czwartek, 29 czerwca 2017

19. Pukanie

Kochani!
Jak widzicie już wróciłam i w ramach zadośćuczynienia wstawiam następną notkę. Postaram się wstawiać je od teraz raz w tygodniu. 
Dziękuję wszystkim wiernym czytelnikom za cierpliwość <3 oraz zapraszam do lektury tych całkiem nowych :)
W dalszym ciągu proszę o komentarze i przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy, których nie wyłapałam, a które zapewne gdzieś się w notkach przewijają.
Pozdrawiam Was i życzę miłego czytania :)))

:) :) :)

   Peter po skończeniu swojego kolejnego i z pewnością nieostatniego indywidualnego szlabanu, który odbywał pod czujnym okiem profesor McGonagall zmierzał nieśpiesznie w stronę wieży Gryffindoru. Szedł sam zajadając się czekoladową żabą, którą znalazł w kieszeni szaty, a którą zostawił tam kilka dni wcześniej jako przekąskę ,,na później”. Wiedział, że już dziś nie ma w planach niczego ciekawego, a tym bardziej nie zamierzał się w żadnym razie uczyć. Choć w tej drugiej kwestii Remus mógł mieć trochę odmienne zdanie. Po wynikach mini-testów próbnych, które zrobili nauczyciele niektórych przedmiotów uczniom klasy piątej nawet James i Syriusz ( których wyniki były wyjątkowo monotonne – W, W, W, W ) przyznali, że za Glizdka trzeba się wziąć na poważnie. Nie byli w tym zbyt nachalni, ale nauczyli się sprytnie przemycać delikatne korepetycje w trakcie przygotowywania swoich wspaniałych numerów. Zależało im na dobru przyjaciela i choć obaj oburzyliby się zapewne na takie stwierdzenie – mieli ze swoimi zdolnościami pedagogicznymi i podejściem do ,,ucznia” zadatki na nauczycieli.
   Profesor McGonagall zdawała sobie sprawę z tego, że oprócz wielkiego talentu będącego udziałem Pottera i Blacka obaj cechują się też wielkim sercem, mimo całych serii dowcipów i problemów, których potrafili dostarczyć społeczności szkolnej w ciągu tygodnia. Dlatego pomijając zajęcia dodatkowe, na które ostatnio kazała przyjść Peterowi nie martwiła się mocno jego egzaminami. Niestety w związku z codziennym zachowaniem Huncwoci swoją sympatię do nich musiała raczej kryć i pilnować, żeby za każdą akcję wbrew regulaminowi spotkała ich kara. Peter swoim właśnie zakończonym szlabanem zamknął odpracowywanie ostatniego numeru. Rogacz, Łapa i Lunatyk swoje kary już odbyli, każdy innego dnia lub o różnej porze. Była to nowa technika opiekunki Domu Godryka. Uważała i to całkiem trafnie, że chłopcy rozrabiać wolą całą paczką i dlatego zamiast odbierać im jeden wieczór za jednym zamachem, sprawiała, że nie mogli knuć niczego w pełnym składzie czasem aż przez cztery pod rząd.
   Peter wiedział, że nie jest mózgiem huncwockich operacji i zdarzało się, że przychodził do dormitorium by usłyszeć gotowy plan. Nie miał nic przeciwko temu. Samo debatowanie nad organizacją nie było dla niego tak bardzo ciekawe, zwłaszcza, że przed większymi akcjami potrafiły one trwać nawet kilka dni. Kiedy tak było Glizdogon często nawet nie doczekiwał końca nocnych narad i wcześniej, po długiej i dzielnej walce z sennością po prostu zasypiał.  Chłopcy żartobliwie nazywali go wtedy ,, Człowiekiem Czynu”, który woli działać niż planować. Za to samymi akcjami był tak podekscytowany, że o chociażby odrobinie senności nie było mowy. Syriusz i James, którzy w tworzeniu swoich numerów byli prawdziwymi artystami i wirtuozami kreatywności zazwyczaj pozwalali Glizdogonowi na ,,naciśnięcie czerwonego guzika”, czyli zainicjowanie i rozpoczęcie zabawy. To naprawdę dawało Peterowi tyle radości, że wystarczało mu w zupełności za udział w całym dowcipowym procesie. Za to pozostała trójka Huncowtów zdawała sobie sprawę, że realizacja to zazwyczaj czubek góry lodowej i wszystkie poprzedzające ją etapy dawały im ( nawet Remusowi ) mnóstwo satysfakcji. Co prawda koronacją trudów był końcowy efekt, a wpisywały się w niego reakcje uczniów ( w przypadku większości – śmiech, uznanie, zachwyt ), ich obrażenia ( w przypadku tych, którzy nie zaliczali się do większości, czyli Ślizgonów ) albo nerwy nauczycieli, starających się ukryć uśmiechy, czy czasem nawet podziw. Wszystkie te wrażenia i uczucia towarzyszące huncwockiej zabawie potrafiły zachłysnąć i były niesamowicie uzależniające. Do tego stopnia, że gdy poziom adrenaliny i rozrywki w szkole spadał poniżej zera chłopcom zdarzało się nawet spontanicznie i nagle coś ,,skomponować”, by wskaźnik dobrej zabawy na powrót wywindował na wyżyny. Ten rodzaj akcji, spontanicznych i nieplanowanych był realizowany praktycznie z biegu i wyjątkowo nie zawsze w pełnym składzie.
   Wiedząc o tej właściwości wybryków niespodziewanych Peter, widząc ożywienie z jakim rozmawia ze sobą grupa Krukonek przed nim dyskretnie przyśpieszył kroku, żeby podsłuchać o czym debatują. Miał przy tym nadzieję usłyszeć imiona, nazwiska, bądź przezwiska swoich współlokatorów i nacieszyć uszy szczegółami tego, co właśnie zrobili. Kolejnym krokiem po nagromadzeniu wystarczającej ilości informacji miałoby w zamyśle Glizdka odchrząknięcie w celu zwrócenia na siebie uwagi i minięcie dziewczyn z zadowoloną miną. Zdawał sobie sprawę, że choć nie mógłby nigdy liczyć na taką popularność wśród płci przeciwnej jaką cieszył się Remus, James, a już tym bardziej Syriusz, jego przynależność do paczki Huncwotów podnosiła, nazwijmy to – jego wartość rynkową o ładnych kilka lub kilkanaście punktów. Peter bardzo to lubił. Podobało mu się grzanie w blasku jupiterów nakierowanych na jego przyjaciół i nie przeszkadzało mu, że popularność zdobywa w pewnym sensie ,,po znajomości”.
   Gotowy już do szpiegowania, z papierkiem po czekoladowej żabie wepchniętym do kieszeni i oblizanymi pośpiesznie palcami zbliżył się podekscytowany do dziewczyn i niemal przestępował z nogi na nogę, nie mogąc się doczekać, aż przekaże wszystko co usłyszy przyjaciołom. Krukonki były tak zajęte omawianą przez siebie sprawą, że nawet nie zwróciły uwagi, że ktoś im depcze po piętach. Przynajmniej dopóki to deptanie nie stało się dołowne.
- Au! – krzyknęła jedna z dziewczyn, której Peter nastąpił nie tylko na nogę, ale i na szatę, przez co prawie się przewróciła. – Uważaj, jak chodzisz. – powiedziała zdenerwowana, chwilę po tym, jak koleżanki uchroniły ją przed upadkiem spowodowanym ,,atakiem” Petera.
- Przepraszam. – powiedział chłopak z trochę przestraszoną miną, po czym minął dziewczyny i puścił się biegiem w stronę wieży.
   Peter był dobrym szpiegiem. Niektórych mogło to dziwić, bo był dosyć pulchny i niezdarny, ale kiedy chciał potrafił być cichy jak myszka ( choć w jego przypadku trafniejsze było porównanie ,,jak szczur” ). Dlatego tak się speszył, gdy dał się poniekąd przyłapać dziewczynom. To nie było w jego stylu. Ale rzecz, którą udało mu się wyłapać z ich rozmowy była tak zadziwiająca, że przez chwilę starając się ją przeanalizować chyba stracił kontakt z rzeczywistością. Było to tak dziwne i trudne do przetrawienia… Na szczęście w końcu dotarło do Petera i sprawiło, że ten nieprzepadający za nadmiernym ruchem chłopak pokonywał dalej biegiem już ostatnie schody dzielące do od obrazu z Grubą Damą. W głowie kołatało mu tylko jedno: Muszę powiedzieć chłopakom.
- Hasło? – zapytała Gruba Dama nie odrywając się nawet od poprawiania włosów w trakcie przeglądania się w srebrnym pucharku.
- Szpon hipogryfa. – wydyszał Gryfon trzymając się za brzuch i starając się wyrównać oddech.
   Gruba Dama tylko spojrzała na niego marszcząc brwi i otworzyła przejście. Glizdogon przemknął przez Pokój Wspólny, przy czym obił się o paru uczniów, ale na schodach prowadzących do dormitorium zabrakło mu już trochę sił. Właśnie dlatego kiedy wszedł do pokoju oparł się o drzwi, które zamknął i zanim cokolwiek powiedział starał się powstrzymać przed wypluciem płuc.
   Chłopcy patrzyli na niego, a gdyby określić ich miny nazwami znaków interpunkcyjnych byłyby to znaki zapytania. Remus siedzący po turecku na kufrze stojącym w nogach jego łóżka, gdzie bardzo lubił czytać oparty o balustradę zamknął książkę i nie przytrzymał palcem miejsca, w którym skończył. Znaczyło to, że lektura poszła w odstawkę i jest tak samo ciekawy jak dwaj pozostali Huncwoci tego, z czym przyszedł do nich Peter. James i Syriusz, ten pierwszy siedząc na parapecie, a ten drugi opierając się o swoją szafkę nocną dyskutowali zawzięcie o czymś nachylając się nad Mapą. Kiedy zobaczyli Glizdogona, a raczej stan w jakim się znajdował Potter błyskawicznie w paru szybkich ruchach złożył pergamin i podał go Syriuszowi, który schował go pod swój materac. Chłopcy opracowali prosty grafik, według którego codziennie kto inny chował w swoich rzecz ich wielki skarb. Wcześniejszy system pt.: ,,Tydzień u każdego i zmiana” został zniesiony, kiedy w trakcie tygodnia Petera ten nie wiedział, gdzie schował Mapę i tak się tym zestresował, że poprosił chłopców o zmianę systemu, mimo iż znalezienie jej kosztowało ich jedno machnięcie różdżką i zaklęcie Accio. Potem chłopcy byli nawet wdzięczni Glizdkowi, bo kiedy James chwycił lecącą w jego kierunku Mapę wpadł na pomysł, by na wszelki wypadek może zastanowić się czy jej aby przed takim sposobem znajdowania nie zabezpieczyć. Syriusz nie odrzucił tego pomysłu od razu, ale stwierdził żeby na razie poczekać z jego realizacją i spojrzał wymownie na Petera.
   Ten ostatni nadal czerwony, ale już oddychający prawie normalnie stanął już o własnych siłach, bo doszedł do wniosku, że jego opowieść zrobi większe wrażenie, jeśli nie będzie się słaniał po podłodze.
- Dobra. Niech będzie, że ja to zainicjuję. – Powiedział Rogacz wstając z parapetu i podchodząc do balustrady swojego łóżka, żeby się o nią niedbale oprzeć z rękami w kieszeniach. – Co się stało?
- Słyszeliście co się dziś wydarzyło po eliksirach w holu? – zaczął Glizdek głosem pełnym emocji. – Elinor Durete…
- Rozmawiała z Śmierciożercami W Śliniaczkach… – powiedział Syriusz.
- … po czym podeszła do Lily i Severusa… - dodał Remus.
- … porozmawiała ze Smarkiem, wyszeptała mu coś do ucha, a na odchodne nazwała Evans… - James nie dokończył tylko zacisnął szczękę tak mocno, że można było mieć wrażenie, że zaraz sobie zęby pokruszy.
- Nie musisz kończyć, wiemy. – powiedział Łapa kładąc przyjacielowi rękę na ramieniu. – A Ty co masz taką minę Peter?
- Mogliście dać mi opowiedzieć. – bąknął i poszedł paść na swoje łóżko.
- Nie mów, że będziesz się teraz dąsać. Jeśli Cię to pocieszy to też nie wiemy o tym jakoś specjalnie długo. – powiedział Remus odkładając książkę na półkę. Niby żadnej nowej sensacji nie było, ale znał swoich przyjaciół zbyt długo i zbyt dobrze, by sądzić, że w związku z tym nad tą istniejąca i znów wywołaną na wierzch przejdą obojętnie.
- W sumie rzeczywiście mogliśmy docenić fakt, że zmieniłeś dla nas kolor na kolor dojrzałego pomidora i udawać, że o niczym nie wiemy, ale… – powiedział Łapa i zaczął wyliczać – Po pierwsze potem byłoby Ci jeszcze bardziej głupio, gdybyś się dowiedział, że o wszystkim wiemy. Po drugie – wolałbym słuchać krzyku mandragory niż tej historii lub nawet jej fragmentu po raz tysięczny, bo choć faktycznie wiemy o tym, jak zaznaczył Luniaczek od niedawna to liczba osób, która w ciągu godziny opowiadała lub starała się nam o tym powiedzieć była zatrważająca. A po trzecie – Syriusz popatrzył na Rogacza, który właśnie poczochrał sobie włosy i poprawił okulary, co oznaczało, że już się zdążył uspokoić. – Gdybyś był pierwszą osobą mówiącą o tym Rogasiowi mógłbyś zostać kontuzjowany. Pierwszemu opowiadającemu prawie się oberwało za tą obelgę pod adresem Lily. Choć wszyscy dobrze wiemy kogo tak naprawdę James miał ochotę uszkodzić. – zakończył Łapa i rozłożył się na wpół leżąco na swoim łóżku.
