środa, 11 maja 2016

10. Wierzba Bijąca

   Wierzba Bijąca w blasku Księżyca w pełni mogła być naprawdę hipnotyzująca. Zwłaszcza kiedy się nie ruszała. Gruby pień, potężne i sękate korzenie oraz powykrzywiane na wszystkie strony gałęzie drzewa, które samotnie stało na uboczu swoją dziwną groteską przyciągały uczniów za każdym razem, gdy ci spostrzegali je po raz pierwszy. Różnie się to kończyło, ale dawało naukę na przyszłość i to taką, której nie dało się zapomnieć - od wierzby należało się trzymać z daleka.
   Stojąc tak w atmosferze pełnej grozy i pilnując, by nikt nie skorzystał z chwilowego paraliżu drzewa i nie zakradł się do znajdującego się między korzeniami tunelu, pani Pomfrey cała dygotała. Miała na sobie co prawda ciepłą szatę i naciągnięty na głowę kaptur, ale ta noc była wyjątkowo nieprzyjemna. Wiatr duł z wielką mocą i przeszywał milionem lodowatych ostrzy przy każdym ruchu. Poza tym pielęgniarka, choć zawsze zasadnicza i nieznosząca sprzeciwu należała do osób niezwykle biorących sobie wszystko do serca. Właśnie dlatego podczas pracy w Hogwarcie, mimo iż było to jej powołanie i czuła to całą sobą, wiele nocy sypiała zaledwie parę godzin lub nie spała wcale. Spędzała ten czas albo na lunatycznym przechodzeniu między łóżkami pacjentów, albo na segregowaniu lekarstw i ziół, albo po prostu na nerwach. Teraz nerwy stanowiły drugie źródło dygotów u pani Pomfrey.
   Gdyby nawet nie myśleć przez chwilę o wydarzeniach z ostatniego weekendu, w tym o brutalnym i - nie bała się tego określenia - bestialskim napadzie na Mary, to wystarczyło zadanie, które właśnie wykonywała tak, jak co miesiąc. Biedny Remus. Był to jeden z tych chłopców, co to z miejsca wzbudzali sympatię i nie budzili żadnych zastrzeżeń w kwestii dobrych intencji. Niestety w zestawie aspektów, które od razu rzucały się w oczy znajdował się też strasznie schorowany wygląd.
   Poppy była tolerancyjna, ale nie twierdziła, że z miejsca zaakceptowała decyzję dyrektora, kiedy ten oznajmił jej spokojnym głosem o powodach posadzenia Wierzby Bijącej i o pewnej charakterystycznej ,,przypadłości" nowego ucznia. Od razu przeraził ją fakt, że raz w miesiącu w tak znikomej odległości od szkoły będzie grasował... Ale zaufała zabezpieczeniom dyrektora i przyjęła kolejny, wyznaczony przez niego obowiązek. Pamiętała doskonale moment, w którym pierwszy raz spotkała się z Remusem w sali wejściowej. Chłopak nie wiedział, gdzie oczy podziać, a pani Pomfrey była zbyt taktowna żeby pleść bez sensu, by ,,rozładować" sytuację. Na samym początku zawarli niemy pakt milczenia, który trwał do dzisiaj. Było to trochę tak, jakby znała panicza Lupina w dwóch różnych światach. W tym pierwszym było milczenie, strach i ból. A w tym drugim, w którym odwiedzał Skrzydło Szpitalne regularnie razem z resztą Huncwotów - dużo śmiechu, wygłupów i szczęścia. Przyjaźń z tymi trzema zakręconymi jak chińskie termosy chłopakami naprawdę dodawała Remusowi skrzydeł.
   Te rozważania zajęły pielęgniarce zaledwie parę chwil, w ciągu których w drzewo wróciło życie. Widząc to, odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę zamku, kompletnie nieświadoma, że na jej miejsce przybędzie zaraz ktoś całkowicie do tego nieupoważniony.


***


   W dormitorium Gryfonów piątego roku nigdy nie było tłoku wcześniej niż w środku nocy, a luzy robiły się jeszcze długo przed śniadaniem. Ten wieczór nie należał w tym przypadku do wyjątków - kiedy trzech Huncwotów weszło do swojego pokoju było już długo po godzinie, w którą wybijała cisza nocna. Oczywiście powrót nie oznaczał grzecznego położenia się do łóżek. Przynajmniej nie u wszystkich, bo Peter, dla którego nie istniało co takiego jak za dużo snu albo jedzenia, od razu wskoczył na swoje miejsce i choć udawał, że stara się uczestniczyć w zawziętej dyskusji i kreowaniu pomysłów przez Jamesa i Syriusza tak, jak zazwyczaj nie wychodziło mu to za dobrze i już po chwili oczy mu się zamknęły i zaczął pochrapywać. Na jego pierwsze chrapnięcie przywódcy Huncwotów zerknęli na niego, posłali sobie rozbawione spojrzenia i kontynuowali planowanie kolejnych wybryków.
- Chyba nic z tego dzisiaj dalej nie będzie. - powiedział James i ułożył się z rękami pod głową na swoim łóżku.
- A to niby dlaczego? - zapytał Syriusz, choć jego uwaga była zdecydowanie rozproszona.
- Bo Ty najwyraźniej za cel dzisiejszego wieczoru wybrałeś sobie pracę nad mapą. Wzroku od niej nie odrywasz. - wytłumaczył Potter na widok pytającej miny Blacka, który nareszcie podniósł wzrok znad pergaminu.
- Po prostu wydaje mi się, że można przyśpieszyć jej tworzenie. Bo jak już będzie gotowa będzie naszą bezcenną bronią. - powiedział Syriusz zdecydowanym głosem i rozsiadł się na parapecie.
- Przyśpieszy od następnej pełni. Ustaliliśmy przecież, że nastąpi w nią premiera naszych animagicznych zdolności, a wtedy...Mmm...- rozmarzył się Rogacz.
- Nic nas nie powstrzyma. - dokończył Łapa. - Moim zdaniem mogliśmy już zaszaleć dzisiaj. Rozsadzi nas energia i niecierpliwość przez ten dodatkowy miesiąc czekania.
- Glizdek nie jest jeszcze gotowy, a wiesz jaki Lunatyk jest tym wszystkim zestresowany. Nie ma co mu dostarczać więcej powodów do obaw.
- Wow, James. Ostrzegaj jak masz zamiar takie dojrzałe i rozważne opinie wygłaszać to będę mógł się przygotować do nagrywania i potem mieć ciekawe i zachęcające prezenty dla Evans.
- Ale Ci się dowcip wyostrzył Syriuszu, bardzo zabawne. Rozumiem, że nie jesteś w nastroju, bo nasza gwiazdka zniknęła, ale...- dalsza część wypowiedzi została zagłuszona poduszką, którą w twarz oberwał od Łapy.
- Daruj sobie takie teksty. Jules jest świetną dziewczyną, ale w kategoriach koleżanek.
- Czyli nie jest wystarczająco dobra dla boskiego panicza Blacka? A wydawało mi się, że to właśnie niemożność jej namierzenia tak Cię zmotywowała do pracy nad mapą. - Rogacz uśmiechnął się wrednie.
- I komu to się dowcip wyostrzył? Wiesz doskonale, że nie jestem zainteresowany żadnym stałym związkiem. Patrząc na Ciebie i widząc jakie trwale dziury na mózgu wywołuje latanie za jedną panną utwierdzam się tylko w tym przekonaniu. - po tym tekście poduszka z impetem wróciła do Syriusza i potargała mu jego zawsze nonszalancko opadające na twarz włosy.
- Powinieneś pomyśleć nad taką fryzurą. Żadne stałe związki, by Ci wtedy nie groziły.
- Dobra dobra, pośmialiśmy się, a teraz jak chcesz się dowiedzieć czegoś ciekawego to lepiej daruj sobie te przytyki.
- Szantaż? Zamykam się już i słucham nowin z zainteresowaniem. - Rogacz podniósł się na łokciach i poprawił okulary, które prawie spadły mu przy tym z nosa.
- Chodzi o Smarkerusa. - na te słowa James usiadł na baczność. - Wiesz doskonale jaki jest podejrzliwy w kwestii ,,wyjazdów" Remusa, więc...- Syriusz uśmiechnął się półgębkiem i wstał, żeby schować Mapę do swojej szafki nocnej, a następnie machnięciem różdżki ściągnął Petera z łóżka.
- Co się dzieje? - zapytał zaspany Glizdogon przecierając oczy i próbując się uwolnić z kołdry, która razem z nim wylądowała na ziemi.
- Szykuje się akcja. - wytłumaczył James. - Kontynuuj Łapo.
- Dałem naszemu kochanemu Smarkowi możliwość uzyskania odpowiedzi na dręczące go pytania odnośnie naszej tajemnicy i - Black zerknął na zegarek - myślę, że możemy udać się pod Wierzbę Bijącą na obserwowanie przedstawienia.
- To znaczy?
Syriusz wytłumaczył Jamesowi wszystko wyraźnie z siebie zadowolony, jednak James zadowolenia nie okazał i już po chwili wybiegł z dormitorium z peleryną-niewidką w ręku. Łapa, choć na brak refleksu nie narzekał i zachowywał się mimo swojej ,,huncwotowości" w raczej logiczny sposób, na taką reakcję przyjaciela osłupiał i stał przez dobre trzy sekundy ze średnio inteligentnym wyrazem twarzy. A kiedy oprzytomniał i rzucił się w pogoń za Jamesem, ten był już na dole schodów i nie zamierzał na niego czekać. Nie wspominając o Peterze, który potykając się o swoją poduszkę udał się w ślady swoich idoli, krzycząc za nimi (co nie był zbyt inteligentne, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę porę).
- James, Syriusz, poczekajcie! Przecież Smarkerus pewnie nawet nie podejdzie do Wierzby Bijącej! Ej, chłopaki!
I w ten oto sposób wszyscy trzej biegiem opuścili Wieżę Gryffindoru.


