czwartek, 13 lipca 2017

21. ,,Jedni mówią, że świat zniszczy ogień, inni, że lód..." *

   W dormitorium Krukonek piątego roku panowała specyficzna atmosfera.
   W ten sposób można byłoby to opisać najprościej i najkrócej, ale byłaby to droga na skróty i pozostawiająca wiele do życzenia oraz mnóstwo niedopowiedzeń. Bo specyfika danej sytuacji zależała w znacznym stopniu od strony jej postrzegania oraz indywidualnych przyzwyczajeń. Dla osób z zewnątrz zachowanie mieszkańców tego dormitorium byłoby nie do pomyślenia i godziłoby w komfort psychiczny. Na samym początku faktycznie tak było również w przypadku samych opisywanych – w dziewczynach zebranych razem przez rok urodzenia i Tiarę Przydziału rodził się bunt na myśl tego jak będzie wyglądać ich wspólne funkcjonowanie. Jednak, jak głosi łacińska maksyma – ,,Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka”. Minął pierwszy rok, potem kilka miesięcy drugiego i dziewczyny nauczyły się egzystować ze sobą na ściśle określonych warunkach. Dla nich dziwność całego układu stała się codziennością.
   Oczywiście o żadnej dziwności nie byłoby mowy, gdyby nie obecność sióstr Durete. To one zainicjowały pojawienie się niewypowiedzianych, ale żelaznych zasad zachowania w dormitorium. Polegały one tak naprawdę na respektowaniu niewidzialnego mury między pannami Durete, a resztą świata. Ich współlokatorki nauczyły się, że ignorowanie dwóch brunetek i udawanie, że ich nie ma w pobliżu nie jest nietaktowne, ale wręcz pożądane. Nie znaczyło to o dziwo, że między nimi występował jakiś brak sympatii. W momentach, gdy Corinne i Elinor otwierały drzwi tego niewidzialnego muru ( klamka w tych drzwiach znajdowała się tylko i wyłącznie po ich stronie ) wszystkie pięć dziewczyn potrafiło się dogadać, dobrze się bawić w swoich towarzystwie i robić te wszystkie rzeczy, które grupa dziewczyn może i lubi razem robić. Jednak, gdy ,,czas integracji” mijał albo siostry decydowały, że wolą spędzić czas tylko we dwie – rozkład w pokoju się zmieniał i znów tworzyły się dwa nie-wrogie obozy.
   Wszystko to było związane z siłą charakteru Corinne i Elinor oraz ich niezważaniem na panujące w normalnych kontaktach ludzkich konwenanse. Oprócz tego znaczenie miała również aura pewności i siły roztaczana przez siostry. Za możliwość przebywania w ich obrębie, ich współlokatorki akceptowały dyktowane przez nich zasady, mniej lub bardziej świadome tego, że ,,przyjaźniące się” z nimi oblicza sióstr Durete mogą czasem odbiegać od prawdziwości. W końcu w myśl podejścia Corinne i Elinor do życia – nie należy palić za sobą mostów, bo nie wiadomo, co lub kto się może później przydać.
   Teraz z dwóch możliwych stanów pt.: ,,Dwie wyspy” i ,,Archipelag” panował w dormitorium ten pierwszy. Trzy dziewczyny rozmawiały ze sobą i oddawały się porannym przygotowaniom, podczas gdy Corinne bez słowa wstała, wzięła prysznic, ubrała się, a teraz nieśpiesznie pakowała do torby wszystkie swoje niezbędne rzeczy. Należały do nich między innymi, jak przystało na Krukonkę grube i stare książki, które dziewczyna sukcesywnie według opracowanego przez siebie systemu wypożyczała z biblioteki. Uważała wiedzę za wielką potęgę i to wiedzę w każdej postaci. Zaczynając od tej książkowej, na tej dotyczącej innych kończąc.
   Planując sobie dzisiejszy dzień cieszyła się po raz kolejny, że udało im się razem z Elinor ustalić reguły ,,pracy” w pokoju i że pozostałe dziewczyny bez słów czy nawet wyraźnych sygnałów rozpoznawały kiedy zaczepianie ich nie powinno mieć miejsca. Dzięki temu mogła ułożyć sobie cele na dzień dzisiejszy bez zbędnych pytań, na które i tak by nie odpowiedziała, jak np. ,,Gdzie jest Elinor?” lub ,,Czemu całą noc nie było jej w pokoju?”. Poza tym tak naprawdę sama tego nie wiedziała. Mogła się oczywiście domyślać i w trakcie tworzenia tych domyśleń stworzyć mnóstwo scenariuszy, ale bardzo tego nie lubiła. Spekulacje były dla niej tak samo śmieszne, jak zajęcia z wróżbiarstwa. Nigdy nie pojęła i nie żałowała, że zapewne nie będzie jej dane pojąć jak ludzie mogą wierzyć w przepowiednie i wróżby, a lekcje z tym związane traktować jak pełnoprawną sztukę magiczną.
   Pamiętała jak kiedyś w trakcie lekcji nauczycielka wyczytała z jej herbacianych fusów, że w niedługim czasie spotka chłopaka, który podbije jej serce, zmieni całe jej życie, a potem zostawi ze złamanym sercem. Corinne słysząc treść przepowiedni zaśmiała się na głos, co było tak dziwne w jej przypadku, że cała klasa spojrzała na nią zdziwiona. Za to pani profesor ukarała Ravenclaw za tą oznakę braku szacunku odjęciem 10 punktów. Co do samej przepowiedni… Według Corinne nie była ona nawet godna komentarza innego niż ten, że Królowa Śniegu sama będzie decydować kiedy, jak i dla kogo straci głowę. Bo w sam zryw serca jako taki nie wierzyła i twierdziła, że jej serce zostanie zdobyte dopiero, gdy jej umysł wyrazi na to zgodę.
   Jej kochana młodsza siostra, choć w fundamentalnych sprawach była praktycznie identyczna, w tych pobocznych często wyraźnie się różniła. Tak też było w przypadku miłości. Owo zdaniem Corinne mistyczne i istniejące tylko w teorii ( w romansidłach i czasopismach ) uczucie nie zaliczało się do kanonu rzeczy wartych uwagi i poświęcania ich ogromnego umysłowego potencjału. Natomiast Elinor widziała w tym jakiś dreszczyk, który ją uwodził. Miłość traktowała jak bastion do zdobycia, a narzędziami do jego przejęcia nie była siła ani przemoc, tylko spryt i mądrość. Obecnie dla Elinor bastionem do zdobycia był Syriusz, a wszystko to, co robiła w związku z nim – taktyką.
    Nocna spotkanie z Blackiem było milowym krokiem taktycznym na jej długiej i dość mozolnej do tej pory drodze. Corinne uważała, że z pewnością jej misja ( czego by nie dotyczyła ) zakończyła się sukcesem, skoro do tej pory Elinor nie wróciła. Ale takie stwierdzenia i myśli wchodziły już na drogę wspomnianych wyżej spekulacji, więc szybko je ukróciła.
   Wbrew temu co można byłoby sądzić na podstawie występujących zazwyczaj między siostrami przepływów informacji, Corinne nie znała żadnych szczegółów dotyczących planu Elinor, bo zwyczajnie ich poznać nie chciała. Wystarczyła jej wzmianka o tym, że cała rzecz dotyczy zdobywania panicza Blacka i tu z miejsca jej zainteresowanie się kończyło. Wynikało to trochę po części z podejścia dziewczyny do typowych mezaliansów relacji damsko-męskich, a po części z tego, że Corinne wyczuła pewną niechęć i ostrożność Elinor w opisywaniu całej sprawy. Skoro jej siostra z jakiś powodów uważała, że nie powinna wiedzieć zbyt dużo, przyjmowała to bez oporów i przechodziła nad tym do porządku dziennego. Była to kolejna niepisana zasada funkcjonująca tylko  między nimi – gdy jedna spojrzała na drugą w określony sposób wszelkie pytania musiały dobiec końca. Takim spojrzeniem właśnie dzień wcześniej Elinor zasugerowała, że o jej rozsławionym po szkole spotkaniu z Severusem Snapem na holu przed Wielką Salą Corinne musi wiedzieć tylko tyle, ile przyniosły jej zasłyszane rozmowy uczniów w szkole.
   Dziewczyna myśląc o tym westchnęła ciężko w duchu i wyszła z dormitorium nie żegnając się z koleżankami ( w  końcu po co, skoro zapewne zaraz zobaczą się znowu na śniadaniu albo na lekcjach ). Królowa Śniegu spodziewała się, że wszystko co robi i ukrywa przed nią młodsza siostra jest związane z Syriuszem Blackiem i kompletnie nie mogła tego pojąć. Nie znaczyło to, że samego chłopaka ma w pogardzie. Rozumiała jakie cechy wyglądu, charakteru i ogólnego sposobu bycia Łapy mogą robić wrażenie na dziewczynach. Faktycznie był bardzo przystojny, od stóp do głów nie znajdowało się miejsca opatrzonego jakimiś zastrzeżeniami. Oprócz tego zdolny, zabawny, pewny siebie i odważny chłopak potrafił się dobrze bawić oraz zainteresować swoją osobą. Jednak mimo tylu jawnych zalet dla Corinne ta interesująca osoba byłą zbyt głośna, dziecinna i… oczywista. Zgadza się, Corinne nie cierpiała zachowywać się typowo, a uganianie się za Blackiem właśnie takie by było.
   ,,Poza tym zaloty więcej niż jednej kobiety o nazwisku Durete to za wiele do wytrzymania, jak na jednego mężczyznę. Choćby nie wiadomo jak silnego psychicznie.” – pomyślała żartem i uśmiechnęła się do swoich myśli. A może bardziej do tego, co się w nich pojawiło jako następne.
   Przypomniała sobie, że właśnie dzięki Syriuszowi, a konkretnie jego niecelowemu zawróceniu w głowie jej siostrze zawdzięcza poznanie Remusa. Taką drogę odbyła – od Elinor do Syriusza i od Syriusza do Remusa. Była to oczywiście droga tylko metaforyczna, ale za to z jakim miłym finałem. Obserwując z Elinor Łapę nie mogła nie obserwować całej bandy Huncwotów, a gdy zaczęli częściej przewijać jej się pod nosem w oczy rzucił jej się panicz Lupin.
   Nie był to grom z jasnego nieba, ani nagły poryw serca. Ani tym bardziej motyle w brzuchu. Ale ją zainteresował. Inteligentny, to po pierwsze, po drugie sprawiający słuszne wrażenie najdojrzalszego ze swoich przyjaciół i bardzo dojrzałego na tle ogółu. Poza tym cichy, kiedy już się odzywał nigdy nie było to bezsensowne marnowanie śliny. I te oczy… Nie, Corinne wcale nie miała tu na myśli żadnego fizycznego banału. Oczywiście Remus był atrakcyjny, ale nie o tym myślała dziewczyna przywołując obraz jego spojrzenia. Było ono trochę smutne, ale przede wszystkim bardzo interesujące. Miała pewność, że skrywa jakąś wielką tajemnicę, którą bardzo chciała poznać.
   Gdy ogólny i szczegółowy rozrachunek wypadł na wielką korzyść Remusa, nie czekała długo. Ich znajomość za sprawę jej bezpośredniości i jego braku na jej ,,ataki” przygotowania szybko się rozwijała. I dopóki wydawała się mieć tylko jeden przyjacielski wymiar, Lunatyk nie oponował. Oszczędny w słowach, uczuciach i wszystkim ogółem styl bycia dziewczyny nie przytłaczał go i może dlatego nie zauważył, że od dwojga nieznajomych niemal momentalnie zmienili się w często widujących się bliższych znajomych. I gdyby Corinne dalej szła tym torem to może teraz sytuacja wyglądałaby inaczej, ale ona się pośpieszyła. Pierwszy raz w życiu zrobiła coś spontanicznie i przekonała się praktycznie od razu, że absolutnie nie warto.
   Podczas spaceru po błoniach w którąś niedzielę pocałowała go. I przez jedną krótką chwilę on odwzajemnił jej pocałunek. A potem… Tragedia. Kiedy odsunął się od niej wyrecytował, jakby miał to od dawna przygotowane i rozpisane, przemówienie oświadczające, że on nie umawia się na randki i nie angażuje się w żadne związki, a skoro Corinne taką nadzieję wiązała z ich znajomością to powinni przestać się widywać. Nie patrzył na nią, gdy to mówił i odniosła wrażenie, że się czegoś wstydzi, ale pytanie o to nie byłoby w jej stylu. Dostrzegła po prostu coś, czego wcześniej nie widziała – Remus uważał się za wadliwego. Nie podobało jej się to, ale uważała się za zdolną, by to zmienić. Nie spodziewała się tylko, że Lunatyk faktycznie jednym cięciem będzie próbował się od niej odizolować i zacznie jej odmawiać nawet krótkich rozmów na przerwach.
   Nie była nachalna. Przeanalizowała sytuację i doszła do wniosku, że on musi ich pocałunek i nową sytuację zwyczajnie przetrawić. Dopiero po tym, jak pewien okres czasu minął, a był przeplatany przelotnymi i naturalnymi spotkaniami w codziennym, szkolnym życiu – zaatakowała znowu. Wybrała wtedy starannie moment. Wiedziała, że Lupin powinien być sam, by ich rozmowy nic nie krępowało i wiedziała, że na samej rozmowie skończyć się nie może.
   Całując go po raz drugi wiedziała i dosłownie czuła, że jego opór zelżał. Remus nie uciekł i pozwolił się całować, nie pozostając w tym pocałunku biernym. Wybiła w ten sposób dziurkę w jego tamie, ale nie mogła pozwolić, by zerwać ją całą drastycznie z korzeniami. Stopniowo chciała się dostać na drugą stronę zapory, dlatego każdy krok musiał być przemyślany.
   Dziś miała zamiar wykonać następny. Natchniona determinacją siostry ustaliła sobie z rana Remusa Lupina za Cel nr 1 dzisiejszego dnia.