- To raczej nie jest żadna tajemnica. Smarkerusa. – powiedział Potter i wyjął z szafki nocnej piłeczkę do ping-ponga, którą zwędził kiedyś nauczycielce od mugoloznawstwa, bo rozmiarem trochę przypominała Złotego Znicza. Teraz zaczął nią sobie podrzucać, żeby wyciszyć się do końca.
- Dlaczego jego? To nie on obraził Lily. – Remus starał się tak często, jak mógł temperować porywcze charaktery przyjaciół.
- Lunatyku, nie poznaję Cię. – Syriusz się uśmiechnął. – Czyżbyś sugerował przeprowadzenie ataku na pannę Durete?
- Bardzo zabawne. Nie śmiałbym podnosić ręki na Twoją dziewczynę. – powiedział zaczepnie Lupin, na co obaj z Potterem się uśmiechnęli.
- Długo mi będziecie jeszcze dogryzać?
- W sumie nie rozumiem dlaczego. – odezwał się Peter, choć miał plan udawać przez chwilę obrażonego. – Elinor to niezła laska.
- Wow, no proszę. Nasz Glizdek dorasta. – zażartował Rogacz. – Ja nie twierdzę, że czegoś brakuje jej powierzchowności. I choć nie jest absolutnie w moim guście to przyznaję, że jest atrakcyjna…
- Znacznie bardziej byłaby według Ciebie atrakcyjna, gdyby zamiast czarnych miała rude włosy. – mruknął Łapa.
-… Tylko, że ta jej atrakcyjność – kontynuował James niezrażony tekstem przyjaciela. – nie obroni jej przed odwetem za używanie takich słów.
- Używanie takich słów – czytaj: Obrażanie Evans. – Łapa nie ustawał w komentowaniu wypowiedzi przyjaciela.
- A jeśli chodzi o Smarka to należy mu się za nie bronienie Evans, za towarzystwo, w którym się obraca i za fakt, że…
- … istnieje. – dokończyli wszyscy chóralnie, znając już argumenty Jamesa przemawiające za jego atakami na Snape’a.
- Skoro to już ustaliliśmy, to powiedz mi James, poważnie chcesz przeprowadzać atak na Elinor?
- Remusie, nie musisz się bać reakcji Syriusza, sam się nią zajmę po cichu.
- Skończyliście już?
- Nie wiem jak Lunatyk, ale ja się dopiero rozkręcam. A to, że to dziewczyna – to, co z tego? Ślizgonki już się nam zdarzało obierać za cel. A skoro Smoczyca zadała się z takim, a nie innym towarzystwem to nie mam zamiaru mieć i w tym przypadku żadnych skrupułów. – James skończył przemowę i położył się na łóżku wystawiając jedną rękę tak, by móc odbijać piłeczkę od ziemi.
- Swoją drogą – zaczął Łapa po krótkiej chwili ciszy. – Elinor to ciekawy okaz.
   Chłopcy, a konkretnie Remus i James spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Peter natomiast zaczął potakiwać z wyraźnie rozmarzonym wzrokiem.
- Chcesz nam coś powiedzieć?
- Rogaś, daj znać kiedy Ci się znudzą te żarty.
- Syriuszu ja mówię teraz na poważnie i bez żadnych przytyków.  Nie poczułeś Ty przypadkiem do niej mięty na tej randce sobotniej?
- Nie. – powiedział Łapa i choć zrobił to bez wahania to zrobił przy tym minę, która kazała Potterowi dalej drążyć temat.
- Chyba nie muszę Ci przypominać, że Huncwoci nie mają przed sobą tajemnic? – powiedział James, a Syriusz powtrzymał się od komentarza, że w takim razie powinien przestać wszystkim wpierać, że wcale nie jest zakochany w Lily Evans. To kłamstwo i tak było tak niewiarygodne, że się do kłamstw nie zaliczało.
- Pamiętam o tym doskonale. Zwyczajnie się zastanawiam jak najlepiej rozegrać tą całą sytuację z Ognistą Panną Durete. Bo czuję, że ta randa to zaledwie preludium jest podchodów.
- Jeszcze nie przywykłeś do tego, że dziewczyny Cię podrywają? – zapytał Peter.
- Przywykłem. – Syriusz nie uważał tego stwierdzenia za jakąkolwiek nieskromność. Była to zwyczajnie prawda wynikająca z jego oczywistej atrakcyjności. – Ale ona jest dosyć specyficzna.
- Poniekąd to Twoja kobieca wersja.
- Skoro już się włączyłeś do rozmowy Luniaczku to może mi coś doradzisz? Jak Ty sobie radzisz z Królową Śniegu?
- To co dobre na lód, raczej do ognia się nie nadaje. – powiedział wymijająco Lupin i poszedł do łazienki przebrać się w piżamę.
   Syriusz tylko się uśmiechnął. Wiedział, że kwestię, która mu chodziła po głowie po ostatniej rozmowie z Jules związaną z trójkącikiem, Elinor, Willow etc. etc. musi najpierw sam rozeznać. Bo właśnie w ten sposób Casanova Hogwartu decydował się na ewentualne posiadanie dziewczyny. Nie na drodze miłosnych uniesień i porywów serca. On kalkulował i analizował, a wybranka, która miała ostatecznie dostąpić tego zaszczytu… Chyba jeszcze sam nie do końca był w stanie określić jakimi cechami powinna się charakteryzować. Jedno było pewne – nie mogła być przeciętna.
- Remus przebrał się w piżamkę, z miny Glizdka widzę, że czuje zakwasy po tym dzisiejszym wysiłku nawet przewracając się z boku na bok, więc wnioskuję, że dziś czeka nas raczej spokojny wieczór.
- Chyba tak Rogaczu. – ledwo Syriusz to powiedział w dormitorium dało się słyszeć cichutkie, ale naglące pukanie w szybę.
   Huncwoci spojrzeli w stronę źródła tego dźwięku, czyli na okno między łózkami Jamesa i Syriusza. Wydawało się, że niczego za nim nie ma, ale pukanie się powtórzyło. Potter podszedł do okna i je otworzył… I nic. Wystawił nawet głowę w głęboki mrok wieczoru, którym charakteryzowały się zimowe miesiące, napuszczając do dormitorium dawkę zimnego powietrza.
- Średnio chyba prawdopodobne żebyśmy wszyscy czterej mieli omamy słuchowe? – powiedział James odwracając się do przyjaciół. Oni tylko wzruszyli ramionami i wraz z zamknięciem okna wrócili do swoich zajęć.
   Jednak pukanie rozległo się ponownie. Było to tak dziwne, że nawet Peter spionizował na łóżku swoje obolałe ciało. Tym razem to Lupin, który akurat skończył pakować spodnie do kufra ruszył w stronę okna. Wyjrzał, otworzył, wyjrzał ponownie i nic.
- Myślicie, że doczekaliśmy się w końcu momentu, w którym ktoś postanowił zrobić dowcip dowcipnisiom? – zapytał zamykając okno.
- Jeśli tak to ja z przyjemnością przyjmę wyzwanie. Nikt nie ma z nami szans w Huncwockich Mistrzostwach. – powiedział Syriusz przechylając się na jeden brzeg łóżka, by spod drugiego wydobyć bez szwanku Mapę.
   Remus wrócił do swojego łóżka i zaczął szukać we wcześniej odłożonej książce miejsca, w którym skończył, James już leżał na swoim przerzucając piłeczkę z ręki do ręki i obmyślając zemstę za użycie niewybaczalnego słowa ,,szla**”. Nawet w myślach Potter nie był w stanie tego ,,wymówić”.
   Tylko Glizdogon tak się zafascynował tym dziwnym pukaniem, że aż wstał i teraz czekał bez ruchu na środku pokoju, nasłuchując kolejnego… PUK PUK. Długo czekać nie musiał. Rzucił się do okna i od razu je otworzył, jakby myślał, że ten dźwięk zaraz ucieknie.
- Peter uważaj, bo wypadniesz. – powiedział Rogacz patrząc jak przyjaciel wychyla się przez okno klęcząc na parapecie.
- W razie czego wyciągniesz miotłę i będzie miał dodatkowy trening szukającego ze Zniczem w rozmiarze XXXXXXL. – zażartował Syriusz, na co James się zaśmiał.
- Nie rozumiem jak możecie być tacy spokojni? Nie denerwuje Was to? – zapytał Peter zamykając okno z rezygnacją.
- Jak mistrzowie denerwowania ludzi sami jesteśmy na takie zaczepki wyjątkowo odporni.
- Łapa dobrze mówi. Poza tym, jeśli w ten sposób nie damy się sprowokować autor pukania posunie się do czegoś mniej subtelnego i wtedy łatwiej będzie go namierzyć oraz dorwać. – James użył swojego wszechwiedzącego tonu i dalej bawił się piłeczką.
   Nie musieli długo czekać na powrót natarczywego pukania. Tym razem jednak żaden nie zareagował. Remus kompletnie się wyłączył czytając książkę, a przywódcy Huncwotów - niecierpliwi w czekaniu na coś, ale gdy ktoś próbował ich celowo wyprowadzić z równowagi wykazujący niezwykłą cierpliwość i wydający się być nie do ruszenia. Pierwszy wymiękł Peter.
- Proszę, niech ktoś coś zrobi! – zawołał, zakrywając się poduszką, bo miał wrażenie, że to ciche pukanie zaczyna mu się wwiercać w głowę. – Syriuszu, Ty jeszcze nie próbowałeś. Sprawdź okno.
- Uważasz, że mogę być bardziej spostrzegawczy niż nasz wspaniały szukający?
- Marne szanse, ale zawsze możesz spróbować doskoczyć choć do połowy ustawionej przez mnie poprzeczki. Poza tym chyba czas na jakąś interwencję skoro temu bębnieniu udało się zmęczyć jednego z naszej paczki.
- Może to jednak pułapka, co? – powiedział Syriusz, ale wstał z łóżka i położył na nim rozłożoną Mapę. – Która uruchamia się za którymś np. czwartym razem?
- Boisz się o swoją piękną buźkę? – Rogacz się zaśmiał, ale stanął za plecami przyjaciela. Pułapka była całkiem prawdopodobna, a on nie chciał dopuścić by Łapie stała się krzywda. Black był dla niego jak brat.
   Syriusz otworzył okno i nie zdążył nawet wystawić przez nie głowy, gdy stało się coś innego niż nic z poprzednich trzech razy. Do dormitorium wleciał malutki papierowy samolocik, zatoczył rundkę między balustradami łóżek, by w końcu zacząć kołować nad głową Syriusza. Wylądował dopiero, gdy Black wystawił mu jako lądowisko swoją rękę.
- Czyli jednak potrzebny był jakiś klucz. – Rogacz czekał w napięciu i tak, jak pozostali Huncwoci patrzył jak Łapa otwiera i czyta liścik, który zaraz po przeczytaniu… Uległ samozapłonowi i zamienił się kupkę popiołu, którą Syriusz strzepał z ręki przez okno.
- Ale numer. – powiedział Glizdogon.
- Co to było? – Remus tym razem nie odłożył książki.
- I od kogo? – James patrzył na przyjaciela i nie zwrócił uwagi, że okulary zsunęły mu się już do połowy nosa.
   Syriusz popatrzył na nich przegryzając policzek, co świadczyło, że bije się sam ze sobą. W końcu podjął decyzję.
- Elinor. I to niestety wszystko co mogę Wam powiedzieć. A teraz muszę iść.
- I uważasz, że po dostaniu takich skrawków informacji po prostu Cię puścimy.
- James, musicie mi zaufać. – Black spojrzał Potterowi w oczy, a minę miał poważną. Takie zestaw był bardzo rzadki w zachowaniu obu przywódców Huncwotów i między innymi dlatego obaj brali go bardzo na poważnie.
- Wiesz, że jeśli o to chodzi to ufam Ci jak nikomu na świecie. Ale użyj swojej huncwockiej intuicji i odpowiedz na pytanie: Wyczuwasz zagrożenie albo postęp?
- Nie i dlatego masz mi obiecać, że nie pójdziecie za mną.
- Trochę ciężko to obiecać wziąwszy pod uwagę nowych ,,przyjaciół” Elinor. – zauważył, a raczej wypowiedział na głos to, co wisiało w powietrzu Remus.
- Nie przesadzajmy, ja bym szybciej obstawiał jakiś oryginalny sposób zwrócenia na siebie uwagi i podrywu.
- A gdzie masz teraz iść? – zapytał Potter, a widząc wymowne uniesienie brwi przez Syriusza dodał: - Okej, to chociaż zerknij na Mapę i upewnij się, że terem czysty.
   Łapa tak właśnie zrobił. Po czym uśmiechnął się do przyjaciół, skinął głową i narzuciwszy na plecy kurtkę ruszył w stronę drzwi.
- Weź pelerynkę. Na wszelki wypadek, żebyś choć od strony Gonagall nie miał w razie czego problemów. – Rogacz podał mu pelerynkę i mrugnął. Patrzył jak przyjaciel zamyka za sobą drzwi i jak atmosfera w dormitorium robi się senna. On sam ze spokojem poszedł do łazienki wziąć prysznic i przebrać się w piżamę.
   Nie martwił się, bo tak się Syriusz spodziewał śledził jego wzrok skierowany na Mapę i wiedział dokładnie dokąd Black zmierza. A w przystani oprócz śladów stóp z napisem ,,Elinor Durete” nie było nikogo innego.