***

  
   Lily związała swoje gęste, rude włosy w koński ogon i skierowała się z piżamą pod pachą w stronę łazienki. Dzisiaj według ustalonego zawsze na początku roku z dziewczynami grafiku korzystała z niej przedostatnia i dlatego prawie wszystkie jej współlokatorki już spały. Ta jedna, która nie spała i która była tego wieczoru ostatnia w kolejce pod prysznic była chwilowo nieobecna i panna Evans mogła w związku z tym oddać się swoim rozważaniom, a konkretnie temu wkurzaniu się na to paskudne, bezmyślne, okropne...
- Lily- drzwi do dormitorium otworzyły się akurat w momencie, gdy miała zamknąć za sobą łazienkę, a w nich zobaczyła wsuniętą głowę tej-która-była-następna-w-kolejce. Willow powiedziała jej imię teatralnym szeptem, a teraz ruchem ręki przywoływała ją do siebie. Lily nie zdążyła nawet otworzyć ust, a panna Penn już zniknęła na na klatce schodowej. Rudowłosa odłożyła swoje rzeczy na łóżko i upewniając się, że nie obudziły reszty dziewczyn wyszła z pokoju. Idąc za Willow do Pokoju Wspólnego miała zdziwioną i lekko zniecierpliwioną minę, jednak panna Penn była jedną z jej najbliższych przyjaciółek. Uwielbiała tą filigranową, lekko zakręconą dziewczynę, której włosy świetnie oddawały jej charakter, okalając jej buzię burzą loków w kolorze mlecznej czekolady. Ładnie komponowało się to z delikatnymi piegami i bardzo jasnymi oczami. Była to tylko część zalet Willow i to tylko tych związanych z aparycją. Kiedyś nawet Lily dała się jej wciągnąć w tworzenie tabelki zawierającej wszystkie jej zalety i wady. Ruda średnio lubiła takie akcje, nie podobało jej się nic co kojarzyło się z katalogowaniem dziewczyn jak towary na rynku, ale Will tak nalegała, że w końcu przystała na jej pomysł, choć wynik tej rozpiski był według Lily oczywisty - Willow była atrakcyjna. Nie w taki sposób żeby rzucać się wszystkim w oczy, ale podobała się chłopakom. Tylko problem w tym, że aby wpaść w oko Syriuszowi Blackowi nie wystarczyło być po prostu atrakcyjnym. Lily nie rozumiała fascynacji swojej przyjaciółki, bo przecież oprócz wyglądu ważne jest też w miarę przyzwoite zachowanie, ale starała się ją wspierać, zachowując przy cały szacunek do samej siebie i kobiecej godności
   Panna Evans myślała o tym idąc po schodach i martwiąc się co takiego jej przyjaciółka znowu wymyśliła, bo choć nie było do nagminne to pannie Penn zdarzały się różne ekscentryczne inwencje. Teraz już sama postawa Will, która stanęła sztywno przy kominku z założonymi rękami nie wróżyła niczego dobrego.
- Co się dzieje? - zapytała Lily, starając się żeby jej ton nie miał w sobie żadnej nuty, która mogłaby zniechęcić Will do szczerej odpowiedzi. Bo zdarzało się już wielokrotnie, że ten Loczek urażony rzekomo zbyt ostrym tonem Rudej zamykał się w sobie.
- Coś się dzieje. - odpowiedziała Willow poważnym tonem.
- A mogłabyś to sprecyzować? - tym razem zabrzmiało to średnio miło, ale szczęśliwie rozmówczyni panny Evans była zbyt poruszona, żeby zwrócić na to uwagę.
- Skończyłam właśnie rozmowę z mamą, zamknęłam połączenie Sieci Fiuu, ale nie zdążyłam jeszcze wstać z kolan kiedy... - celowo poczyniona dramatyczna pauza - usłyszałam jakieś dziwne poruszenie od strony dormitorium chłopców i nagle - kolejne teatralne zawieszenie głosu, które Lily cierpliwie zniosła - przez Pokój Wspólny przebiegli jak huragany najpierw James, potem Syriusz i w trochę większym odstępie Peter. Byli tak poruszeni, że nawet mnie nie zauważyli! - skończyła i dopiero na koniec zaczerpnęła powietrza, którego już wyraźnie zaczynało jej brakować.
- Okeeej. - Lily powiedziała powoli i ostrożnie. - To Cię tak poruszyło? Przecież w przypadku tych wariatów podejrzane by było normalne i grzeczne zachowanie.
- Tylko, że zazwyczaj pracują oni w sposób przemyślany i jakby...dystyngowany. To profesjonaliści.
- A Ty za to profesjonalne profile psychologiczne im zrobiłaś.
- Możesz się nabijać, ale mam rację. A jako dowód mogę Ci powtórzyć to co usłyszałam kiedy Glizgodon gonił Łapę i Rogacza.
- Co takiego? - Lily udawała zainteresowanie, by nie zranić przyjaciółki, ale tak naprawdę chciała już wrócić do dormitorium.
- ,,James, Syriusz, poczekajcie! Smarkerus nawet nie podejdzie do Wierzby Bijącej!", coś takiego. - powiedziała Willow i uśmiechnęła się triumfalnie widząc zmieniającą się wyraźnie minę Lily.
- Jesteś pewna?
- Oczywiście.
- A niech to... Wierzba Bijąca... Jeśli te durnie chcą ją wykorzystać do zrealizowania kolejnego dowcipu to są skrajnie nieodpowiedzialni... Przecież... Ja nie wiem czemu tak się uczepili Seva. - Lily wyrzucała z siebie te myśli, krążąc wokół foteli.
- Spokojnie moja droga. Ja wiem, że masz do niego słabość, której nie rozumiem, ale nie ma co podnosić paniki.
- Nie przesadzaj, dobrze? Ile razy mam Ci powtarzać, że to kwestia wieloletniej przyjaźni. Poza tym akurat Ty nie powinnaś mi robić problemów o jakiekolwiek słabości. Założę się, że to widok Syriusza tak wyostrzył Ci zmysły, pamięć i kazał mnie wtajemniczyć w zaistniałą sytuację, a nie fakt ze wspomnieli o Severusie... Zanim zaprzeczysz zastanów się czy nie mam racji!- zawołała szybko Lily i wyciągnęła palec w stronę już zapowietrzającej się z oburzenia Willow, z której powietrze po tych słowach szybko uszło.
- To co robimy? Bo ja raczej nie zasnę, jeśli się nie dowiem co się dzieje. I Ty zapewne też nie. -odpowiedziała Will obejmując się ramionami.
- Zaczekamy na naszych ,,bohaterów". Ty zobaczysz Syriusza, a ja dowiem się co oni znowu nawyrabiali. - oświadczyła stanowczo Lily siadając na kanapie.
- Super. - ochoczo stwierdziła panna Penn i dosiadła się do przyjaciółki.


***


- Miałeś szczęście, z resztą wszyscy je mieliśmy. - powiedział po raz kolejny James kiedy zmierzali po ruchomych schodach w kierunku portretu z Grubą Damą.
- Nie sądziłem, że aż tak się uwziął. - mruknął Syriusz, analizując tą odrobinę podziwu, który przemknął mu przez myśli kiedy zobaczył z daleka Smarkerusa wchodzącego do tunelu. Ciekawy element.
- Myślicie, że nikomu nic nie powie? - zapytał Peter, który nadal miał wypieki na twarzy z emocji.
- Dumbledore wydał mu wyraźny zakaz. Nie piśnie ani słówka. - odrzekł Potter z niezachwianą pewnością, która brała się z wielkiego szacunku do dyrektora i pewności o jego niezachwianym autorytecie.
- Tylko teraz nas będzie miał na oku. To co powiedział na odchodne - ,, Nie dzielcie się z nikim tą wiedzą. I nie dajcie się skusić złym pomysłom, które są związane z jej posiadaniem." To drugie zdanie było skierowane również do nas. Dumbledore to najbystrzejszy facet na świecie. Będzie nas miał na oku. - zauważył wnikliwie i trafnie Łapa.
- Czy to teraz Twój jedyny problem? - zapytał zirytowany James odwracając się i zastępując Syriuszowi drogę na schodach, które jak na komendę zaczęły się obracać. - Nie jest Ci choć trochę głupio, że wpadłeś na taki nieciekawy w skutkach pomysł?
- A Tobie by było Rogasiu? - zapytał w odpowiedzi i uśmiechnął się szeroko. James nie mógł odeprzeć tego argumentu i dłużej pozostać poważny. Odwzajemnił uśmiech i ruszył dalej.
- Ja odpuściłem, ale przygotuj się na wykład od naszego Luniaczka. To jemu mogłeś najbardziej zaszkodzić.
- Wybaczy i będzie się jeszcze z tego śmiał. - niezwykle pewnie stwierdził Syriusz.
- No bo to było zabawne. Smark wyszedł na niezłego balona. - odezwał się w końcu Peter, a na jego słowa obaj bruneci spojrzeli na niego z rozbawionymi minami i zgodnie wybuchli śmiechem.
- Mimo całej mojej nieodpowiedzialności jego mina była niepodważalnie bezcenna. - zaśmiał się szczekliwie Łapa.
- Mandragora. - powiedział Grubej Damie rozbawiony Rogacz, a ona wyjątkowo bez marudzenie o późnej porze otworzyła od razu wejście. - Była. Ale gdybym pojawił się w tym tunelu parę sekund za późno mogłoby się to dla Smarkerusa skończyć nieciekawie... - i w tym właśnie momencie stanął jak wryty napotykając piorunujące spojrzenie pięknych, migdałowych oczu rudowłosej dziewczyny, która stała na jego drodze, tupiąc ze zdenerwowania nogą. 
   A on po raz pierwszy zareagował na jej widok w tak mało głośny i entuzjastyczny sposób. Cóż, trzeba było pokazać co znaczą huncwockie zdolności aktorskie.