* *

   James był wściekły.
   Miał za sobą noc pełną czegoś, czego nienawidził – siedzenia i czekania. Od kiedy Łapa wyszedł, on zamieniał się w jednego wielkiego Siedzacza Czekającego, co skutkowało wyjątkowym rozdrażnieniem. Stracił rachubę ile razy wstawał, nakładał buty albo koszulę, by iść na przystań i na własne oczy przekonać się co się tam dzieje.
- Nie masz peleryny, ktoś Cię zauważy.
- Narobisz Łapie problemów.
- Ciekawe, gdzie nasza drużyna znajdzie szukającego, kiedy Ty dostaniesz szlaban na treningi.
   Tylko i wyłącznie takie i tym podobne teksty Lunatyka trzymały Rogacza w ryzach. Poza tym, patrząc na Mapę widział, że Syriusz jest sam na sam z Elinor i nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. A przynajmniej nie takie, do którego zwalczania potrzebował jego pomocy. Nie wiedział jednak co tak długo jego najlepszy przyjaciel może robić ze Smoczycą. Kiedy zapytał o to retorycznie na głos Remus zrobił kwaśną minę, co było jasną sugestią – coś co powinien robić z jakąś o wiele fajniejszą dziewczyną taką, jak Jules. Lupin od początku parował ich ze sobą i choć nie powiedział tego nigdy wprost to przy chłopakach pozwalał sobie czasem na jakieś nawiązujące do tego żarty. Syriusz nie brał ich w ogóle pod refleksję, James podobnie. Tak samo odrzucił z miejsca myśl, że Łapa mógłby się zadać z kimś kogo powinno się określić mianem worka z łajnem. Należałoby tu zaznaczyć, że do tej kategorii spadał każdy, kto nazywał Lily Evans Wiadomo-Jak.
   Praktycznie bezsenna dla niego, a przez to częściowo też dla pozostałych Huncwotów noc minęła w końcu. A Syriusz nie wrócił. Jednak teraz James miał możliwość ruchu w tej kwestii, więc gdy wybiła godzina stanowiąca poranną klamrę ciszy nocnej stał już ubrany i gotowy do wyjścia. Remus wiązał buty, a Peter starał się otworzyć oczy na tyle szeroko i na tyle długo, by zawiązać sobie krawat. W końcu dla przyśpieszenia wymarszu z dormitorium Potter doprowadził jego krawat do stanu ,,zawęzłowanego” i wszyscy mogli ruszyć na spotkanie z Huncwotem nieobecnym. Wtedy James był powiedzmy mocno zirytowany. Wściekłość nastąpiła później, a konkretniej kilkanaście sekund po tym jak przeszli przez dziurę za portretem. Tam czekała na nich McGonagall.
   Okazało się, że Peter zostawił u niej fragment jednej z ich magicznych zabawek, która najwyraźniej musiała mu wypaść z kieszeni – mimo wielokrotnych próśb i zaleceń przyjaciół, by na akcje miał zarezerwowaną kurtkę, w której nie będzie chodził w innych sytuacjach, a która z ewentualnymi dowodami będzie leżeć u niego na dnie szafy. W taki oto sposób Huncwoci ,,przyznali się” do dowcipu, za który nie dostali kary, bo nie było na ich związek sprawą żadnych dowodów. Aż do teraz. I aż do teraz James był tylko zirytowany. Gdy Gonagall oznajmiła im, że mają dodatkowy szlaban i to akurat w trakcie treningu, stan Rogacza wyewoluował do mocno wkurzonego. Jednak to nie był koniec przyjemności.
   Opiekunkę domu bardzo zainteresowała nieobecność panicza Blacka w towarzystwie kolegów, a od zainteresowania do stwierdzenia, że owego Huncwota nie ma w Wieży i w związku z tym trzeba go znaleźć i przyłapać na tym, co robi ( bo, że robi coś zasługującego na przyłapanie profesor McGonagall uważała za oczywiste ) długiej drogi nie było.
   Gdy kobieta już miała udać się na poszukiwania, po niepodejmowaniu nawet prób przesłuchania chłopców – szybciej by sobie języki odgryźli niż wydali przyjaciela – Potter walnął Glizdka otwartą ręką w tył głowy. Tak na wszelki wypadek, żeby Peter nie miał wątpliwości, że to wszystko jest jego wina.
- Au! Przestań. Przecież nie wpadnie na to, żeby szukać na przystani. – zawołał Glizdogon, który chyba dopiero po uderzeniu Rogacza się obudził, ale nie można powiedzieć, że oprzytomniał. Bo choć Gonagall była już na oddalającej się części schodów doskonale słyszała słowa Petera, które nie zostały bynajmniej wyszeptane.
   I to był ten moment, w którym James się wściekł.
- Przepraszam… - wyjąkał niepewnie Glizdogon. W tym momencie nawet dobra dusza Huncwotów, czyli Lunatyk nie śpieszyła z tym, żeby go bronić. James jednak, na szczęście dla Petera, zamiast się zastanawiać jak go udusić, wrzucił na tapetę pytanie: Jak pomóc Łapie?
   Zastanawiał się czy go ostrzec. Zdążyłby na pewno ze znalezieniem Lusterka Dwukierunkowego zanim Gonagall zejdzie do przystani. Ale co jeśli Elinor zauważy ich gadżet. Co by powiedział Syriusz stojąc przed dylematem, czy ryzykować zdemaskowanie jednej z huncwockich tajemnic za cenę uniknięcia kary.
   ,,To tylko szlaban.” – niemal słyszał, jak Łapa mówi to z beztroskim uśmiechem na ustach. W takim przypadku pozostawalo  mu tylko zacisnąć zęby i nie robić nic. Czyli po beznadziejnej nocy musiał przełknąć beznadziejny poranek.
- Dobra. – powiedział w końcu. – Chodźmy na śniadanie, bo jak nie zjem zaraz rogalika z dżemem to zapiszę ten dzień kompletnie na straty.
- Ty to tym rogalikom oddzielny stół byś zrobił, na którym stałyby za pancerną szybą. – zaśmiał się Remus, widząc starania przyjaciela, by nie wybuchnąć. Jeśli chodzi o jakąkolwiek słabość do jedzenia w rodzinie huncwockiej na to monopol miał Peter. Jednak gdy w grę wchodziły rogaliki z dżemem wiśniowym… Rogacz wymiękał. Wytłumaczył przyjaciołom kiedyś, że jego babcia zawsze częstowała go takimi, kiedy jako dziecko bawił się u niej w ogródku. Miłe wspomnienia skutecznie sprawiły, że ciepłe, słodkie pieczywo z owocowym nadzieniem zostało podniesione w oczach Jamesa do rangi boskiej ambrozji.
- Też bym w sumie coś zjadł.
- Ty Glizdek lepiej uważaj, bo jeśli nie ja to może Łapa będzie chciał Ci czegoś ,,pouczającego” do jedzonka dorzucić.
- Oczywiście w granicach przyzwoitości i odwracalności, Rogaczu?
- Jak najbardziej Luniaczku. Ale powiedz, nie chciałbyś zobaczyć czy Peterowi nie byłoby do twarzy z dużym fioletowym językiem lub zielonymi uszami słonia?
- Chłopaki, no co Wy…
- A Ty co? Przez Ciebie mamy szlaban, a Syriusz pewnie podwójny zarobi. W zależności od tego w jak dwuznacznej sytuacji Gonagall go przyłapie…
- Czyli jednak uważasz, że Łapa mógłby ulec Elinor?
- Nie Remusie, ale uważam, że ona potrafi organizować dwuznaczne sytuacje. – powiedział Potter śmiechem starając się ukryć, że martwi się o przyjaciela. Spojrzał na Petera. – Ojeju, Glizdek nie dąsaj się. Wiesz przecież, że Huncwoci przeciwko sobie swojej artylerii nie wytaczają.
- On ostatnio delikatny jak dziewczyna się zrobił i strasznie obrażalski.
- To pewnie od czekania.
- Na co?
- Na zwierzęcą imprezę wspierającą Twój futerkowy problem.
- Bardzo zabawne. – Remus rozejrzał się, by się upewnić, że nikt ich nie słyszy. – Zamiast myśleć o włóczeniu się po błoniach nocą, może byście choć skrawek swojej uwagi poświecili egzaminom?
- Zdam je rewelacyjnie. A potem łyknę eliksir wielosokowy i napiszę za Glizdogona. – zażartował James, ale Glizdek dowcipu nie załapał.
- Naprawdę? – Peter prawie zaczepił się o własne nogi z wrażenia.
- Peter, zastanów się przez chwilę. Przecież piszemy egzaminy w tym samym momencie, jak sobie wyobrażasz taki wybieg. Nie wspominając, że przed testami i w ich trakcie jesteśmy nieustannie monitorowani na każdą ewentualność ściągania.
- Luniaczek ma rację, musisz wziąć się do roboty.
- Nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym Ty będzie zaganiał kogoś do nauki.
- Po prostu się martwię, że jak on nie zda dokwaterują nam kogoś do dormitorium i będziemy musieli zmieniać napis tytułowy na Mapie. Choć może ktoś inny zgodzi się być Glizdogonem. Wtedy trzeba by tylko użyc Obliviate…
- Bardzo zabawne. – Peter nie był przyzwyczajony do takich żartów, które nawiasem mówiąc bardzo Remusowi i Jamesowi, a zwłaszcza Jamsowi natroje poprawiły. Zazwyczaj, gdy był obiektem naigrywania się to w sposób, który bawił również jego. No ale cóż, Huncwot musiał być wytrzymały psychicznie, a ten konkretny gapowaty Huncwot musiał ponieść jakąkolwiek karę za kłopoty, w które ich wpędził. Bo chłopcy kochali wpadać w tarapaty, ale nigdy nie z takiej głupoty.
- Czyli co, do następnego meczu będziemy grzeczni? – zapytał Lunatyk, kiedy przemierzali kolejne kondygnacje, by dostać się do miejsce, gdzie napełnią swoje burczące brzuchy.
- Dlaczego? Czekaj, chcesz powiedzieć, że wyczerpaliśmy limit? – Rogacz widząc jak Remus kiwa głową, prawie zrobił usta w podkówkę. Zaczął liczyć. – Dzisiaj zarobiliśmy jeden, ale Syriusz może dwa, a że potrzebuję głównego składu do meczu ze Ślizgonami… No okej to dwa, oprócz tego ten za wybuch w lochach, za tańczącą zastawę stołową na kolacji, za dziurawe kociołki na eliksirach…
- Za latanie na miotle wokół wieży zamkowych, za przestawienie korytarzowych zbroi, za przylepienie Ślizgonów do drzwi łazienkowych i za zabranie z lekcji Opieki nad Magicznymi Stworzeniami…
- Ha, pamiętam. To było dobre. Ale według moich rachunków to dziewięć, a nie dziesięć.
- Zgadza się, ale sam ustaliłeś, że przed meczem ze Slytherinem występuje najwyższy, czerwony priorytet.
- Wręcz szkarłatny. – wtrącił z uśmiechem James, nawiązując do rozmowy o rozbieżności postrzegania kolorów w zależności od płci, którą niedawno odbyli. Była ona natchniona komentarzem Lily, że James nie zna innych określeń i barw poza ,,rudym”, gdy przez jeden dzień nazywał ją epitetami zawierającymi to słowo, jak np. ,,Ruda Przekora” czy ,,Ruda Negacja”.
- No tak, zapomniałem, że się z Łapą nowych nazw odcieni nauczyliście. W każdym razie w myśl tego priorytetu powinieneś zostawić sobie ten szansę na dostanie dziesiątego szlabanu na wyjątkową okazję.
- Głupota. W ogóle co za matoły wymyśliły te zasady? – powiedział Rogacz analizując, że dziesięć szlabanów w miesiącu to bardzo ograniczająca kreatywność granica.
- Ty i Syriusz.
- A, w takim razie cofam co powiedziałem. My nie jesteśmy matołami.
- Z tego co wiem, zdania w tej kwestii są podzielone. – powiedział damski głos, a zza rogu korytarza, w stronę którego szli wyszła autorka tych słów.
   Chłopcy się zatrzymali. Normalnie to James by coś odpowiedział, ale widząc minę Remusa stwierdził, że to nie jest jego teren. Poza tym patrząc na dziewczynę przypominał sobie jej siostrę, co skutecznie odstręczało mu ochotę odzywania się do niej choćby słowem.
- To my poczekamy w Wielkiej Sali. Rozumiesz Luniaczku – rogaliki.
   I po tych słowach odeszli razem z Peterem. Nie było to absolutnie wystawienie przyjaciela. Gdyby Lupin nie życzył sobie zostawania sam na sam z dziewczyną zwyczajnie, by się z nią pożegnał i poszedł za przyjaciółmi, o czym Rogacz doskonale wiedział. Jednak skoro Remus tego nie zrobił… Chyba miał o czym rozmawiać z Corinne Durete.
- Kto zacznie rozmowę? – zapytała i podeszła bliżej Remusa.
- Jeśli tradycyjnie chcesz uniknąć zwrotów grzecznościowych, to chyba osoba, która ma jakąś konkretną sprawę i która w związku z tym zainicjowała spotkanie.
- Zaczepny jesteś. Ale też ostrożny. Nie martw się – nie będę się więcej na Ciebie rzucać.
- Czyżby? Odpuściłaś? – zapytał Lupin i zdał sobie sprawę, że na myśl o tym poczuł drobne ukłucie żalu.
- Nie. Po prostu następnym razem to Ty mnie pocałujesz. Do trzech razy sztuka. – żadnego uśmiechu, wszystko to, co emocjonalne i co chciała mu przekazać kryło się w jej oczach. Patrzyła na niego i z lekkim opóźnieniem zdała sobie z czegoś sprawę. – Nie protestujesz?
- Nie marnuję bezsensownie energii tak, jak Ty kiedy nie mówisz ,,Do widzenia”, bo przecież to taaakie oczywiste, że znowu zobaczysz danego nauczyciela. – uśmiechnął się delikatnie. Dobrze to Corinne wróżyło.
- Powiem wszystkim jedno, wielkie ,,Do widzenia” kiedy będziemy kończyć szkołę. A wracając do tematu – brak protestów mogę uznać za brak obiekcji, by zacząć się ze mną znowu spotykać.
- Corinne, spotykać się możemy, tylko pod warunkiem, że nic z tego nie wyniknie.
- A co ma wyniknąć?
- Wspominałaś coś przed chwilą o całowaniu.
- Zgadza się.
- A ja nie zamierzam mieć dziewczyny.
- Co ma jedno z drugim wspólnego? – zapytała i przekręciła głowę, wydawać by się mogło autentycznie zdezorientowana.
- Żartujesz sobie ze mnie? – zapytał i oparł się ramieniem o ścianę, czując, że ta rozmowa trochę im się przedłuży.
- Absolutnie. Próbuję Cię wyrwać z ciasnych ram obyczajowych. – Corinne się uśmiechnęła widząc minę Remusa. – Zareagowałeś jakbyś usłyszał o piciu sfermentowanego soku z dyni.
- Nie za bardzo wiem do czego zmierzasz.
- Ja nie szukam chłopaka. Ani narzeczonego. Ani tym bardziej męża. Za to szukam inteligentnego i bardzo interesującego chłopaka, z którym mogłabym się widywać i który zapewniłby mi trochę czułości.
- Ty mi proponujesz związek otwarty? – Remus to powiedział, zanim jego umysł porządnie całość przetrawił. Po przetrawieniu nie przedstawiało to się jednak lepiej.
- Nie do końca. W końcu Ciebie nie interesują związki, a mnie inni chłopcy, więc dzięki temu możemy mieć pewność, że osób trzecich w tym układzie nie będzie. A oboje możemy mieć z tego korzyści. I masz moje słowo – bez żadnych zobowiązań i robienia sobie nadziei.
   Remus oniemiał. Nie był ograniczony umysłowo i sposób patrzenia na świat też miał szeroki, ale to, z czym wyskoczyła Corinne… Chciało mu się na zmianę śmiać, uciekać i poznać bliżej drogi, jakimi chodzą myśli autorki tak dziwnego pomysłu. Nigdy by się nie spodziewał, że to on dostanie od dziewczyny taką propozycję. Gdyby Syriuszowi jedna z jego fanek zaproponowała taki układ, byle go nie ograniczać, ale po części trochę mieć. Ale nie. To najspokojniejszy z Huncwotów stał przed dziewczyną, tak pewną swego, że praktycznie już planującą ich następny spacer po błoniach i miał właśnie się zgodzić, tak właśnie, zgodzić na coś niesamowicie dziwnego.
   Huncwoci tak jakoś mieli, że normalne historie, propozycje i dziewczyny zdawały się płynąć nurtem kompletnie odizolowanym od nurtu ich życia. A na potwierdzenie tego, gdy dwaj Huncwoci jedli śniadanie ( jeden wszystko po kolei, a drugi skrupulatnie wybierając z najbliższych tacek rogaliki z wiśniami ), trzeci wplątywał się niewiążący związek, ten ostatni był w zupełnie innej części zamku, idąc korytarzem, na którego końcu znajdowało się wejście do gabinetu dyrektora.