środa, 28 czerwca 2017

18. Coraz szersze kręgi

   Cylinder wypełniony ,,punktami” Gryffindoru wzbogacił się o sporą garść symbolizująca 20 punktów, które zostały przydzielone pewnej rudej dziewczynie na kończącej się właśnie lekcji eliksirów. Uczniowie czując zbliżającą się przerwę zaczęli pakować swoje książki do toreb, a w sali do eliksirów dało się wyczuć narastający brak skupienia. Gdy dzwony rozbrzmiały na korytarze wylali się uczniowie, jak mrówki z rozgrzebanego mrowiska. ,,Mrówki” wychodzące z lochów w barwach Gryffindoru i Slytherinu cieszyły się niezmiernie faktem, że skończyły na dzień obecny zajęcia i nawet te najpilniejsze zamiast myśleć o zbliżających się oraz niezwykle ważnych na piątym roku egzaminach planowały już miłe spędzenie popołudnia. Na książki miał przyjść czas dopiero późnym wieczorem po kolacji.
   Oczywiście pierwsi z lochów wybiegli Huncwoci, za nimi cała reszta w nieuporządkowanym ciągu, choć nie do końca. Lily Evans, która chciała spędzić teraz trochę czasu ze swoim Ślizgońskim przyjacielem, szła przed nim, by w razie ewentualnych huncwockich pomysłów ( dla Lily huncwocki był synonimem głupiego ) ustrzec przed nimi Severusa. Sam zainteresowany był tego świadomy i średnio tym faktem zadowolony, ale nauczył się rozpoznawać kiedy przeciwstawianie się pannie Evans jest warte, a kiedy niewarte wszystkich towarzyszących mu nerwów.
- To co będziemy robić? – zapytała Lily pokonując ostatnie stopnie schodów prowadzących do lochów lub z lochów do holu, co było w tym przypadku właściwszym opisem.
- Wszystko na co masz ochotę. – odpowiedział odruchowo Severus i uśmiechnął się, uświadamiając sobie, co właśnie nastąpni.
- Wszystko? – Lily odwróciła się do przyjaciela. – Czyli skok ze spadochronu mi załatwisz i to powiedzmy w ciągu pięciu minut?
- Dobra, dobra, przepraszam. To było automatyczne. I już prostuję – wszystko na co masz ochotę i co leży w naszym zasięgu. Ale – kontynuował widząc wyczekującą minę Lily – nie mam konkretnej propozycji.
- A szkoda. Mam ochotę na coś nietypowego i szalonego.
- Nie ten adres. – burknął Sev słysząc przymiotniki, których użyła Rudowłosa.
- Nie rób takiej miny. Nie o to mi chodziło. Po prostu w moim przypadku te słowa nie są ściśle zarezerwowane i powiązane z tymi czterema bałwanami. No, może trzema, Remus się jeszcze jako tako broni. W każdym razie ja na całe szczęście uniknęłam tego prania mózgu. – powiedziała lekko podirytowana Lily, a Severus słysząc określenie ,,bałwany” od razu się rozchmurzył.
- W porządku, ale co w takim razie miałaś na myśli? Siedzenie na błoniach rozumiem nie jest nietypowe.
- Raczej nie. – Lily wzięła się pod boki i zaczęła rozglądać po holu, szukając inspiracji. Nie spodziewała się jak nietypowej sytuacji zaraz będzie świadkiem. Pierwszym alarmem świadczącym, że jej prośba zostanie spełniona była mina  Severusa, który dosłownie wytrzeszczył oczy na coś, a raczej kogoś znajdującego się za plecami Lily.
   Gdy dziewczyna się odwrócił prawie wbiło ją w podłogę. W ich stronę zmierzał nikt inny tylko Elinor Durete. Dziewczyna szła charakterystycznym dla siebie kołyszącym się krokiem zostawiając za sobą grupkę Śmierciożerców Juniorów, z którymi właśnie skończyła rozmawiać. Ci patrzyli jeszcze przez chwilę na jej… kształty i rozeszli każdy w swoją stronę. W tym czasie Elinor zdążyła pomachać do Severusa i przeczesać palcami swoje długie czarne włosy. Mało tego – uśmiechała się do niego swoim pięknym, uroczym uśmiechem, jak do najlepszego przyjaciela. Ślizgon był w tak głębokim szoku, że aż odwrócił się za siebie, by upewnić się, że to na pewno on jest odbiorcą sygnałów Elinor. Lily, która trochę szybciej się otrząsnęła ( w końcu na nią atuty panny Durete nie robiły wrażenia ) odsunęła się dwa kroki w tył, by na prostej drodze łączącej Krukonkę z Severusem. Nie był to w żadnym razie dowód uległości czy tym bardziej strachu. Te pojęcia były dalekie charakterowi Lily. Ona zwyczajnie obrała pozycję, z której najlepiej mogła obserwować dalszy rozwój sytuacji. A był on godny uważnego zapamiętania.
- Witaj Severusie.
- Cześć. – ledwo wydukał Severus starając się zachować kamienną Ślizgońską twarz.
- Miło Cię widzieć. – Elinor starała się nie śpieszyć z wyjawieniem swoich intencji.
- Tak. – jedyna, bardzo ambitna odpowiedź, na którą było stać chłopaka w tym momencie.
- Rozmawiałam właśnie z chłopakami. – powiedziała i zarzuciła włosy za ramię, robiąc niepostrzeżenie krok w kierunku Severusa. Niepostrzeżenie dla niego, ale nie dla Lily, która stała dalej bez ruchu marszcząc brwi.
- Widziałem. – Severus zaczął odzyskiwać jasność myślenia w tej absurdalnej sytuacji. – Coś się stało?
- To zależy. – uśmiechnęła się widząc, że rozmowa idzie po jej myśli.
- Od czego?
- Ile wiesz do tej pory. – mrugnęła do Severusa i w swojej łaskawości obdarzyła Lily przelotnym spojrzeniem.
- Wydaje mi się… - zaczął chłopak wyraźnie speszony, ale nie widział jak skończyć swoją wypowiedź, zezując nerwowo na przyjaciółkę.
- Że nie powinniśmy o tym rozmawiać przy świadkach. Wiem, wiem. Dlatego już idę, ale najpierw – odchrząknęła delikatnie i rozejrzała się po korytarzu. Stłumiła chichot. Liczba par oczu skierowanych w ich stronę była wystarczająca by uznać jej plan za udany, a misję za zakończoną sukcesem. – Najpierw chciałabym zaktualizować Twoje informacje. – dokończyła i nachyliła się w stronę Severusa kładąc mu dłoń na ramieniu, a drugą osłaniając usta od strony Lily, by uczynić swój szept bardziej ostentacyjnym.
- Dziękuję za informacje. – powiedział Ślizgon z delikatnym opóźnieniem spowodowanym zapachem perfum dziewczyny.
- Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie. Z resztą tak, jak zawsze. – dokończyła tajemniczo i odwróciła się na pięcie. Zrobiła już dwa kroki do przodu, ale stwierdziła, że nie może sobie odpuścić i nawet nie w jej stylu byłoby nie zakończyć z grubej rury. – Do zobaczenia Severusie. – zawołała przez ramię. – Do mam nadzieję nie-zobaczenia Szlamo. – na te słowa, powiedziane wystarczająco głośno, by doszły do wszystkich osób znajdujących się w holu i śledzących mniej lub bardziej dyskretnie rozwój wydarzeń Lily aż drgnęła. Słyszała już co prawda niejednokrotnie to przezwisko pod swoim lub innych adresem, ale jeszcze nigdy nie było wypowiedziane tak spokojnym i słodkim głosem. Elinor tylko zarzuciła włosami ( robiła to tak, jak zauważył Syriusz - bardzo często i praktycznie machinalnie ) i odeszła z uniesioną głową. Była pewna, że nikomu nie uszło uwadze jej zachowanie i że do wieczora przynajmniej trzy czwarte szkoły dowie się o całej akcji. Zerknęła kątem oka na schody prowadzące na piętro i zobaczyła grupkę Gryfonek z czwartej klasy stłoczonych na pierwszych dwóch stopniach i szepczących coś do siebie. Widać było, że były w drodze na górę kiedy coś je zatrzymało, a teraz od emocji miały niemal wypieki na twarzy. Na twarzy Krukonki zagościł uśmiech.
Może więcej niż trzy czwarte i szybciej niż do wieczora. – pomyślała i zniknęła za rogiem.
   Dopiero wtedy, jakby wyrwani z hipnozy ruszyli się Severus i Lily. Ten pierwszy popatrzył na przyjaciółkę z przerażeniem w oczach. Rudowłosa patrzyła na niego, a w swoich migdałowych oczach miała ogień. Chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę jakich kłopotów przysporzy mu cała ta rozmowa i to, co w jej trakcie usłyszała Lily. Choć słowo ,,szlama” było potworne wiedział, że to nie ono zdenerwowało pannę Evans.
- Dostałam już wystarczającą dawkę adrenaliny. Teraz spacer po błoniach w zupełności mi wystarczy. – powiedziała dziewczyna i swoim energicznym krokiem ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. Dopiero kiedy za nimi zniknęła Severus otrzeźwiał i ruszył za nią.
   Szli w milczeniu dłuższą chwilę. Doszli dość daleko od zamku zanim Lily uspokoiła się szybkim tupaniem. Oparła się o jedno z drzew, założyła ręce na piersi i spojrzała wyczekująco na Severusa. Pod jej wzrokiem śnieg wokół niego wydawał się topić.