sobota, 2 kwietnia 2016

9. Tchórz czy chojrak?

   Severus Snape nie chciał być tchórzem.
   Pracował nad sobą ciężko w tej materii, ale nie zawsze wychodził zwycięsko. Bolało go to strasznie. Nie cierpiał uczucia, którym zaczynał pałać do siebie chwilę po tym, jak chowając ogon pod siebie wycofywał się z groźnej sytuacji. Tym uczuciem był wstręt.
   Znał go od wczesnego dzieciństwa, kiedy pierwszy raz w czasie kłótni rodziców schował się pod łóżko. Zrobił to zamiast zejść na dół ze strychu przystosowanego na dziecięcy pokój w bardzo biednej wersji. Wtedy jako mały chłopiec mógł bez problemu zakończyć kłótnię rodziców, bo zarówno mamie, jak i tacie jego widok łagodził nerwy. Mimo to siedział bezczynnie. A kiedy po paru latach zdecydował się wreszcie na interwencję nie był już wystarczająco słodki, a w dodatku dawno ujawnił już w obecności ojca swoje magiczne zdolności. Skończyło się to więc w najgorszy możliwy sposób.
   Ojciec w szale uderzył syna tak mocno, że ten przewrócił się na ziemię, ściągając w trakcie prób złapania równowagi serwetę ze stołu. Matka Severusa patrząc na chłopca z resztkami kolacji we włosach, wstającego z trudem i trzymającego się za puchnący policzek, kierowana odruchem odepchnęła męża zaklęciem oszałamiającym. Co stało się dalej... Mały Snape nie zdążył się przekonać, bo gdy tylko stanął na nogi uciekł z domu. Przebiegł między zrujnowanymi domami, które zajmowały całą okolice i do których należał również jego domek, po czym przeskoczył rzeczkę w stałym dla siebie miejscu tak, aby znaleźć się w swojej ulubionej kryjówce na małym pokrytym krzewami wzgórzu. Tam właśnie pod ogromnym i starym drzewem spędzał długie godziny, w trakcie których oddawał się głównie dwóm zajęciom. Pierwszym z nich był (choć nigdy nikomu się do tego nie przyznał) płacz. Rzadko zdarzało się mu szlochać na głos, częściej dławił się łzami w ciszy wstrząsany tym, że nie stać go było na okazanie odwagi. Postanawiał wtedy raz po raz, że się zmieni, że nigdy nie będzie się bać, a już na pewno nie da po sobie poznać strachu.
   Drugie stałe jego zajęcie należało już do znacznie przyjemniejszych i dodawało otuchy. Ze swojego stałego miejsca widział bardzo dokładnie plac zabaw, leżący na rodzinnym osiedlu za rzeką, a na placu zabaw bawiące się siostry Evans. Starsza z nich kiedy tylko go widziała darzyła go nieprzychylnym wzrokiem i ostentacyjnie odwracała głowę. Za to młodsza, która zawsze chodziła radosna i uśmiechnięta wyraźnie zdawała się nie patrzeć na pochodzenie ani wygląd. Z miejsca budziła sympatię. A jej ruda czupryna z daleka rzucała się w oczy, przypominając pełne ciepła ognisko. Ułatwiało to obserwację, nawet w pochmurne i mgliste dni. Snape długo zbierał się żeby ją zaczepić, a kiedy w końcu zdobył się na odwagę szczęśliwie dostał świetny temat do rozpoczęcia rozmowy z Lily, a mianowicie ich magiczne zdolności.
   Od tamtej pory zostali przyjaciółmi. Severus czuł się przy niej, choć brzmiało to trochę dziwnie, o wiele odważniejszy. Wiązało się to między innymi z faktem, że kiedy wychodził z domu kwalifikował to do kategorii ,,Spotkanie z Lily", a nie ,,Ucieczka przed kłótnią rodziców". Było to bardzo pocieszające. I gdy stwierdził już (przynajmniej pozorne) całkowite uśpienie w sobie tchórza, nadszedł moment pójścia do Hogwartu, a tam poznanie Huncwotów rozpoczęło kolejny rozdział w historii o chowaniu ogona pod siebie.
   Nie był pewny co tak naprawdę go paraliżowało kiedy Potter i Black uskuteczniali ataki na niego. Niby zawsze się bronił, ale ogółem wiedział, że stać go było na więcej. Nie twierdził, że jego zdolności magiczne były wystarczające, aby pokonać dwóch najzdolniejszych uczniów w szkole... Ale na pewno opór mógł być bardziej czynny. Severusa blokował ich widok, ich pewność siebie, ich popularność, którą zdobyli praktycznie pierwszego dnia szkoły. To wszystko w połączeniu z jego brakiem doświadczenia w stawianiu czoła jakimkolwiek atakom sprawiło, że jego wizerunek huncwockiego popychadła szybko się utarł. Szczęśliwie znalazł sposób na uczynienie tych żałosnych scen z jego udziałem znacznie rzadszymi. Nie było to rozwiązanie. z którego był dumny, ale należało do skutecznych, a w dodatku przyjemnych.
    Towarzystwo Lily. Ono było odpowiedzią na jego złe samopoczucie i świetną ochroną przed Potterem. Był co prawda moment kiedy pacan uważał, że zaimponuje rudowłosej ,,pokazami siły", ale szybko zdał sobie sprawę, jak głupi był to pomysł. Panna Evans nie tolerowała ataków na swoich przyjaciół. Właśnie... I kwestia, o której Severus nie chciał myśleć znowu wypłynęła. Mary McDonald.
   Ślizgon od soboty wspinał się na szczyty swojej kreatywności i ostrożności unikając całego gryfońskiego towarzystwa, w skład którego wchodziła również jego ruda przyjaciółka. Śniadania jadał bardzo wcześnie rano, a potem nie wychodził z Pokoju Wspólnego. Nie zamierzał poruszać tematu ,,wypadku" Mary dopóki nie było to całkowicie konieczne. Teraz szedł właśnie na zajęcia z głową wlepioną w swoje stopy i w towarzystwie całej swojej paczki. Było to tchórzostwo rozdział następny, ale wiedział kogo spotka czekającego przed salą Transmutacji i nie był jeszcze gotów do tej konfrontacji.
   Jego przewidywania oczywiście się spełniły. Lily Evans niby czytała podręcznik, ale po tupiącej niecierpliwie nodze łatwo można było poznać, że jej myśli są daleko od jego treści oraz daleko od tematu rozmowy swoich koleżanek. Gdy usłyszała kroki podniosła głowę, a na jej twarzy był widać kolejno prawie całą paletę emocji: zadowolenie, że jej oczekiwanie nareszcie dobiegło końca, szok, gdy przesunęła wzrokiem po asystujących mu osobach i wreszcie złość, która prawie zmieniła kolor jej twarzy na taki, który o wiele bardziej pasował odcieniem do jej włosów. Zatrzasnęła zamaszyście trzymaną w rękach książkę i spojrzała Severusowi w oczy. swoje zamieniając w pełne niechęci szparki. Snape wytrzymał jej spojrzenie, ale ustawił się ze swoją grupką z dala od reszty klasy i tak czekał na nadejście profesor McGonagall. Długo czekać nie musieli, wicedyrektor zawsze zaczynała lekcje punktualnie i wpuszczała uczniów do klasy te pół minuty wcześniej, żeby z wybiciem początku zajęć wszyscy siedzieli, zwarci i gotowi, by chłonąć wiedzę.
   Kiedy wszyscy już zajęli miejsca, drzwi się zamknęły, a profesor McGonagall przystąpiła do sprawdzania obecności. I choć wszyscy wyraźnie odczuli brak pewnych delikwentów i spowodowany tym brakiem spokój i ciszę, wszyscy poruszyli się z ciekawości, gdy nauczycielka przeczytała:
- Black Syriusz. - i nikt jej nie odpowiedział.
- Czy ktoś wie gdzie jest panicz Black, a także panicz Lupin, panicz Pettigrew i panicz Potter. - zapytała profesor, uprzednio rozejrzawszy się po klasie, by upewnić się czy brak odpowiedzi nie jest przypadkiem spowodowany typową dla wyżej wspomnianych nieuwagą na lekcjach. Gdyby chodziło o kogoś innego nie dochodziłaby powodów nieobecności, ale cóż - Huncwoci wypracowali u nauczycieli indywidualny algorytm postępowania. Szczęśliwie nie musiała go tym razem wprowadzać w życie, bo dosłownie paręnaście sekund po zadaniu pytania, drzwi do sali otworzyły się, a przez nie jak burza wtargnęli Huncwoci.
- Dzień dobry, pani profesor. - zawołali wszyscy czterej jeden przez drugiego, po czym do dalszych tłumaczeń przystąpili przywódcy paczki:
- Przepraszamy za spóźnienie, bo wiemy, że nawet te drobne są niedopuszczalne. - powiedział James.