**

   Profesor McGonagall nie odezwała się ani słowem od wyjścia z przystani. Usta miała zaciśnięte do granic możliwości. Powstrzymywała się w ten sposób od dalszego krzyczenia na dwoje prowadzonych przez siebie uczniów. Po tylu latach w szkole uczniowie dalej swoimi wybrykami potrafili przekraczać granice tam, gdzie wydawać by się mogło nie można już było ich przekroczyć. Właśnie w takiej sytuacji, która teraz zaistniała, uważała, że bez interwencji dyrektora się nie obejdzie. Szła szybkim krokiem przed dwojgiem skazańców, nie odwróciwszy się ani razu, by sprawdzić czy za nią idą.
   Z resztą było to całkowicie niezasadne. Słyszała każdy krok Syriusza i Elinor. Każdy plaskający krok i wiedziała, że zostawiają za sobą ścieżkę malutkich kałuży. I on i ona byli cali mokrzy. W takim stanie znalazła ich na przystani i z emocji nawet nie pomyślała, podobnie jak oni, żeby trochę osuszyć ubrania, z których strużkami ciekła woda. Chłopak i dziewczyna zachłyśnięci, ale nie wodą, tylko emocjami nawet nie zwrócili uwagi na zimno, które zaczęło zamrażać im włosy i ubrania w trakcie podróży z przystani do zamku.
   Syriusza grzała złość. Kiedy pomyślał o nocy, którą miał za sobą ( mimo, że Rogacz na bank uznałby swoją za gorszą, bo przecież nudną ) miał ochotę palnąć w Elinor jakąś klątwą. I byłby to zrobił, gdyby Gonagall nie zabrała im różdżek. To, co się działo po tym jak się zgodził , cała ta rozmowa, w końcu przewrócenie się łódki… Szlag go trafiał, gdy tylko o tym pomyślał. I gdyby szedł teraz cały mokry z James, Remusem albo Peterem. Cała sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie tylko dla niego, ale i dla McGongall. Bo z jej perspektywy sytuacja była jasna – przyłapała uczniów na całonocnej schadzce. A jego zaprzeczeniom, co do takiego stanu rzeczy nie pomagały uśmieszki Elinor ani jego podarta przez całą długość torsu koszulka.
   Gdy doszli do posągu przed drzwiami gabinetu Dumbledore’a, Gonagall wypowiedziała hasło, a czekając na otwarcie przejścia, jej rozsznurowane usta powiedziały po raz kolejny.
- Cała noc w łódce na jeziorze, butelki po piwie kremowym… To po prostu karygodne. – powiedziała, dopiero na ostatnie cztery słowa odwracając się do uczniów. A gdy się odwróciła i spojrzała na koniec korytarza dodała. – Panno Justice, co pani tutaj robi?
   Łapa w pierwszej chwili miał nadzieję, że się przesłyszał. Niestety gdy się odwrócił zobaczył stojącą paręnaście metrów dalej Jules. Nie było mowy, żeby nie słyszała słów Gonagall.
- Ja… - odchrząknęła i zebrała szybko myśli. – Profesor Slughorn prosił, żebym natychmiast to pani przekazała. – ruszyła w ich stronę z wyciągniętym przed sobą rulonikiem pergaminu. Syriusz przez cały ten czas patrzył na nią intensywnie, próbując złapać z przyjaciółką kontakt wzrokowy. Jednak bezskutecznie.
- Dziękuję bardzo. – powiedziała Gongall, biorąc zawiniątko. – Możesz wracać na lekcje.
- Proszę bardzo. Do widzenia. – Jules chciała odejść, ale Syriusz złapał ją za nadgarstek i zmusił żeby na niego spojrzała. Tylko co on mógł jej teraz powiedzieć, jak wytłumaczyć całą sytuację. Poza tym czemu miałby się jej tłumaczyć, czemu fakt, że wysnuje błędne wnioski wydał mu się tak przerażający. W czasie, gdy te myśli szybko przemknęły mu przez głowę, jego uścisk zelżał. Jules tylko spojrzała z uniesioną brwią na jego klatkę piersiową, wystającą spod porwanej koszulki, potem na niego i zabrała rękę. Trwało to najwyżej parę sekund, ale tyle czasu wystarczyło Elinor, by zdecydowała się odezwać.
- Powiedz proszę Jules, jak możesz oczywiście, profesorowi Slughornowi, że nie będzie mnie dziś na zajęciach. Kiedy odbiorę zasłużoną karę, za niemoralne zachowanie, będę się jeszcze musiała odświeżyć po nocy, a trochę to może zająć. – powiedziała i spojrzała wymownie na Syriusza.
   On wytrzeszczył oczy. Chrzanić różdżkę, przecież może ją udusić.
   Natomiast Jules odwróciła się do nich znowu z uśmiechem na twarzy.
- Żaden problem. Usprawiedliwię Cię też, jakbyś spóźniła się na zielarstwo. I powiem siostrze, żeby się o Ciebie nie martwiła. – powiedziała to spokojnie i bez jadu. Prawdziwa klasa i opanowanie. – Jeszcze raz do widzenia pani profesor, do zobaczenia Elinor i cześć Syriuszu. – po czym odwróciła się i odeszła.
   Syriusz był pełen podziwu jej postawy, ale zbyt mądry by sądzić, że wszystko jest w porządku. Teraz jednak, zaganiany przez Gonagall do gabinetu dyrektora postanowił czerpać radość z wściekłości Elinor, spowodowanej nieudaną próbą prowokacji.
   Oraz postarać się przekonać dyrektora, że nie był wcale na randce z Durete, tylko, że próbował ją utopić w jeziorze. Obie sytuacje cechowały się podobnym prawdopodobieństwem, drugie nawet już większym, więc jeśli miał oberwać za dopowiedziany i nieprawdziwy scenariusz dzisiejszej nocy, to chciał, by była to wersja, której wizualizacja sprawi mu przyjemność.



* fragment wiersza Roberta Frosta pt.:,,Ogień i Lód"