- Masz mi coś do powiedzenia? – zapytała z lekką ironią w głosie. – Pewnie nie. Bo przecież wiąże Cię tajemnica i solidarność Sługusów Ciemności czy jakie tam przezwisko chcecie sobie nadać, by budzić podziw i strach wśród uczniów w szkole i jednocześnie nie ujawniać się ze swoimi przyszłymi aspiracjami! – wykrzyczała, a kiedy to z siebie wyrzuciła schowała twarz w dłoniach.
- Lily… - spróbował Severus, ale źle ocenił sytuację. Evans jeszcze nie wyrzuciła z siebie wszystkiego.
- Lily? A czy ideologicznie bardziej nie pasuje do mnie słowo, którego użyła Elinor? Przecież wiem, że wśród Twoich wspaniałych przyjaciół właśnie tak jestem nazywana…
- Nie przeze mnie. Nigdy bym nawet tak o Tobie nie pomyślał. – powiedział zdecydowanie Snape.
- Ale tajemnice i knucie to już co innego. Widziałam Twoją minę, kiedy Smoczyca zaczęła do tego nawiązywać. I przerażenie, aby przypadkiem czegoś przy mnie nie zdradziła.
- Użyłaś przezwiska. Nie lubisz tego robić. – wypalił Severus i nieśmiało delikatnie się uśmiechnął.
- Nie zmieniaj tematu. Jestem bardziej zła niż Ci się wydaje. Po prostu nie chciałam robić w holu jeszcze większego widowiska niż to, które zapewniła wszystkim panna Durete. Naprawdę to nie mam nawet ochoty z Tobą rozmawiać. – powiedziała i oparła się o drzewo tak, że stała teraz do Snape’a bokiem.
- Lily przepraszam Cię bardzo za całą tą sytuację i za to, że musiałaś wysłuchać obelgi pod swoim adresem.
- Ale za towarzystwo, w którym się obracasz i rzeczy, które z nimi planujesz to już nie? – obróciła na chwilę głowę w jego stronę, a następnie dalej uporczywie patrzyła w przestrzeń.
- Ja mam swoich przyjaciół, a Ty swoich. Nie chciałem rozmawiać z Elinor przy Tobie, żeby tych dwóch światów nie mieszać. Przecież już dawno temu ustaliliśmy, że ideologia dla dobra naszej przyjaźni powinna być tematem tabu.– powiedzenie tego kosztowało Severusa sporo odwagi i teraz czekał niemal na bezdechu na reakcję Rudowłosej.
   Dziewczyna najpierw zamarła i się zapowietrzyła, ale zamiast wybuchnąć wypuściła powoli powietrze z płuc i zrezygnowana opuściła głowę.
- Coraz trudniej nam będzie tak funkcjonować. Widzę przecież, że znajomość ze mną nie jest akceptowana przez Twoje towarzystwo. I że starasz się w związku z tym, jak najmniej im się rzucać tym w oczy.
- Jak to? Nieprawda. Nie ukrywam tego, że się przyjaźnimy. – obruszył się Snape, pamiętając o tych wszystkich razach, gdy mówił kolegom, żeby dali Lily spokój i nie nazywali jej szlamą.
- Jesteś pewny? Zastanów się. Pomyśl jak często wychodziliśmy razem do wioski jeszcze rok temu, a jak często wychodzimy teraz. Czas spędzamy zazwyczaj schowani przed wszystkimi w bibliotece za książkami. Albo na błoniach w odosobnieniu. Nie mówię, że to zawsze jest Twoja wina, ale właśnie do tego nawiązywałam kiedy mówiłam dziś o nietypowym spędzaniu wolnego czasu. – Lily skończyła i z ciężkim sercem zobaczyła, że Sev uświadamia sobie, że to prawda i dalej nie próbuje protestować.
- Jednego jestem pewny – nie zrezygnuję ze znajomości z Tobą. – była to najbardziej otwarta deklaracja Severusa wobec Lily jaką kiedykolwiek wypowiedział.
- Cieszę się z tego. W końcu to właśnie Ty towarzyszysz mi od samego początku mojej magicznej przygody. – Lily wreszcie się uśmiechnęła, po czym westchnęła, by ulżyć wielkiemu ciężarowi, który czuła na sercu. – Jesteś moim przyjacielem Sev. I martwię się o Ciebie. Bardzo! To mnie denerwuje chyba w największym stopniu. Martwię się o wszystkich swoich przyjaciół, ale żadne z nich nie pcha palców między drzwi.
- Paradoksalnie rzecz biorąc ludzie po stronie Zła nie muszą się go obawiać, nie uważasz? – powiedział z pozoru poważnie, ale z uśmiechem na ustach.
- Bardzo zabawne. – powiedziała Lily i dała Snape’owi kuksańca w bok. Zmniejszyła w ten sposób dystans miedzy nimi. Teraz stała z nim twarzą w twarz i patrzyła mu prosto w oczy. – Nie chcę wiedzieć jakie informacje przekazała Ci Elinor. Nie chcę słyszeć czym się zajmujecie. Proszę Cię po prostu o jedną rzecz. – patrzyli na siebie przez sekundę w milczeniu. – Teraz powinieneś zapytać jaką. – Lily uśmiechnęła się półgębkiem.
- Jaką? – zapytał Severus i się zaśmiał.
- Właściwie to nie jest prośba, tylko rozkaz. –wyciągnęła palec wskazujący w geście groźby. – Masz na siebie uważać. Nie narażaj się bez potrzeby, nie rób głupstw i nie narażaj innych. I zastanów się może jeszcze raz nad własnymi poglądami.
- Musiałaś dodać to ostatnie. – Severus przewrócił oczami.
- Musiałam. I nie rób min! – zawołała odchodząc ścieżką w stronę jeziora. – Idziesz na spacer?
- Idę. Ale powiedz mi jeszcze jedną rzecz.
- Jaką?
- Czujesz, że występujesz wbrew swoim zasadom moralnym przymykając oko na plany moje i mojej paczki.
- Nie znam tych planów.
- Ale zdajesz sobie sprawę z ich istnienia.
- Tak. I tak, jest mi z tym ciężko. Ale zgadzam się nadwyrężać i naciągać swoje zasady, bo mam nadzieję. – zatrzymała się na brzegu jeziora, do którego dotarli i spróbowała puścić kaczkę.
- Nadzieję na co? – zapytał Severus idąc w jej ślady.
- Pamiętasz jak uczyliśmy się puszczać kaczki nad tym małym stawem na skraju lasku?
- Taaak. – opowiedział Snape, trochę zbity z tropy tą nagłą zmianą tematu. – Próbowaliśmy prawie cały dzień od świtu do wieczora, bo nawet jak Ci wychodziło to starałaś się dalej dążyć uparcie do perfekcji już od najmłodszych lat.
- Nie ma niczego złego w chęci rozwijania się. – powiedziała zadziornie i rzuciła po raz kolejny. -  Bardzo miło wspominam ten dzień. Pogoda była piękna, szło nam z każdym rzutem coraz lepiej, co tylko zachęcało do dalszych prób. I nawet Petunia na chwilę się przyłączyła. Ale szybko jej się to ,,znudziło”. – Lily wykrzywiła się przez chwilę, ale przełknęła po raz kolejny fakt, że dobre stosunki z siostrą to sprawa należąca do przeszłości i oprócz grzecznościowych zachowań serwowanych w obecności rodziców kontakt z nią jest praktycznie żaden.
- A wiesz co ja miło wspominam? – zapytał Snape, żeby odciągnąć Lily od przykrego tematu. – Jak przekonywałaś mnie, że skręcanie łańcucha huśtawki i odkręcania się na niej z głową do góry to prawdziwie ,,magiczne” odczucie, przypominające latanie albo teleportację. – zaśmiali się oboje na myśl o tym. – Z tym pierwszym to po lekcjach z latania na miotle w pierwszej klasie wiesz, że średnio trafiłaś, a co do drugiego – przekonasz się jak będziemy się uczyć teleportacji za dwa lata.
- Myślę, że nie przebije to huśtawek w żadnym względzie. – zażartowała dziewczyna i puściła ostatnią kaczkę. – Liczyłam wtedy, że jest to dopiero początek długiej i owocnej znajomości. I to nie tylko dlatego, że potrzebowałam przewodnika po świecie magii. W każdym razie moja nadzieja przeszła w rzeczywistość. I wracając do tematu – chcę żeby i teraz tak było.
- To znaczy?
- Obecnie mam nadzieję, że przejdziesz na moją stronę. – powiedziała z mocą Lily i zanim Severus zdążył cokolwiek powiedzieć, zarzuciła mu ręce na szyję i mocno przytuliła. On szybko przezwyciężył zdziwienie i żeby nie zmarnować okazji odwzajemnił objęcie. – Wiem, że mnie nie zawiedziesz. – wyszeptała mu do ucha i zwolniła uścisk odsuwając się na odległość wyprostowanych rąk. – To co? – zapytała, podnosząc z ziemi kamień. – Mały konkurs czyj poleci dalej?
   Severus tylko pokiwał głową. Tylko na tyle był w stanie sobie teraz pozwolić, bo gardło miał ściśnięte. Patrzył na Lily przygotowującą się do rzutu i czuł jak serce dalej szybciej mu bije.
   Przytulili się. Ona go przytuliła. I to nie przy składaniu życzeń czy dla zabawy. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek czuł tak wielkie szczęście. Oraz nadzieję, która już od pewnego czasu w nim spała, a teraz rozbudziła się na nowo i po tym obudzeniu momentalnie wzmogła jego ciche zachwyty nad osobą Rudowłosej. To jedno, krótkie przytulenie sprawiło, że zupełnie zapominał o tym, co ich wywiało na błonia.
   Jednak Snape w tej wybiórczej amnezji był całkowicie osamotniony. Nie było osoby, która będą świadkiem przedstawienia Elinor nie opowiedziała o nim do tej pory komuś innemu. Historia zataczała coraz szersze kręgi w szkole na wzór kręgów na jeziorze wywoływanych kamieniami. Misja Elinor Durete została zakończona sukcesem. 