- Byliśmy w Skrzydle Szpitalnym i zajęło nam to te 15 sekund dłużej niż mieliśmy w swoich perfekcyjnych planach. - dodał Syriusz.
   Obaj mówili roztaczając typowy dla siebie czar, a w trakcie tłumaczeń wszyscy czterej zdążyli zająć swoje miejsca, którymi były dwie ostatnie ławki w środkowym rzędzie.
- Rozumiem. - powiedziała McGonagall, tym razem postanawiając nie wyciągać żadnych konsekwencji, zwłaszcza, że spóźnienie było wyjątkowo dobrze wytłumaczone. - Powiedzcie zatem mi i całej klasie, jak się czuje nasza Mary.
   Chłopcy wymienili szybkie spojrzenia.
- Tak się składa, że jak przyszliśmy spała, spała w trakcie całego naszego pobytu i spała jak wychodziliśmy. - powiedział płynnie James.
- A co powiedziała pani Pomfrey?
- Najgorsze już za nią i do końca tygodnia powinna opuścić Szpital. - tym razem wtrącił się Remus.
- Całe szczęście. - powiedziała opiekunka Gryffindoru i dodała, bo czuła, że tak powinna - Cieszę się, że okazaliście tak wyjątkową troskę koleżeńską.
- Akurat. Im o tą Puchonkę chodziło, a Mary przy okazji trochę uwagi otrzymała. - wybąkał jeden ze Ślizgonów pod nosem, ale tak, że wszyscy słyszeli.
- A Ty co się taki troskliwy zrobiłeś? Sumienie ruszyło? Tylko Ciebie, czy może Was wszystkich? - zapytał Łapa, a spojrzenie jego stalowych oczu skierowane w stronę uczniów z domu węża mogło w tym momencie zamieniać w kamień.
- Nie wiem o czym mówisz. - odpowiedział Astor Gretings, siedzący w ławce z Severusem.
- O tym, to porozmawiamy po lekcji. - powiedział Rogacz tonem wyraźnie świadczącym o groźbie.
- Panie Potter - wtrąciła się profesor McGonagall przerywając tą dyskusję. - Zapraszam do mnie, przypomni nam pan temat ostatniej lekcji.
   Huncwoci uśmiechnęli się. Wszyscy uczniowie siedzący w klasie doskonale wiedzieli, że to żadna kara dla wspaniałego Jamesa Pottera i choć nauczycielka starała się ze wszystkich sił tego nie okazywać, wiedzieli również, że w kwestii ataku na Mary stoi po jego stronie i tylko ze względów pedagogicznych zakończyła ten temat.
   Severus patrzył jak Rogacz bez zająknięcia odpowiada na wszystkie pytania McGonagall i choć niby uśmiechał się do Astora kiedy ten dogryzł Gryfonom spodziewał się, że odwet w kwestii panny McDonald niedługo nastąpi, a jego odwlekanie w czasie miało związek tylko i wyłącznie z rozłożeniem uwagi huncwockiej między nią, a tą ulubioną Puchonkę Pottera, Blacka, Lupina i Pettigrew. Snape uważał, że Astor ma rację - tak naprawdę to pewnie ją poszli odwiedzić i dlatego tak  się zmieszali kiedy McGonagall zapytała o Mary. Zmieszał ich pewnie również fakt, że do tej pory nie odpłacili się Śłizgonom tak, jak tylko oni potrafili i teraz raczej nie będą zwlekać z zemstą. Co prawda ich głównym celem powinien być Mucliber, który szczęśliwie dla siebie był rok starszy i nie kłuł w oczy Huncwotów na lekcjach, ale nie było tajemnicą, kto należy do paczki, do której należy sam Mucliber, a wśród tych osób byli prawie wszyscy Ślizgoni z piątej klasy, w tym Severus. Mogli w sumie wszyscy razem zmierzyć się z tą fantastyczną paczką Gryfonów, mieli przewagę liczebną i mieli szansę żeby wygrać bitwę. Ale nie. A dlaczego? Bo, jak twierdzili, takie bójki były poniżej ich godności. Według Severusa sprawa wyglądała znacznie prościej. Po prostu - tchórzyli.
   Lekcja minęła bardzo szybko. Wszyscy zaczęli się błyskawicznie zbierać, w tym także Severus i jego kompania. Snape wrzucając rzeczy do torby, zezował na tył sali i patrzył na nielubianych przez siebie Gryfonów. Chyba stwierdzili, że atak zaraz po lekcji byłby zbyt oczywisty i chcieli zrobić coś bardziej efektywnego, bo nawet na nich nie spojrzeli wyraźnie pochłonięci rozmową. Po minie Blacka wywnioskował, że jest czymś zirytowany i trochę zmartwiony. A Remus... On nie wyglądał zbyt zdrowo.
   Severus powiedział o swoich obserwacjach i wnioskach tylko Lily i nie spotkały się one z przychylną reakcją, ale on wiedział swoje. Spodziewał się na czym polega ,,chorowanie" Lupina, a zdolności dedukcyjnie miał zawsze całkiem niezłe. Teraz zbliżał się moment w miesiącu, w którym po raz kolejny miał szansę sprawdzić swoje podejrzenia, tylko w dalszym ciągu nie wiedział jak.
   Prowadząc te gorączkowe rozmyślania odruchowo wgapiał się w Huncwotów, a jego spojrzenie zauważył Syriusz, który zamykał pochód wychodzących z klasy transmutacji Huncwotów. Severus wytrzymał kontakt wzrokowy z Blackiem, który zanim go zerwał uśmiechnął się wrednie półgębkiem. Nie wróżyło to dla Severusa zbyt dobrze. Wychodząc z Astorem na korytarz zdążył zarejestrować burzę rudych włosów znikających na schodach. Ulżyło mu. Zwłaszcza, że jego stali oprawcy nie zważając na nikogo ruszyli szybkim krokiem w kierunku końca korytarza. Miał więc przerwę dla siebie i mógł ją spędzić w spokoju i najważniejsze - w samotności. Podzielał poglądy swojego towarzystwa, ale fakt faktem był taki, że potrafiło być męczące. Wymigał się zdawkowo i skręcił w boczny korytarz obierając w ten sposób ten sam kierunek co Huncwoci, ale inną drogę. Kiedy upewnił się, że nikt go nie obserwuje wszedł w jedno z tajnych przejść, którego nazwa była całkowicie bez sensu, bo znali je dosłownie wszyscy i wyciągnął swój podręcznik do eliksirów. Uwielbiał notować w nim swoje obserwacje i autorskie sposoby na ważenie mikstur. Ostatnio nawet udało mu się wymyślić zaklęcie, co uszczęśliwiło go niemal tak, jak spotkanie z Lily.
   Wypełniony dumą na to wspomnienie już miał usiąść na podłodze i zagłębić w swoich notatkach, kiedy oddech, który poczuł na swoich plecach go powstrzymał.
- Jak się masz Smarkerusie? - zapytał pogardliwie Łapa.
   Severus się odwrócił i stanął twarzą w twarz z Idolem wszystkich czarownic w Hogwarcie, który patrzył na niego spod zmrużonych powiek.
- Czego chcesz? - zapytał Snape nie odsuwając się ani na krok, przez co dystans między nimi w dalszym ciągu wynosił tyle, co szerokość dwóch rąk.
- Jak walecznie. Brawo. Szkoda tylko, że nie ma kto docenić tej Twojej odwagi.
- Brakiem widowni to raczej Ty się powinieneś martwić. - Severus odpyskował, a Syriusz tylko prychnął pod nosem.
- Powiem Ci ta... - zaczął Syriusz i zaraz zaczął się śmiać w swój szczekliwy sposób, bo kiedy wyciągał rękę z kieszeni, Severus odruchowo cofnął się o krok. - Spokojnie. Chciałem tylko położyć swoją groźną rękę na Twoim ramieniu, ale nie będę więcej próbował. Jeszcze być zemdlał z wrażenia. - kpił z niego, a Snape choć miał ochotę zapaść się pod ziemię, nie odwrócił nawet wzroku. - Zacznijmy jeszcze raz: widziałem, że w dalszym ciągu sprawa Remusa tak Cię fascynuje, że oddychać zapominasz. Mam więc dla Ciebie propozycję. - Severus aż zmarszczył brwi, ale Syriusz kontynuował z typową dla siebie pewnością. - Dziś wieczorem po tym, jak księżyc już zaświeci wysoko na niebie, podejdź do Wierzby Bijącej i jakimś dużym konarem szturchnij duży, wystający sęk przy jej korzeniach. Wierzba znieruchomieje, a Tobie otworzy się przejście do rozwiązania naszej tajemnicy. O ile - podszedł tak blisko, że gdyby któryś z nich kichnął to zderzyliby się głowami - masz na to wystarczająco odwagi. - i po rzuceniu tego wyzwania, odwrócił się na pięcie i zniknął na gobelinem zasłaniającym wejście do korytarza.
   A Severus wstrząśnięty tym, co usłyszał i zastanawiając się czy to, aby nie jest jakiś podstęp stal tak w bezruchu jeszcze chwilę, aż w końcu kazał zastanowić się nad ostatnimi słowami Syriusza:
,,O ile masz na to wystarczająco odwagi."
 
