niedziela, 25 marca 2018

30. Rysy

Od wydarzeń z Wielkim Wybuchem minął prawie tydzień. W szkole wykrystalizowały pewne kwestie, a inne mimo upływu czasu nie chciały okrzepnąć. Jedne były jak jątrzące się rany, a inne pozwalały trochę ogrzać się w swoim świetle.
Zaczynając od spraw najpoważniejszych należało wspomnieć, że pogrzeb państwa Durete odbył się bardzo po cichu i skromnie. Zorganizowany został w rodzinnym miasteczku rodziny Durete, miasteczku w większości magicznym, w pierwszy od dawna dzień z gęstym opadem śniegu. Grube płatki spadające z nieba oblepiające ubrania i włosy, spadając na twarz rozpuszczały się na niej zostawiając mokre, okrągłe ślady. Pozwalało to na ukrycie innych śladów, nie tylko mokrych, ale również słonych. Żałobnikom było to na rękę, bo ułatwiało maskowanie emocji, ale zainteresowanym utrudniało ocenę, kto faktycznie przejął się tragedią, a kto tylko spełnia obowiązek i powinność. Choć przecież tak naprawdę płacz też można udawać…
Na uroczystości zjawiło się zaledwie kilka osób, wszyscy z rodziny, która wyraźnie zaznaczyła, że nie życzy sobie obecności ,,osób trzecich”. Wynikało to z pewnością z wyjątkowego hermetycznego zamknięcia tej rodziny, tak skutecznego, że nie wszyscy byli w pełni świadomi jego stopnia. Jednak mimo to, Elinor i Corinne wyczuwały coś jeszcze. Ich rodzina była zbyt dumna by przyznać się do jakiegokolwiek pomyłki, ale… Siostry Durete miały niezwykle przytłaczające i załamujące wrażenie, że poniekąd wśród ich bliskich wyczuwalny jest wstyd i wyrzut. Nie wszyscy tylko jednostki, ale jednak obwiniały za śmierć Magnolii i Spencera ich córki. Nikt nie wiedział, bo wiedzieć nie mógł, że choć faktycznie był to wyrok to za zupełnie inną zbrodnię – za zmianę poglądów.
Zmianę poglądów, którą państwo Durete nie zdążyli się podzielić z dziećmi. Z jednej strony można to było przypisać na korzyść. Dziewczęta były bezpieczniejsze w obecnych czasach podążając uprzednio wytyczoną drogą. Z drugiej, w sytuacji, gdy prawdziwy powód śmierci państwa Durete miał pozostać tajemnicą… Elinor choć silna, mądra i wspierana przez siostrę czuła wyrzuty sumienia. Miały jej one już zapewne towarzyszyć przez resztę życia, drzemiąc gdzieś na tyłach podświadomości.
Po pogrzebie, Corinne i Elinor zostały jeszcze jakiś czas w domu, który stopniowo opustoszał z żałobników. Czas ich nieobecności w szkole wynosił już prawie tydzień, ale kwestia opuszczenia paru lekcji była w tym wszystkim śmiesznie błaha.
Podobnie z resztą jak będąca w stanie wyjątkowego zaognienia wojna na linii Huncowci –Śmierciożercy Juniorzy. Żaden z Gryfonów nie zajmował za bardzo myśli finałem tej historii, wierząc, że profesor Dumbledore doprowadzi do jej szczęśliwego zakończenia. Oczywiście przez szczęście było tu rozumiane wydalenie ze szkoły wszystkich ,,wstępnie oznakowanych” Ślizgonów. W końcu finał nie mógł być inny, prawda? Otóż okazało się, że wręcz przeciwnie.
Rodzice Ślizgonów w długiej, całonocnej debacie z dyrektorem wywalczyli coś, co szumnie nazwali kompromisem. W ich mniemaniu rzeczywiście zgodzili się na wielkie ustępstwa, zwłaszcza wobec Huncowtów, którzy przecież ich ,,biedne, bezbronne i niewinne dzieci” w taki potworny sposób zaatakowali, a w odwecie spotkali się po prostu z uzasadnioną obroną. Ciekawe pojęcie bronienia miało całe to towarzystwo – grupa początkujących czarnoksiężników atakująca jedną dziewczynę. Logika wręcz nie do zdarcia.
Niestety wystarczyła, bo w połączeniu z ich wpływami stanowiła mieszkankę wybuchową. Stanęło ostatecznie na tym, że wszyscy uczestniczący w aferze Ślizgoni mieli zostać zawieszeni w prawach ucznia do odwołania. Ale Hogwartu mieli nie opuszczać.
Gdy w końcu Huncowci zainteresowali się wymierzonym przez profesora Dumbledore’a, a trzeba przyznać, że mieli masę innych spraw o wyższym priorytecie, stało się to w warunkach średnio sprzyjających. Innymi słowy – James i Peter wpadli na dwóch ze ślizgońskiej szajki, którzy wyjątkowo wyszli z dormitorium na spacer po korytarzach. Cóż, powiedzieć, że Rogacz się wściekł, to nic nie powiedzieć. Sam, w pojedynkę, bez użycia czarów, uszkodził ( oczywiście wcześniej jeszcze dodatkowo sprowokowany ) obu Ślizgonów. A po fakcie niestety na horyzoncie pojawił się profesor Slughorn i wlepił Potterowi szlaban, chwytając się przy tym za głowę z zawodzeniem o ,,przemocy, której absolutnie by się nie spodziewał”. Rogaczowi na tamta chwilę nie robiło to żadnej różnicy, dopóki nie przeliczył sobie dat i dni.
I w taki oto sposób, gdy większość uczniów zmierzała na trybuny, by oglądać mecz Gryffindor kontra Ravenclaw, nie wiedząc jeszcze, że w drużynie tego pierwszego zagra rezerwowy szukający ( którego trzeba było zorganizować prawie z marszu, bo James Potter nigdy by nie zakładał, że opuści jakąkolwiek rozgrywkę ), panicz Potter zmierzał do – o ironio – lochów, do gabinetu profesora Slughorna. W trakcie drogi myślał o swojej drużynie, o tym, że przecież dobrze ich zgrał i przygotował, o tym, że nastroje mieli dobre… No może z jednym wyjątkiem. Syriusz, po zredagowaniu wydarzeń przez Jamesa i Petera prawie wyszedł z siebie i do tej pory chyba nie do końca wrócił. Cóż, musiał to przełknąć, tak jak James, który prawie się zakrztusił zaistniała sytuacją, ale ostatecznie właśnie skręcił w korytarz prowadzący do gabinetu opiekuna Domu Węża. Był mocno zaaferowany i niemal wpadł na idącego mu naprzeciw profesora Slughorna. Był ubrany w płaszcz, na szyi miał szalik… Wybierał się na mecz, więc może…
- Dzień dobry James. Cieszę się, że już jesteś i że zdążę osobiście Ci przekazać zalecenia na dzisiejszy szlaban. – na dźwięk ostatniego słowa iskierka nadziei wyzierająca z oczu James momentalnie zgasła. – Mam tam spory bałagan w szafkach, hodowany przyznam się niechlubnie, od wielu już lat. Myślę, że zajmie Ci to z powodzeniem wszystkie popołudnia, na które wlepiłem Ci szlaban. A może nawet zostanie… W każdym razie, ma to być zrobione porządnie i z głową, ale tego już ma kto dopilnować. Powodzenia. – powiedział i minął Rogacza, nie dając mu nawet szansy na zadanie ewentualnych pytań. Odwrócił się tylko po kilku krokach i dodał. – A, i oczywiście proszę słuchać wszystkiego, co Lily Ci powie. Jesteś chłopcze w jej rękach.
            Jamesa zamurowało. Patrzył jak profesor znika za rogiem, a sens jego słów powoli do niego dochodził. Czyżby Lily, to była TA Lily? Ale czemu miałaby cierpieć razem z nim… Choć w sumie wielokrotnie słyszał, że nie jest wielką fanką sportu, opuszczenie meczu to pewnie dla niej nic takiego, a już na bank nie cierpienie. Spojrzał w kierunku drzwi. Czas się przekonać, czy będzie miał dziś wyśnionego strażnika swojej kary. Wszedł do gabinetu i wszystko stało się jasne.
- Cześć Evans. – powiedział, a twarz rozpromieniła mu się uśmiechem o mocy wybuchu fajerwerkowego.