środa, 24 maja 2017

Ogłoszenie

Wiem, że tak długi zastój na blogu jest niewybaczalny i sama niejednokrotnie denerwowałam się będąc czytelnikiem na tak urywające się historię. Ale bardzo proszę o wyrozumiałość i cierpliwość. Nie cierpię na brak natchnienia, tylko na brak czasu i obiecuję, że jak tylko zaczną się wakacje wrócę z regularnymi notkami ;)
Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali/ją i poświęcili chwilkę na komentarze, które sprawiły mi niewysłowioną przyjemność. To ciepło na serduszku kiedy wiesz, że ktoś czyta to, co napisałeś - bezcenne :)
Mam nadzieję, że nie zraziłam Was całkowicie i dacie mi tą szansę powrotu :) i że opowieść, którą zaczęłam tworzyć jest warta tego, żeby jeszcze trochę poczekać na jej kontynuację :)
Zapraszam serdecznie i pozdrawiam Was wszystkich :*

sobota, 24 września 2016

17. Uraz, umowa i uśmiech

   Mucliber został znaleziony w tajnym korytarzu przez jednego z młodszych uczniów, którego przyciągnęły jego gniewne pomruki. Na nic innego Ślizgon nie mógł sobie pozwolić, bo Huncwoci zadbali by założyć mu na usta niewidzialny, magiczny knebel. Dalszy przebieg wydarzeń był do przewidzenia: wezwanie nauczycieli, którzy uwolnili już całkowicie czerwonego na twarzy Muclibera; odesłanie chłopaka do Skrzydła Szpitalnego, a następnie wysłuchanie go przez loże złożoną z opiekunów domu Lwa i domu Węża, a także dyrektora. Oczywiście zanim chłopak otworzył usta dla wszystkich było wiadome kto jest autorem pułapki na Ślizgona, jak również na co była ona odpowiedzią. Zemsta za Mary.
   W tej sytuacji nauczyciele zachowali się w sposób zadziwiający i karygodny z punktu widzenia wychowawczego. Po wysłuchaniu Muclibera profesor McGonagall powiedziała:
- Nie uważasz Horacy, że jest to sytuacja patowa?
- Co masz na myśli, moja droga?
- Mamy tu słowo przeciwko słowu, bo jestem pewna chóralnego zaprzeczenia chłopców w kwestii ich związku ze sprawą.
- Zapewne masz rację. – powiedział zamyślony opiekun Slytherinu, do czego dodał energiczne kiwanie głową, gdy napotkał wzrok profesora Dumbledore’a i jego delikatny uśmiech.
- Myślę, że możemy sobie w takim razie odpuścić konfrontację. Paniczowi Mucliberowi nic wielkiego się nie stało, dowodów brak…
- Ale…
- Chłopcze, nie ładnie jest przerywać kiedy kobieta mówi. – powiedział dyrektor. – A tymczasem życzę Ci powrotu do formy. – poklepał go po ramieniu i skierował się do drzwi.
- Jesteśmy ostatnio za mało surowi dla uczniów. Niektórym niedawno upiekło się przez to wiele poważnych przewinień. – patrzyła wymownie na Ślizgona kiedy to mówiła i skutecznie zamknęła mu usta tą aluzją.
- W dzisiejszych czasach trochę pobłażliwości nie zaszkodzi. I tak życie codzienne nas nie rozpieszcza. – Horacy Slughorn westchnął. – No cóż, nie ma co robić tu Poppy niepotrzebnego tłoku. Trzymaj się chłopcze.
- Do widzenia Poppy.
- Do widzenia, do widzenia. – powiedziała pielęgniarka kryjąc w swoim kołnierzu trudny do pohamowania uśmiech. Następnie zajęła się Mucliberem, który był wyraźnie zdezorientowany i zirytowany. On też, jak większość zaślepionych czarną magią Ślizgonów patrzył na wszystko bardzo krótkowzrocznie. Dla niego i jego kolegów to była sprawa utarcia nosa paru Gryfonom i pokazu siły. Dla reszty świata i bardziej dojrzałych uczniów – wersja mini wojny, której stawką był, jakkolwiek pompatycznie to brzmiało – pokój na świecie.


***


W innej części zamku, już poinformowany o zajściu z Mucliberem inny Śmierciożerca Junior wprowadził w życie swój plan. Skorzystał z przypływu emocji, które dodały mu odwagi na tyle by zaciągnąć siostry Durete w ustronne miejsce na rozmowę. Siedzieli teraz, a właściwie dziewczyny siedziały w całkiem sporych rozmiarów składziku na miotły, a Regulus stał między nimi a drzwiami, które zamknął uprzednio od środka. Obie Krukonki siedziały prosto jak struny, jedną nogę założyły na drugą, a ręce z zaplecionymi palcami położyły na kolanach. Żadna z nich nie sprawiała wrażenia przestraszonej czy zmartwionej. W pierwszej chwili kiedy je zaczepił i poprosił o chwilę poufnej rozmowy zdawały się nie tyle zdziwione, co zaintrygowane. Mimo to, Regulus czuł mieszankę podziwu i wstydu. Podziwu dla ich niewzruszonej niczym postawy, a wstydu… Cóż, nie bały się zostać z nim zamknięte w pustym pomieszczeniu, a to kiepsko świadczyło o jego pozycji i opinii, a może raczej jeszcze jej braku.
- Słuchamy uważnie, panie Black. – powiedziała Elinor swoim hipnotyzującym głosem, kręcąc przy tym kosmyk włosów na palcu. Z wyjątkową lubością podkreśliła zwłaszcza dwa ostatnie słowa, a Regulus domyślił się o kim w tym momencie myślała. Zdenerwowało go to jeszcze bardziej, więc palnął bez większych wstępów.
- Chciałbym Wam złożyć propozycję przyłączenia się do naszej grupy.
- Co znaczy ,,naszej”? I co to za ,,grupa”? – powiedziała Corinne całkowicie spokojnie, po czym wymieniły z siostrą porozumiewawcze spojrzenia i się uśmiechnęły. – Takie pytania powinny paść, gdybyśmy chciały udawać głupie i nieświadome tego, co się wokół nas dzieje. Ale pozwól, że nie będziemy kluczyć i przejdziemy do innej kwestii: Dlaczego my?
- Tylko wprost i bez kręcenia. – dodała Elinor mrużąc zalotnie oczy i zdając sobie sprawę, jakie to robi wrażenie na Regulusie i jak wytrąca go to z równowagi. Chłopak wziął głęboki wdech i postanowił zachować pełen profesjonalizm.
- Jesteście czystej krwi. To po pierwsze. Po drugie, jesteście silne i pewne we wszystkich swoich działaniach. I powiedzmy sobie szczerze – wolicie być po stronie wygranych, choćby nawet ta strona była napiętnowana przez ogół.
- Powiem Ci Smoczyco, że jest to całkiem trafna analiza psychologiczna.
- Nazwisko Black zobowiązuje. Mimo wszystko, mowa tu nadal o czarnej magii i rasizmie. Skąd ta mina? Mówiłam – nazywamy rzeczy po imieniu.
- Chodzi o władzę i ochronę magicznego dziedzictwa. Same przyznacie, że są tacy, którzy na miano czarodziei nie zasługują…
- Znamy tą ideologiczną gadkę. – powtrzymała go Corinne gestem ręki. – W sumie, ja mogę spróbować.
- To nie jest klub dyskusyjny, do którego można się dołączyć, a potem wypisać i odzyskać wpisowe.
- A co jest tym wpisowym w tym przypadku? Dusza? – Elinor celowo mówiła niższym głosem, ale Regulus nie dał się sprowokować.
- Co by nim nie było, wchodzę w to. Wolę trzymać z silniejszymi. I choć tajemnicą nie jest, że w szkole nimi raczej nie jesteście, to poza murami zamku proporcje są dosyć jasne. – powiedziała Corinne takim tonem, jakby zgadzała się zjeść kawałem ciasta dyniowego na deser.
- Żartujesz.
- Nie. I nie mów siostrzyczko, że dla Ciebie sprawa jest całkowicie nie do przemyślenia. Gdybyśmy sprawiały wrażenie krystalicznie grzecznych i ideologicznie poprawnych panicz Black by nam tego nie proponował z takim spokojem.
- Fakt, święte nie jesteśmy i nigdy nie udawałyśmy, że jest inaczej. Ale brak zasad dla własnych wygód w szkole, a w prawdziwym życiu tam – wskazała palcem na ścianę, myśląc o świecie za murami – to zupełnie inna sprawa.
- Boisz się?
- Nie. Ale jeśli mam się zadeklarować to dopiero, gdy propozycja wyjdzie od kogoś… Twardego.
Obie brunetki spojrzały jednocześnie na Ślizgona i wtedy dopiero chłopak zdał sobie sprawę, że powinien się wtrącić do rozmowy, którą na razie prawie z zapartym tchem obserwował. Dyskutowały jakby go tu nie było, co za charaktery. Ale on też go miał, wbrew temu co sądziły.
- Co dla Was jest oznaką bycia twardym? Wieszanie ludzi pod sufitem w magicznych pułapkach? – osiągnął zamierzony efekt sięgając po temat Huncwotów, obydwu dziewczynom drgnęły brwi.
- Rozumiem. Tak, zgadza się Huncwoci robią na nas wrażenie. Ale to, że lubimy ich prywatnie nie oznacza zgodności poglądów. – powiedziała Corinne, bo Elinor wyjątkowo się zamyśliła i jakby uśmiechała do własnych wspomnień.
- To, że lubicie ich nie koniecznie promieniuje na ich towarzystwo. I w ten sposób przechodzimy to tego, że my również jesteśmy wystarczająco zdecydowani w swoich działaniach.
- Czyli przechodzimy do momentu przekonywania nas o swojej sile. – Corinne założyła ręce na piersi i oparła się wygodniej.
,,Koniec. – pomyślał Regulus – Wystarczy tego lekceważenia.”
- A otrucie jawnie nielubianej przez Was Jules Justice ma wystarczającą siłę perswazji.
   Siostry Durete były zbyt opanowane, by krzyknąć ,,Co?”, ale tym razem potrzebowały o wiele dłuższej chwili milczenia do przetrawienia tej informacji. Pierwsza odezwała się Elinor, ale bez flirtu i uwodzenia, tylko tonem pasującym bardziej do jej siostry Królowej Śniegu.
- Nie wiem, czy bardziej interesuje mnie czemu, czy jak?
- Słyszałem, co o niej mówiłyście. Kiedy to pozostanie moją tajemnicą. A jeśli chodzi o przebieg całej akcji… Chyba będę chciał najpierw deklaracji Was obydwu zanim przejdę do zdradzania naszych sekretów. – powiedział Regulus i starał się naśladować przy tym nonszalancję swojego starszego brata.
- Wchodzę w to, jak już wcześniej nadmieniłam.
- A Ty , Elinor?
   Dziewczyna zarzuciła swoje piękne, czarne włosy na plecy, wysunęła do przodu podbródek i wydęła dolną wargę. Była to typowa dla niej postawa i mina, kiedy poważnie i intensywnie się nad czymś zastanawiała. W tej chwili obmyślała właśnie plan, który pozwoli wyciągnąć jej jak najwięcej korzyści z zaistniałej sytuacji. Jak wydedukowała będzie się tym razem wiązało to z paskudną i popełnioną z premedytacją zdradą, ale cóż. W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone, a kiedy oba ta stany się na siebie nakładają nie istnieje coś takiego, jak przesada.