 
 
 

poniedziałek, 14 marca 2016

8. Iskierka, czyli powaga, śmiech i poglądy

- Jesteś pewna, że nie zostaniesz jeszcze chociaż na jedną noc? - wychrypiała Mary, patrząc jak Jules zbiera swoje rzeczy z szafki przy łóżku szpitalnym.
- Wolę nie robić sobie zaległości. - odpowiedziała szatynka. - Poza tym skoro już udało mi się wywalczyć wypis u pani Pomfrey to lepiej nie marnować okazji. - uśmiechnęła się, a Gryfonka odpowiedziała jej tym samym, choć panna Justice doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest to uśmiech wymuszony. Podobnie było z żartowaniem u Jules, na które nie miała absolutnie w tych warunkach ochoty. Wiedziała jednak dlaczego Mary tak bardzo chcę ją zatrzymać w Skrzydle Szpitalnym i z tego samego powodu starała się jakoś poprawić jej nastrój. 
   Mary się bała. Po wyjściu Jules, miała zostać sama i pierwszy raz w życiu czuła się z tym tak niekomfortowo. Była pewna, że dużo czasu upłynie zanim zdecyduje się chodzić korytarzami zamku inaczej, jak w towarzystwie przyjaciół, znajomych lub kogokolwiek innego. Atak Muclibera, to jak się dusiła własną krwią i nie mogła zaczerpnąć oddechu... Śniło jej się to w obie noce, które minęły od soboty i zapewne miały śnić jeszcze bardzo długo. 
   Jules nie rozmawiała z Mary o jej koszmarach, ale nietrudno było jej się domyślić, dlaczego dziewczyna budziła się z krzykiem wczoraj i przedwczoraj, stawiając na nogi też ją. Dziewczyny nie miały wcześniej ze sobą żadnej styczności, ale pokrzepiające rozmowy w środku nocy, prowadzone w takich warunkach, jak obustronne cierpienie błyskawicznie wybudowały między nimi nie nić, ale most porozumienia. Tym ciężej było Jules podjąć decyzję o powrocie do normalnego, szkolnego życiem. Jednak jej upór i poczucie obowiązku po raz kolejny zwyciężyły przy panelu sterowania w jej głowie. Poza tym wiedziała, że w Skrzydle Szpitalnym Mary będzie całkowicie bezpieczna i uważała, że pierwsze osamotnione chwile powinna przeżyć właśnie w takich warunkach. Gdyby została z nią do środy wieczorem - bo tyle pani Pomfrey miała zamiar trzymać pannę McDonald pod swoją czujną opieką - Gryfonka mogłaby tylko jeszcze bardziej się zapędzić w swoim urazie, a tak chociaż miała szansę się powoli z całą sytuacją oswoić. Taką nadzieję przynajmniej miała Jules. I takimi argumentami przekonywała siebie, że dobrze robi wychodząc na poniedziałkowe śniadanie do Wielkiej Sali.
- Obiecuję, że Cię dzisiaj odwiedzę w pierwszej wolnej chwili. A jak takowej nie będzie to na głowie stanę, żeby ją sobie stworzyć. Poradzisz sobie przecież... - umilkła, bo odwróciła się z pełną już torbą w stronę łóżka Mary i zobaczyła, że dziewczyna zasnęła. Od ataku i po specyfikach pielęgniarki to było u niej normalne. 
   Jules przyjrzała się jeszcze raz dziewczynie. Mary miała obandażowaną szyję z położonym pod bandaż okładem. Nadal chrypiała przy mówieniu i rzęziła oddychając głęboko przy spaniu. Puchonka zmarszczyła brwi i cała złość do niej wróciła. Gdyby dorwała tego Muclibera... Przecież takie szuje to powinny z miejsca do nastoletniego Azkabanu trafiać, gdyby istniało coś takiego. A tak? Lily Evans co prawda bez wahania i w mocnych słowach powiedziała kogo widziała w miejscu incydentu, a profesor Dumbledore był przychylny każdemu jej słowu, choć przychylność swoją musiał dyplomatycznie ukrywać, ale tutaj sprzyjające okoliczności się kończyły. Mucliber nie przyznał się do niczego - co akurat było do przewidzenia - a Mary stwierdziła, że nie wie kto jej to zrobił - i to już był szok. Trudno było wybadać czy to prawda, czy tylko niechęć do narażania się oprawcy, więc nauczyciele mieli związane ręce.
   Niesprawiedliwość. To było słowo, które najtrafniej oddawało istotę finału tej historii i równocześnie opisywało jedną z najgorszych według Jules rzeczy. Wszystkie zdarzenia nacechowane w ten sposób budziły w niej wewnętrzny bunt i odrazę. A musiała mierzyć się z tymi uczuciami nie od soboty, ale już od siedmiu miesięcy. Bo właśnie siedem miesięcy minęło od czasu kiedy jej tata został aresztowany i wtrącony do Azkabanu.
   Pamiętała doskonale i wciąż pojawiał się jej przed oczami widok jej ojca na ławie oskarżonych, spojrzenie sędziego ciążące na niej kiedy zeznawała zaświadczając z całą gorliwością, na jaką było ją stać o niewinności taty. Płacząca mama. Wylała w tym okresie więcej łez niż przez całe swoje życie. Jules nie płakała. W takich sytuacjach po prostu nie umiała. Kiedy ktoś atakował ją albo jej bliskich nie potrafiła i zwyczajnie nie chciała okazywać słabości roniąc łzy. Z podniesioną głową przyjmowała ciosy i czuła (choć było to marne pocieszenie), że swoją postawą jasno dawała do zrozumienia, że nie tak łatwo ją pokonać. Dopiero kiedy zostawała sama, w czterech ścianach swojego pokoju... Płakała aż tchu jej brakowało i łóżko zaczynało drżeć razem z nią.
   Znienawidziła wtedy Ministerstwo Magii, które było tak bezradne i bezskuteczne w swoich działaniach, że czepiało się każdej okazji, by udowodnić swoje kompetencje i pokazać społeczeństwu, że nie siedzi z założonymi rękami. Taką okazją był proces jej taty, wieloletniego i zaufanego pracownika Departamentu Tajemnic, który pewnego dnia, niespodziewanie i bez powodu - co nie wzbudziło żadnych wątpliwości u przysięgłych - zaatakował sowich współpracowników i próbował wynieść z Ministerstwa jakiejś ważne, tajne dokumenty lub coś w tym rodzaju... Nieważne. Ważne jest to, że zanim sędzia dał się przekonać w swej ,,łaskawości", że pan Justice padł ofiarą zaklęcia Imperio, biedny ojciec Jules spędził w więzieniu trzy tygodnie. A kiedy z niego wyszedł nie był już tym samym człowiekiem.
   Rodzice Jules wyjechali na dwa tygodnie z kraju, nawet jej nie powiedzieli gdzie, a ona nie pytała. Widziała jak bardzo jej tata potrzebuje odpoczynku i czuła, że nie chcę by córka, dla której zawsze chciał i był wzorem i ostoją, oglądała go w takim stanie. Jules została w Anglii, pod opieką dziadków i codziennie wysyłała przynajmniej trzy listy rodzicom. Kiedy wrócili, tata jej powiedział, że to, co w nich pisała pomogło mu szybciej stanąć na nogi, uśmiechnął się i mocno ją przytulił. A ona jedyne czego wtedy pragnęła to znowu być małą dziewczynką, która wierzy w każde słowo mamy i taty, bo zwyczajnie byłoby jej z tym łatwiej. Ale nie mogła. Tata nie śmiał się tak, jak kiedyś i był bardziej zamknięty w sobie.
   Wrócił po miesiącu do pracy. W tym akurat Jules wdała się w niego kropka w kropkę - choćby nie wiem jak cierpiał, nie dał nikomu satysfakcji wygranej, upór i duma mu na to nie pozwoliły. I choć oczywistą sprawą było to, że on był w tym wszystkim tylko nic nieznaczącym pionkiem, udowodnił sobie i innym, że można walczyć i ta walka nie jest z góry przegrana. Walka, nie wojna. Według Jules na miano ,,wojny" obecna sytuacja nie zasługiwała, pomimo iż oficjalnie trwała pod taką nazwą od ładnych paru lat. Jak wielu innych młodych ludzi dostrzegała ten paradoks - nazywanie wojną jednostronnych ataków Voldemorta i jego sprzymierzeńców na ten drugą, ,,dobrą" stronę. Dziewczyna uważała, że wojna zacznie się dopiero, kiedy przeciwko złu wystąpi czynna siła walcząca, którą niestety nie można było nazwać aurorów, którzy pod rządami Ministerstwa z dwóch swoich obowiązków - chronić i walczyć - wypełniali tylko pierwszy. Puchonka nie była zwolenniczką przemocy, ale mimo to, a może właśnie dlatego chciała by ktoś stanął na froncie i zakończył konflikt, bo jako idealistka była pewna, że gdy dojdzie do konfrontacji, dobro zwycięży.
   Pogrążona w tych rozmyślaniach szła ze zwykłym dla siebie, niemal biegnącym tempem i dlatego zderzenie, które nastąpiło kiedy skręciła w kierunku schodów było tak bardzo silne. Gdyby nie Darius, dosłownie wytrącona z równowagi, przewróciłaby się na przechodzących obok pierwszaków. - Dzięki. Ponownie wykazałeś się świetnym refleksem. - powiedziała, witając się w ten sposób z nadal trochę oszołomionym chłopakiem i zabrała się za pakowanie do torby rzeczy, które z niej wypadły, bo ich panu Patternowi nie udało się już uratować.
- Co Ty tutaj robisz? - zapytał i zreflektowawszy się, nachylił żeby jej pomóc.
- Próbuję umieścić cały swój niezbędnik na powrót w czeluściach torebki. - wrzuciła do niej ostatnie podniesione z ziemi drobiazgi i wstała.
- Wiesz dokładnie o co mi chodzi. Wszystko w porządku z Twoją głową?
- Nie. Ale o tym poinformowałam Cię wydaje mi się od razu kiedy wyraziłeś chęć przyjaźnienia się ze mną. - odrzekła, wymijając go i kontynuując swoją podróż ku jedzeniu.
- Jules. - powiedział Darius i starał się popatrzeć na nią karcąco, ale jego nerwy topniały w zderzeniu z jej iskierką, a raczej pożarem pozytywnej energii. - Pytam, i ujmę to tym razem precyzyjnie, jak czujesz się po wypadku, który miał miejsce na meczu i po którym musiałaś spędzić ostatnie dwie doby w Skrzydle Szpitalnym?
- Poczekaj, szukam jakiejś niedokładności w Twojej wypowiedzi. - uśmiechnęła się wrednie.
- Nie wytrzymam z Tobą. Ale skoro masz siłę się ze mną do tego stopnia przekomarzać to wnioskuję, ze jest dobrze i nie próbuję już wyciągnąć z Ciebie informacji o stanie zdrowia. Wiem, ze jest to niemożliwe.
- Dlaczego? - zapytała i zdziwiona tym stwierdzeniem aż zatrzymała się z nogą zwisającą nad następnym stopniem.
- Bo Jules Justice nie użala się nad sobą i nie pozwala innym tego robić. - wyszczerzył się, odpłacając jej wrednością za wredność.
- Bardzo zabawne. I ryzykowne z Twojej strony drażnić mnie kiedy jestem głodna i niewyspana, a znasz mnie na tyle długo żeby wiedzieć, że taka jestem każdego ranka.
- Wiem, dlatego miałem zamiar odwiedzić się w szpitalu i nakarmić pysznym ,podwędzonym ze śniadania jedzonkiem. - poklepał znacząco torbę zwisającą mu z ramienia.
- Masz tam jedzenie? - Jules udawała, że zaczyna się ślinić patrząc na nią. - A ja właśnie miała zamiar odwiedzić Wielką Salę.
- Widzisz, już nie musisz. Urządzimy sobie mały piknik przy zielarni. Akurat zdążymy przed rozpoczęciem zajęć. - powiedział i sugestywnie po zejściu ze schodów skierował kroki w kierunku pracowni Zielarstwa.
- Za jedzeniem pójdę wszędzie. - zaśmiała się, ale jednak odwróciła głowę w stronę WS. - Tylko może kulturalnie byłoby pokazać się przy naszym stole i dowieść tego, że żyję?
- Wszyscy zainteresowani tym faktem będą z nami na lekcji. A reszta tylko zrobi sensacje z Twojego powrotu. - szybko odpowiedział, ale z ulgą dostrzegł, że Jules idzie za nim.
- Jest mi przykro. Naprawdę twierdzisz, że poza naszym Puchońskim rocznikiem wszyscy inni mają mnie tylko za dodatkową atrakcję ostatnich dni? Przecież oczywistym jest, że każdy w tej szkole mnie zna i kocha. - powiedziała to wyniosłym, słodkim tonem i na koniec wypowiedzi zamaszyście odrzuciła włosy do tyłu.
   Darius bardzo rozbawiony jej przedstawieniem, rozluźnił się nabierając już stuprocentowej pewności, że to z nim i tylko nim dziewczyna spędzi najbliższe pół godziny.
   Kiedy dotarli do wejścia do zielarni Jules zdjęła wierzchnią szatę i zaścieliła ją sobie na podłodze, po czym usiadła zanim Darius zdążył zaprotestować.
- Wyczarowałbym jakiś koc. W ostateczności transmutował w niego swoją szatę.
- Nie ma takiego potrzeby. Jest mi wygodnie. Gdyby nie było, sama bym zrobiła którąś z wymienionym przez Ciebie rzeczy.
- Szczerze wątpię. - odpowiedział siadając obok na ostentacyjnie tak samo rozścielonej szacie i wyciągając jedzenie. - Rzeczy też mogłaś pozbierać jednym machnięciem różdżki, ale musiałaś je pozbierać ręcznie.
- Jakie rzeczy...? A. Ty poważnie do tego wracasz? To było odruchowe, nieprzemyślane i naturalne.
- No właśnie. A dla czarownicy chyba co innego powinno takie być. - popatrzył na nią z przekąsem.
- Możesz być złośliwy ile chcesz, ale ja nie zamierzam używać magii przy wykonywaniu każdej najdrobniejszej czynności. Mam dwie ręce, dwie nogi i nie uważam normalnego używania ich za ujmę. - kończąc swój wywód wzięła rogalika i ugryzła do łapczywie. Nie było to zbyt dziewczęce, ale naturalne.
-Smacznego. Ty i te Twoje pokręcone zasady. - przewrócił oczami i wziął drugiego rogalika.
- Gdyby choć połowa ludzi miała odrobinę podobne to świat byłby piękniejszy. Jeśli nie ułatwiasz sobie życia, kształtujesz charakter i szanujesz pracę.
- Czy my nadal mówimy o pakowaniu torebki?
- Nie bądź ironiczny.
- Nie jestem. - oburzył się i wyprostował. - Zwyczajnie doceniam zaszczyt, który nas spotkał poprzez umiejętności, które mamy i skoro jesteśmy lepsi do mugoli to i życiu możemy mieć lepsze.
- Nie mów tak. - Jules zamarła kiedy mówił i patrzyła teraz na niego mrużąc groźnie oczy.
- Niby jak?
- Znam paru takich uważających się za lepszych od istot niemagicznych. Najogólniej można ich nazwać Śmierciożercami.
- Przesadziłaś wiesz. Jeśli któreś z nas jest radykałem to Ty, tylko w drugą stronę!
- I wcale nie zamierzam się za to stwierdzenie obrażać. - odparła i usiadła z założonymi rękami. Nie pierwszy raz zazgrzytało między nimi w tym temacie. To była wyraźna oznaka dorastania. Nie miałeś już takich samych poglądów, jak twoi przyjaciele, ale nie było to takie łatwe do przeskoczenia, bo i kwestie należały do znacznie poważniejszych niż dyskusja o tym, czy lepszą drużyną są Harpie czy Chluby.
- Nie obrażaj się. A jeśli już chcesz to na mnie, a nie na rogaliki. - powiedział chłopak i szturchnął ją zaczepnie, jednocześnie przystawiając jej jednego z nich do ust.
   Jules popatrzyła na niego, zaciskając usta i groźnie marszcząc brwi. Po czym wzięła rogalika od Dariusa i powiedziała:
- Ciesz się, że po pierwsze: nie umiem się długo gniewać, o czym doskonale wiesz. A po drugie: te rogaliki przepięknie pachną i cudnie smakują, o czym wiesz kusicielu tym bardziej.
   Oboje zaśmiali się i jak na komendę w tym samym momencie ugryźli aromatyczne pieczywko. Udało im się w ten sposób po raz kolejny uniknąć ideowo-poglądowej burzy i w spokoju dokończyć śniadanie zanim pod zielarnią zebrała się klasa. Jules, która była ogólnie dzięki swojej otwartości i wiecznemu optymizmowi ogólnie lubiana, została przywitana bardzo wylewnie. A Darius, patrząc jak dziewczyny ściskają szatynkę, na uboczu cieszył się swoim małym zwycięstwem, za które uważał uniemożliwienie spotkania przy śniadaniu czterech muszkieterów Hogwartu z ich nową maskotką.