- Cześć. Słyszałam, że profesor Slughorn zrobił Ci już małe wprowadzenie. – Lily stała sztywno przy jego biurku i nie patrzyła na Jamesa. – Przygotowałam Ci karteczki i pióro do oznaczania butelek, więc możesz już zaczynać. Najlepiej od tej szafki w rogu. – wskazała oczywiście miejsce, najbardziej oddalone od biurka. Rogacz podszedł z niezmienioną miną i wziął do ręki przygotowane przez Lily przybory. Powycinanie tych karteczek musiało zając trochę czasu, co nasunęło Jamesowi oczywiste pytanie.
- Dlaczego ułatwiasz mi pracę?
- Chcę po prostu, żeby przebiegła sprawnie i żeby oznakowania były jednolite. – odpowiedziała patrząc mu w końcu w oczy.
- I żebym skończył błyskawicznie i sobie stąd poszedł. – dodał Potter. Nie potrzebował potwierdzenia, wiedział, że tak właśnie jest.
- Zaczniesz? Czy chcesz zmarnować zyskany przeze mnie czas? – Lily zrobiła wyzywającą minę i założyła ręce na piersi.
- W żadnym wypadku nie okazałbym Ci takiego braku szacunku, ale chciałbym żebyśmy mieli jasność w jednej kwestii. – powiedział i obszedł w dwóch krokach biurko, by stanąć zaledwie kilka centymetrów od panny Evans. – Profesor Slughorn zamiast mnie ukarać, zrobił mi niezły prezent i w żadnym razie nie mam zamiaru robić nic, by czas jego trwania był krótszy. Wręcz przeciwnie. – uśmiechnął się do niej zaczepnie.
- Możesz zaprzestać naruszania mojej przestrzeni osobistej i wziąć się do pracy. – wytrzymała jego spojrzenie. Eh, ten płomienny ogień.
- Wedle rozkazu. – ukłonił się fikuśnie i udał do wskazanej uprzednio szafki. Lily natomiast usiadła na dostawionym sobie do biurka krześle i ostentacyjnie wyjęła książkę. James się uśmiechnął i otworzył drzwiczki zakurzonego mebelka… I mina mu troszeczkę zrzedła. Cóż, tu raczej nie było sprzątane kilka stuleci, a nie kilka lat. Z jednej strony – lepiej dla niego, dłużej tu posiedzi w miłym towarzystwie. Tylko co jeśli Lily jest tu tylko przejściowo i wyjątkowo. Wolał wiedzieć jakie ma perspektywy na dzisiejszy szlaban i wszystkie pozostałe.
- Jak nasz Ślimak to rozegrał? Lily? Hej, Ziemia do Evans! Wiesz, że nie dam się zbyć milczeniem i nie zrażę. Ignorowanie mnie nic nie da, oprócz tego, że pewnie trochę Cię zmęczy…
- Zakładasz, że rozmowa z Tobą jest mniej uciążliwa niż słuchanie monologu? Rozczaruję Cię, obie czynności zajmują to samo miejsce na podium. – dziewczyna nie podniosła oczu znad książki. Uważała, że będzie to w pewien sposób dla niej uwłaczające, jeśli okaże Jamesowi więcej niż absolutne minimum uwagi.
- No to jak? Odpowiesz mi na moje pytanie? Albo dobra, to ja Ci powiem, jak to widzę: Ślimak Cię wezwał, jako swoją wielką ulubienicę, a jaki jest cel wezwania dowiedziałaś się zapewne zaledwie moment przed Tobą. Mam rację? – powiedział wyjmując już kolejny rząd fiolek na podłogę.
- Masz. Zadowolony? Lubisz tego słuchać, prawda? – Lily siliła się na obojętny ton, ale była wkurzona. Tylko, że głównie na profesora Slughorna. Postawił ją niemal przed faktem dokonanym, udając jak to często miał w zwyczaju w takich momentach, że nie widzi reakcji swojego rozmówcy. Nie podobało jej się to bardzo, ale postanowiła trzymać fason.
- Lubię i to bardzo. Każdy chyba lubi prawdę. – skontrował zaczepnie.
- Prawdę? Nie kpij sobie. Jesteś notorycznym kłamcą. Jeśli Ty coś lubisz związanego z prawdą, to jej maskowanie całą stertą warstw. – powiedziała to tak wzburzonym tonem, że aż oczy na niego podniosła.
- Jesteś na mnie jeszcze bardziej cięta niż zazwyczaj. Dlaczego? Nadal masz nam za złe tamto kłamstwo, mimo iż miało ono na celu większe dobro?
- Większe dobro? – Lily zatrzasnęła książkę z hukiem. – Tak nazywacie ten napad na lochy?
- Lily, oni chcieli otruć Jules. I nawet gdybyśmy mieli jakiekolwiek obiekcje, to ich późniejsza reakcja, która wysłała Dariusa do szpitala, natychmiast by je unicestwiła.
- Czyli naprawdę nie widzisz problemu? Ty, rzekomy obrońca dobra i sprawiedliwości?
- Nie rozumiem czemu rzekomy.
- To głupi jesteś!
- Wow, Evans, wyjątkowo ambitna kontra. – uśmiechnął się zadziornie.
- Śmiej się i baw w słowne potyczki, ale prawda jest taka, że nie jesteś od tych Ślizgonów niewiele lepszy.
- Słucham? – Rogacz delikatnie się wzburzył. – Ja tylko starałem się, żeby sprawiedliwości stało się zadość.
- Odpowiadając złem na zło? – Lily aż zerwała się z krzesła.
- Złem na zło? Żart a otrucie, nie widzisz różnicy Evans. Rusz swoją śliczną główką. – Potter wstał z podłogi i wyszedł Lily naprzeciw.
- Żebym zaraz Twoją głową nie ruszyła, Ty… - odetchnęła, zastanowiła się sekundę i powiedziała już spokojnie. – Uważasz, że możemy się dogadać, więc potraktuję Cię jak rozumnego człowieka i wytłumaczę, co mi się nie podoba.
- Z przyjemnością tego posłucham. – odpowiedział zaintrygowany James.
- Powiedz mi, gdzie jest granica? Albo inaczej, powiedz mi, co nas odróżnia od Śmierciożerców?
- Mam poważnie odpowiedzieć? Lista będzie dosyć długa. – zaczął James, ale Lily przerwała mu unosząc rękę.
- Pozwól, że Ci to podsumuję. Decyzje. To jest kluczowa sprawa. Jak i dlaczego je podejmujemy i jak wygląda ich realizacja, jakie mają konsekwencję. Wszystko, co wokół nich narasta.
- Nasz decyzja miała dobre intencje.
- A jaka była w skutkach?
- Moment, w Twoim rozumowaniu jest błąd. Skutki nie zawsze możesz przewidzieć.
- Zgadzam się. Ale ten konkretny przypadek był oczywisty w skutkach. Chcieliście się zemścić.
- Demonizujesz trochę…
- Ja uważam, że nie. Jeśli będziemy postępować tak samo, jak nasi przeciwnicy, co nas od nich odróżni? Musimy umieć wybaczać. – Lily powiedziała to patrząc Jamesowi prosto w oczy i chyba tylko dlatego zdążył zobaczyć, jak do jej oczu napływają łzy.
            Rudowłosa odwróciła się, by ukryć płacz, ale to nie wystarczyło. Bo choć potrafiła płakać niemal bezgłośnie, gdy łzy ciekły jej ciurkiem po policzkach, nie umiała opanować drżenia ramion. Charakterystycznego i rozdzierającego serce.
,, Uspokój się, przestań płakać.” – powtarzała sobie w myślach, nie mogąc znieść faktu, że rozkleiła się właśnie przy Jamesie Potterze. Była bliska płaczu już od samego rana, od momentu gdy przeczytała list z domu, gdy zrozumiała wydźwięk napisanych w nim słów… Ale planowała ( choć słowo ,,planować” brzmi tu trochę nie na miejscu ) że dopiero wieczorem, kiedy dziewczyny już będą spać, zejdzie na dół i siedząc przed kominkiem, bez zahamowani się rozpłacze, raz po raz, masochistycznie czytając list.
            Jednak nie wytrzymała. Rozmowa o podziałach, wybaczaniu, decyzjach… Wszystko ożyło i zamieniło ją w histeryczkę. Nie cierpiała tej swojej odsłony i dlatego teraz na cztery łzy żalu przypadała jedna łza gniewu za to, że w ogóle pozwoliła im płynąć.
            James stał nieruchomo i bez słowa przez dobrą minutę. Lily pomyślała, że chyba pobił tym samy swój osobisty rekord. Otarła oczy na ile mogła, świadoma tego, że dalej są zaczerwienione i napuchnięte i odwróciła się do Rogacza.
- Tyle lat szukałam i nareszcie znalazłam sposób, żeby Cię uciszyć. – powiedziała, siląc się na dziarski ton. – Teraz muszę się tylko nauczyć płakać na zawołanie i oszczędzę sobie wielu bólów głowy.