***


   Tego samego dnia po skończonych lekcjach jeden z przywódców Huncwotów postanowił choć po części wynagrodzić pewnej nigdy nie skarżącej się na nic i zawsze pełnej pozytywnej energii damie kilka ostatnich wpadek. Właśnie dlatego teraz Syriusz Black i Jules Justice jedli kolację na moście na błoniach, a owa kolacja złożona była z jedzenia uprzednio wyniesionego z jadali i przygotowanego przez pełne sympatii dla Huncwotów skrzaty domowe. Zaśmiewali się przy tym tak, że Jules prawie wypadł z buzi kawałek naleśnika.
- Następnym razem załatwię śliniaczek. – zażartował i podał jej chusteczkę.
- Nie każdy może być idealny nawet plując jedzeniem. A wracając do tematu to po raz kolejny Wam się upiekło.
- Tak, ale tym razem i przyznaję się bez bicia nie dlatego, że wymyśliliśmy jakieś błyskotliwe alibi, tylko dlatego, że z McGonagall jest naprawdę równa babka.
- A miałeś kiedyś jakiekolwiek wątpliwości?
- Niby nie, ale nie posądziłbym jej o wykroczenie poza reguły, które nawet jej ciasny koczek wydają się trzymać w ryzach.
- No właśnie. – powiedziała Jules i pociągnęła łyk soku pomarańczowego przez słomkę. – Sok pomarańczowy, a nie dyniowy i w dodatku słomka. Aż dziw, że pamiętałeś o moich dziwactwach napojowych.
- Nie jestem znowu aż tak zapatrzony w siebie, jak sądzisz. I co miało znaczyć to ,,no właśnie”?
- Mimo, że faktycznie wszechświat rozszerzył Ci się poza Twoją własną osobę, nie zawsze trafnie wystawiasz ludziom oceny.
- A Ty jesteś w tym lepsza? Przecież Tobie trudno uwierzyć w jakiekolwiek objawy złej woli u kogokolwiek.
- Zgadza się, a wiąże się to z po prostu z ogromną ilością empatii, którą w sobie mam. I co? Żadnych złośliwych uwag?
- Nie mam ku nim podstaw, Twojej empatii rozmiarów Mount Everest nie da się kwestionować. – powiedział i uśmiechnął się półgębkiem.
- Stop! Nie rób tak. – zawołała i zakryła oczy rękami.
- Jak? O co Ci chodzi? Naprawdę i szczerze tak myślę. – powiedział Łapa odrywając jej palce od twarzy.
- Nie wątpię w przekaz, ale w sposób przekazu. Użyłeś tonu i uśmiechu podrywacza. I choć to miłe, bo oznacza, że masz mnie jednak za dziewczynę to całkowicie niedopuszczalne w łączących nas relacjach.
- A jakbyś je streściła? W sensie nasze relacje?
- Przyjaźń. – powiedziała, po czym dodała speszona, gniotąc szyjkę słomki. - Przynajmniej taką mam nadzieję.
- Żadnej przyjaźni, jeśli jeszcze raz usłyszę w Twoim głosie niepewność. Zgoda? – zapytał i wyciągnął w jej stronę swój kubek do toastu.
- Zgoda. – wypili i przez chwilę jedli w milczeniu, która na ich etapie znajomości nie była już krępująca.
- Jeszcze go nie znaleźliśmy. – powiedział Syriusz, krzywiąc się, a Jules nie musiała pytać by wiedzieć, że chodzi o jej truciciela.
- Trudno, ale za to ja znalazłam kolejną ciekawą zabawkę to Waszych dowcipów. Przypomina ona włóczkę na kołowrotku z właściwościach klejącymi o niesamowitej wydajności.
- Zamawiaj. – Łapa popatrzył na minę Jules i się zaśmiał. – Rozumiem, że to już zrobiłaś?
- Znam już trochę Wasz gust. A zatytułować do można tak: Magiczne, ciekawe i potrafiące zrobić zamieszanie.
- Ale nas spłyciłaś. Choć jest to tytuł wyjątkowo celnie sformułowany. – skomentował Black i wrzucił sobie do buzi winogrono.
- Brawo, 10 na 10. – zażartowała Jules, a następnie po sekundowym zawahaniu dodała. – A na ile oceniasz randkę z Elinor?
- O proszę, widzę, że ciekawość wzięła górę nad kompletną obojętnością na sprawy prywatne innych.
- Było to pytanie wypowiedziane impulsywnie. Nie zdążyłam go przepuścić przez filtr. Nie musisz…
- Ale mogę i chcę odpowiedzieć. Myślę, że… Punkt za rozmowę, punkt za ubaw i pięć punktów za wygląd, czyli łącznie siedem. Co?
- Ale Ty jesteś płytki. – zażartowała Jules.
- Nie zgadzam się z tą krzywdzącą opinią. Po prostu nie mogłem ocenić pozostałych aspektów wyżej, bo ona był zbyt wystudiowana w swoim zachowaniu.
- Nie chcę być niemiła, ani wystawiać osądów o kimś kogo słabo znam, ale obie siostry Durete wydają się takie być. I obie zabierają się za najwyższą półkę w szkole, czyli Huncwotów.
- Jak miło. Myślę, że Luniaczkowi dobrze zrobi na jego samoocenę Twoja opinia, o ile oczywiście mogą ją powtórzyć.
- I tak to zrobisz. – powiedziała Jules ze wzruszeniem ramion.
- Słucham? Nie jestem paplą! – obruszył się Łapa.
- Jesteś… Auł! – zawołała z wyrzutem dziewczyna, która właśnie dostała winogronem w oko.
- Przepraszam, chciałem trafić w buzię, ale się ruszyłaś.
- A ja chciałam powiedzieć, że jesteś, ale tylko jeśli chodzi o przepływ informacji między Tobą a chłopakami. O nic innego Cię nie posądzam, a tej materii się nie dziwię. Jesteście jak bracia, zwłaszcza Ty i James.
- To prawda. – skomentował Syriusz w dwóch słowach, ale było to wystraczająco wymowne. Nad prawdami ogólnymi nie trzeba się było rozwodzić.
- I za tą prawdę zostałam prawie oślepiona winogronem.
- Nie przekręcaj! A za oko przeprosiłem.
- Dobra, przecież się nie gniewam. – odpowiedziała i wstała z zaścielonego na moście kocyka.
- Gdzie się pani wybiera?
- Dowiesz się właśnie kolejnej rzeczy, na którą się składam ja jako osoba.
- Podobnej do faktu obsesji na punkcie soku pomarańczowego i słomek? – zapytał i podszedł do dziewczyny, która oparła się łokciami o barierkę mostu i patrzyła w niebo. W świetle gwiazd z tym uśmiechem na twarzy i iskrzącymi się oczami wyglądała bardzo ładnie. Syriusz był tak swobodny w kontaktach z płcią przeciwną, że ta myśl nie była w jego mniemaniu niczym niezwykłym, ale doszedł do wniosku, że Jules zapewne uznałaby ją za niestosowną w tej samej mierze, co jego ,,uśmiech podrywacza”. – Czekam na poznanie kolejnego sekretu.
- To żaden sekret. Rzecz tak ogólnie znana, że wie o niej cała mój Puchoński rocznik. Ale niech Ci będzie, że zrobię odpowiedni wstęp. Turururu! – wykonała gest, jakby grała na trąbce. – Uwielbiam gwiazdy. Niebo nocą…Eh. Mogłabym na nie patrzyć godzinami.
- Czyli astronomia to zapewne Twój ulubiony przedmiot. – powiedział Łapa i podążając za jej wzrokiem też zaczął patrzeć w gwiazdy.
- Paradoksalnie rzecz biorą, nie. Lubię go bardzo, ale on za wiele tłumaczy, a wbrew temu że mam fioła na punkcie nauki, uważam, że wiedza odbiera czasem niektórym rzeczą urok i piękno. Rozumiesz o co mi chodzi?
- Chyba nie do końca. – powiedział z wahaniem Syriusz.
- To popatrz w niebo, na te mrygające światełka na tafli atramentu. Są piękne, a to że się nazywają Vega, Orion czy Syriusz – uśmiechnęła się do niego – nie ma tu nic do rzeczy.
- Poetka z Ciebie.
- Tak, jasne. Z poezją nie wartą nawet złamanego sykla.Ale doceniam dobre intencje. A i zastrzegam – mimo mojej miłości do gwiazd ewentualne prezenty w formie Map Nieba lub książek o astronomii zdecydowanie odrzucam.
- Bo wiedza czasem niszczy piękno.
- Dokładnie. Wystarczy mi jedna osoba, która zainterpretowała to tak, a nie inaczej.
- Kto taki? – Syriusz był wyraźnie zaciekawiony, zwłaszcza że Jules była wyraźnie rozdarta mówiąc o tym.
- Twój wróg publiczny numer jeden z niewiadomej przyczyny.
- Darius? Kupuje Ci książki związane z gwiazdami? – Łapa wyglądał jakby miał wybuchnąć śmiechem.
- Bawi Cię to? Trop jest dobry. Lubię czytać i lubię gwiazdy, więc książka o gwiazdach wydaje się być idealnym pomysłem.
- Ale nie jest. A Ty ze swoim dobrym serduszkiem nie chciałaś mu robić przykrości, gdy wręczył Ci prezent ani później w rozmowie.
- Coś w tym rodzaju. I podkreślam jeszcze raz – to nic zabawnego. Wręcz przeciwnie, to słodkie kiedy coś, co dostajesz świadczy wyraźnie o tym, że rozmówca słuchał Cię uważnie…
- Ale nie do końca ze zrozumieniem.
- Ty, mądralo na początku też nie zrozumiałeś.
- Bo jak stwierdziliśmy mniej więcej na początku znajomości, jesteś wariatką w pozytywnym tego słowa znaczeniu i trudno Cię zrozumieć.
- Widzę, że nabijanie się z Dariusa poprawia Ci nastrój i samopoczucie. Nie podoba mi się to, bo jest moim przyjacielem i to dłużej niż Ty. – powiedziała wyzywająco i dźgnęła go palcem w brzuch.
- To zabolało i nie mam na myśli Twojego palca. – Łapa zrobił minę jak smutny piesek, czym zawsze bardziej rozbawiał Jules. Po chwili od słowa do słowa, znów śmiali się do łez.Nagle Syriusz zrobił minę jakby sobie o czymś przypomniał.
- Zapomniałem o jednym ,,szczególe” wczorajszej akcji. Towarzyszył nam ktoś, powiedzmy, z zewnątrz.
- Czuję się oszukana, mnie nigdy nie zabraliście na psoty.
- Wszystko przed nami. A ta osoba pojawiła się na horyzoncie całkowicie niespodziewanie. Masz trzy podejścia z pytaniami Tak lub Nie, a potem Ci powiem.
- Widzę, że spodobała Ci się moja zabawa. Okej. Czy to dziewczyna?
- Tak.
- Z Gryffindoru?
- Tak.
- Lily! – krzyknęła triumfalnie Jules.
- Nie. Willow.
- Willow? Ta Willow? Willow – Słodki –Czekoladowy – Loczek?
-Ciekawie ludzi nazywasz, nie ma co. Ale tak dokładnie ta.
- Niesamowite. I normalnie Wam pomogła i z Wami rozmawiała? – dziewczyna zdawała się być w zwalającym z nóg szoku.
- Tak, co w tym dziwnego?
- To, że Willow jest zakochana w Tobie po uszy i ile razy ją widziałam zawsze jąkała się w Twojej obecności.
- Chyba coś Ci się wydaje. – powiedział Syriusz, ale bez przekonania i coraz bardziej marszcząc brwi.
- Widzę, że trybiki zaskoczyły. A jeśli wczoraj zachowywała się normalnie to tylko potwierdza tezę. Nie peszyłeś jej, bo nie wyglądałeś jak Adonis, tylko jak Avery.
- Tkwi w tym jakaś logika. – przyznał Syriusz. – Co Ty robisz? – zapytał zdziwiony, patrząc jak Jules zaczyna składać do koszyka resztkę jedzenia i zwijać kocyk. Zostawiła na wierzchu tylko kiść winogron.
- Sprzątam. Późno już, powinniśmy wracać. Nasze spotkania sam na sam nie mogą się kończyć po ciszy nocnej.
- Bo?
- Bo to już zalatuje randką. – powiedziała z udawaną powagą. – Orientuj się! – krzyknęła i rzuciła w Syriusza winogronem, które on oczywiście złapał. – Tak się nie liczy, miało od razu wpaść do buzi.
- Przyjmuję wyzwanie, jeszcze raz.
   Oczywiście ten drugi raz winogronko rzucone przez Jules wylądowało prosto w ustach Syriusza. Dziewczyna tylko przewróciła oczami, patrząc jak się puszy.
   Dobrze się bawili w swoim towarzystwie i świetnie się dogadywali. Tak świetnie, że teksty Jules o tym, by Syriusz pamiętał, że jest dziewczyną wcale nie były takie straszne dziwne. Dla Huncwota- Podrywacza taka relacja z dziewczyną była zupełnym fenomenem. Szli w wyśmienitych humorach do zamku, a Jules by rozbawić dodatkowo Łapę wpychała w policzki po trzy winogrona i starała się mówić z takim balastem.
- Kiedy znowu mogę liczyć na taki zaszczyt? Towarzystwo Króla szkoły i to przez tak długi czas?
- Możesz liczyć na audiencję u całej linii królewskiej i to częściej i gęściej. Słowo Huncuotooa – ostatnie słowo zostało zniekształcone, bo Jules zatkała mu usta dłonią.
- Nie dawaj słowa, które potem będzie Ci trudno dotrzymać. Bo z tego co mi obiecasz, potem nawet podświadomie będę Cię rozliczać. A tak, każde spotkanie będzie miłą niespodzianką.
- Czemu niby trudno?
- Bo gęsto od przedstawicielek płci pięknej się wokół Ciebie robi. – powiedziała panna Justice złowrogim tonem. Syriusz zaśmiał się w swój szczekliwy sposób.
- Skoro mówisz, że Willow ma wobec mnie jakieś zamiary to chyba rzeczywiście.
- Willow i Elinor. Zupełne przeciwieństwa. Ciekawy ten trójkącik.
   Syriusz spojrzał na uśmiechniętą Jules i pomyślał, że możliwe iż tak figura ma jeszcze jeden kąt, ale tą uwagę zostawił dla siebie. Poruszając się po neutralnych tematach dotarli do zamku i kolejny miły dzień dobiegł końca.