piątek, 19 lutego 2016

Ogłoszenie :)

   Chciałabym poinformować i poprosić o parę spraw czytelników mojego bloga - mam nadzieję, że jesteście :)
Po pierwsze: postaram się umieszczać około 3 notek miesięcznie, z częstotliwością zapewne różną niż jedna na tydzień, ale liczę na zrozumienie - mam sporo nauki, której zwykłam poświęcać więcej czasu niż czemukolwiek innemu :D
Po drugie: przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy, które czasem wkradają się do notek i mogą budzić niesmak. Większość postów wstawiam w środku nocy (które z natury prawie zawsze zarywam) i choć staram się korygować głównie spowodowane zmęczeniem pomyłki, nie zawsze je wszystkie wychwycę :)
Po trzecie: Bardzo, ale to bardzo proszę o komentarze, opinie, pytania :))) Sygnał, że ,,jestem czytana", nawet taki zawierający negatywne uwagi :) jestem otwarta na krytykę i chcę cały czas ulepszać swój styl pisania :) W tym podpunkcie muszę i chcę oczywiście ukłonić się w stronę osoby, która wstawiła pierwszy komentarz - DZIĘKUJĘ BARDZO JESZCZE RAZ :)
   Pozdrawiam serdecznie :)

7. Lód i Ogień

   Życie w tej szkole robi się coraz bardziej nieznośne... Gryfoni wygrali, wow i hura hura. Niech jeszcze jej powiedzą kiedy ma wyjść z siebie z wrażenia i zacząć klaskać uszami. Zupełna strata czasu i energii ten cały sport. Ludzie głupieją, angażują się i zachowują na trybunach jak banda...
   Określenie, którego użyła dalej w swoich rozmyślaniach Corinne było bardziej niż nieprzychylne. Krukonka szła korytarzem krokiem spokojnym i dostojnym, a uczniowie schodzili jej z drogi albo z daleka ją poznając albo z powodu jej naburmuszonej miny i zimnego spojrzenia. Nazywali ją Królową Śniegu, a ona doskonale o tym wiedziała. Co więcej - lubiła to i starała się ową opinię podtrzymywać. Wbrew temu na co miała nadzieję, przekonanie wszystkich życzliwych, że nie potrzebuje ani nie chcę towarzystwa lub kurtuazyjnych grzeczności zajęło jej sporo czasu. Przez dłuższy czas polegało to głównie na powtarzaniu z uporem maniaka tych samych, maksymalnie odpychających odpowiedzi na wszelkie kierowane w jej stronę zaczepki. Nigdy tego nie rozumiała. Dlaczego ludzie starają się być ,,towarzyscy" lub ,,koleżeńscy"? Czy naprawdę uważają, że wyjdą na mniejsze buce, jeśli będą zagadywać z otwartością (dla niej równą chorobie psychicznej) do wszystkich osób, które im wejdą w drogę lub przez zrządzenie losu trafią do tej samej klasy?     Oczywiście, sztuczne relacje powstałe przez dziwną presję społeczną i grzeczność były o niebo lepszą opcją. - pomyślała z ironią.
   Westchnęła i przewróciła oczami. Jej podejście do kontaktów z ludźmi było specyficzne i ona zdawała sobie z tego doskonale sprawę. Ale co było dziwnego w tym, że w pierwszej kolejności obserwowała oraz analizowała zachowanie osób wokół siebie i dopiero wtedy wybierała sobie ewentualnie spośród nich przyjaciół. Tylko zazwyczaj po spławieniu i opryskliwości w pierwszych kontaktach nie było co liczyć na zawarcie znajomości po upływie jakiegoś czasu. Może i to było przykre, ale Corinne nie zdarzyło się jeszcze żałować tego, że mur wokół niej był tak wysoki, gruby i nieprzystępny. Ceniła sobie szczerość i brak sztuczności w kontaktach. Lubiła ludzi trzymających się na uboczu i spokojnych. Takich co nie pletli jęzorami byle pleść, a jak się odzywali to z sensem i udowadniając dużą ilość punktów IQ. Samą siebie za taką uważała i może dlatego ludzie należący do tej kategorii mieli u niej wyjątkowo wysokie względy.
   Jak na przykład Remus Lupin. Przyjrzała się mu pierwszy raz w czwartej klasie. Całkowitym przypadkiem zajęła w bibliotece miejsce, w którym sprytnie zakamuflowana mogła podsłuchiwać znajdujących się za ogromną półką z książkami Huncwotów. Knuli, czyli oddawali się jednemu ze swoich ulubionych zajęć, a ona mimowolnie wszystko słyszała. Nawet stosując się do praw obowiązujących w bibliotece byli głośni i zwracali na siebie uwagę jak nikt inny. Tyle, że Corinne nie obchodziła ich chęć bycia w centrum zainteresowania. Porzuciła swoje sprawy również nie dlatego, by mieć na nich hak. Bawienie się w przyłapywanie łobuzów nie było szczytem jej marzeń, dlatego z długiej rozmowy chłopaków wyłapywała zdania wypowiadane opanowanym, rzeczowym głosem. Potem... Cóż, zbliżyła się do jego właściciela i to z całą natarczywością na jaką było ją stać kiedy czegoś chciała i był zdeterminowana. Remus, wykazując tą narzuconą przez społeczeństwo uprzejmość okazywał jej zainteresowanie, które powoli przerodziło się w sympatię. Było to dla niego duże wyzwanie, bo Corinne nie mieściła się w żadnych kanonach jego dotychczasowych znajomych, ale ostatecznie dopuścił ją tak blisko, że zdoła go pocałować. Oczywiście zaraz po tym się zdystansował. Spodziewała się tego, poznała już jego wrażliwość i nieśmiałość, więc dała mu odetchnąć. W tym czasie, a były to akurat wakacje przeanalizowała ich znajomość, jej podstawy i możliwą przyszłość. Czy kochała Remusa Lupina? Nie. Nie sądziła, że obdarzy tym uczuciem jakiegokolwiek mężczyznę i było jej z tym dobrze. Czuła się silniejsza ze świadomością, że żaden nie będzie mógł jej zranić. I nie uważała, że zwodzi Lunatyka - swoją drogą, tragiczne przezwisko. W szkole nie było tajemnicą, że Remus niemal złożył śluby kawalerskie. Pierwszy argument, który przemawiał za ich znajomością. Ona też związku nie chciała. Poza tym umiała dedukować.    Najlepszymi przyjaciółmi Remusa byli prawie najwięksi ekstrawertycy w szkole. Gwiazdy, popularni i uwielbiani. Nie mógł bez nich żyć, byli nierozłączni. Corinne była kompletnym przeciwieństwem tego wszystkiego. Trzymała się na uboczu, nie wymagała żeby nad nią skakać, rozmowę w jej towarzystwie można było ograniczyć do zera. Lupin chciał takiego spędzania czasu, w takim akompaniamencie. A przynajmniej tak mu się zdawało. Chorował od dziecka i uważał się przez to za gorszego, a znalezienie sobie damskiego towarzystwa, które nie wymagało od niego emocjonalnego zaangażowania było świetnym azylem. Dziewczyna była dla niego możliwością jeszcze większej izolacji - przecież nikt nie będzie zaczepiał Królowej Śniegu ani ,,jej chłopaka". Za to ona oprócz miłego kompana zyskiwała coś jeszcze. Zagadkę. Już od dawna domyślała się jakiegoś drugiego dna w dolegliwościach Remusa, a będąc blisko chłopaka mogła łatwiej poznać tą skrzętnie skrywaną tajemnicę.
- ... Jules Justice, ścigającą Puchonów. Dajcie spokój, tak ją walnął tym tłuczkiem...
- Od razu straciła przytomność...
- ... Rozbiłaby się jak nic, gdyby nie Pattern...
   Trochę tą wymianę zdań rozproszyła nagła salwa śmiechu, którym wybuchła osoba najmniej do tego pasująca. Corinne niespodziewanie dostała informację, która niezwykle poprawiła jej nastrój i nie miała zamiaru hamować radości z powodu tych karcąco-oceniających spojrzeń.
   Jules Justice. Znokautowana. Cudownie.
   Corinne nie wiedziała dokładnie dlaczego, nawet mimo swoich chłodnych analiz, ale nie lubiła Jules i to praktycznie od pierwszego wejrzenia. Hufflepuff i Ravenclaw mieli wszystkie lekcje razem, więc dziewczyny poznały się już w pierwszej klasie. Ale zawarcie znajomości nie wyglądało tak, jak u ,,szarej masy". Jules wyszła poza schematy Corinne i tym ją z miejsca zaciekawiła. Sprawiała wrażenie obserwatorki, ale było to złudne wrażenie. Fakt, że podobnie jak Corinne do nikogo nie wyciągnęła ręki wynikał z przejęcia i stresu, a nie zaplanowanego dystansu. Później wyluzowana już Jules, gdy poczuła się w Hogwarcie jak w domu, pokazała swoje prawdziwe oblicze, które w opinii większości było od razu do pokochania. Krukonka tak nie uważała. Dla niej panna Justice była zbyt roześmiana, zbyt bezpośrednia, zbyt empatyczna. Zachowywała się czasem jak dziecko.    Podsumowując, nie zjednała sobie sympatii Corinne. Odwrotne było podejście Jules do Corinne i wszystkich innych ludzi. W przypadku Puchonki każda spotkana przez nią osoba dostawała od razu w pewnym sensie pulę 100 punktów i mogła albo je tracić, albo zyskiwać. A ta pierwsza opcja w przypadku kogoś tak bezkonfliktowego była trudna, choć Królowej Śniegu przez okazywanie jawnej niechęci udało się to całkiem szybko. Co poradzić, Corinne nie cierpiała tego chochlika, a kiedy dowiedziała się ze zaczął się on przyjaźnić z Syriuszem Blackiem stwierdziła, że trafił swój na swego. Black był dla niej osobą ciekawą, ale zbyt pewną siebie i swojej fantastyczności. Dlatego wolała się trzymać od niego z daleka.
   Niestety osoba, z którą szła się spotkać na błoniach, która z zapartym tchem śledziła wszystkie mecze Gryfonów od kiedy Syriusz trafił do drużyny miała zupełnie inne podejście do jego osoby. Nie podobało jej się to, ale nie miała zamiaru dłużej z ową dziewczyną dyskutować o rozbieżności poglądów na tej płaszczyźnie. W końcu choć zupełnie inna, Elinor była jej siostrą i tak naprawdę tylko jej jedynej w życiu ufała.