czwartek, 6 lipca 2017

20. Raz na łódce, a raz...

    Syriusz narzucił na siebie pelerynkę-niewidkę, gdy tylko zamknął za sobą drzwi od dormitorium. Uprzednio oczywiście dokładnie upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu i w żaden sposób nie narazi jednej z największych tajemnic Huncwotów. Potrafił wczuć się w rolę niewidzialnego i bezgłośne oraz niewchodzące nikomu w drogę poruszanie uruchamiało mu się instynktownie, gdy tylko nakrywał się skarbem przyjaciela. Przeszedł przez Pokój Wspólny i szczęśliwie trafił na moment, w którym uczniowie klasy siódmej przechodzili przez dziurę za portretem. Było już grubo po ciszy nocnej, nawet tej ustalonej dla najstarszych roczników, dlatego Syriusz przyśpieszył, by na pewno zdążyć wykorzystać okazję, która miała marne szanse się potem powtórzyć. Mijając wracających rozpoznał w nich najsłynniejszą w Gryffindorze parę nazywaną Lwim Małżeństwem. Sami zainteresowani byli świadomi tego przezwiska i chyba nie za bardzo ono im przeszkadzało. Drugi jego człon był oczywiście związany z ich całkowitą nierozłącznością trwającą już trzeci rok, a pierwszy… Cóż. Wcale nie nawiązywał do herbu Gryfonów. Byli z pewnością udaną parą, ale kiedy już się od czasu do czasu o coś kłócili byli w tym temperamentni niczym walczące dzikie koty.
   Łapa schodząc po schodach i nie martwiąc się jakoś szczególnie o reakcję Grubej Damy na jego powrót w środku nocy ( nigdy tak naprawdę się z Huncwotami jej wrzaskami i pytaniami nie martwili ), pomyślał o tym czy fakt, że zna tak dobrze uczniów i ich życie osobiste to powód do dumy czy raczej dowód na stwierdzenie Jules, że ,,faceci to najwięksi plotkarze”. Uśmiechnął się. Jego przyjaciółka miała tak wiele charakterystycznych i ,,swoich” określeń na wiele spraw oraz tyle ciekawych teorii, że rozmowy z nią były często prawdziwymi kabaretami urządzanymi przez nią celowo, z nadzieją na rozbawienie trochę rozmówcy i zyskanie jego sympatii. Cóż, na Huncwotów podziałało. Black przewijając wszystkie spotkania z panną Justice w myślach miał przez moment ochotę zmienić kierunek podróży i za cel obrać Pokój Wspólny Puchonów.
   Otrząsnął się jednak przechodząc przez hol. Po pierwsze i tak za duży procent jego myśli zajmowały ostatnio dziewczyny, pod różnymi postaciami: przyjaciółek, adoratorek, prześladowczyń. Po drugie chciał być czujny. Kiedy wyszedł na dwór i poczuł siarczysty mróz zaczął się poważnie zastanawiać nad czekającym go za chwilę spotkaniem. Liścik, który Elinor wysłała był starannie przemyślany, chociażby ze względu na to, że ukazał się dopiero jego odbiorcy, a jego treść:
Syriuszu,
Zapraszam Cię gorąco na rozmowę po przystani.
Dowiesz się kilku ciekawych rzeczy, ale pod warunkiem, że będziesz sam.
Pamiętaj, że tajemnicę, jak piękną chwilę – łatwo spłoszyć.
Czekam
Elinor
   Tak, było to bardzo w stylu panny Durete. Wiedziała jak intrygować nawet słowem pisanym i choć Łapa była za to na siebie zły, pozwolił by wzbudziła w nim ciekawość. I to wielką. Jednak jako doświadczony spec od rzeczy ciekawych, szalonych i ryzykownych potrafił zachować dystans, przynajmniej pozorny oraz trzeźwy umysł. Dlatego, by nie przysporzyć wstydu braci Huncwockiej, że przez nieuwagę wpadł w jakąś nie pierwszej klasy pułapkę ( pułapki pierwszej klasy mogły mieć za autorów wyłącznie Czwórkę Wspaniałych ), trzymając rękę w kieszeni chwycił w nią różdżkę. Następnie na jednym z kamiennych balkonów dzielących schody prowadzące do przystani przykucnął tak, aby być poza zasięgiem wzroku ewentualnych obserwujących teren osób i dopiero tak schowany zdjął pelerynkę i schował ją złożoną do wewnętrznej kieszeni kurtki. Ruszył dalej.
   Na ostatnich stopniach lekko zwolnił i ,,przeskanował” teren z uwzględnieniem miejsc mogących stanowić kryjówki – albo dla niego, albo dla kogoś, kto się tu na niego czaił. Nie wywęszył jednak żadnych intruzów, więc podszedł do drzwi budynku przystani. Przypominając sobie maksymę James’a - ,, Bez ryzyka nie ma zabawy” nacisnął klamkę i wszedł do środka.
   W środku było jasno od przynajmniej tuzina palących się lamp gazowych, a o pomost w kształcie litery U delikatnie w rytm niezauważalnych fal obijały się cztery łodzie. W jednej z nich siedziała Elinor Durete. Nie była ubrana w mundurek szkoły, ale nie wybrała też zestawu, który pierwszy jej przemknął przez głowę, kiedy pomyślała o wieczorze z Syriuszem Blackiem. Uznała jednak ostatecznie, że czerwona sukienka z gołymi plecami będzie zbyt oczywista i szybciej strzeli nią sobie w kolano niż upoluje cel. Dlatego została przy czarnych spodniach, koszulce i kurtce, a swoje długie włosy wyjątkowo zaplotła w warkocz.
- Ma mi to pomóc uniknąć ,,wystudiowanej” zabawy włosami – powiedziała widząc, że Syriusz zwrócił uwagę na jej fryzurę. On nic nie odpowiedział, tylko czekał. Wiedziała, że musi na razie niezrażona dalej realizować swój plan, aż w końcu uda jej się sprowokować Łapę, by zrobił metaforyczny krok na drodze, którą widziała oczyma wyobraźni. – Zechcesz dołączyć? – wskazała miejsce w łódce naprzeciwko siebie. Zero reakcji. – Ociepliłam zaklęciem powietrze wokół łódki, nie zmarzniemy. Powinieneś to docenić. Mogłam użyć starego jak świat tekstu, że możemy się wzajemnie ogrzać. – Dalej nic, mimo, że starała się prowokująco żartować. – Naprawdę… - zaczęła, ale widząc, że Syriusz obraca się na pięcie i próbuje wyjść, zamilkła. – Poczekaj! – wyskoczyła z łódki i tą spontaniczną oraz nagłą reakcją zatrzymała Łapę.
- Elinor, doceniam starania, kreatywność, zaangażowanie, ale nie mam ochoty na podchody i oglądanie Twoich popisów aktorskich…
- Nie będziesz musiał. Widzisz, że staram się zdjąć swoją maskę. Nie przychodzi mi to łatwo, bo jest ze mną zrośnięta, ale mógłbyś dać mi szansę.
- Szansę na co? Bo to wyjątkowo kluczowa kwestia.
- Na spędzenie miło czasu i – śpieszyła dodać widząc, że Syriusz przewraca oczami – poznanie tajemnicy, bo takowa naprawdę istnieje.
   Łapa popatrzył na nią i ciężko westchnął. Zastanawiał się czy bardzo będzie miał sobie za złe, jeśli ulegnie i okaże się, że tak naprawdę nie było warto. Czy jego reputacja nie ucierpi. Nie ta ogólna, przecież wiadomo było, że raczej nikt się nie dowie o tym spotkaniu, ale Syriusz dbał o nią również przed samym sobą. Za coś czym nadszarpnąłby szacunek w oczach innych, u samego siebie straciłby szacunek podwójnie. Zastanawiał się nad tym i patrzył na dziewczynę.
   Była inteligenta i pomysłowa ( w końcu była Krukonką ) i trochę go już poznała. Z pewnością wiedziała, że nie łatwo go zainteresować czy zrobić wrażenie. Skoro zadała sobie tyle trudu i była tak zdeterminowana… Dobra, w ostateczności uzna, że przeprowadzał badania poznawcze nad słynną Smoczycą.
- Oprócz zaklęcia ocieplającego dodajmy Muffliato, na ewentualnych szpiegów. – powiedział i ruszył w stronę łodzi, ale Elinor zastąpiła mu drogę. – Rozmyśliłaś się?
- Najpierw kwestie płoszenia. Przyszedłeś sam?
- Tak.
- Nie powiedziałeś nic chłopakom?
- Nic czego sami, by się nie dowiedzieli. Nie rób takiej oburzonej miny. Wiesz, że żadna tajemnica nie uchowa się na terytorium Huncwotów.
- Niech będzie. Zapraszam
   Syriusz wszedł do łódki i zachowując się tak, jak kazały mu maniery podał Elinor rękę, by pomóc jej bezpiecznie usiąść. Gdy już oboje zajęli swoje miejsca Elinor machnęła dwa razy różdżką. Spełniła w ten sposób prośbę Syriusza w kwestii zabezpieczeń oraz odcumowała łódkę. Syriusz usiadł wygodniej i stwierdził, że ma już pierwszy plus swojej nocnej wycieczki – nocą jeszcze nie pływał po jeziorze.
- Jak na zamówienie mamy niebo bez żadnej chmurki. – zauważyła Elinor kiedy wypłynęli z przystani.
   Syriusz popatrzył w górę. Niebo faktycznie wyglądało olśniewająco, czyste i usiane gwiazdami. ,,Jules, by się spodobało.” – pomyślał i spojrzał na Elinor, która patrzyła na taflę wody.
- Efekt podwójnego nieba. – powiedziała. Faktycznie, gwiazdy pięknie się odbijały w jeziorze. – Klimat potrafię zapewnić pierwszorzędny, prawda? – uśmiechnęła się półgębkiem i Syriusz był gotowy stwierdzić, że jest to prawdziwy i normalny uśmiech.
- Prawda. Widzę, że Ty potrafisz być naturalna dopiero, gdy masz zaledwie jednego świadka swojego zachowania.
- Być może, ale widzisz, że się staram. – sięgnęła do tyłu do schowka znajdującego się na dziobie łódki. – Masz ochotę na piwo kremowe?
   Syriusz widząc dwie butelki trzymane przez dziewczynę zaśmiał się w swój szczekliwy sposób.
- Niezła jesteś. Chętnie. – wziął i otworzył oba piwa o burtę łódki.
- Cieszę się, że nareszcie zacząłeś to dostrzegać. No co? Filtr to mój chleb powszedni i rzecz całkowicie naturalna. – wytłumaczyła się widząc jak Syriusz unosi brew znacząco.
- Okej, atmosfera i podłoże gotowe, tera…
- Słyszałeś prawda? – przerwała mu, chcąc trzymać kurczowo ster rozmowy. Nie musiała precyzować o co chodzi, Syriusz szybko kojarzył.
- Tak i nie podoba mi się jak nazwałaś Lily. – powiedział i usiadł prosto.
- Wiem. Domyślam się, że przywiodłam Ci od razu na myśl Twoje korzenie, od których intensywnie starasz się odciąć.  
- Nie jest to temat, do którego mam ochotę teraz wracać. Na tym między innymi polega odcinanie się. A nad tym, że moja rodzina to banda baranów nie ma sensu debatować. – powiedział i uśmiechnął się kwaśno. – A wracając do tematu: rozumiem, że nie masz problemu z takim słownictwem?