poniedziałek, 12 września 2016

16. Nowe oblicza

   Willow była czerwona jak burak.
   Było to dosyć ciekawe w przypadku dziewczyny, której podobał się jeden z dwóch największych buntowników w szkole, Mistrz Łamania Zasad, Przeciwnik Zakazów, Wróg Uległości… Te tytuły można by mnożyć jeszcze długo, ale przekaz już na tym etapie był jasny. Ktoś taki, jak Syriusz Black w życiu by się nie zmartwił uwagami i pretensjami bibliotekarki, gdyby został znaleziony późną porą nad książkami w swoim ulubionym dziale.
   Ale Willow się przejęła, zwłaszcza że pani Pince wyraziła bardzo wybuchowo swoje oburzenie. Dziewczyna ukryła się w swoich bujnych lokach twarz i wyszła pośpiesznie z biblioteki. Zmierzała teraz korytarzami w stronę wieży Gryffindoru, nabierając już na powrót naturalnych kolorów. Kiedy już trochę ochłonęła wkurzyła się na siebie, że po raz kolejny wyszła na wierzch jej najbardziej niewygodna wada – nieradzenie sobie w konfrontacjach. Była to jej pięta Achillesowa od najmłodszych lat. Zawsze kiedy ktoś zaczynał na nią krzyczeć albo dążył do kłótni ona się wycofywała i milkła. Oczywiście spotkała już niejednokrotnie ludzi wykorzystujących tą jej cechę i widząc w niej słabość pomiatających nią oraz ustawiających jak im się podobało. Na szczęście etap jej życia wypełniony takimi ,,dominatorami” już dobiegł końca i obecnie już od dłuższego czasu była w erze dobrych przyjaciół. A ci dobrzy przyjaciele cenili jej bezproblemowość oraz całkowity brak wybuchowości, dzięki któremu tak pięknie uzupełniała się z temperamentem Lily Evans. To właśnie w głównej mierze rudowłosa pokazała Willow pozytywne strony jej pojawiającego się w kłótniach paraliżu.
- Wystarczy, że opanujesz napływające do oczu łzy i gotowe. – powiedziała kiedyś Lily w trakcie ich spaceru po błoniach, chwilę po ataku słownym Ślizgonów odpartym przez pannę Evans.
- Co gotowe? Przecież będę wtedy dalej wyglądać jak buraczany posąg. – odpowiedziała Willow lekko zirytowanym tonem, co jak na nią było wybuchowe ponad miarę. Niestety tylko przy przyjaciółkach czuła się na tyle pewnie i (o, ironio) dobrze, żeby tego tonu używać.
- Właśnie o to chodzi! Co najbardziej, przynajmniej mnie, denerwuje w trakcie sprzeczki? Jeśli ta druga osoba pozostaje całkowicie obojętna i spokojna w czasie kiedy ja bulgoczę z wściekłości. – zakończyła triumfującym głosem.
- I ja będę tą obojętną i spokojną stroną konfliktu?
- Pokażesz opanowanie i wyższość, każdego pieniacza to wykończy.
   Lily oczywiście miała rację. Willow sprawdziła jej teorię w trakcie dyskusji z jednym Ślizgonem przed meczem Gryfonów. Chłopak widząc ścianę, w którą uderzają jego słowa nakręcony do granic wytrzymałości pękł i obróciwszy się na pięcie odszedł z poczuciem porażki.
   Ale wtedy Willow miała przy sobie Lily. Rudowłosa zazwyczaj dodawała jej odwagi, ale w zamian też wiele dostawała, jak na przykład wyrozumiałość, bezstronną ocenę sytuacji oraz ,,życzliwość wielką jak ego Pottera” – określenie samej Lily. Z powodu tych wszystkich aspektów ich przyjaźń była naprawdę silna i tak doskonale czarownice się dogadywały. Oczywiście zdarzały się też momenty, w których Willow trochę bezmyślnie wystawiała cierpliwość i nerwy Lily na próbę. Pierwszym z brzegu przykładem była sprawa wizyty na treningu Gryfonów, wymuszonej przez Willow, a prawie przypieczętowanej porwaniem Lily przez Rogacza, który chciał żeby poczuła jak niesamowite jest latanie na miotle z zawodowcem.
   Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie na to wspomnienie i kierując myśli na temat zawsze poprawiający jej nastrój, czyli Syriusza Blacka, skręciła w jeden z tajnych korytarzy, który tajny był tylko z nazwy i stanowił po prostu przydatny skrót. Gdy tylko znalazła się za gobelinem kryjącym wejście do przejścia nabrała z przerażeniem powietrza w płuca i zamarła. Stał przed nią Avery, a to oznaczało tylko jedno – ma poważne tarapaty.
- Willow? – zapytał zdziwiony Ślizgon.
   Strach został na chwilę zmącony przez niedowierzanie, co rozwiązało jej ściśnięte gardło na tyle żeby zapytała:
- Znasz moje imię? – powiedziała nieco piskliwie i dopiero wtedy doszło do niej jak beznadziejnie nieznacząca jest w tej sytuacji ta kwestia. Avery uśmiechnął się półgębkiem w bardzo znajomy sposób i podszedł bliżej do dziewczyny.
- Znam i to od baaaardzo dawna. – odpowiedział i mrugnął. Efekt był mniej więcej taki sam, jakby walnął Willow obuchem w głowę. Nie wiedziała co się dzieje, a jej nogi, które jakby zakotwiczyły się w podłodze wydawały się być z ołowiu. Drgnęła dopiero na dźwięk zbliżających się kroków, co najpierw prawie przyprawiło ją o zawał. Jednak gdy usłyszała głosy nadchodzących poczuła ogromną ulgę.
- To będzie akcja jak marzenie. – powiedział James Potter głosem pełnym ekscytacji i wszedł w pole widzenia dziewczyny. Towarzyszył mu oczywiście Remus, a z tyłu podążał Peter. Wszyscy trzej stanęli jak wryci na widok Willow i Avery’ego.
- Cześć chłopaki. Cieszę się, że Was widzę. Choć zapewne panicz Avery odrobinę mniej. - akumulatory pewności siebie Willow automatycznie naładowały się obecnością Huncwotów, od których ta pewność zawsze emanowała.
- Niby dlaczego? Uważam, że to bardzo miłe spotkanie. – powiedział Avery i beztrosko włożył ręce w kieszenie i oparł o ścianę.
,,Pewnie sięga po różdżkę.” – pomyślała w panice dziewczyna.
- Chłopcy uważajcie, wiecie do czego on potrafi być zdolny.
- Wiemy. Na przykład do rzucania czarnomagicznych zaklęć, mam rację? – zwrócił się James do Avery’ego najzupełniej swobodnym tonem.
- Oczywiście, że masz. Albo myślę, że mógłbym też wziąć za zakładnika Willow i zrobić z niej żywą tarczę. – oczy mu błysnęły przebiegle i zanim Gryfonka zrozumiała jego słowa z cała ich mocą, chłopak chwycił ją za ręce i przyciągnął do siebie.
- Puszczaj mnie! Ratunku! Ja nie chcę… Nie! Pomóżcie mi! – Willow wpadła w taką panikę, że zaczęla niemiłosiernie krzyczeć i się wierzgać w uścisku Avery’ego, co oczywiście nie przyniosło zamierzonych rezultatów. On w tym czasie, a był to czas może paru sekund, objął ją ramieniem, a drugą ręką zatkał usta.
- Cichutko kochana, całą zabawę popsujesz. – powiedział i się uśmiechnął. Dopiero wtedy do Willow dotarło, że słyszy… Śmiech. Tłumiony ze wszystkich sił, ale szczery śmiech Jamesa Pottera. Kiedy skierowała wzrok na Huncwotów zobaczyła, że ich przywódca aż trzyma się za brzuch z rozbawienia, Peter chichotem mu wtóruje i tylko Remus patrzy na to wszystko z politowaniem.
- O co tu chodzi? – dopiero, gdy chłopcy na nią spojrzeli zdała sobie sprawę, że powiedziała to na głos.
- Wtajemniczymy ją, co? – zapytał Avery.
- Oczywiście i z największą przyjemnością. – powiedział James i poprawił okulary, które od tego napadu wesołości spadły mu na brodę.
- A spróbowalibyście inaczej. Przecież ona prawie zawału przez Was barany dostała. – powiedział Remus w sposób najsurowszy, na jaki był w stanie się zdobyć wobec swoich drogich przyjaciół.
- I nieźle mnie przy tym skopała. Nie wiedziałem, że masz w sobie tyle siły i zapału. Gratulacje. – zagadnął Avery patrząc Willow prosto w oczy. – I uwierz mi na słowo – Avery może i tak , a nawet bez wahania, ale ja w życiu nie użyłbym Cię jako tarczy. Szybciej Ci za nią posłużył.
- A-ha.- wybąkała dziewczyna i kiedy już była bliska przyjęcia jednego z paru scenariuszy, w których albo postradała zmysły, albo śniła, Rogacz powiedział.
- Niezwykle to szlachetne z Twojej strony, Łapo.
   Na te słowo Willow wytrzeszczyła na stojącego obok niej chłopaka oczy, a następnie… Tym razem ona zaszokowała chłopaków wyjątkowo wybuchową jak na nią reakcją.
- Wy durnie skończone! Prawie padłam na zawał! Jeśli dobrze się bawiliście to znaczy, że jesteście skończonymi socjopatami… – rozwinęła w tym wybuchu spowodowanym połączeniem ulgi ze złością i zapewne jeszcze by pokrzyczała, gdyby znowu nie zatkano jej ust.
- To chyba będzie moje nowe hobby. – zażartował Syriusz- Avery, po czym dodał – Puszczę Cię, jeśli obiecasz już nie krzyczeć. Hm?
   Willow wymownie popatrzyła na jego rękę na swoich ustach i sugerując niemożność odpowiedzi na to pytanie.
- Spryciulka. Wystarczy kiwnięcie głową.
   Dziewczyna przewróciła oczyma i wykonała twierdzący ruch głową, co poskutkowało natychmiastowym jej uwolnieniem.
- Trzeba przyznać, że nie znaliśmy Cię od tej strony. Przebywanie z Evans ma na Ciebie zły wpływ. Nasiąkasz ognistym temperamentem naszej rudowłosej. – powiedział James mijając ją i Syriusza, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie za kotarą nie przyczaiło się kolejne, niespodziewane towarzystwo.
- Bo sama nie mogę mieć charakteru?
- Tego nikt nie powiedział. A ja na pewno nie będę nigdy tego negować - nadal czuję Twój charakter na piszczelach. – odpowiedział Syriusz- Avery.
- Ale jesteś delikatny. – odparowała Willow, czym wywołała kolejny cień zdumienia na twarzach chłopaków. Ale był ona za krótki i zbyt nieznaczny, by się za niego dąsać. Jedynie delikatnie wydęła dolną wargę, co było jej niekontrolowaną zapowiedzią obrażenia się. ,,Naprawdę mają mnie za aż tak bezpłciową?” – pomyślała, ale zamiast sobie odpowiadać wolała zwrócić się chłopaków. – Czekam na obiecane wyjaśnienia.
- I je dostaniesz. Tylko za szybko i w  biegu, bo eliksir wielosokowy już niedługo straci swoją moc. – powiedział Remus i rzucił na środek korytarza duża torbę, którą do tej pory trzymał za sobą i zaczął z niej wyładowywać kuleczki przypominające błękitne perły wielkości tłuczków. – Zaczynamy montaż.
   Chłopcy skierowali się w stronę torby, a miny mieli tak podekscytowane, jak dzieci w Miodowym Królestwie.
- Jak chcesz to możesz nam pomóc. – powiedział Avery, czyli Syriusz.
- A co konkretnie mam robić? – zapytała i podeszła do nich niepewnym krokiem.