***

   Jego uśmiech, jego sylwetka, jego spryt, jego urok i nonszalancja... Ideał po prostu pod każdym względem. Na takiego chłopaka po prostu miło się patrzy.
   Elinor Durete oddając się tym rozmyślaniach i przywołując w myślach obrazy i akcje Syriusza z meczu (tak naprawdę tylko je pamiętała) rozsiadła się wygodnie przy sowiarni, w stałym dla siostrzanych spotkań miejscu. Jedyne co nie pozwalało się jej delektować dzisiejszym wygranym przez drużynę swojego obiektu westchnień meczem to końcowa akcja z panną Justice. Dziewczyna nie była bezimienną postacią już przed znajomością z Huncwotami. Swoim zawsze optymistycznym podejściem do życia i nieskończonymi pokładami pozytywnej energii była kojarzona prawie od zawsze. Ale dopiero po nawiązaniu nici porozumienia między nią a Łapą jej nazwisko stało się sławne. Elinor nie była zachwycona z tego, jak Syriusz się dziś przejął faulem na Jules, ale tłumaczyła to przyjacielskim oddaniem. Wybierając taki scenariusz mogła uspokoić swoją zazdrość i dać sobie kolejny powód do zachwytów nad tym, jaki Black jest niesamowity. Gdyby jednak dopuściłaby do siebie myśl, że między Jules a Syriuszem jest jakieś uczucie nie wywarłoby to na niej większego wrażenia. Była zbyt pewna swoich wdzięków by uznawać jakąkolwiek konkurencję.
   Elinor była średniego wzrostu dziewczyną o figurze modelki. Bardzo szczupła i drobna, ale do wyglądu wieszaka jeszcze trochę jej brakowało. Śliczna twarz z zawsze perfekcyjnym, choć subtelnym makijażem i długie, proste jak druty, sięgające do pasa, czarne włosy to były te cechy jej wyglądu, które od razu rzucały się w oczy i zawsze podobały się facetom. Oprócz atrakcyjnego wyglądu, była mistrzynią flirtu. Zupełnie inaczej niż jej siostra Corinne, ta Krukonka uwielbiała zawierać nowe znajomości i szaleć. Towarzystwo męskie natomiast, które lgnęło do niej namiętnie, podwyższało jej już dosyć wysokie mniemanie o sobie i bardzo schlebiało. Znała opinie siostry i jej teorię o sztucznej towarzyskości oraz fałszywych przyjaźniach. Nie była głupia, w końcu należała do Ravenclawu, dlatego wiedziała, że Corinne wnika w ludzkie usposobienie i kataloguje je wyjątkowo trafnie. Nie zamierzała jednak tak, jak ona rezygnować z życia w społeczeństwie. Twierdziła, że mając świadomość czego można się spodziewać po ludziach, może już spokojnie poświęcać im swój cenny czas. Była po tym względem wyrachowana, to prawda, ale dobrze jej z tym było.
   Bawiąc się swoimi pięknymi włosami wyglądała swojej Śnieżynki. Wolała tą bardziej delikatną wersję tytułu, który nadała Corinne społeczność szkolna. Ona również miała przydomek - Smoczyca. Nie widziała w nim nic złego i śmiała się kiedy ktoś ją tak nazwał w jej obecności. 
   Siostry Durete były osobliwościami. Ciekawy już był sam fakt, że były w tej samej klasie, a nie były bliźniaczkami. Corinne urodziła się w styczniu, a Elinor w grudniu 1960 roku. I właśnie dzięki temu dogadywały się wyśmienicie, a rozmawiać mogły godzinami, choć głównie wymieniając zdania i opinie, którymi w przeważającej części się różniły. Dziś również miało dojść do takiego rodzaju dyskusji, skoro jej tematem musiał być między innymi mecz quidditcha.
- Cześć Śnieżynko! - wykrzyknęła Elinor i zarzuciła siostrze ręce na szyje, nie reagując na fakt, że jak zwykle nie dostała przytulenia zwrotnego.
- Cześć, cześć. - poklepała Elinor po plecach, co była jak na nią i tak niezwykle wylewne. - Miejmy to już za sobą. Jak tam mecz?
- Znam Cię siostrzyczko. Wiem, że odwlekałabyś to pytanie, gdyby nie fakt, że zapewne doszły Cię już słuchy o wypadku panny Justice.
   Usiadły obie po turecku na uprzednio magicznie wysuszonej trawie. Corinne się uśmiechnęła półgębkiem.
- Powiedzmy, że masz rację. Dużo straciłam?
- Straciłaś? Ty psychopatko. - powiedziała, udając oburzenie, bo wiedziała, że choć jej siostra mało kogo lubi, nikomu źle nie życzy. - Było trochę adrenaliny. I nerwów. - po czym dodała znacznie ciszej. - I troskliwych spojrzeń Syriusza.
- Jesteś niemożliwa. Chyba pierwszy raz w życiu tak się przejmujesz jakimś facetem.
- Bo ten jest wyjątkowy. To jest równie ostry gracz jak ja. Gdybyś dała mu szansę Ciebie też by oczarował. - Elinor była tego pewna. Poza tym uważała, że Corinne za często zamyka się na innych przez uprzedzenia do ich krzykliwych powierzchowności.
- Szczerze wątpię. Wolę Remusa. Z resztą: zachęcasz mnie żebym Ci zrobiła konkurencję?
- Wolisz? - to było jedyne słowo, które zwróciło uwagę długowłosej. - Czyli jednak?
- Czyli nadal się nim interesuję i próbuję rozgryźć. - odrzekła Corinne i odwróciła głowę w kierunku majaczących w oddali sześciu obręczy.
- Dużo tracisz moja droga zamykając uczucia w szufladzie. 
- Wcale tak nie twierdzę. - każdy inny za taki ton by się obraził, ale nie Elinor. Ona nie spodziewała się od swojej siostry ciepła i uśmiechu. - Jak Ci idą przygotowania do egzaminów?
- Serio? - dziewczynę zamurowało. - O tym chcesz teraz rozmawiać? Ty naprawdę masz serce zlodowaciałe do cna.
- A Ty płomiennie okazujesz jak płytkie są Twoje zainteresowania, Smoczyco.
   Takie przekomarzanie było dla nich normalne. Pośmiały się, pogadały, nawet delikatnie posprzeczały, a w końcu wróciły do zamku. Nie wiedziały, że przez cały ten czas były podsłuchiwane przez kogoś ukrytego przy jednym z okien sowiarni.
   

