządku? – profesor podszedł do chłopaka, który właśnie gramolił się na nogi. – Poppy, zabierz go również do szpitala, bardzo proszę. A Ty młoda damo, powinnaś się wstydzić. Takie zachowanie nie przystoi dziewczynie. I nawet nie chce wiedzieć o co chodziło. Marsz do mojego gabinetu. Lily Evans pilnuje tam odbywającego karę Jamesa Pottera, więc przypilnuje też Ciebie. Bo właśnie dostajesz szlaban, moja droga i bez dyskusji. I tak sporo meczu straciłem. Do lochów.- zakomenderował profesor Slughorn, a Jules bez słowa sprzeciwu właśnie tam się udała. Gdy zniknęła na schodach, profesor Ślimak szybkim krokiem skierował się do wyjścia, a stojący do tej pory w cieniu Darius, wyszedł z ukrycia.
            Uśmiech rozpromieniał mu twarz i choć był wściekły na Regulusa Blacka za jego słowa – wiedział, że Jules będzie je analizować i jeszcze w najgorszym wypadku weźmie je sobie do serca – to i tak jedynym zdaniem, które dźwięczało mu w uszach było:
   ,, I tak na koniec do Twojej wiadomości – nic mnie z Syriuszem nie łączy i mam chłopaka!”.