- Bierzesz kulę – Syriusz podał jej gigaperłę – pocierasz z jednej strony – wziął ją za rękę i zaczął nią pocierać o błękitne cudeńko, które w dotyku było jakby…galaretowate. – Czujesz? Robi się cieplejsze? I teraz tą cieplejszą stroną przyczepiasz kulę do ściany, ale tak, żeby nie rzucała się z miejsca w oczy. – wstał i nie puszczając jej dłoni nakierował ją na ścianę korytarza ukrytą bardziej w cieniu. – Myślę, że zejście ściany z sufitem będzie najlepszym wyborem. – dokończył, po czym niespodziewanie uniósł Willow do góry trzymając ją mocno w talii. Inaczej nie miałaby szans dosięgnąć wymienionego przez Łapę miejsca, więc nie powinna była w żaden sposób nadinterpretowywać tego zachowania, ale na wszelki wypadek spięła swoje myśli tak, by powtrzymać je przed nakręcaniem się na swój obiekt westchnień. Zawsze tak było nawet kiedy Syriusz zerknął w jej stronę, która równie dobrze mogła być stroną Lily, Mary czy kogokolwiek innego. Ale tym razem… Była nadzwyczaj spokojna i zdystansowana nawet sama przed sobą. Cieszyło ją to bardzo, ale zamiast zachłystywać się dumą ze swojego opanowania tylko uśmiechnęła się i powiedziała:
- Prościzna.
   Przez następne kilka minut w spokoju i skupieniu rozmieszczali kulki po korytarzu, a w trakcie tych działań Willow dowiedziała się, że właśnie oto jest przypadkowym świadkiem przeprowadzania zemsty na Mucliberze za atak na Mary, że Syriusz z Jamesem ogłuszyli Avery’ego i wyrwali mu parę włosów, by następnie dodać je do ważonego przez ostatnie kilka dni eliksiru i że Łapa już ,,całkowicie odmieniony” dostał się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów i umówił się w tym przejściu z Mucliberem na ,,czarnomagiczne pogaduchy” ( słowa Rogacza ). Reszty planu nie chcieli jej dokładnie zdradzać, bo uznali, że najlepszy efekt wywoła naoczne obejrzenie ich huncwockiego arcydzieła.
   Willow słuchała ich z zainteresowaniem w trakcie mocowanie kul, śmiała się z żartów i żartowała, co przychodziło jej wyjątkowo łatwo. Nie mogła się temu wprost nadziwić i analizowała skąd w niej ta nagła zmiana.
- Bardzo Cię proszę, nie bierz tego do siebie zbyt mocno, ale pierwszy raz mamy okazję doświadczyć jak fajnie się z Tobą współpracuję. – powiedział Syriusz i zerknął dziewczynie w oczy. Ona chwilę się zawahała, a następnie zmarszczyła brwi.
- Nie ma powodu. To szczera prawda.
   Syriusz trafił w sedno. Nic dziwnego, że okazali tyle zdziwienia widząc jej wcale nie tak niestandardowe reakcje. Ona rzeczywiście była dla nich kompletnie płaska pod względem charakteru i emocji. Szara myszka, uśmiechająca się życzliwie, acz zapewne głupkowato. Ktoś budzący sympatię, ale nie zainteresowanie. Byli razem w klasie już pięć lat, a wyglądało na to, że nigdy nie rozmawiali. Znaczy się wymieniali zdania, ale to było jak muskanie powierzchni i nie wchodzenie głębiej. Dla Huncwotów figurowała jako ,,przyjacióła Evans”, bo właśnie Lily całym swoim ognistym temperamentem ją przyćmiewała. Nie miała o to absolutnie pretensji do rudowłosej, kochała ją jak siostrę i wiedziała, że sama jest sobie winna. W gruncie rzeczy nie była przecież osobą, która nie ma nic do zaoferowania swojemu rozmówcy. Miała poglądy, opinie, ciekawe doświadczenia, ale była w stanie się z tym odsłonić dopiero po nabraniu do kogoś przekonania. Do Huncwotów przekonania nabrała praktycznie od pierwszego wejrzenia. Nie to było problemem. Prawdziwy problem odsłonił przed nią dopiero niby niewinny i żartobliwy komentarz Łapy.
   Ona nigdy nie dała im się poznać. Zawsze, za każdym pojedynczym razem paraliżowało jej jakąś część mózgu na widok chłopaków, a konkretnie panicza Blacka. Było to tak oczywiste i naturalne od samego początku, że nie widziała w tym niczego nad czym trzeba by się zastanawiać. Stan całkowicie normalny i nie do dyskutowania. Stan, którym zamknął jej drzwi na przyjaźń z tą oryginalną bandą. Stan, który umacniał się wprost proporcjonalnie do dojrzewania Syriusza i nabierania przez niego męskości i uroku. Kiedy zdała sobie z tego sprawę prawie trafił ją szlag. Chciała się zbliżyć do Blacka, a  przez te wszystkie lata w jego obecności wychodziła na szczerzącą się, bezbarwną idiotkę. A teraz, co się zmieniło? Wygląd, tylko wygląd. Lub raczej aż wygląd, bo Syriusz nie zmienił fryzury czy stylu ubierania tylko zmienił się w jednego z najbardziej odpychających Śmierciożerców Juniorów. Kiedy Willow nie musiała znosić przyjemnego widoku aparycji Łapy, nie rzucała się jej ona na mózg, więc była zdolna do bycia sobą. Rozmawiała ze swoim ideałem swobodnie i chyba zyskała jego większą sympatię. I choć wkurzyło ją niemiłosiernie, że musiała spotkać Syriusza- Avery’ego by dostać takowego olśnienia, była przeszczęśliwa, że udało jej się osiągnąć pułap znajomości z Huncwotami, który uważała za nieosiągalny tak długo, jak długo Lily będzie odrzucać zaloty Rogacza
- Willow, wszystko okej? – zapytał Remus, a dziewczyna zdała sobie sprawę ze swojego długiego już zadumanego milczenia, któremu się oddała stojąc pod ścianą w miejscu, gdzie umieściła ostatnią kulę.
- Tak, tak. Syriusz mi coś uświadomił.
- To dlatego, że jestem taki błyskotliwy.
- I skromny Łapciu, skromny. – skotrował James. – A teraz, jeśli wszystko ma się udać my czworo idziemy się schować za kotarę, a pan Avery poczeka na naszą ofiarę.
- Tak jest, panie kapitanie.
   Gdy wszyscy zajęli już pozycję, nie czekali za długo. Niezawodne wręcz obliczenia Pottera i Blacka i tym razem nie zawiodły. Mucliber wszedł po tajnego przejścia i nie spodziewając się ( o dziwo ) żadnego niebezpieczeństwa, skierował się prosto w stronę Avery’ego. Gdyby ktoś zapytał Willow o zdanie skatalogowałaby tych dwóch Ślizgonów jako przyjaciół, ale w minie Muclibera i minie Syriusza, który świetnie wczuł się w swoją rolę, zamiast życzliwości było widać pogardę. Ślizgoński synonim akceptacji.
   Te myśli biegły jej gdzieś z tyłu głowy, bo nad resztą umysłu przewagę wzięła ekscytacja. Wiedziała, że zaraz zacznie się akcja i obserwowała tak, jak wcześniej polecił jej James czy Mucliber przekroczył już linię pierwszych kulek. W momencie, w którym to się stało wszystko potoczyło się błyskawicznie.
- Przy następnej okazji zamiast na zemstę musimy się umówić na obgadanie jak to jest mieć dwucyfrowe IQ. – powiedział Syriusz-Avery i oparł się beztrosko o ścianę. Mucliber zdał sobie sprawę, co znaczą słowo Syriusza z lekkim opóźnieniem ( ale i tak niewielkim biorąc pod uwagę wspomniany już jego iloraz inteligencji ). Wyciągnął różdżkę, a Willow z przestrachem zobaczyła, że Łapa nie zrobił tego samego. Krzyknęła w tym samym momencie, w którym Mucliber rzucił w Syriusza zaklęcie z pewnością z tej samej kategorii, co to wymierzone w Mary. Wtedy zadziałały perły.
   Wszystkie naraz się rozświetliły i utworzyły coś w rodzaju szkieletu mieniącego się wszystkimi kolorami tęczy. Zaklęcie Muclibera odbiło się od granicy tego pola i odbijając się jak kula na bilardowym stole od wszystkich ścian uderzyło w samego atakującego. Tyle, że z większą mocą. Mucliber upadł na ziemię, a kiedy podniósł się na łokciach okazało się, że ma gigantyczną głowę jak troll i miliony krwawiących ran na całym ciele. Nie nauczyło go to zbyt wiele, bo znowu chwycił różdżkę, która wypadła mu z ręki. Ale tym razem Syriusz zareagował machnął swoją różdżką, wieszając Muclibera do góry nogami pod sufitem. Gdy ten zaczął wierzgać zaplątany w szatę szkolną, Łapa dotknął różdżką najbliżej znajdującej się kuli. Na początku wydawało się, że nic się nie dzieje, więc Willow zmarszczyła brwi, ale James widząc jej minę pośpieszył z wyjaśnieniem.
- Spójrz na podłogę. – powiedział stojąc już wewnątrz korytarza z resztą Huncwotów, ramię w ramię. Tylko Willow pochłonięta wydarzeniami nie przeszła jeszcze na powrót na drugą stronę kotary. Gdy już to zrobiła podłoga, na którą miała spojrzeć była już całkowicie pokryta wodą, której cały czas przybywało. Minęło zaledwie kilka sekund i cała przestrzeń między kulami zamieniła się w galaretowaty basen. Mucliber dalej wierzgał, ale jego ruchy były spowolnione, jak na zwolnionym filmie.
- Nie udusi się? – spytała dziewczyna, choć nie chciała zdradzać, ze martwi się losem tego drania.
- Możliwe. Pierwszy raz tego używamy. – powiedział James. Postał jeszcze chwilę z przechyloną głową podziwiając ich dzieło, po czym zakomenderował wyjątkowo niespodziewanie. – Idziemy.
   Dziewczyna była w szoku i chyba też dlatego ruszyła bez słowa za nimi. Obejrzała się tylko raz i napotkała przerażone spojrzenie Muclibera. To ją ruszyło. Gdy wyszli z przejścia zrównała się z Łapą.
- To mimo wszystko jednak lekka przesada, nie uważacie?
- Nie martw się Will, pułapka zaraz puści. Chcieliśmy go tylko nastraszyć, bo doskonale nas słyszał. – odrzekł Black. Dziewczynie spodobało się zdrobnienie, którego nikt inny z grona jej przyjaciół nigdy nie używał, bo wszystkim kojarzyło się z imieniem męskim. Jej samej z resztą również, ale z ust Syriusza nabierało innego wydźwięku. Między innymi dlatego, że eliksir przestawał już działać i twarz Avery’ego jak brzydka maska znikała zastępowana przez przystojną buzię Łapy. Doszli do Pokoju Wspólnego w milczeniu, bo było już grubo po ciszy nocnej, a do tego czasu Syriusz już całkowicie odzyskał twarz.
- Znacznie lepiej. – powiedział przecierając twarz dłonią.
- Zgadzam się. – powiedzieli wszyscy prawie jednocześnie, a potem zaczęli chichotać.
- Miło wiedzieć, że mój wygląd ma tak szerokie grono wielbicieli. – odrzekł Łapa i mrugnął do Willow. Dziewczyna co prawda spłonęła rumieńcem, ale nie straciła języka w gębie, ani władzy nad umysłem.
- Szersze na pewno niż Avery. – odparł James.
- Zgadzam się. A teraz pozwólcie, że się już odmeldowuję.
- Pozwolimy i dziękujemy za dzisiejsze towarzystwo. – powiedział Remus z lekkim skinieniem głowy, do którego przyłączyli się pozostali chłopcy.
   Willow pomachała na odchodne i pobiegała po schodach na górę. Miała nadzieję, że to początek nowego rozdziału ich znajomości, bo właśnie oto odkryła nową pośrednią właściwość eliksiru wielosokowego. Zdjął on klątwę krępacji z Willow i zapowiadało się, że ona raczej już nie wróci.