- Nie ukrywam, że ideologicznie się trochę różnimy i mam trochę inny sposób patrzenia na świat…
- Zauważyłem. – powiedział Syriusz myśląc o nowym towarzystwie Elinor.
- …ale to akurat było konieczne. – dokończyła czekając na reakcję Łapy. Ten zmarszczył brwi i czekał na kontynuacje. Gdy ta nie nastąpiła samoistnie powiedział:
- Rozumiem, że mam prosić, żebyś mi wytłumaczyła dlaczego? Albo coś w zamian zrobić?
- Nie podsuwaj mi kuszących pomysłów. – uśmiechnęła się i musnęła palcem wierzch jego dłoni. – Bo oprócz obietnicy karzę Ci się jeszcze rozebrać.
- Szybciej chyba wyskoczę i popłynę wpław do brzegu. – skontrował Syriusz. – Jakiej obietnicy?
- Wysłuchaj uważnie, żeby nie było żadnych niejasności: Obiecasz mi, że wszystko co Ci powiem zostanie między nami, a jeśli komuś punkty kluczowe zdradzisz, to chroniąc swojego informatora huncwockim sprytem. – skończyła i patrzyła jak Syriusz analizuje jej słowa patrząc na nią intensywnie. ,,Te jego stalowe oczy, te włosy nonszalancko opadające na czoło…” – zaczęła się rozpływać.
- Obiecuję. – niespodziewana deklaracja Blacka sprawiła, że Elinor aż drgnęła. – I tyle Ci wystarczy?
- Oboje wiemy, że słowo Huncwota jest nie do ruszenia. Honor nie pozwoli Ci go złamać.
- Skoro to ustaliliśmy. – powiedział Łapa chcąc pośpieszyć rozwój sytuacji, bo powłóczyste spojrzenia, którymi Elinor akcentowała swoje wypowiedzi zaczynały go nudzić. – Przejdźmy do rzeczy.
- Jak sobie życzysz. – Elinor wstała i dosiadła się na ławeczkę obok Syriusza. – Wiesz na czym polega bycie podwójnym agentem? – zapytała i położyła mu rękę na ramieniu.
- Wiem. – odpowiedział i zdjął jej rękę z siebie swoją ręką. – To jakiś test?
- Nie. A wiesz, że Twój brat należy do młodocianych Śmierciożerców?
- Nie mogę odpowiadać za tego pacana, ale mam taką świadomość.
- Podobam mu się. To stwierdzenie, nie pytanie.
- Mam Ci pogratulować? Może w związku z tym inny Black powinien tu teraz siedzieć. To sugestia, nie wyrzut zakrapiany smutkiem. Tak żeby była jasność.
- Oczywiście. Chodzi mi po prostu o to, że bycie obiektem czyiś westchnień daje nam ogromną władzę. Tobie chyba akurat nie muszę tego tłumaczyć. Jednym słowem lub obietnicą pocałunku mógłbyś zmusić połowę dziewczyn ze szkoły do skoku z Wieży Północnej. – mrugnęła do niego. – Wyprzedzając pytanie: ja bym nie skoczyła, umiem osiągać to, czego chcę swoimi sposobami.
- Nie miałem zamiaru o nic pytać. A Twoje zachowanie coraz bardziej odbiega od naturalnego. – zauważył Syriusz i nie skrępowany dalej patrzył Elinor prosto w oczy, mimo, że ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
- No dobrze. Dosyć kluczenia.
- Nareszcie. – szczerze ucieszył się Black.
- Przystałam na propozycje Twojego brata i dołączyłam do jego grupy. – ta deklaracja sprawiła, że Syriusz przed chwilę nieznacznie wytrzeszczył oczy. Zdawał sobie sprawę, że panna Durete zaczęła się obracać w niewłaściwym towarzystwie, ale nie sądził, że zapisała się do ,,klubu”.
- Mam na Ciebie nakrzyczeć albo zwymyślać?
- Nie. Masz zastanowić się jaki możesz mieć w tym interes. – dziewczyna tylko to powiedziała, a chłopak już wszystko zrozumiał.
- Chcesz być moim szpiegiem?
   Elinor potaknęła, by nie zakłócać ciszy, która zapadła i dać temu pytaniu wybrzmieć. Widziała jak trybiki chodzą w głowie Syriusza ze zdwojoną szybkością. Chłopak popatrzył na wodę i zanurzył w niej rękę. Poczuł jak lodowata woda sprawia, że palce zaczynają go piec. W całej tej sytuacji było sporo rzeczy, które nie do końca mu się podobały, ale przed podjęciem ostatecznej decyzji musiał zyskać klarowny obraz całości.
- Od jak dawana jesteś Śmierciożercą Na Okres Próbny? – Elinor spodziewała się wielu pytań, ale akurat nie takiego. Po zastanowieniu się jednak uśmiechnęła się pod nosem. Syriusz po raz kolejny jej zaimponował.
- Rozumiem co masz na myśli. Czy już zyskałam dostateczne zaufanie, by po pierwsze nie wzbudzać podejrzeń, a po drugie – mieć dostęp do cennych informacji. – Syriusz tylko nieznacznie kiwnął głową. – Nie musisz się tym martwić. Mam już swoje sposoby na odwracanie od siebie podejrzeń.
   Syriusz doznał olśnienia.
- To o to chodziło. – Łapa popatrzył na nią i zaczął się śmiać. – Temu miało służyć to dzisiejsze przedstawienie. Chciałaś, by jak najwięcej osób zauważyło po czyjej jesteś stronie i jakie rzekomo masz poglądy.
- I jak tu za Tobą nie szaleć. Taki inteligentny. – westchnęła i wyciągnęła rękę, by odgarnąć jeden z kosmyków opadających Syriuszowi na czoło, ale jego mina skutecznie ją powtrzymała w pół ruchu. – W każdym razie kwestię odsuwania od siebie podejrzeń zostaw mi. Oraz zauroczeniu Twojego brata moją osobą. Poradzę sobie.
- No dobrze, ale już ustaliliśmy, że poglądami bliżej Ci do nich niż do mnie. Nie przeszkadza Ci to, że będziesz działać przeciwko swojemu frontowi?
- Bądźmy szczerzy. Ich nie można traktować poważnie, jeśli chodzi o reprezentację frontu. Przynajmniej nie wszystkich. Poza tym kiedy uznam, że szkolne zabawy zaczynają się przeradzać w coś prawdziwego, zawsze mogę zerwać naszą umowę i zatopić się w Ciemność, która jest moim zdaniem jedyną właściwą drogą.
- Właściwą, czyli przynoszącą Ci korzyści. Właśnie w ten sposób dokonujesz kwalifikacji – albo coś Ci się opłaca, albo nie. – Syriusz był wyraźnie zniesmaczony systemem wartości dziewczyny i coraz poważniej rozważał czy faktycznie dostanie szoku termicznego w trakcie próby dopłynięcia wpław do przystani.
- Nie krzyw się tak. – zamruczała Elinor, a Łapa nie wytrzymał.
- Jak Ty to sobie wyobrażasz? – zapytał prawie krzycząc. – Nie nasiąknąłem w domu kategoryzowaniem ludzi, ale po deklaracjach i czynach potrafię ocenić z kim nie znajdę wspólnego języka. I chyba na tym skończymy naszą rozmowę.
- Nie sądzę.
- Czyżby? – Syriusz wstał i nie krył już dalej tego, jak bardzo był zdenerwowany. Patrząc w stronę przystani zaczął oceniać dzielącą ich od niej odległość. Elinor tylko dopiła swoje piwo, zarzuciła warkocz na plecy i obejrzała swoje paznokcie. Łapa doszedł do wniosku, że jednak był zbyt łaskawy dla dziewczyny wyznaczając granicę między naturalnością a grą aktorską. Dla niej gra była czymś najwyraźniej wrodzonym.
   Durete spojrzała na Syriusza.
- Przystaniesz na moją propozycję, bo chcesz wiedzieć kogo zlinczować za otrucie Jules.
   Bomba. Taką siłę właśnie miały słowa dziewczyny, czego oczywiście się spodziewała. Syriusz się zachwiał, a łódka razem z nim. Jednak tak szybko jak został wytrącony z równowagi, tak szybko się otrząsnął, a jego umysł ( jak to bywa często w nerwach ) pracował błyskawicznie.
- Nie potrzebuję Cię już wcale. Naprowadziłaś mnie, że stoją za tym nasze szkole Sługusy Ciemności. A mi ani chłopakom nie przeszkadza zemsta na szerszym gronie. Nawet taka profilaktyczna w niektórych przypadkach.
- Nie chcesz zaspokoić swojej ciekawości?
- Przeżyję jakoś bez tego.
- A co jeśli atak się powtórzy? Dobrze, by było mieć w szeregach przeciwnika kogoś, kto skieruje uwagę Ślizgonów na jakiś inny cel.
- To ma być szantaż? – Syriusz usiadł, ale nie z wrażenia tylko by zbliżyć się do Elinor tak, by zobaczyła gniew w jego oczach.
- Sam sobie odpowiedz na to pytanie. I jeszcze na jedne – czy faktycznie dasz radę mieś ja na oku i ochronić przed następnym atakiem? Zawsze sprawdzać jej jedzenie, picie, czatować pod jej sypialnią. Bo ja dam radę przekonać Twojego brata, że naszą małą Jules przydałoby się napoić czymś jeszcze.
   Syriusz dopił butelkę piwa, by się uspokoić. W tej chwili miał ochotę utopić Elinor. Zawsze tak reagował, gdy ktoś dobierał się do jego przyjaciół, groził lub obrażał. By ich chronić był w stanie zrobić wszystko. Przypomniał sobie twarz Jules – bladą i w kropelkach potu, oczy z samymi białkami i ciało wstrząsane drgawkami. Miał wtedy wrażenie, że umiera na jego oczach. Nigdy się tak nie bał. Nie wiedział co robić, ale nie chciał bezczynnie patrzeć, więc machinalnie sięgnął po różdżkę do kieszeni i znalazł w niej bezoar. Gdy wsunął go Jules do buzi… Takiej ulgi też chyba nigdy w życiu nie czuł. Stanął wtedy twarzą w twarz ze swoim największym lękiem – utratą przyjaciela, na którą nie będzie mógł nic poradzić. Nie uważał, że nie byłby w stanie ochronić Jules, byłby w stanie podjąć się tego wyzwania. Ale rozmawiał ostatnio z Rogaczem na temat tego, że obaj uważają się za niezwyciężonych i może to być niebezpieczne. Nie chciał narażać Jules przez swoje zarozumialstwo, którego był wbrew pozorom w pełni świadomy. Westchnął.
- Czego chcesz w zamian? – zapytał nie patrząc nawet w stronę Durete.
- Niczego wielkiego. Po prostu widywać się z Tobą od czasu do czasu, nie tylko w  momencie przekazywania informacji. Zobaczysz, że się polubimy.
- Marne szanse.
- Czyli się zgadzasz?
   Syriusz popatrzył na dziewczynę. Ona rzeczywiście była na tyle płytka, by chcieć tylko i wyłącznie takich dziwnych ,,randek” z nim. Nie czerpała przyjemności z tego, że przycisnęła go do ściany. Mimo tego, on czuł się w tej rozgrywce z nią przegrany. Choć nie powinien mieć takiego poczucia ktoś, kto poświęca się dla dobra przyjaciela. Teraz jednak nie to go pocieszało. Czuł, że nagromadził tej nocy sporo informacji o naturze panny Durete i miał je zamiar wykorzystać. Bo nawet jeśli podpisując ten pakt oddawał jej bitwę, to wojna miał zamiar wygrać i to z wielkim hukiem.