            James nic jej na to nie odpowiedział. Tylko patrzył. Ale to, jak patrzył i to, jaką miał minę sprawiło, że panna Evans straciła trochę grunt pod nogami. Znała już dobrze Pottera-Pozera, Pottera-Pyskatego oraz Pottera-Palanta. Ale ta odsłona była zupełnie inna. Zarówno w oczach, jak i twarzy Jamesa widać było autentyczną troskę i ( O dziwo! ) dojrzałość. Obie te rzeczy były tak prawdziwe i żywe, że Lily przemknęła przez głowę absurdalna myśl - ,,Może to jest Potter-Prawdziwy?”.
- Zakładam, że nasza rozmowa o Wybuchu, była metaforą dla czegoś zupełnie innego? – powiedział łagodnie i bez cienia żartu.
- Nie Twoja sprawa. – odpowiedziała dziewczyna, ale zupełnie bez ognia i wyrazu. Po prostu nie potrafiła się tak szybko przestawić na nowe, dopiero co odkryte oblicze Pottera. Nie wiedziała, jak się zachować. Huncwot to widział i w głębi serca, bardzo się cieszył, bo czuł, że właśnie zrobił rysę w swoim obrazie, który wymalowała sobie w głowie Lily. Być może ta rysa miała w przyszłości posłużyć za podwaliny czegoś, na co bardzo liczył.
- Zgadzam się, że nie moja. Ale nie uważasz, że lżej Ci będzie jeśli się z kimś podzielisz tym, co Ci leży na sercu?
- I tym kimś masz być Ty?
- Skoro już i tak się przy mnie popłakałaś, z czego znając Ciebie jesteś bardzo niezadowolona. Pomyśl tylko – dalej dusząc w sobie emocje ryzykujesz, że rozkleisz się przy kimś innym, a jeśli opowiesz wszystko osobie, która już i tak Twoje łzy widziała, to nic nie stracisz. – dalej łagodnie, ale już z delikatnym uśmiechem.
,,Podstęp? A jeśli tak, to co ryzykuję?” – pomyślała Gryfonka i wypaliła:
- Jesteś jedynakiem, prawda? – Jamesa to trochę zbiło z pantałyku, ale na krótko.
- Tak.
- No właśnie, więc chyba nie bardzo możesz mnie zrozumieć.
- Nie twierdziłem, że Cię zrozumiem. Powiedziałem, że wysłucham. – powiedział i kojarząc szybko fakty, dodał. – Chodzi o Twoją siostrę?
- Tak. – powiedziała Lily. ,,Zdecydowałaś się na szczerość, to teraz bądź konsekwentna.” – rozkazała sama sobie.
- Ma na imię Petunia, tak?
- Taak. – powiedziała ostrożnie. James Potter pamięta imię jej siostry, o której przecież nie mógł dużo słyszeć. Hmm, może jednak widzi i rejestruje coś poza czubkiem własnego nosa.
- Pokłóciłyście się? – zapytał Rogacz błądząc po omacku.
- Pff, trochę nietrafiona diagnoza. – powiedziała ze smutkiem Lily.
- Przesadzona czy wręcz przeciwnie?
- Wręcz przeciwnie. – powiedziała Lily i usiadła na biurku profesora Slughorna. – Ona mnie nienawidzi.
- Trochę przesadziłaś, Ciebie się nie da nienawidzić Evans. – Rogaczowi wymsknął się zaczepno-podrywający ton, ale widząc wzrok Lily, dodał szybko, przestraszony, że straci tą nić porozumienia, którą udało mu się z Gryfonką nawiązać. – Dlaczego tak sądzisz?
- Nasze stosunki się popsuły od kiedy poszłam do Hogwartu. Uważa mnie za dziwoląga i nie chce mieć ze mną nic wspólnego. – nawet sama Lily była w szoku, że powiedziała to takim spokojnym głosem.
- A może Ci zazdrości? – dla Jamesa taki scenariusz był o wiele bardziej prawdopodobny.
- Nie. Żebyś widział, jak na mnie patrzy, jak… Po co ja Ci to mówię? – powiedziała, chowając twarz w dłoniach i kręcąc głową.
- Bo tego potrzebujesz.
- Znowu zaczynasz? Teksty sugerujące czego niby potrzebuję, pragnę i chcę? – Rudowłosa zdawała sobie sprawę, że przesadza, ale tak się dziwnie poczuła, otwierając przez Jamesem, że starała się na powrót odbudować wokół siebie ochronny mur i to w zatrważającym tempie.
            W odpowiedzi Potter tylko uniósł jedną brew i się uśmiechnął. Przejrzał ją. Westchnęła i postanowiła szybko skończyć tą dyskusję wyrzucając z siebie wszystko na jednym wydechu.
- Petunia miała niedawno urodziny. Wysłałam jej kartkę i list, a także prezent. Żadnej z tych rzeczy nawet nie otworzyła.
- Skąd wiesz?
- Bo okłamałam rodziców.
- Nie widzę na razie związku, ale muszę przyznać, że jest to szokujące wyznanie. Myślałam, że jesteś grzeczną dziewczynką.
- Jestem, ale nie miałam innego wyjścia.
- I na czym to Twoje kłamstwo polegało? – zagadnął James. W innych okolicznościach, wiedząc, że Lily również dopuściła się naginania faktów, zapamiętałby to i wykorzystał w późniejszych utarczkach z Rudowłosą. Ale w zaistniałej sytuacji już na początku postanowił, że zachowa dla siebie całą treść rozmowy i nigdy o niczym nikomu nie wspomni.
- Napisałam list także do nich. Między wierszami dałam im do zrozumienia, że kupiłam Tunii książkę. Nawet napisałam jej tytuł, autora. Innymi słowy, dostarczyłam im wszystkich potrzebnych informacji, by taką książkę kupić i umieścić gdzieś na półce w domu, żebym po powrocie nie dowiedziała się, że moja siostra wszystkie listy i paczki ode mnie od razu wyrzuca.
- A robi to? – Rogacz był delikatnie skonfundowany. On by z przyjemnością przyjął od Lily każdy prezent.
- Robi. W przeciwnym razie rodzice by wiedzieli, że wysłałam Petunii w prezencie sweterek i jej ulubionym kolorze. A oni natomiast odpisali, że książka jest świetna, Tunia ją przeczytała i teraz mama się za nią zabiera, zachęcona pochlebnymi opiniami mojej siostry. – Lily powiedziała to na jednym wydechu i całe powietrze z niej uszło.
- Czyli oni też Cię okłamali… I nie boją się, że prawda wyjdzie na jaw? Przecież to, że kupią tą książkę nie wystarczy. Jedno pytanie zadane Petunii dotyczące fabuły książki od razu ich zdemaskuje. – huncwockie zmysły Rogacza szalały z chęci wygarnięcia komuś niedolnej próby uprawiania sztuki, którą przecież w jego mniemaniu było kręcenie i bajerowanie. On sam był w tym prawdziwym wirtuozem.
- Żeby zadać Petunii pytanie, musiałybyśmy ze sobą rozmawiać. – Lily powiedziała to tak smutnym tonem, że w tych nieznających promieni słonecznych lochach, zrobiło się jeszcze chłodniej.
            James patrzył na dziewczynę, która siedziała dalej na biurku, teraz ze spuszczoną głową i machała bezwiednie nogami w powietrzu. Nigdy by się nie spodziewał, że dzisiejszy szlaban, będzie przebiegał w takich warunkach, w taki sposób, że tak go wzbogaci. Bo nawet jeśli Lily dalej ma go za pajaca, to przecież niczym nie zatrze tych kilku chwil, które miały między nimi właśnie miejsce. Chwil, w których był jej powiernikiem. A żeby wzmocnić efekt, postanowił być także pocieszycielem.
- Powiedziałaś na początku, że jestem jedynakiem i Cię nie zrozumiem. Poniekąd masz rację. Ale jeśli spojrzeć na to szerzej, to chciałbym jednak zmienić zeznania. Ja mam brata. – Lily podniosła na niego wzrok tak, szybko, że prawie spadła z biurka.
- Co? – zapytała zaszokowana.
- Oj Evans, znasz go przecież. Nasz kochany Syriusz Black. Choć nie łączą nas więzy krwi, to nie wyobrażam sobie, żeby myśleć o nim inaczej, jak o bracie. I wydaje mi się, że to też między innymi czyni nasze braterstwo jak najbardziej prawdziwym.
- James – zaczęła Lily, wyraźnie zrezygnowała. – To zupełnie co innego. Nie neguje Waszej więzi. Każdy, kto Was zna potwierdzi, że jest to już poziom wyżej nad ,,zwykłą” prawdziwą przyjaźnią. Ale właśnie dlatego nie możesz wczuć się w moją sytuację. Syriusz się na Ciebie nie wypiął i raczej wydaje mi się, że nigdy tego nie zrobi. Jeśli chciałeś mi pokazać, że wcale nie są Ci obce moje sprawy, to nie trafiłeś. Zakładając, że w ogóle masz doświadczenie w zakresie tematu rodzeństwa, to takiego zgranego i szczęśliwego.
- Czego nie można powiedzieć o moim przyszywanym bracie. – skontrował Rogacz. – Bo właśnie do tego tematu chciałem nawiązać. Że przyjaźniąc się z Syriuszem, zdążyłem nabrać pewnego obycia w problemach na tej i wielu innych liniach pokrewieństwa. Walnięta rodzina Łapy jest tych historii prawdziwą skarbnicą.
- I chcesz mnie pocieszyć mówiąc, że ktoś ma gorzej? Dogaduje się z rodzicami, a moja siostra nikogo nie próbowała otruć, więc osiągnęła prawdziwy sukces życiowy?
- Nie bądź ironiczna. Doceń, że naprawdę się staram. – powiedział James, a Lily której było trochę głupio po jego uwadze, w ramach okazania skruchy po prostu zamilkła. – Chciałem Ci powiedzieć w ten sposób, że nie jestem w stanie Cię zrozumieć i wyobrazić sobie tego, co czujesz, ale jestem w stanie zrozumieć i wyobrazić sobie, jak bardzo raniące i przykre może być niedogadywanie z najbliższymi. Wiem także, że nie zawsze można takie sprawy naprawić i połatać. Powinien może też powiedzieć, że wiem, że nie zawsze dotarcie się i zgoda są możliwe, ale akurat tego konkretnego aspektu nie mam zamiaru przenosić na wszystkie przypadki. – delikatnie zażartował i prawie pękł ze szczęścia, widząc, że Lily się uśmiecha.
- Co jeszcze wiesz? Bo słyszę, że całkiem sporo. – powiedziała Lily i zaraz żachnęła się w myślach -,,Czy ja właśnie flirtuję z Potterem?”.
- Wiem, że nie możesz się obwiniać, ani brać na siebie całej odpowiedzialności za wszystkie rysy na relacji Twojej i Petunii. Oczywiście za długo Cię znam, żeby zakładać, że w tych ewentualnych starciach z nią, Ty zawsze pokornie stoisz ze spuszczoną głową i słuchasz. Trochę Twojego ognistego języka na bank trochę tam gdzieś zawsze jest…
- Nie przeginaj, ostrzegam.
- …ALE, kłótnie w rodzeństwie to normalka. Nawet w tym moim idealnym, więc nie smuć się już i nie zaprzątaj tej swojej rudej główki zmartwieniami. Jak powiedział mi kiedyś ktoś całkiem mądry, prawie tak mądry, jak ja: To decyzje nas definiują i wszystko, co wokół nich narasta. A w tym zestawie złe decyzje podejmuje Twoja siostra. Oczywiście, z całym szacunkiem.
            James skończył wywód, a Lily patrzyła na niego, starając się nie okazać rozbawienia spowodowanego tym, że aby ją pocieszyć użyć przed chwilą jej własnych, sparafrazowanych słów. Rogacz natomiast był z siebie bardzo dumny. Ze swoich słów, dojrzałości, opanowania… Chyba zasłużył na nagrodę.
- A skoro mowa o decyzjach… To nie uważasz, że dobrą by było zgodzić się na randkę z Twoim pocieszycielem? W ramach podziękowań, że tak dzielnie służyłem ramieniem i dla poprawy nastroju. To co, umówisz się ze mną Evans?
            Czar prysł i Potter-Podrywacz wrócił na swoje włości. Lily przewróciła oczami, zeskoczyła z biurka i powiedziała stanowcze:
- Nie. – koniec spoufalania się. To, że jeden raz zachował się jak człowiek, nie znaczy, że wyczyszczono mu kartotekę przewinień w głowie Lily. – A teraz, może byś wrócił do roboty?
- No wiesz co Evans. Naprawdę jestem zawiedziony. – te słowa nie wyrażały nawet w połowie, jak bardzo. – To może chociaż mnie przytul. Tobie zrobi się jeszcze milej, a ja dostanę zapłatę za moje rady psychologiczne. – rozpostarł ramiona i zbliżył się do niej.
- Jeszcze czego! Zabieraj te łapy! Zapłaty, też mi coś. Wybacz, nie sądziłam, że jestem tak uciążliwa, że powinnam ludziom płacić, żeby ze mną rozmawiali. – odskoczyła za biurko, wyraźnie zirytowana. Straciła na chwilę czujność i teraz teksty Pottera uderzyły w nią ze zdwojoną siłą.
- Daj spokój, przecież żartowa…
            Ale James nie zdążył dokończyć do drzwi gabinetu otworzyły się i stanęła w nich najmniej spodziewana teraz osoba.
- Jules? – wyrwało się średnio inteligentnie Rogaczowi. Na swoje usprawiedliwienie mógł mieć tylko to, że plamy na koszulce Puchonki, które od razu zwróciły jego uwagę i trochę przestraszyły, przypominały…
- Czy to jest krew? – zapytała Lily.
- Tak, ale luz. Nie moja. – powiedziała Jules, dalej stojąc w progu. – Profesor Slughorn mnie tu przysłał, żebym pomogła Jamesowi w porządkach.
- Czyżby? – zapytała z niedowierzaniem Lily. – A to niby dlaczego?
- W ramach szlabanu. – odparła dziewczyna. Dalej się nie ruszała i dopiero teraz Rogacz skojarzył, że to z nerwów. Jules była tak wkurzona, że cała jej energia szła na uspokojenie się, dlatego na lokomocję już nic nie zostawało.
- Dostałaś szlaban? – Huncwot był tym wyraźnie poruszony.
- Tak.
- A za co? – Rogaczowi aż ślinka ciekła, żeby poznać te smakowite szczegóły. Zwłaszcza, że czuł, iż mogą one mieć związek ze stanem ubioru panny Justice.
- Złamałam Regulusowi Blackowi nos. – powiedział i wzięła głęboki oddech, już prawie całkowicie się wyciszając. – To od czego mam zacząć? – z tym pytaniem zwróciła się do Lily, zamykając za sobą drzwi do gabinetu i kładąc płaszcz na fotelu profesora Slughorna. Zanim któreś z Gryfonów wybiło się z szoku minęło kilka sekund.
- Cóż, nie powinno mnie to dziwić. Gdyby nie profesor Dumbledore i profesor McGonagall, jego rodziców kilka dni temu spotkałby ten sam los. – powiedziała Lily, nawiązując do ich wspólnego spotkania z delegacją ślizgońskich rodziców. – Gratuluję. – dodała i uśmiechnęła się do dziewczyny.
- Jej gratulujesz, a mnie piętnujesz za odwet? – zapytał rozbawiony wizją bijącej się Jules, James.
- Zajmij się sprzątaniem, dobrze? – odparła Lily i powiedziała Jules co i jak należy posprzątać.
Przydzieliła jej przy tym trochę mniejszą szafkę niż ta, w której sprzątał James.
            Kiedy Jules zaczęła się zabierać do roboty, Rogacz zwrócił na siebie jej uwagę i wyszeptał:
- Punkt dla Ciebie za ten cios.
            W odpowiedzi Jules tylko się uśmiechnęła. Ale co to był za uśmiech. Trochę złowieszczy, pełen zadowolenia i satysfakcji. Rogaczowi wydawało się, że za tym wszystkim kryje się coś więcej niż było widać na pierwszy rzut oka. A w ogóle, to kto by pomyślał, że tej pacyfistce zemsta sprawi taką przyjemność. To zarysowało trochę jej nieskazitelnie dobre i łagodne oblicze i nasunęło Huncwotowi myśl, że jeszcze wcale dobrze jej nie znają. Potem pomyślał o gratulacjach Lily i uśmiechnął się sam do siebie.
            Jest tajemnica, której nigdy nie uda mu się rozwiązać, a na imię jej kobieta.

czwartek, 22 lutego 2018

29. Pryzmaty

Zaczął się normalny dzień w normalnej szkole. Oczywiście normalność w pierwszym w drugim przypadku było wyjątkowo dużym nadużyciem. Echo wybuchu w lochach dalej rozbrzmiewało po korytarzach, a w ścianach jeszcze nie do końca wycichły wibracje. Jego głównym źródłem był teraz gabinet dyrektora, który musiał odtajać po długiej burzy wywołanej przez rodziców ,,niewinnych ofiar prowokacji". Tak, rodzice Ślizgonów mieli niezwykły talent do postrzegania rzeczywistości pod szczególnie wykręconymi kątami.