czwartek, 29 czerwca 2017

19. Pukanie

Kochani!
Jak widzicie już wróciłam i w ramach zadośćuczynienia wstawiam następną notkę. Postaram się wstawiać je od teraz raz w tygodniu. 
Dziękuję wszystkim wiernym czytelnikom za cierpliwość <3 oraz zapraszam do lektury tych całkiem nowych :)
W dalszym ciągu proszę o komentarze i przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy, których nie wyłapałam, a które zapewne gdzieś się w notkach przewijają.
Pozdrawiam Was i życzę miłego czytania :)))

:) :) :)

   Peter po skończeniu swojego kolejnego i z pewnością nieostatniego indywidualnego szlabanu, który odbywał pod czujnym okiem profesor McGonagall zmierzał nieśpiesznie w stronę wieży Gryffindoru. Szedł sam zajadając się czekoladową żabą, którą znalazł w kieszeni szaty, a którą zostawił tam kilka dni wcześniej jako przekąskę ,,na później”. Wiedział, że już dziś nie ma w planach niczego ciekawego, a tym bardziej nie zamierzał się w żadnym razie uczyć. Choć w tej drugiej kwestii Remus mógł mieć trochę odmienne zdanie. Po wynikach mini-testów próbnych, które zrobili nauczyciele niektórych przedmiotów uczniom klasy piątej nawet James i Syriusz ( których wyniki były wyjątkowo monotonne – W, W, W, W ) przyznali, że za Glizdka trzeba się wziąć na poważnie. Nie byli w tym zbyt nachalni, ale nauczyli się sprytnie przemycać delikatne korepetycje w trakcie przygotowywania swoich wspaniałych numerów. Zależało im na dobru przyjaciela i choć obaj oburzyliby się zapewne na takie stwierdzenie – mieli ze swoimi zdolnościami pedagogicznymi i podejściem do ,,ucznia” zadatki na nauczycieli.
   Profesor McGonagall zdawała sobie sprawę z tego, że oprócz wielkiego talentu będącego udziałem Pottera i Blacka obaj cechują się też wielkim sercem, mimo całych serii dowcipów i problemów, których potrafili dostarczyć społeczności szkolnej w ciągu tygodnia. Dlatego pomijając zajęcia dodatkowe, na które ostatnio kazała przyjść Peterowi nie martwiła się mocno jego egzaminami. Niestety w związku z codziennym zachowaniem Huncwoci swoją sympatię do nich musiała raczej kryć i pilnować, żeby za każdą akcję wbrew regulaminowi spotkała ich kara. Peter swoim właśnie zakończonym szlabanem zamknął odpracowywanie ostatniego numeru. Rogacz, Łapa i Lunatyk swoje kary już odbyli, każdy innego dnia lub o różnej porze. Była to nowa technika opiekunki Domu Godryka. Uważała i to całkiem trafnie, że chłopcy rozrabiać wolą całą paczką i dlatego zamiast odbierać im jeden wieczór za jednym zamachem, sprawiała, że nie mogli knuć niczego w pełnym składzie czasem aż przez cztery pod rząd.
   Peter wiedział, że nie jest mózgiem huncwockich operacji i zdarzało się, że przychodził do dormitorium by usłyszeć gotowy plan. Nie miał nic przeciwko temu. Samo debatowanie nad organizacją nie było dla niego tak bardzo ciekawe, zwłaszcza, że przed większymi akcjami potrafiły one trwać nawet kilka dni. Kiedy tak było Glizdogon często nawet nie doczekiwał końca nocnych narad i wcześniej, po długiej i dzielnej walce z sennością po prostu zasypiał.  Chłopcy żartobliwie nazywali go wtedy ,, Człowiekiem Czynu”, który woli działać niż planować. Za to samymi akcjami był tak podekscytowany, że o chociażby odrobinie senności nie było mowy. Syriusz i James, którzy w tworzeniu swoich numerów byli prawdziwymi artystami i wirtuozami kreatywności zazwyczaj pozwalali Glizdogonowi na ,,naciśnięcie czerwonego guzika”, czyli zainicjowanie i rozpoczęcie zabawy. To naprawdę dawało Peterowi tyle radości, że wystarczało mu w zupełności za udział w całym dowcipowym procesie. Za to pozostała trójka Huncowtów zdawała sobie sprawę, że realizacja to zazwyczaj czubek góry lodowej i wszystkie poprzedzające ją etapy dawały im ( nawet Remusowi ) mnóstwo satysfakcji. Co prawda koronacją trudów był końcowy efekt, a wpisywały się w niego reakcje uczniów ( w przypadku większości – śmiech, uznanie, zachwyt ), ich obrażenia ( w przypadku tych, którzy nie zaliczali się do większości, czyli Ślizgonów ) albo nerwy nauczycieli, starających się ukryć uśmiechy, czy czasem nawet podziw. Wszystkie te wrażenia i uczucia towarzyszące huncwockiej zabawie potrafiły zachłysnąć i były niesamowicie uzależniające. Do tego stopnia, że gdy poziom adrenaliny i rozrywki w szkole spadał poniżej zera chłopcom zdarzało się nawet spontanicznie i nagle coś ,,skomponować”, by wskaźnik dobrej zabawy na powrót wywindował na wyżyny. Ten rodzaj akcji, spontanicznych i nieplanowanych był realizowany praktycznie z biegu i wyjątkowo nie zawsze w pełnym składzie.
   Wiedząc o tej właściwości wybryków niespodziewanych Peter, widząc ożywienie z jakim rozmawia ze sobą grupa Krukonek przed nim dyskretnie przyśpieszył kroku, żeby podsłuchać o czym debatują. Miał przy tym nadzieję usłyszeć imiona, nazwiska, bądź przezwiska swoich współlokatorów i nacieszyć uszy szczegółami tego, co właśnie zrobili. Kolejnym krokiem po nagromadzeniu wystarczającej ilości informacji miałoby w zamyśle Glizdka odchrząknięcie w celu zwrócenia na siebie uwagi i minięcie dziewczyn z zadowoloną miną. Zdawał sobie sprawę, że choć nie mógłby nigdy liczyć na taką popularność wśród płci przeciwnej jaką cieszył się Remus, James, a już tym bardziej Syriusz, jego przynależność do paczki Huncwotów podnosiła, nazwijmy to – jego wartość rynkową o ładnych kilka lub kilkanaście punktów. Peter bardzo to lubił. Podobało mu się grzanie w blasku jupiterów nakierowanych na jego przyjaciół i nie przeszkadzało mu, że popularność zdobywa w pewnym sensie ,,po znajomości”.
   Gotowy już do szpiegowania, z papierkiem po czekoladowej żabie wepchniętym do kieszeni i oblizanymi pośpiesznie palcami zbliżył się podekscytowany do dziewczyn i niemal przestępował z nogi na nogę, nie mogąc się doczekać, aż przekaże wszystko co usłyszy przyjaciołom. Krukonki były tak zajęte omawianą przez siebie sprawą, że nawet nie zwróciły uwagi, że ktoś im depcze po piętach. Przynajmniej dopóki to deptanie nie stało się dołowne.
- Au! – krzyknęła jedna z dziewczyn, której Peter nastąpił nie tylko na nogę, ale i na szatę, przez co prawie się przewróciła. – Uważaj, jak chodzisz. – powiedziała zdenerwowana, chwilę po tym, jak koleżanki uchroniły ją przed upadkiem spowodowanym ,,atakiem” Petera.
- Przepraszam. – powiedział chłopak z trochę przestraszoną miną, po czym minął dziewczyny i puścił się biegiem w stronę wieży.
   Peter był dobrym szpiegiem. Niektórych mogło to dziwić, bo był dosyć pulchny i niezdarny, ale kiedy chciał potrafił być cichy jak myszka ( choć w jego przypadku trafniejsze było porównanie ,,jak szczur” ). Dlatego tak się speszył, gdy dał się poniekąd przyłapać dziewczynom. To nie było w jego stylu. Ale rzecz, którą udało mu się wyłapać z ich rozmowy była tak zadziwiająca, że przez chwilę starając się ją przeanalizować chyba stracił kontakt z rzeczywistością. Było to tak dziwne i trudne do przetrawienia… Na szczęście w końcu dotarło do Petera i sprawiło, że ten nieprzepadający za nadmiernym ruchem chłopak pokonywał dalej biegiem już ostatnie schody dzielące do od obrazu z Grubą Damą. W głowie kołatało mu tylko jedno: Muszę powiedzieć chłopakom.
- Hasło? – zapytała Gruba Dama nie odrywając się nawet od poprawiania włosów w trakcie przeglądania się w srebrnym pucharku.
- Szpon hipogryfa. – wydyszał Gryfon trzymając się za brzuch i starając się wyrównać oddech.
   Gruba Dama tylko spojrzała na niego marszcząc brwi i otworzyła przejście. Glizdogon przemknął przez Pokój Wspólny, przy czym obił się o paru uczniów, ale na schodach prowadzących do dormitorium zabrakło mu już trochę sił. Właśnie dlatego kiedy wszedł do pokoju oparł się o drzwi, które zamknął i zanim cokolwiek powiedział starał się powstrzymać przed wypluciem płuc.
   Chłopcy patrzyli na niego, a gdyby określić ich miny nazwami znaków interpunkcyjnych byłyby to znaki zapytania. Remus siedzący po turecku na kufrze stojącym w nogach jego łóżka, gdzie bardzo lubił czytać oparty o balustradę zamknął książkę i nie przytrzymał palcem miejsca, w którym skończył. Znaczyło to, że lektura poszła w odstawkę i jest tak samo ciekawy jak dwaj pozostali Huncwoci tego, z czym przyszedł do nich Peter. James i Syriusz, ten pierwszy siedząc na parapecie, a ten drugi opierając się o swoją szafkę nocną dyskutowali zawzięcie o czymś nachylając się nad Mapą. Kiedy zobaczyli Glizdogona, a raczej stan w jakim się znajdował Potter błyskawicznie w paru szybkich ruchach złożył pergamin i podał go Syriuszowi, który schował go pod swój materac. Chłopcy opracowali prosty grafik, według którego codziennie kto inny chował w swoich rzecz ich wielki skarb. Wcześniejszy system pt.: ,,Tydzień u każdego i zmiana” został zniesiony, kiedy w trakcie tygodnia Petera ten nie wiedział, gdzie schował Mapę i tak się tym zestresował, że poprosił chłopców o zmianę systemu, mimo iż znalezienie jej kosztowało ich jedno machnięcie różdżką i zaklęcie Accio. Potem chłopcy byli nawet wdzięczni Glizdkowi, bo kiedy James chwycił lecącą w jego kierunku Mapę wpadł na pomysł, by na wszelki wypadek może zastanowić się czy jej aby przed takim sposobem znajdowania nie zabezpieczyć. Syriusz nie odrzucił tego pomysłu od razu, ale stwierdził żeby na razie poczekać z jego realizacją i spojrzał wymownie na Petera.
   Ten ostatni nadal czerwony, ale już oddychający prawie normalnie stanął już o własnych siłach, bo doszedł do wniosku, że jego opowieść zrobi większe wrażenie, jeśli nie będzie się słaniał po podłodze.
- Dobra. Niech będzie, że ja to zainicjuję. – Powiedział Rogacz wstając z parapetu i podchodząc do balustrady swojego łóżka, żeby się o nią niedbale oprzeć z rękami w kieszeniach. – Co się stało?
- Słyszeliście co się dziś wydarzyło po eliksirach w holu? – zaczął Glizdek głosem pełnym emocji. – Elinor Durete…
- Rozmawiała z Śmierciożercami W Śliniaczkach… – powiedział Syriusz.
- … po czym podeszła do Lily i Severusa… - dodał Remus.
- … porozmawiała ze Smarkiem, wyszeptała mu coś do ucha, a na odchodne nazwała Evans… - James nie dokończył tylko zacisnął szczękę tak mocno, że można było mieć wrażenie, że zaraz sobie zęby pokruszy.
- Nie musisz kończyć, wiemy. – powiedział Łapa kładąc przyjacielowi rękę na ramieniu. – A Ty co masz taką minę Peter?
- Mogliście dać mi opowiedzieć. – bąknął i poszedł paść na swoje łóżko.
- Nie mów, że będziesz się teraz dąsać. Jeśli Cię to pocieszy to też nie wiemy o tym jakoś specjalnie długo. – powiedział Remus odkładając książkę na półkę. Niby żadnej nowej sensacji nie było, ale znał swoich przyjaciół zbyt długo i zbyt dobrze, by sądzić, że w związku z tym nad tą istniejąca i znów wywołaną na wierzch przejdą obojętnie.
- W sumie rzeczywiście mogliśmy docenić fakt, że zmieniłeś dla nas kolor na kolor dojrzałego pomidora i udawać, że o niczym nie wiemy, ale… – powiedział Łapa i zaczął wyliczać – Po pierwsze potem byłoby Ci jeszcze bardziej głupio, gdybyś się dowiedział, że o wszystkim wiemy. Po drugie – wolałbym słuchać krzyku mandragory niż tej historii lub nawet jej fragmentu po raz tysięczny, bo choć faktycznie wiemy o tym, jak zaznaczył Luniaczek od niedawna to liczba osób, która w ciągu godziny opowiadała lub starała się nam o tym powiedzieć była zatrważająca. A po trzecie – Syriusz popatrzył na Rogacza, który właśnie poczochrał sobie włosy i poprawił okulary, co oznaczało, że już się zdążył uspokoić. – Gdybyś był pierwszą osobą mówiącą o tym Rogasiowi mógłbyś zostać kontuzjowany. Pierwszemu opowiadającemu prawie się oberwało za tą obelgę pod adresem Lily. Choć wszyscy dobrze wiemy kogo tak naprawdę James miał ochotę uszkodzić. – zakończył Łapa i rozłożył się na wpół leżąco na swoim łóżku.