Prym wiedli w tej kwestii oczywiście państwo Black, zarówno jeśli chodziło o bronienie syna, jak i reprezentowanie w zakrzykiwaniu dyrektora pozostałych gości przybyłych do szkoły. Biedny profesor Dumbledore miał po tej nocy ogromny ból głowy i średnie poczucie satysfakcji. Wynikało to z istniejących na świecie i nie będących do przeskoczenia pewnych zasad, narzuconych hierarchii i zobowiązań. W każdym razie, choć wynik porozumienia mógł być dla dyrektora nie do końca satysfakcjonujący, to nie mógł sobie zarzucić tego, że nie bronił tych, których sumienie kazało mu bronić, czyli oczywiście Gryfonów. Robił to w niektórych momentach, gdy pani Black grała już prawdziwe koncerty na jego nerwach, w sposób nieprzystający jego powadze. Wtedy odpowiednio szybko i dyskretnie profesor McGonagall upominała przyjaciela, mimo iż jej cierpliwość również była wystawiana na wielką próbę. Miała jednak sposób na uspokojenie się, nieświadomie taki sam, jak profesor Dumbledore.
Dyrektor i wicedyrektor Hogwartu w chwilach bliskich wrzenia przypominali sobie scenę, która miała miejsce, gdy ta irytująca delegacja przybyła do szkoły. Dwie charakterne, dzielne, wygadane dziewczyny, które w inteligentny sposób broniły prawdziwych i , nie było co bać się tego określenia - właściwych wartości. Tak, ten obraz potrafił zalać miodem gotujący się wulkan.
Istniało wysokie prawdopodobieństwo, że szkole będzie grozić jeszcze jedna erupcja, gdy na jaw wyjdzie wynik rozmów prowadzonych przez pół nocy w gabinecie dyrektora. Można by wyjść z założenia, że poruszone zostaną kwestie tylko zbrodni i kary uczniów, ale w obecnych czasach nawet coś tak ,,błahego” jak międzydomowe porachunki i dowcipy rzucało cień obecnej sytuacji społeczno-politycznej. Nie chodziło już tylko kto ma rację na gruncie szkolnym, w grę wchodziły też ogólnie wyznawane zasady, poglądy według, których się żyło i – niestety – wpływy lub ich brak, które wynikały z pozycji obejmowanej w tej pajęczynie dziwnych połączeń. Innymi słowy, usunięcie ze szkoły ucznia uprawiającego czarną magię ( a raczej ,, próbującego swoich umiejętności w różnych dziedzinach celem ich udoskonalenia”, jak nazwała to pani Black ), który miał wpływową rodzinę stojącą po stronie, która może nie tyle była tą właściwą i silniejszą, ale na pewno straszniejszą było praktycznie niemożliwe. Oczywiście straszność nie stanowiła problemu dla profesora Dumbledore’a, dla niego wręcz w nie istniała. Straszność, nie zagrożenie, bo była to znaczna różnica. Jednak Minister Magii, do którego w obronie swoich dzieci byli gotowi uderzyć rodzice, widział w nich przedstawicieli tej grupy czarodziei, która w jego mniemaniu mogła kiedyś przejąć rządy, a nie widząc w nim sojusznika – pozbawiłaby go stołka.
Ten świat niestety nie był idealny i to był tego dowód. Nie liczyło się to co słuszne, ale to, co bardziej korzystne i nie wybierało się między dobrem a złem, ale dobrem i łatwością oraz wygodą.
Do takich konkluzji doprowadziło dyrektora spotkanie z Państwem Black i spółką. Jednak byli tacy, którzy analizowali to od zupełnie innej strony, pod dość prozaicznym i zabawnym kątem.




- Willow, oddychaj. – powiedziała Lily zbierając swoje rzeczy do torby i patrząc na przyjaciółkę, która siedziała na kufrze z podwiniętymi nogami, obejmując je ramionami. Panna Evans, która nie należała do plotkar, ale czuła potrzebę i jakiś obowiązek podzielenia się zajściem z poprzedniego wieczoru z panną Penn, poczekała, aż reszta współlokatorek wyjdzie na śniadanie i rozpoczęła opowieść o spotkaniu z państwem Black.
- Naprawdę tak powiedziała? Czy sparafrazowałaś jej słowa? – Willow niemal wyszeptała to pytanie, bo głos jej ochrypł z emocji.
- Powtórzyłam Ci kropka w kropkę to, o powiedziała. Uwierz mi, że głęboko zaryła mi się w pamięć swoim zachowaniem i głoszonymi tezami.
-Niewiarygodne. Rozumiem, znaczy może nie rozumiem, ale mniej się dziwię, kiedy z podobnym zachowaniem wyskakują Ślizgoni, ale dorośli ludzie… - panna Penn, słodka i niewinna była wyraźnie w szoku.
- Kochana, Ci Ślizgoni to dzieci tych dorosłych, o których mówimy i właśnie od nich biorą swoją filozofię życiową.
- W sumie masz rację. Ale w dalszym ciągu trudno mi sobie wyobrazić, że tak do Ciebie powiedzieli… Znaczy, musiało Ci być przykro. – Willow popatrzyła na przyjaciółkę w sposób mający dodawać otuchy.
- Bardziej byłam zdziwiona. Zakładałam, że dojrzałość w przypadku Ślizgonów objawia się tym, że z wiekiem zachowują dla siebie to, co myślą i nabierają na tyle ogłady by tylko patrzeć na mnie z pogardą. Cóż, wczorajszy wieczór to zweryfikował. – Lily była już gotowa do wyjścia. Willow widząc to, podniosła z ziemi swoją torbę i niemrawo ruszyła do drzwi. Panna Evans zaczęła się zastanawiać czy dobrze zrobiła opowiadając swojej wrażliwej przyjaciółce o tym burzliwym spotkaniu. Zdecydowała się na rozładowanie atmosfery w sposób, który był w przypadku Willow zawsze niezawodny.
- Już się tak nie martw. Nawet jeśli przez poglądy przyszłej teściowej się z nią nie dogadasz, to nie będziesz pierwszą w historii kobietą, która ma na pieńku z mamą ukochanego. – powiedziała Lily uśmiechając się chytrze półgębkiem.
            Willow oblała się rumieńcem, kiedy zdała sobie sprawę, że Lily nawiązuje do Syriusza, ale wybieg Rudej zakończył się sukcesem, bo oprócz tego panna Penn się uśmiechnęła.
- Nie uważasz, że to dość porażające, jak bardzo Syriusz różni się poglądami i praktycznie wszystkim od swojej rodziny? Znaczy to było wiadome już od momentu, w którym trafił do Gryffindoru, ale teraz na tle wczorajszych wydarzeń jest jeszcze bardziej uderzające.
- No nie wiem, czy tak wszystkim wszystkim. Dostrzegłam podobne zadufanie oraz butę… - zaczęła mówić Lily, ale bardziej z przekory niż przekonania. Urwała jednak widząc minę Willow, dla której od dziś porównanie do pani Black miałoby jedną z największych obelg. – Spokojnie Willow. Powiem Ci tak szczerze, choć niechętnie, że trochę inaczej i bardziej wyrozumiale będę chyba od dziś patrzeć na Syriusza…
- Ej! Dlaczego? – rozległo się oburzonym męskim głosem.
            Dziewczyny zdążyły zejść po schodach do Pokoju Wspólnego, a tam traf chciał, że wpadły akurat na idących na śniadanie Huncwotów. Jeden z ich przywódców był wyraźnie oburzony tym, co usłyszał z ust panny Evans. I nietrudno było sobie wyobrazić który.
- Mogę wiedzieć, jak Łapa zdołał tak zyskać w Twoich oczach Evans? – zapytał James stając tak, aby uniemożliwić dziewczynom minięcie ich, po uprzednim rzuceniu jakiejś wymijającej odpowiedzi.
- Dzień dobry James. – powiedziała Lily zamiast odpowiedzieć na pytanie. – Dzień dobry chłopcy.
- No Rogaczu, widzę postęp, dostałeś prywatne ,,dzień dobry”. – zażartował sobie Syriusz i skinął dziewczynom głową z uśmiechem. Willow odpowiedziała braci Huncwockiej spokojnym, ale już mniej speszonym ,,Cześć”. Nabrała nawet na tyle pewności siebie, po ostatniej współpracy z chłopakami, że spojrzała na Syriusza nie tylko z sympatią, ale też dozą współczucia. Chłopak, mimo iż przebierał delikatnie, lecz zauważalnie z nogi na nogę z niecierpliwości, zmysł obserwacji miał nadal wyostrzony i zauważył tą dodatkową nutkę w oczach panny Penn. Nie zdążył jednak zapytać o powód jej pojawienia, bo odpowiedź nijako przyszła sama.
- Bardzo mnie ta zmiana cieszy, ale chciałbym też poznać genezę zmiany dotyczącej Twojej osoby, Łapo. Większa wyrozumiałość? Dobrze usłyszałem?
- Zasługue na nią ktoś, kto ma takich rodziców. – powiedziała niespodziewanie Willow. Chłopcy spojrzeli na nią trochę zdziwieni.
- Mam mieć trudniej w życiu, a konkretnie w kontaktach z innymi, bo moi rodzice są naprawdę super w porządku? – zapytał James.
- Mi się raczej nasuwa pytanie, skąd to nagłe zainteresowanie państwem Black? – wtrącił się Remus.
- Miałam wczoraj, bez obrazy Syriuszu, ale wątpliwą przyjemność ich poznać. – powiedziała Lily, zakładając ręce na piersi. Nie był to jednak wyraz waleczności. Przynajmniej nie tym razem. Miało to bardziej zamaskować fakt, że panna Evans czuje się trochę nieswojo. Co innego rozmawiać z Willow, a co innego wyrażać się nieprzychylnie o Panu i Pani Black w obecności Syriusza. Znała go już dosyć długo i wiedziała, jakie on sam ma do nich podejście, jednak wychowanie nie pozwalało jej na to, by czuć się całkowicie komfortowo w zaistniałej sytuacji. Na szczęście panicz Black szybko uspokoił jej sumienie, mówiąc:
- Jesteś nazbyt łaskawa. Nie zdziwiłbym się, gdybyś zażądała odszkodowania po trwałych urazach psychicznych, których nabawiłaś się po tym spotkaniu. – Łapa miał luźny stosunek do sprawy. – Ale chciałbym zapytać, kiedy widziałaś pana i panią B. i w jakich okolicznościach?
- Wczoraj wieczorem. Miałam ich przywitać po przyjeździe do szkoły.
- A widziałaś może przy tej okazji Jules? – Remus zadał przytomnie pytanie, które nasunęło się już wszystkim Huncwotom.
- Tak. – powiedziała powoli Lily i mimowolnie się uśmiechnęła. – Można powiedzieć, że zwarłyśmy szyki w ,,rozmowie” z Twoimi rodzicami, Syriuszu.
- WOW – powiedzieli jednocześnie James i Syriusz.
- To musiało być prawdziwe starcie gigantów. – zawyrokował Łapa.
- Szkoda, że mnie to ominęło. – westchnął Rogacz. – Rodzice Syriusza wyszli z tej dyskusji bez wyraźnych obrażeń? – dodał żartem, znając doskonale charakterki panny Evans i panny Justice.
- Oni tak, ale nie wiadomo, co spotkałoby dziewczyny, gdyby nie profesor Dumbledore. – rzuciła szybko Willow, chcąc odwrócić uwagę chłopaków. Nie znała dobrze Jules Justice, ale znała podejście chłopców do jej osoby i czuła w związku z tym delikatną zazdrość. W dodatku to uczucie zostało spotęgowane, gdy Lily stwierdziła, że Puchonka wydaje się być naprawę ciekawą osobą i że na swój sposób ją polubiła. Na tyle, na ile można polubić kogoś, kogo dobrze się nie zna, ale z kim stoi się po tej samej stronie jakiegoś konfliktu.
- Co masz na myśli? – Łapa już się cały zjeżył.
- Nieważne. Nie ma co mówić o czymś, co nie miało ostatecznie miejsca. A teraz jeśli pozwolicie chciałybyśmy pójść już na śniadanie. – odrzekła Evans, czując swego rodzaju dyskomfort, że już zbyt długo spoufala się z Huncwotami. Bardziej wyrozumiała miała być co najwyżej czasami tylko dla Syriusza, a ogólnie po wczorajszym kłamstwie Jamesa i Remusa… Cóż, była zbrodnia, musi być kara.
- Nie mamy zamiaru pięknych pań powstrzymywać. Co więcej, chcemy im towarzyszyć. – powiedział Potter.
            Lily już miała rzucić tekstem pt.: ,, To chcemy dwóch zupełnie innych rzeczy.”, ale spojrzała na Willow i złapała z nią przez sekundę kontakt wzrokowy. Okej, niech będzie. Dla niej może się poświecić. Ugryzła się w język i ruszyła do wyjścia z Pokoju Wspólnego. Reszta poszła w jej ślady.
- Lily mówiła bardziej szczegółowo o ,,rozmowie” z moimi rodzicami? – zapytał Łapa, a pytanie skierował do całej w skowronkach Willow.
- Tak, ale wolałabym tego nie cytować. – zrobiła przepraszającą minę, delikatnie i mimowolnie marszcząc nos i dając w ten sposób do zrozumienia, że jest to coś niesmacznego.
- W porządku. – Syriusz uśmiechnął się do niej, po czym dodał. – A co mówiła o udziale Jules? Bo z tego co słyszałem od niej samej, to chyba się z moją matką nie pokochały.
            Ta zmiana tematu nie odpowiadała za bardzo pannie Penn, ale nie miała zamiar odpowiedzieć na pytanie. Tylko, że nie zdążyła tego zamiaru zrealizować, bo po portretem Grubej Damy czekała na nich ogromna niespodzianka.
- Corinne? – zapytał zdziwiony Remus, widząc jedną z sióstr Durete stojącą sztywno przy balustradzie schodów. Jego zdziwienie stało się jeszcze większe, gdy zobaczył, że spokojna i kamienna twarz Corinne ma na sobie wyraźne ślady po płynących całkiem niedawno łzach.
- Potrzebuję Cię Remusie. – powiedziała Krukonka, co było prawdopodobnie jej najbardziej wymagających wyznaniem w życiu. Potem natomiast spojrzała na Syriusza. – A Elinor potrzebuje Ciebie.
            Syriusz, który dopiero teraz wyszedł z osłupienia, momentalnie się zagotował.
- Chyba sobie kpisz? – powiedział, kompletnie przy nie zważając na stan Corinne. – Wiesz, gdzie mam to czego chce albo potrzebuje Elinor?
- Wiem. Uwierz mi, że wiem. Ale skoro uważasz się za bohatera pozytywnego w tej bajce, pomożesz mi i tym samym jej. – panna Durete powiedziała to tak pewnie, że Syriusz zamiast przejść do ataku, na chwilę się zawahał.
- Co się stało? – zapytał Lunatyk i podszedł do dziewczyny, biorąc ją niepewnie za rękę. Lily i Willow widząc to, wymieniły szybkie spojrzenia pełne czegoś na kształt zdziwienia, zmieszanego z ciekawością.
            Corinne odwzajemniła uścisk dłoni Lupina, ale patrzyła dalej prosto w oczy Syriuszowi. On widział w niej kogoś na kształt krewnej zdradzieckiej żmii. Nie chciał mieć nic do czynienia ani z nią, ani z jej toksyczną siostrą. Wtedy jednak stało się coś, co znacznie przewartościowało sympatie i antypatie. Już drugi raz dzisiaj na podejście do dziecka mieli wpłynąć jego rodzice.
- Nasi rodzice nie żyją. – powiedziała Corinne. Wyznała to ot tak, a w tym czasie inni uczniowie mijali ich nieświadomi tragedii, będącej udziałem kolejnej rodziny. Wszyscy zamilkli na dłuższą i wymowną chwilę. Dali tym samym szansę Corinne dodać coś, ale ona tym wyznaniem chyba już wystarczająco się zbliżyła się do granic swojej wytrzymałości i wyraźnie wyczerpała. Twarz wydawała jej się zapadać od wysiłku, który kosztowało ją trzymanie się w ryzach. Remus nie wiedział czy objąć dziewczynę, czy wręcz przeciwnie, aby nie spowodować pęknięcia tamy, za którą już czaiła się następna porcja łez. Panicz Black jednak szczęśliwie uwolnił go od dylematu, odzywając się, już znacznie łagodniejszym tonem.
- Bardzo mi przykro. Ale jak ja mogę pomóc?
- Elinor się załamała, ale w bardziej… ognisty sposób. I teraz nie wiem gdzie jest. Boję się, że może zrobić coś głupiego. – powiedziała Corinne i oparła się na Lunatyku. Była wyczerpana. Wyczerpana z rozpaczy i gdyby nie to, pewnie sama poszłaby szukać siostry, która faktycznie potrafiła robić głupoty, o czym Syriusz doskonale już wiedział. Nie miał zamiaru robić w tej kwestii żadnego rozrachunku, wiedział co należy zrobić.