- To raczej nie jest żadna tajemnica. Smarkerusa. – powiedział Potter i wyjął z szafki nocnej piłeczkę do ping-ponga, którą zwędził kiedyś nauczycielce od mugoloznawstwa, bo rozmiarem trochę przypominała Złotego Znicza. Teraz zaczął nią sobie podrzucać, żeby wyciszyć się do końca.
- Dlaczego jego? To nie on obraził Lily. – Remus starał się tak często, jak mógł temperować porywcze charaktery przyjaciół.
- Lunatyku, nie poznaję Cię. – Syriusz się uśmiechnął. – Czyżbyś sugerował przeprowadzenie ataku na pannę Durete?
- Bardzo zabawne. Nie śmiałbym podnosić ręki na Twoją dziewczynę. – powiedział zaczepnie Lupin, na co obaj z Potterem się uśmiechnęli.
- Długo mi będziecie jeszcze dogryzać?
- W sumie nie rozumiem dlaczego. – odezwał się Peter, choć miał plan udawać przez chwilę obrażonego. – Elinor to niezła laska.
- Wow, no proszę. Nasz Glizdek dorasta. – zażartował Rogacz. – Ja nie twierdzę, że czegoś brakuje jej powierzchowności. I choć nie jest absolutnie w moim guście to przyznaję, że jest atrakcyjna…
- Znacznie bardziej byłaby według Ciebie atrakcyjna, gdyby zamiast czarnych miała rude włosy. – mruknął Łapa.
-… Tylko, że ta jej atrakcyjność – kontynuował James niezrażony tekstem przyjaciela. – nie obroni jej przed odwetem za używanie takich słów.
- Używanie takich słów – czytaj: Obrażanie Evans. – Łapa nie ustawał w komentowaniu wypowiedzi przyjaciela.
- A jeśli chodzi o Smarka to należy mu się za nie bronienie Evans, za towarzystwo, w którym się obraca i za fakt, że…
- … istnieje. – dokończyli wszyscy chóralnie, znając już argumenty Jamesa przemawiające za jego atakami na Snape’a.
- Skoro to już ustaliliśmy, to powiedz mi James, poważnie chcesz przeprowadzać atak na Elinor?
- Remusie, nie musisz się bać reakcji Syriusza, sam się nią zajmę po cichu.
- Skończyliście już?
- Nie wiem jak Lunatyk, ale ja się dopiero rozkręcam. A to, że to dziewczyna – to, co z tego? Ślizgonki już się nam zdarzało obierać za cel. A skoro Smoczyca zadała się z takim, a nie innym towarzystwem to nie mam zamiaru mieć i w tym przypadku żadnych skrupułów. – James skończył przemowę i położył się na łóżku wystawiając jedną rękę tak, by móc odbijać piłeczkę od ziemi.
- Swoją drogą – zaczął Łapa po krótkiej chwili ciszy. – Elinor to ciekawy okaz.
   Chłopcy, a konkretnie Remus i James spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Peter natomiast zaczął potakiwać z wyraźnie rozmarzonym wzrokiem.
- Chcesz nam coś powiedzieć?
- Rogaś, daj znać kiedy Ci się znudzą te żarty.
- Syriuszu ja mówię teraz na poważnie i bez żadnych przytyków.  Nie poczułeś Ty przypadkiem do niej mięty na tej randce sobotniej?
- Nie. – powiedział Łapa i choć zrobił to bez wahania to zrobił przy tym minę, która kazała Potterowi dalej drążyć temat.
- Chyba nie muszę Ci przypominać, że Huncwoci nie mają przed sobą tajemnic? – powiedział James, a Syriusz powtrzymał się od komentarza, że w takim razie powinien przestać wszystkim wpierać, że wcale nie jest zakochany w Lily Evans. To kłamstwo i tak było tak niewiarygodne, że się do kłamstw nie zaliczało.
- Pamiętam o tym doskonale. Zwyczajnie się zastanawiam jak najlepiej rozegrać tą całą sytuację z Ognistą Panną Durete. Bo czuję, że ta randa to zaledwie preludium jest podchodów.
- Jeszcze nie przywykłeś do tego, że dziewczyny Cię podrywają? – zapytał Peter.
- Przywykłem. – Syriusz nie uważał tego stwierdzenia za jakąkolwiek nieskromność. Była to zwyczajnie prawda wynikająca z jego oczywistej atrakcyjności. – Ale ona jest dosyć specyficzna.
- Poniekąd to Twoja kobieca wersja.
- Skoro już się włączyłeś do rozmowy Luniaczku to może mi coś doradzisz? Jak Ty sobie radzisz z Królową Śniegu?
- To co dobre na lód, raczej do ognia się nie nadaje. – powiedział wymijająco Lupin i poszedł do łazienki przebrać się w piżamę.
   Syriusz tylko się uśmiechnął. Wiedział, że kwestię, która mu chodziła po głowie po ostatniej rozmowie z Jules związaną z trójkącikiem, Elinor, Willow etc. etc. musi najpierw sam rozeznać. Bo właśnie w ten sposób Casanova Hogwartu decydował się na ewentualne posiadanie dziewczyny. Nie na drodze miłosnych uniesień i porywów serca. On kalkulował i analizował, a wybranka, która miała ostatecznie dostąpić tego zaszczytu… Chyba jeszcze sam nie do końca był w stanie określić jakimi cechami powinna się charakteryzować. Jedno było pewne – nie mogła być przeciętna.
- Remus przebrał się w piżamkę, z miny Glizdka widzę, że czuje zakwasy po tym dzisiejszym wysiłku nawet przewracając się z boku na bok, więc wnioskuję, że dziś czeka nas raczej spokojny wieczór.
- Chyba tak Rogaczu. – ledwo Syriusz to powiedział w dormitorium dało się słyszeć cichutkie, ale naglące pukanie w szybę.
   Huncwoci spojrzeli w stronę źródła tego dźwięku, czyli na okno między łózkami Jamesa i Syriusza. Wydawało się, że niczego za nim nie ma, ale pukanie się powtórzyło. Potter podszedł do okna i je otworzył… I nic. Wystawił nawet głowę w głęboki mrok wieczoru, którym charakteryzowały się zimowe miesiące, napuszczając do dormitorium dawkę zimnego powietrza.
- Średnio chyba prawdopodobne żebyśmy wszyscy czterej mieli omamy słuchowe? – powiedział James odwracając się do przyjaciół. Oni tylko wzruszyli ramionami i wraz z zamknięciem okna wrócili do swoich zajęć.
   Jednak pukanie rozległo się ponownie. Było to tak dziwne, że nawet Peter spionizował na łóżku swoje obolałe ciało. Tym razem to Lupin, który akurat skończył pakować spodnie do kufra ruszył w stronę okna. Wyjrzał, otworzył, wyjrzał ponownie i nic.
- Myślicie, że doczekaliśmy się w końcu momentu, w którym ktoś postanowił zrobić dowcip dowcipnisiom? – zapytał zamykając okno.
- Jeśli tak to ja z przyjemnością przyjmę wyzwanie. Nikt nie ma z nami szans w Huncwockich Mistrzostwach. – powiedział Syriusz przechylając się na jeden brzeg łóżka, by spod drugiego wydobyć bez szwanku Mapę.
   Remus wrócił do swojego łóżka i zaczął szukać we wcześniej odłożonej książce miejsca, w którym skończył, James już leżał na swoim przerzucając piłeczkę z ręki do ręki i obmyślając zemstę za użycie niewybaczalnego słowa ,,szla**”. Nawet w myślach Potter nie był w stanie tego ,,wymówić”.
   Tylko Glizdogon tak się zafascynował tym dziwnym pukaniem, że aż wstał i teraz czekał bez ruchu na środku pokoju, nasłuchując kolejnego… PUK PUK. Długo czekać nie musiał. Rzucił się do okna i od razu je otworzył, jakby myślał, że ten dźwięk zaraz ucieknie.
- Peter uważaj, bo wypadniesz. – powiedział Rogacz patrząc jak przyjaciel wychyla się przez okno klęcząc na parapecie.
- W razie czego wyciągniesz miotłę i będzie miał dodatkowy trening szukającego ze Zniczem w rozmiarze XXXXXXL. – zażartował Syriusz, na co James się zaśmiał.
- Nie rozumiem jak możecie być tacy spokojni? Nie denerwuje Was to? – zapytał Peter zamykając okno z rezygnacją.
- Jak mistrzowie denerwowania ludzi sami jesteśmy na takie zaczepki wyjątkowo odporni.
- Łapa dobrze mówi. Poza tym, jeśli w ten sposób nie damy się sprowokować autor pukania posunie się do czegoś mniej subtelnego i wtedy łatwiej będzie go namierzyć oraz dorwać. – James użył swojego wszechwiedzącego tonu i dalej bawił się piłeczką.
   Nie musieli długo czekać na powrót natarczywego pukania. Tym razem jednak żaden nie zareagował. Remus kompletnie się wyłączył czytając książkę, a przywódcy Huncwotów - niecierpliwi w czekaniu na coś, ale gdy ktoś próbował ich celowo wyprowadzić z równowagi wykazujący niezwykłą cierpliwość i wydający się być nie do ruszenia. Pierwszy wymiękł Peter.
- Proszę, niech ktoś coś zrobi! – zawołał, zakrywając się poduszką, bo miał wrażenie, że to ciche pukanie zaczyna mu się wwiercać w głowę. – Syriuszu, Ty jeszcze nie próbowałeś. Sprawdź okno.
- Uważasz, że mogę być bardziej spostrzegawczy niż nasz wspaniały szukający?
- Marne szanse, ale zawsze możesz spróbować doskoczyć choć do połowy ustawionej przez mnie poprzeczki. Poza tym chyba czas na jakąś interwencję skoro temu bębnieniu udało się zmęczyć jednego z naszej paczki.
- Może to jednak pułapka, co? – powiedział Syriusz, ale wstał z łóżka i położył na nim rozłożoną Mapę. – Która uruchamia się za którymś np. czwartym razem?
- Boisz się o swoją piękną buźkę? – Rogacz się zaśmiał, ale stanął za plecami przyjaciela. Pułapka była całkiem prawdopodobna, a on nie chciał dopuścić by Łapie stała się krzywda. Black był dla niego jak brat.
   Syriusz otworzył okno i nie zdążył nawet wystawić przez nie głowy, gdy stało się coś innego niż nic z poprzednich trzech razy. Do dormitorium wleciał malutki papierowy samolocik, zatoczył rundkę między balustradami łóżek, by w końcu zacząć kołować nad głową Syriusza. Wylądował dopiero, gdy Black wystawił mu jako lądowisko swoją rękę.
- Czyli jednak potrzebny był jakiś klucz. – Rogacz czekał w napięciu i tak, jak pozostali Huncwoci patrzył jak Łapa otwiera i czyta liścik, który zaraz po przeczytaniu… Uległ samozapłonowi i zamienił się kupkę popiołu, którą Syriusz strzepał z ręki przez okno.
- Ale numer. – powiedział Glizdogon.
- Co to było? – Remus tym razem nie odłożył książki.
- I od kogo? – James patrzył na przyjaciela i nie zwrócił uwagi, że okulary zsunęły mu się już do połowy nosa.
   Syriusz popatrzył na nich przegryzając policzek, co świadczyło, że bije się sam ze sobą. W końcu podjął decyzję.
- Elinor. I to niestety wszystko co mogę Wam powiedzieć. A teraz muszę iść.
- I uważasz, że po dostaniu takich skrawków informacji po prostu Cię puścimy.
- James, musicie mi zaufać. – Black spojrzał Potterowi w oczy, a minę miał poważną. Takie zestaw był bardzo rzadki w zachowaniu obu przywódców Huncwotów i między innymi dlatego obaj brali go bardzo na poważnie.
- Wiesz, że jeśli o to chodzi to ufam Ci jak nikomu na świecie. Ale użyj swojej huncwockiej intuicji i odpowiedz na pytanie: Wyczuwasz zagrożenie albo postęp?
- Nie i dlatego masz mi obiecać, że nie pójdziecie za mną.
- Trochę ciężko to obiecać wziąwszy pod uwagę nowych ,,przyjaciół” Elinor. – zauważył, a raczej wypowiedział na głos to, co wisiało w powietrzu Remus.
- Nie przesadzajmy, ja bym szybciej obstawiał jakiś oryginalny sposób zwrócenia na siebie uwagi i podrywu.
- A gdzie masz teraz iść? – zapytał Potter, a widząc wymowne uniesienie brwi przez Syriusza dodał: - Okej, to chociaż zerknij na Mapę i upewnij się, że terem czysty.
   Łapa tak właśnie zrobił. Po czym uśmiechnął się do przyjaciół, skinął głową i narzuciwszy na plecy kurtkę ruszył w stronę drzwi.
- Weź pelerynkę. Na wszelki wypadek, żebyś choć od strony Gonagall nie miał w razie czego problemów. – Rogacz podał mu pelerynkę i mrugnął. Patrzył jak przyjaciel zamyka za sobą drzwi i jak atmosfera w dormitorium robi się senna. On sam ze spokojem poszedł do łazienki wziąć prysznic i przebrać się w piżamę.
   Nie martwił się, bo tak się Syriusz spodziewał śledził jego wzrok skierowany na Mapę i wiedział dokładnie dokąd Black zmierza. A w przystani oprócz śladów stóp z napisem ,,Elinor Durete” nie było nikogo innego.