- Znajdziemy ją. A Ty Lunatyku zajmiesz się Corinne? – Łapa zwrócił się do przyjaciela, który mocniej przytrzymał Krukonkę, której wyraźnie ulżyło po słowach Blacka i w związku z tym pozwoliła sobie jeszcze bardziej opaść z sił. Lupin skinął głową przyjaciołom i powoli skierował się do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Podziały, również te na domy w obecnej sytuacji całkowicie szły na bok i nie miały żadnego znaczenia.
- Pomóc Wam? – zapytała Lily.
- Nie, idźcie na śniadanie, poradzimy sobie. – powiedział James. W końcu nie mogli sobie pozwolić na używanie Mapy w obecności panny Evans i panny Penn.- A Ty Peter, lepiej idź z nimi i przynieść coś ze śniadania Remusowi i Corinne. Ona nie powinna zostawać teraz sama, a mogą czegoś potrzebować, więc Twoim zadaniem będzie służyć im za pomoc, jasne?
            Peter energicznie zasalutował i ruszył schodami w dół, nie czekając na dziewczyny. One natomiast tylko skinęły głowami i bez słowa odeszły. Wydawało się, że wzięły sobie na barki ciężar tej smutnej wiadomości, bo obie stawiały kroki ciężej i były wyraźnie bardziej ponure. Cóż, ten dzień miał mieć jeszcze sporo więcej niespodziewanych zwrotów o różnym zabarwieniu. Teraz jednak należało się skupić na nowej misji. Po znalezieniu bardziej zacisznego miejsca, chłopcy użyli Mapy, co przyniosło niemal natychmiastowy efekt.
- Jest nad jeziorem. – powiedział Rogacz.
- Nie ma na co czekać. – powiedział Syriusz. Co prawda mieli tylko ją znaleźć, ale Łapa miał przeczucie, że powinni także jak najszybciej zobaczyć się z Elinor. Po chwili razem z Jamesem wybiegli na błonia.
            Gdy byli już blisko jeziora i zobaczyli Elinor, krew zmroziła im się w żyłach.
            Dziewczyna stała po kolana w lodowatej wodzie jeziora. Nie miała na sobie nawet płaszcza czy szalika. Patrzyła w dal, a ręku trzymała fiolkę. To ta fiolka wzbudziła w Huncwotach największy niepokój. Nie było czasu ani sensu się naradzać, bo i co mogliby uradzić? Trzeba było iść na żywioł.
- Elinor. – zawołał Łapa podchodząc na brzeg jeziora i znajdując się w ten sposób jakieś pięć metrów od dziewczyny. Ona nawet nie drgnęła. Odwróciła się i spojrzała na Łapę oczami, które były wyrazem cierpienia i smutku. Black nie pozwolił by zbiło go to z tropu. – Elinor, proszę Cię wyjdź z wody. – patrzyła na niego dalej, ale nie reagowała, więc próbował dalej. – Wiem co się stało, Corinne…
- Nic nie wiesz!!! – wydarła się tak nagle, że aż podskoczył. – To moja wina… Moja… - uniosła rękę z fiolką na wysokość piersi.
- Dobrze, nie wiem, ale może dałabyś mi szansę się dowiedzieć. Proszę wyjdź z wody. – powiedział łagodnie i podszedł tych kilka kroków.
- Nie! Nie zbliżaj się! Ta trucizna jest tak silna, że nawet, jak Cię nią obleję to możesz poważnie ucierpieć.
- Elinior, ale po co Ci ta trucizna. Nie mogę powiedzieć, że Cię rozumie, bo pewnie nigdy nie będę, ale to nie jest rozwiązanie…
- Jest. To ja powinnam była umrzeć. To mnie powinni byli zabić. To moja wina! – teraz już nie tylko krzyczała, ale szlochała i to tak, że aż serce się skręcało. Syriusz jednak nie mógł nie zadać tego pytania.
- Kto ich zabił?
- Nasi. A raczej kiedyś byli nasi, zanim zechciało mi się tej chorej zabawy… Rozumiesz, że oni to wzięli za zdradę?! – miała w oczach niemal szaleństwo i Syriusz już nie wiedział, czy może naprawdę zwariowała.
- Co konkretnie? – Łapa miał szczerą nadzieję, że tymi pytaniami zyskuje cenny czas. Widział kątem oka ślady Jamesa ukrytego pod peleryną – niewidką, zmierzającego do Elinor z drugiej strony, ale wciąż był za daleko, by w razie czego wyrwać jej fiolkę z ręki.
- Przystąpiłam do Śmierciożerców Juniorów… Tak chyba ich nazywasz… Ale to już wiesz. Wiesz też dlaczego… Ja to zaczęłam, ja jestem winna temu, że wczoraj się zemściliście i złapaliście w pułapkę dzieci najbardziej wpływowych… To się rozeszło… Ale to ja powinnam była za to zapłacić! JA! – kolejny przeraźliwy szloch, który dobrze że się pojawił, bo Syriusz był w tak głębokim szoku, że na chwilę aż zdrętwiał.
            Nie wiedział ile w tym jest prawdy, ale jeśli Elinor miała racji, oznaczało to, że przez zdrada Elinor wobec jego brata i wszystkie jej następstwa, doprowadziły do egzekucji rodziców Corinne i Elinor. Syriusz wiedział, że towarzystwo, w którym obracali się jego rodzice nie było normalne, ale to… Zemdliło go i jednocześnie poczuł, jak się w nim gotuje. Śmierciożercy nie uznawali żadnych zasad i świętości, a nagle takiego świra dostali na punkcie lojalności.
- Elinor, bez względu na wszystko to, co chcesz zrobić, nie jest rozwiązaniem. Chodź ze mną…
- Po co?
- Po to, żeby żyć. – powiedział to z wielką mocą, a Elinor jakby się zawahała. Jednak po tej chwili wahania odrzuciła nagle głowę do tyłu i wybuchła histerycznym śmiechem. Chyba naprawdę traciła zmysły.
- A Tobie niby na tym zależy? Jak dotąd dałam Ci więcej powodów, żebyś mnie utopił w tym jeziorze, niż żebyś mnie z niego wyłowił.
- Nie życzę Ci śmierci. – powiedział i zdał sobie sprawę, jak słabo to zabrzmiało. Ale nawet jemu, mistrzowskiemu kłamcy, w takiej sytuacji nie było w stanie przejść przez gardło nic nieszczerego. Ich wymiana zdań trwała kilka sekund i widział, że James jest coraz bliżej, nie może teraz pozwolić sobie na pomyłkę.
- Ale byłbyś zadowolony, gdybym zniknęła z Twojego życia? – mimo wszystko, powiedziała to swoim charakterystycznym wyzywającym tonem. Syriusz wyłapał to i postanowił zagrać w tą grę.
- Co chciałabyś teraz usłyszeć, Elinor? – zapytał równie wyzywająco.
- Prawdę! Że mnie nienawidzisz, nie jest tak?
- Nie.
- Kłamiesz! Chciałam zabić Jules!
- Teraz to Ty kłamiesz. Nie byłabyś w stanie zrobić niczego takiego.
- Doprowadziłam do śmierci własnych rodziców! – wrzasnęła i zaczęła wykonała ruch w celu odkorkowania fiolki, gdy Rogacz zrzucił z siebie pelerynę i chwycił ją z całych sił z tyłu za ramiona. Elinor zaczęła wierzgać i oboje przewrócili się do jeziora. Syriusz znalazł się przy nich w przeciągu sekundy. Złapał Elinor za nadgarstki i przyciągnął do siebie, a w tym czasie James pochwycił fiolkę z trucizną. Dziewczyna w dalszym ciągu wierzgała i kopała przy tym boleśnie Syriusza, ale ten ani myślał zwalniać uścisk. Trwało to chwilę, ale w końcu Elinor opadła z sił, nie wiadomo czy bardziej ze zmęczenia fizycznego czy psychicznego.
- Uspokoiłaś się? – zapytał, a gdy nie odpowiedziała odsunął ją na tyle, by wiedzieć jej twarz. – Elinor, czy Ty właśnie postanowiłaś nie oddychać? Wiesz, że jedyne co uzyskasz w ten sposób to utrata przytomności. Elinor! – potrząsnął nią, ale to nic nie dało. Elinor miała już sine usta, ale bardziej skłaniał się do wyjaśnienia, że jest to spowodowane tym, że siedzieli do połowy w lodowatej wodzie. Wiedział upór na jej twarzy. Rogacz patrzył na to z boku i był całkowicie bezradny. Dziewczyną trzeba było wstrząsnąć, by przemówić jej do rozumu, a przynajmniej choć na chwilę na tyle zwrócić jej uwagę, by próba przemówienia do rozumu była możliwa. Uznał, że jest na to jeden sposób.