środa, 28 czerwca 2017

18. Coraz szersze kręgi

   Cylinder wypełniony ,,punktami” Gryffindoru wzbogacił się o sporą garść symbolizująca 20 punktów, które zostały przydzielone pewnej rudej dziewczynie na kończącej się właśnie lekcji eliksirów. Uczniowie czując zbliżającą się przerwę zaczęli pakować swoje książki do toreb, a w sali do eliksirów dało się wyczuć narastający brak skupienia. Gdy dzwony rozbrzmiały na korytarze wylali się uczniowie, jak mrówki z rozgrzebanego mrowiska. ,,Mrówki” wychodzące z lochów w barwach Gryffindoru i Slytherinu cieszyły się niezmiernie faktem, że skończyły na dzień obecny zajęcia i nawet te najpilniejsze zamiast myśleć o zbliżających się oraz niezwykle ważnych na piątym roku egzaminach planowały już miłe spędzenie popołudnia. Na książki miał przyjść czas dopiero późnym wieczorem po kolacji.
   Oczywiście pierwsi z lochów wybiegli Huncwoci, za nimi cała reszta w nieuporządkowanym ciągu, choć nie do końca. Lily Evans, która chciała spędzić teraz trochę czasu ze swoim Ślizgońskim przyjacielem, szła przed nim, by w razie ewentualnych huncwockich pomysłów ( dla Lily huncwocki był synonimem głupiego ) ustrzec przed nimi Severusa. Sam zainteresowany był tego świadomy i średnio tym faktem zadowolony, ale nauczył się rozpoznawać kiedy przeciwstawianie się pannie Evans jest warte, a kiedy niewarte wszystkich towarzyszących mu nerwów.
- To co będziemy robić? – zapytała Lily pokonując ostatnie stopnie schodów prowadzących do lochów lub z lochów do holu, co było w tym przypadku właściwszym opisem.
- Wszystko na co masz ochotę. – odpowiedział odruchowo Severus i uśmiechnął się, uświadamiając sobie, co właśnie nastąpni.
- Wszystko? – Lily odwróciła się do przyjaciela. – Czyli skok ze spadochronu mi załatwisz i to powiedzmy w ciągu pięciu minut?
- Dobra, dobra, przepraszam. To było automatyczne. I już prostuję – wszystko na co masz ochotę i co leży w naszym zasięgu. Ale – kontynuował widząc wyczekującą minę Lily – nie mam konkretnej propozycji.
- A szkoda. Mam ochotę na coś nietypowego i szalonego.
- Nie ten adres. – burknął Sev słysząc przymiotniki, których użyła Rudowłosa.
- Nie rób takiej miny. Nie o to mi chodziło. Po prostu w moim przypadku te słowa nie są ściśle zarezerwowane i powiązane z tymi czterema bałwanami. No, może trzema, Remus się jeszcze jako tako broni. W każdym razie ja na całe szczęście uniknęłam tego prania mózgu. – powiedziała lekko podirytowana Lily, a Severus słysząc określenie ,,bałwany” od razu się rozchmurzył.
- W porządku, ale co w takim razie miałaś na myśli? Siedzenie na błoniach rozumiem nie jest nietypowe.
- Raczej nie. – Lily wzięła się pod boki i zaczęła rozglądać po holu, szukając inspiracji. Nie spodziewała się jak nietypowej sytuacji zaraz będzie świadkiem. Pierwszym alarmem świadczącym, że jej prośba zostanie spełniona była mina  Severusa, który dosłownie wytrzeszczył oczy na coś, a raczej kogoś znajdującego się za plecami Lily.
   Gdy dziewczyna się odwrócił prawie wbiło ją w podłogę. W ich stronę zmierzał nikt inny tylko Elinor Durete. Dziewczyna szła charakterystycznym dla siebie kołyszącym się krokiem zostawiając za sobą grupkę Śmierciożerców Juniorów, z którymi właśnie skończyła rozmawiać. Ci patrzyli jeszcze przez chwilę na jej… kształty i rozeszli każdy w swoją stronę. W tym czasie Elinor zdążyła pomachać do Severusa i przeczesać palcami swoje długie czarne włosy. Mało tego – uśmiechała się do niego swoim pięknym, uroczym uśmiechem, jak do najlepszego przyjaciela. Ślizgon był w tak głębokim szoku, że aż odwrócił się za siebie, by upewnić się, że to na pewno on jest odbiorcą sygnałów Elinor. Lily, która trochę szybciej się otrząsnęła ( w końcu na nią atuty panny Durete nie robiły wrażenia ) odsunęła się dwa kroki w tył, by na prostej drodze łączącej Krukonkę z Severusem. Nie był to w żadnym razie dowód uległości czy tym bardziej strachu. Te pojęcia były dalekie charakterowi Lily. Ona zwyczajnie obrała pozycję, z której najlepiej mogła obserwować dalszy rozwój sytuacji. A był on godny uważnego zapamiętania.
- Witaj Severusie.
- Cześć. – ledwo wydukał Severus starając się zachować kamienną Ślizgońską twarz.
- Miło Cię widzieć. – Elinor starała się nie śpieszyć z wyjawieniem swoich intencji.
- Tak. – jedyna, bardzo ambitna odpowiedź, na którą było stać chłopaka w tym momencie.
- Rozmawiałam właśnie z chłopakami. – powiedziała i zarzuciła włosy za ramię, robiąc niepostrzeżenie krok w kierunku Severusa. Niepostrzeżenie dla niego, ale nie dla Lily, która stała dalej bez ruchu marszcząc brwi.
- Widziałem. – Severus zaczął odzyskiwać jasność myślenia w tej absurdalnej sytuacji. – Coś się stało?
- To zależy. – uśmiechnęła się widząc, że rozmowa idzie po jej myśli.
- Od czego?
- Ile wiesz do tej pory. – mrugnęła do Severusa i w swojej łaskawości obdarzyła Lily przelotnym spojrzeniem.
- Wydaje mi się… - zaczął chłopak wyraźnie speszony, ale nie widział jak skończyć swoją wypowiedź, zezując nerwowo na przyjaciółkę.
- Że nie powinniśmy o tym rozmawiać przy świadkach. Wiem, wiem. Dlatego już idę, ale najpierw – odchrząknęła delikatnie i rozejrzała się po korytarzu. Stłumiła chichot. Liczba par oczu skierowanych w ich stronę była wystarczająca by uznać jej plan za udany, a misję za zakończoną sukcesem. – Najpierw chciałabym zaktualizować Twoje informacje. – dokończyła i nachyliła się w stronę Severusa kładąc mu dłoń na ramieniu, a drugą osłaniając usta od strony Lily, by uczynić swój szept bardziej ostentacyjnym.
- Dziękuję za informacje. – powiedział Ślizgon z delikatnym opóźnieniem spowodowanym zapachem perfum dziewczyny.
- Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie. Z resztą tak, jak zawsze. – dokończyła tajemniczo i odwróciła się na pięcie. Zrobiła już dwa kroki do przodu, ale stwierdziła, że nie może sobie odpuścić i nawet nie w jej stylu byłoby nie zakończyć z grubej rury. – Do zobaczenia Severusie. – zawołała przez ramię. – Do mam nadzieję nie-zobaczenia Szlamo. – na te słowa, powiedziane wystarczająco głośno, by doszły do wszystkich osób znajdujących się w holu i śledzących mniej lub bardziej dyskretnie rozwój wydarzeń Lily aż drgnęła. Słyszała już co prawda niejednokrotnie to przezwisko pod swoim lub innych adresem, ale jeszcze nigdy nie było wypowiedziane tak spokojnym i słodkim głosem. Elinor tylko zarzuciła włosami ( robiła to tak, jak zauważył Syriusz - bardzo często i praktycznie machinalnie ) i odeszła z uniesioną głową. Była pewna, że nikomu nie uszło uwadze jej zachowanie i że do wieczora przynajmniej trzy czwarte szkoły dowie się o całej akcji. Zerknęła kątem oka na schody prowadzące na piętro i zobaczyła grupkę Gryfonek z czwartej klasy stłoczonych na pierwszych dwóch stopniach i szepczących coś do siebie. Widać było, że były w drodze na górę kiedy coś je zatrzymało, a teraz od emocji miały niemal wypieki na twarzy. Na twarzy Krukonki zagościł uśmiech.
Może więcej niż trzy czwarte i szybciej niż do wieczora. – pomyślała i zniknęła za rogiem.
   Dopiero wtedy, jakby wyrwani z hipnozy ruszyli się Severus i Lily. Ten pierwszy popatrzył na przyjaciółkę z przerażeniem w oczach. Rudowłosa patrzyła na niego, a w swoich migdałowych oczach miała ogień. Chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę jakich kłopotów przysporzy mu cała ta rozmowa i to, co w jej trakcie usłyszała Lily. Choć słowo ,,szlama” było potworne wiedział, że to nie ono zdenerwowało pannę Evans.
- Dostałam już wystarczającą dawkę adrenaliny. Teraz spacer po błoniach w zupełności mi wystarczy. – powiedziała dziewczyna i swoim energicznym krokiem ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. Dopiero kiedy za nimi zniknęła Severus otrzeźwiał i ruszył za nią.
   Szli w milczeniu dłuższą chwilę. Doszli dość daleko od zamku zanim Lily uspokoiła się szybkim tupaniem. Oparła się o jedno z drzew, założyła ręce na piersi i spojrzała wyczekująco na Severusa. Pod jej wzrokiem śnieg wokół niego wydawał się topić.
- Masz mi coś do powiedzenia? – zapytała z lekką ironią w głosie. – Pewnie nie. Bo przecież wiąże Cię tajemnica i solidarność Sługusów Ciemności czy jakie tam przezwisko chcecie sobie nadać, by budzić podziw i strach wśród uczniów w szkole i jednocześnie nie ujawniać się ze swoimi przyszłymi aspiracjami! – wykrzyczała, a kiedy to z siebie wyrzuciła schowała twarz w dłoniach.
- Lily… - spróbował Severus, ale źle ocenił sytuację. Evans jeszcze nie wyrzuciła z siebie wszystkiego.
- Lily? A czy ideologicznie bardziej nie pasuje do mnie słowo, którego użyła Elinor? Przecież wiem, że wśród Twoich wspaniałych przyjaciół właśnie tak jestem nazywana…
- Nie przeze mnie. Nigdy bym nawet tak o Tobie nie pomyślał. – powiedział zdecydowanie Snape.
- Ale tajemnice i knucie to już co innego. Widziałam Twoją minę, kiedy Smoczyca zaczęła do tego nawiązywać. I przerażenie, aby przypadkiem czegoś przy mnie nie zdradziła.
- Użyłaś przezwiska. Nie lubisz tego robić. – wypalił Severus i nieśmiało delikatnie się uśmiechnął.
- Nie zmieniaj tematu. Jestem bardziej zła niż Ci się wydaje. Po prostu nie chciałam robić w holu jeszcze większego widowiska niż to, które zapewniła wszystkim panna Durete. Naprawdę to nie mam nawet ochoty z Tobą rozmawiać. – powiedziała i oparła się o drzewo tak, że stała teraz do Snape’a bokiem.
- Lily przepraszam Cię bardzo za całą tą sytuację i za to, że musiałaś wysłuchać obelgi pod swoim adresem.
- Ale za towarzystwo, w którym się obracasz i rzeczy, które z nimi planujesz to już nie? – obróciła na chwilę głowę w jego stronę, a następnie dalej uporczywie patrzyła w przestrzeń.
- Ja mam swoich przyjaciół, a Ty swoich. Nie chciałem rozmawiać z Elinor przy Tobie, żeby tych dwóch światów nie mieszać. Przecież już dawno temu ustaliliśmy, że ideologia dla dobra naszej przyjaźni powinna być tematem tabu.– powiedzenie tego kosztowało Severusa sporo odwagi i teraz czekał niemal na bezdechu na reakcję Rudowłosej.
   Dziewczyna najpierw zamarła i się zapowietrzyła, ale zamiast wybuchnąć wypuściła powoli powietrze z płuc i zrezygnowana opuściła głowę.
- Coraz trudniej nam będzie tak funkcjonować. Widzę przecież, że znajomość ze mną nie jest akceptowana przez Twoje towarzystwo. I że starasz się w związku z tym, jak najmniej im się rzucać tym w oczy.
- Jak to? Nieprawda. Nie ukrywam tego, że się przyjaźnimy. – obruszył się Snape, pamiętając o tych wszystkich razach, gdy mówił kolegom, żeby dali Lily spokój i nie nazywali jej szlamą.
- Jesteś pewny? Zastanów się. Pomyśl jak często wychodziliśmy razem do wioski jeszcze rok temu, a jak często wychodzimy teraz. Czas spędzamy zazwyczaj schowani przed wszystkimi w bibliotece za książkami. Albo na błoniach w odosobnieniu. Nie mówię, że to zawsze jest Twoja wina, ale właśnie do tego nawiązywałam kiedy mówiłam dziś o nietypowym spędzaniu wolnego czasu. – Lily skończyła i z ciężkim sercem zobaczyła, że Sev uświadamia sobie, że to prawda i dalej nie próbuje protestować.
- Jednego jestem pewny – nie zrezygnuję ze znajomości z Tobą. – była to najbardziej otwarta deklaracja Severusa wobec Lily jaką kiedykolwiek wypowiedział.
- Cieszę się z tego. W końcu to właśnie Ty towarzyszysz mi od samego początku mojej magicznej przygody. – Lily wreszcie się uśmiechnęła, po czym westchnęła, by ulżyć wielkiemu ciężarowi, który czuła na sercu. – Jesteś moim przyjacielem Sev. I martwię się o Ciebie. Bardzo! To mnie denerwuje chyba w największym stopniu. Martwię się o wszystkich swoich przyjaciół, ale żadne z nich nie pcha palców między drzwi.
- Paradoksalnie rzecz biorąc ludzie po stronie Zła nie muszą się go obawiać, nie uważasz? – powiedział z pozoru poważnie, ale z uśmiechem na ustach.
- Bardzo zabawne. – powiedziała Lily i dała Snape’owi kuksańca w bok. Zmniejszyła w ten sposób dystans miedzy nimi. Teraz stała z nim twarzą w twarz i patrzyła mu prosto w oczy. – Nie chcę wiedzieć jakie informacje przekazała Ci Elinor. Nie chcę słyszeć czym się zajmujecie. Proszę Cię po prostu o jedną rzecz. – patrzyli na siebie przez sekundę w milczeniu. – Teraz powinieneś zapytać jaką. – Lily uśmiechnęła się półgębkiem.
- Jaką? – zapytał Severus i się zaśmiał.
- Właściwie to nie jest prośba, tylko rozkaz. –wyciągnęła palec wskazujący w geście groźby. – Masz na siebie uważać. Nie narażaj się bez potrzeby, nie rób głupstw i nie narażaj innych. I zastanów się może jeszcze raz nad własnymi poglądami.
- Musiałaś dodać to ostatnie. – Severus przewrócił oczami.
- Musiałam. I nie rób min! – zawołała odchodząc ścieżką w stronę jeziora. – Idziesz na spacer?
- Idę. Ale powiedz mi jeszcze jedną rzecz.
- Jaką?
- Czujesz, że występujesz wbrew swoim zasadom moralnym przymykając oko na plany moje i mojej paczki.
- Nie znam tych planów.
- Ale zdajesz sobie sprawę z ich istnienia.
- Tak. I tak, jest mi z tym ciężko. Ale zgadzam się nadwyrężać i naciągać swoje zasady, bo mam nadzieję. – zatrzymała się na brzegu jeziora, do którego dotarli i spróbowała puścić kaczkę.
- Nadzieję na co? – zapytał Severus idąc w jej ślady.
- Pamiętasz jak uczyliśmy się puszczać kaczki nad tym małym stawem na skraju lasku?
- Taaak. – opowiedział Snape, trochę zbity z tropy tą nagłą zmianą tematu. – Próbowaliśmy prawie cały dzień od świtu do wieczora, bo nawet jak Ci wychodziło to starałaś się dalej dążyć uparcie do perfekcji już od najmłodszych lat.
- Nie ma niczego złego w chęci rozwijania się. – powiedziała zadziornie i rzuciła po raz kolejny. -  Bardzo miło wspominam ten dzień. Pogoda była piękna, szło nam z każdym rzutem coraz lepiej, co tylko zachęcało do dalszych prób. I nawet Petunia na chwilę się przyłączyła. Ale szybko jej się to ,,znudziło”. – Lily wykrzywiła się przez chwilę, ale przełknęła po raz kolejny fakt, że dobre stosunki z siostrą to sprawa należąca do przeszłości i oprócz grzecznościowych zachowań serwowanych w obecności rodziców kontakt z nią jest praktycznie żaden.
- A wiesz co ja miło wspominam? – zapytał Snape, żeby odciągnąć Lily od przykrego tematu. – Jak przekonywałaś mnie, że skręcanie łańcucha huśtawki i odkręcania się na niej z głową do góry to prawdziwie ,,magiczne” odczucie, przypominające latanie albo teleportację. – zaśmiali się oboje na myśl o tym. – Z tym pierwszym to po lekcjach z latania na miotle w pierwszej klasie wiesz, że średnio trafiłaś, a co do drugiego – przekonasz się jak będziemy się uczyć teleportacji za dwa lata.
- Myślę, że nie przebije to huśtawek w żadnym względzie. – zażartowała dziewczyna i puściła ostatnią kaczkę. – Liczyłam wtedy, że jest to dopiero początek długiej i owocnej znajomości. I to nie tylko dlatego, że potrzebowałam przewodnika po świecie magii. W każdym razie moja nadzieja przeszła w rzeczywistość. I wracając do tematu – chcę żeby i teraz tak było.
- To znaczy?
- Obecnie mam nadzieję, że przejdziesz na moją stronę. – powiedziała z mocą Lily i zanim Severus zdążył cokolwiek powiedzieć, zarzuciła mu ręce na szyję i mocno przytuliła. On szybko przezwyciężył zdziwienie i żeby nie zmarnować okazji odwzajemnił objęcie. – Wiem, że mnie nie zawiedziesz. – wyszeptała mu do ucha i zwolniła uścisk odsuwając się na odległość wyprostowanych rąk. – To co? – zapytała, podnosząc z ziemi kamień. – Mały konkurs czyj poleci dalej?
   Severus tylko pokiwał głową. Tylko na tyle był w stanie sobie teraz pozwolić, bo gardło miał ściśnięte. Patrzył na Lily przygotowującą się do rzutu i czuł jak serce dalej szybciej mu bije.
   Przytulili się. Ona go przytuliła. I to nie przy składaniu życzeń czy dla zabawy. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek czuł tak wielkie szczęście. Oraz nadzieję, która już od pewnego czasu w nim spała, a teraz rozbudziła się na nowo i po tym obudzeniu momentalnie wzmogła jego ciche zachwyty nad osobą Rudowłosej. To jedno, krótkie przytulenie sprawiło, że zupełnie zapominał o tym, co ich wywiało na błonia.
   Jednak Snape w tej wybiórczej amnezji był całkowicie osamotniony. Nie było osoby, która będą świadkiem przedstawienia Elinor nie opowiedziała o nim do tej pory komuś innemu. Historia zataczała coraz szersze kręgi w szkole na wzór kręgów na jeziorze wywoływanych kamieniami. Misja Elinor Durete została zakończona sukcesem.