            Pocałował ją.
            James aż się zachłysnął powietrzem. Elinor znieruchomiała, a potem odwzajemniła pocałunek. Łapa prawie od razu po tym się od niej odsunął, z satysfakcją obserwując, że dziewczyna zaczęła normalnie oddychać. Patrzyła na niego i chyba pierwszy raz w życiu zabrakło jej słów. To była szansa dla Syriusza.
- Nie wiem jak i dlaczego zginęli Twoi rodzice, ale jestem całkowicie pewny, że nie ma w tym ani trochę Twojej winy. Rozumiesz? Żadnej! Nie daj sobie tego wmówić, bo to tylko uczyni silniejszymi tych, którzy to zrobili, a którzy każdy tego typu odrażający czyn potrafią sobie wytłumaczyć i usprawiedliwić jakąś bzdurną ideą. To są potwory, a Ty nie możesz być ich kolejną ofiarą.
Nie twierdzę, że nie zrobiłaś niczego złego. Pogrywałaś sobie ze mną, Jules, Regulusem… Ale nigdy nie doprowadziłabyś do niczyjej śmierci. Słowa to jedno w tej kwestii, a czyny to zupełnie coś innego. Ty swoimi udowodniłaś do tej pory co najwyżej, że twardo podążasz do celu i jesteś pełna determinacji. Wykorzystaj te cechy do walki z tymi, którzy są pozbawieni wszystkich zasad. Pokaż mi, ile dobrego możesz zrobić, jeśli właściwie ulokujesz swoją energię i talent. Uczcij w ten sposób pamięć rodziców. Oni źle wybrali strony, ale Ty nie musisz.
Elinor patrzyła na Syriusza jeszcze kilka sekund po czym zaczęła płakać, ale nie był to już szloch, ale raczej kwilenie, przeplatane drgawkami, których sam Syriusz zaczął już dostawać od siedzenia w wodzie.
- Powinniśmy ją zabrać do Skrzydła Szpitalnego. – powiedział James. – Nie musimy mówić pani Pomfery wszystkiego. Ale dobrze by było, żeby ją obejrzała.
            Syriusz tylko pokiwał głową i wziął Elinor na ręce. Widział wzrok przyjaciela, który nadal był w szoku z powodu pocałunku i równocześnie był pełen podziwu ,,przemowy” Syriusza. Będą mieli o czym rozmawiać. Albo wręcz przeciwnie, pozwolą by wydarzenia ostatnich kilku minut wybrzmiały, nie wspominając o nich ani słowa. W końcu co można było powiedzieć.
            Szli w milczeniu do szpitala, a Elinor cały czas płakała, mamrocząc pod nosem od czadu do czasu coś, z czego Syriuszowi udało się wyłapać tylko bolesne ,,…wróćcie do mnie” i ,,… potrzebuję was”. Faktycznie Elinor reagowała zupełnie inaczej niż jej siostra i Syriusz zastanawiał czy to lepiej, czy gorzej. Przyszło mu też do głowy coś strasznie dziwnego.
            Z samego rana ( choć wydawało się to być miesiąc temu ) Lily powiedziała, że będzie na niego inaczej patrzeć, ze względu na jego rodziców. Wydawało mu się, że on doświadcza czegoś podobnego względem Elinor. Pamiętał co zrobiła oraz całą swoją wściekłość z tym związaną, ale teraz mógł widzieć w niej tylko załamaną i bezbronną osieroconą dziewczynę. Wystarczyło spojrzeć na kogoś przez pryzmat rodziny i nagle dostawało się zupełnie inny obraz. A może nie tyle inny, co uzupełniony o perspektywy, z których istnienia wcześniej nikt nie zdawałby sobie sprawy.
            Pogrążony w tych rozmyślaniach, wszedł do Skrzydła Szpitalnego. Było tu całkiem sporo ludzi, bo wczorajszym numerze Huncwotów, ale on zwrócił uwagę od wejścia tylko na jedno łóżko.
            Po prawej stronie na trzecim łóżku od drzwi i pierwszym zajętym z tej strony leżał Darius. A właściwie półleżał, bo oparty na łokciu nachylał się do siedzącej obok na krześle Jules.
            Całował ją.
            Gdy Syriusz wszedł do środka, Jules odskoczyła i spojrzała na niego. Wszystko ( a przynajmniej Syriuszowi się wydawało, że wszystko ) zamarło na chwilę, gdy nagle Jules oprzytomniała i zerwała się z krzesła.
- Co się stało? – zapytała przestraszona z dwojakich powodów, patrząc najpierw na Syriusza, potem na Elinor, a na koniec na Jamesa.
- Gdzie jest pani Pomfery? – odpowiedział pytaniem Łapa. Czuł się naprawdę niefajnie, nie wiedział czemu i strasznie go to całościowo denerwowało.
- Wyszła na chwilę do dyrektora. – odpowiedziała Jules, świadoma tego, że powtarzanie swojego pytania będzie bez sensu. Gdyby chcieli jej odpowiedzieć już by to zrobili.
            Syriusz tylko skinął głową i położył Elinor na pierwszym łóżku obok drzwi. Ona chwyciła go za rękę, nie pozwalając odejść i płakała dalej. Jules patrzyła na tą scenę nic nie rozumiejąc. Gdy zerknęła na Jamesa, on tylko bezradnie wzruszył ramionami, a potem bezgłośnie powiedział ,,Później”. Okej, Jules mogła poczekać. Miała tylko nadzieję, że po tym, jak odczeka swoje dostanie satysfakcjonującą odpowiedź. Zerknęła na Łapę.
- Syriuszu, nic Ci nie jest? – zapytała.
- Wszystko jest w porządku. – powiedział, ale nawet na nią nie spojrzał. Zirytowało ją to. Jego z resztą jego własne zachowanie zirytowało jeszcze bardziej.
- Pamiętasz naszą rozmowę o kontakcie wzorkowym? – próbowała zażartować. Łapa spojrzał na nią, jak na komendę. Jules uśmiechała się, choć trochę niepewnie. Lubił ten uśmiech i już miał go odwzajemnić, gdy Pattern wyciągnął rękę w stronę panny Justice i chwycił ją za dłoń. Ona zerknęła szybko w jego stronę, a potem popatrzyła na Syriusza, jakby czekając na jego reakcję. Ale jak on niby mógł zareagować? Nie podobał mu się ten rozwój wypadków, ale wiedział, że kiedyś Pattern w końcu dopnie swego. Wywoływało w nim to tyle negatywnych emocji oczywiście dlatego, że go nie lubił, ale nie miał w tej kwestii nic do gadania. Jules była tylko jego przyjaciółką. A raczej aż przyjaciółką, więc pomyślał, że jeśli tylko Darius ją skrzywdzi… Gdy wyobraził sobie, co wtedy spotka Puchona aż się uśmiechnął, co Jules wzięła za uśmiech pod swoim adresem. Mrugnęła do Łapy i wróciła na swoje krzesło.
            Syriusz dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie słyszy płakania, a uścisk dłoni Elinor jest znacznie słabszy. Gdy się odwrócił, zobaczył, że dziewczyna z ogólnego wycieńczenia po prostu zasnęła. To dobrze, sen jej się teraz przyda i może da choć na chwilę ukojenie. Zerknął na swojego najlepszego przyjaciela, opierającego się o ścianę z nieodgadnioną miną. Łapa posłał mu pytające spojrzenie, na co James spojrzał wymownie na Elinor i wykonał ruch ustami, jakby całował powietrze. Pocałunek. Czyli jednak Rogacz nie miał zamiaru zostawić tego całkowicie w spokoju. Łapa tylko prychnął rozbawiony, pokazując, że jest całkowicie zobojętniały na wszelkie zaczepki Pottera pod tym adresem.
            Doszedł do wniosku, że jest to drugi pryzmat, przez który patrząc możesz zmienić zdanie nawet o kimś, kogo dobrze znasz. Wiedział, że pryzmat pocałunku nad jeziorem, nie zmieni nic w jego stosunkach z Jamesem, bo oni za dobrze się znali. Zastanawiał się jednak, czy ten pocałunek zmieni coś w jego sposobie myślenia.
            I jednocześnie bronił się ze wszystkich sił przed tym, by nie patrzeć na Jules przez pryzmat jej pocałunku z Dariusem.