czwartek, 11 lutego 2016

6. Różne, rude rozmyślania i ... rosnące ryzyko

   Lily Evans czytała na parapecie z zapamiętaniem kolejny opasły tom o eliksirach leczniczych i słuchała przez uchylone okno dźwięków meczu, które dolatywały aż do wieży, a ich moc świadczyła o wyraźnym przejęciu i rozemocjonowaniu widowni całkiem długą już grą.
   Właśnie dzięki tej ,,kibicowskiej muzyce" rudowłosa mogła odpowiednio wcześniej dowiedzieć się, że zmagania dobiegły końca i choć kompletna cisza po salwach wiwatów oraz krzyków była zastanawiająca i tak bez wahania zebrała swoje niezbędne przybory, by ruszyć na poszukiwanie miejsca, w którym sprawa meczu Gryffindor - Hufflepuff nie będzie roztrząsana ani przesadnie analizowania. A jedno było pewne - ani dormitoria, ani Pokój Wspólny Gryfonów do nich nie należały.
   Z torbą na ramieniu bardzo szybkim krokiem pokonywała schody i korytarze, momentami nawet biegnąc. Zwolniła dopiero kiedy zaobserwowała uczniów wracających z trybun. Spotkała ich na etapie, w którym potężne tsunami zmieniło się w mnóstwo paroosbowych fal. Działo to na jej korzyść, bo ułatwiało wmieszanie się w tłum. W dodatku o wiele łatwiej było iść pod prąd, dryblując między zbitymi grupkami, niż uderzając w kochającą sport ścianę.
   Taka wymijanka miało jeszcze jedną, oczywistą zaletę - pozwalała bez bólu głowy dowiedzieć się nowinek z meczu bez konieczności wysłuchiwania wstępu, że ,,trzeba było pójść samemu i zobaczyć" lub ,,co z niej za Gryfonka skoro nie wspiera krzykami na trybunach własnej drużyny". Główna informacja doszła jej uszu błyskawicznie. Gryffindor wygrał, a James Potter przyczynił się do tego znacząco łapiąc w wyjątkowo widowiskowy sposób znicza. Od razu stanęły jej przed oczami obrazy piejącego z radości bruneta z wyrazem triumfu i samozadowolenia na twarzy. Wiedziała, że powtórka tego ze sporą dawką pompatycznych relacji z gry jej nie ominie, ale tym razem (wbrew swojej zasadzie, by nie odkładać na później nawet rzeczy nieprzyjemnych) wolała trochę odłożyć tą wątpliwą atrakcję. Nie miała na nią teraz ani ochoty, ani siły, a nie chciała swoim mało entuzjastycznych zachowaniem wywoływać konfliktów. Obiecała to zarówno sobie, jak i kochanej Willow, która była jej współlokatorką i jedną z licznych wielbicielek Syriusza Blacka. Panna Penn zdawała sobie sprawę, że Huncwocką brać ciągnie do ich towarzystwa głównie na linii jednostronnego przyciągania Potter - Evans, więc postanowiła to wykorzystać i zbliżyć się do Blacka. Miała dzięki przyjaciółce lepszą pozycję startową w wyścigu o uwagę Łapy, ale niestety do tej pory nie udało się jej (jak z resztą nikomu innemu) przekroczyć granicy jego zainteresowania, które nie powalało na kolana i zawsze zachowywało bezpieczny dystans.
    Był jeden wyjątek, o którym Lily słyszała wielokrotnie wcześniej, w szczególności na początku przyjaźni Blacka i Justice. Teraz usłyszała to nazwisko tyle razy w rozmowach mijających ją uczniów, że wyostrzyła słuch i uwagę, by dowiedzieć się więcej. Po paru kolejnych pokonanych metrach mogła już z pewnością stwierdzić, że coś złego jej się stało, ale co dokładnie z poplątania z pomieszaniem nie dała rady wywnioskować. Zaczęła się zastanawiać nad tym, czy Syriusz w związku z tym siedzi z nią i trzyma ją za rękę...
   Prawie się zatrzymała, gdy zdawszy sobie sprawę co robi, aż potrząsnęła głową. Przecież nie raz słyszała i widziała jak Syriusz mówi i robi rzeczy, które jednoznacznie świadczą o tym, że z tą Julie, nie... Jules - tylko się przyjaźnią. Spędził z nią co prawda Walentynki, ale czym ta relacja różniła się od tej, która łączyła ją i Severusa od ładnych paru lat. Wobec nich też snuli podejrzenia i spekulacja nie dowierzając kompletnie przyjaźni męsko-damskiej. Pamiętała jak ją to denerwowało i ile czasu minęło zanim wszyscy choć trochę zobojętnieli na ich relację. Nie miała zamiaru, a przede wszystkim nie chciała oceniać ani Blacka, ani nikogo innego. Nie chciała im utrudniać życia swoim gadaniem i hipokryzją, więc zmieniła tor sowich myśli bardzo gwałtownie, uprzednio przypominając sobie ile to razy od czasu przyjaźni z Justice Syriusz flirtował z tabunem innych dziewczyn.
   W towarzystwie tych rozważań dotarła już do holu, z którego droga do lochów była sekundową ,,formalnością". Nie chodziło jej bynajmniej o to, że jest to część szkoły najmniej zainteresowana wygraną Gryffindoru. Miała i bez tego powody, by odwiedzać te zakamarki. Severus, eliksiry, profesor Slughorn i jego Klub Ślimaka. Jakby się tak zastanowić główne atrakcje jej szkolnego życia, które sprawiały jej przyjemność w stopniu większym lub mniejszym można by zawrzeć w samych lochach. Ta myśl ją samą w pewien sposób rozśmieszyła i w tym dobrym nastroju, i z uśmiechem na twarzy zatonęła w zielonkawym oświetleniu korytarzy. Od razu zwróciła uwagę, że chyba nigdy nie było tu tak pusto jak teraz. Domyślała się, że Ślizgoni, chcąc się odciąć od triumfu największych rywali, zamknęli się zgodnie w swoim dormitorium. W związku z tym nie spodziewała się szybko zobaczyć Seva, więc skierowała się najpierw do profesora Slughorna, by podzielić się przemyśleniami na temat dzisiejszej lektury, o które bardzo ją prosił dzień wcześniej.
   Nagle coś usłyszała. I było to martwiące coś. Przyśpieszyła kroku stwierdzając, że źródło hałasu znajduję się za rogiem. Jej podejrzenia przypieczętował wybiegający zza niego Mulciber, który biegnąc popchnął ją na ścianę i uciekł. Lily szybko otrząsając się ruszyła z niemałym zmartwieniem do źródła. Gdy tylko skręciła w następny korytarz, zamarła.
   Na podłodze leżała Mary McDonald i dławiła się pomieszaniem krwi z śliną wypływającym jej z buzi. Rudowłosa rzucając się na kolana koło dziewczyny, zdążyła zauważyć, że obok leży książka profesora Slughorna, którą Evans dostała poprzednim razem. Czyli wszyscy członkowie Klubu Ślimaka muszą przebrnąć przez tą mini biblioteczkę? - pomyślała szybko i choć zdawała sobie sprawę, jakie jest to irracjonalne, przypisała to słusznie kompletnemu szokowi.
- Mary oddychaj nosem. - powiedziała, pomagając dziewczynie przekręcić się tak, aby płyny wypływały na ziemię i nie zatykały dróg oddechowych. - Będzie dobrze, nie panikuj. - wzięła dziewczynę za rękę i zaczęła głaskać po plecach, widząc że im Mary jest spokojniejsza, tym mniej się dusi. Potem bez wahania zaczęła wzywać pomocy. Szczęśliwie Horacy Slughorn tego dnia, zamiast oddać się popołudniowej drzemce, postanowił wyruszyć na spacer z nadzieją ubicia jakiegoś interesu. Dzięki temu nie tylko niezwykle szybko zobaczył co się dzieje, to ekspresowo zawiadomił dyrektora, który znalazł się na miejscu szybciej niż to zdawało się być możliwe.
   Nie pytał co się stało tylko od razu zabrał pannę McDonald do Skrzydła Szpitalnego. Lily naturalnie poszła razem z nimi, nie dając się zbyć byle jakimi zapewnieniami Horacy'ego, że jej obecność nie pomoże Mary. Ona była innego zdania. Pielęgniarka mogła pomóc ciału Mary, ale najlepszym lekarstwem dla jej wewnętrznego samopoczucia miało być ukaranie jej oprawcy. Gdy tylko pani Pomfrey, mamrocząc nerwowo o pechowym dniu przejęła Mary, Lily przeprowadziła szturm na profesora Dumbledore'a.
- To robota Muclibera. - powiedziała, zastępując profesorowi drogę i patrząc mu prosto w oczy. Albus Dumbledore nie pierwszy raz miał styczność z Lily Evans i jej walecznością. Była to jedna z cech, które cenił w ludziach, a u jego uczniów były mu szczególnie miłe.
- Jeśli poświadczy pani o tym, co widziała, a jestem pewny, że tak będzie, zajmę się tym jeszcze dzisiaj i to niezwłocznie.
- Żaden problem. Mogę to zeznać nawet pod przysięgą. - bez zastanowienia, ale prosto z serca odpowiedziała Evans.
-Nie będzie takiej potrzeby. Horacy, wyślij proszę kogoś po Muclibera i oddeleguj samego zainteresowanego do mojego gabinetu. Zapraszam panno Evans ze mną.
   Ruszyli, a ich myśli w trakcie drogi były swoimi przeciwieństwami. Dyrektor w myślach cieszył się, że wyrastają mu w murach Hogwartu tacy młodzi ludzie, którzy nie mają problemów z rozróżnianiem dobra od zła, gdzie ta granica rysuje świat w typowo biało-czarnych barwach. Lily natomiast była załamana, że tak ciemne i paskudne poglądy są wyznawane przez jej rówieśników z taką gorliwością.
   Nieświadomie oba rozważania nakreśliły w pewien sposób ogólne cechy osób, które miały stanąć na dwóch przeciwnych frontach w trakcie nieuchronnie zbliżającej się wojny czarodziejów. Bo zaprzeczanie, że szybciej lub później wojna wybuchnie już nie było optymizmem, ale naiwnym oszukiwaniem samego siebie.

wtorek, 26 stycznia 2016

5. Mecz z troskliwym zakończeniem

   Boisko do quidditcha tej soboty z daleka już ogłaszało, kto będzie się dziś mierzył na kolejnym etapie wyścigu po puchar.
   Część trybun tonęła w czerwono-złotych proporcach z pięknym, dostojnym lwem, a druga część w żółto-czarnych z może mniej dostojnym, ale z pewnością oryginalnym borsukiem, którego Puchoni za tą indywidualność lubili. Kibice też byli widocznie podzieleni, choć prześwitywały wśród nich również liczne plamy zwykłej czerni hogwartckich szat, na które składali się głównie uczniowie z domów dziś niegrających. Nie znaczyło to jednak, że wszyscy Krukoni i Ślizgoni byli obojętni na wynik meczu i nie liczyła się dla nich odpowiedź na pytanie: Gryffindor czy Hufflepuff? Ci pierwsi kibicowali wedle własnych upodobań, na które składała się liczba znajomych w jednej i drugiej drużynie lub sam fakt jakości gry, który w obecnych składach był porównywalny, choć wiadomo, że nie taki sam. Natomiast ci drudzy bez jakichkolwiek wątpliwości życzyli przegranej Gryfonom. Nie chodziło tylko o wielowiekową i znaną wszystkim niechęć między tymi domami, ale również o własne interesy. Bez obrazy dla drużyny Puchonów uważali, że będę o wiele mniej groźnymi przeciwnikami niż ekipa pod wodzą Jamesa Pottera.
   Kapitan Gryfonów w czasie, gdy spragnieni sportowych wrażeń uczniowie, zająwszy już miejsca, gwarnie czekali na rozpoczęci gry, udzielał swoim zawodnikom ostatnich wskazówek z typowym dla siebie poczuciem humoru i wyluzowaniem. Wydawać by się mogło, że nie podchodzi do sprawy poważnie, ale tak naprawdę miał zdolności do bycia kapitanem niemal wrodzone. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nic lepiej nie działa na graczy niż odrobina śmiechu i zapomnienia o stresie, przynajmniej tym niezdrowym. Zdrowy, motywujący stres był jak najbardziej wskazany, bo motywował zawodników i rozbudzał w nich ducha rywalizacji.
   Kiedy nadszedł czas Rogacz całą swoją drużynę postawił na nogi i w zwartym szyku ruszyli na boisko. Brandon Jordan właśnie zaczął przedstawiać drużyny, zaczynając alfabetycznie od Gryffindoru:
- Na pozycji szukającego, kapitan Gryfonów - jedyny i niepokonany, James Potter!
Ścigający, zawsze zwinni i szybcy to: Dorcas Meadowes, Jared Frade i Syriusz Black.
Pałkarze, życzymy im siły i celności: Will Quinn oraz Paul Trot.
I oczywiście obrońca, który strzeże bramek jak nasz herbowy lew - Henry Choin.
   Jordan musiał na moment przerwać przedstawianie, bo podeszła do niego profesor McGonagall i szeptem, z dala od zasięgu magicznego megafonu, upominała go (nie były tu żadnych wątpliwości) o obowiązku zachowania bezstronności, jeśli chce dalej sprawować funkcję komentatora. Kiedy pokiwał głową i po raz kolejny obiecał, że będzie obiektywny, przeszedł do zawodników Hufflepuffu. Oni akurat nie musieli się bać negatywnych komentarzy od strony Brandona, ani jego złośliwości. Nikogo nie wywyższał tak, jak Gryfonów, ale był tak wesołą osobą, że sympatii nie szczędził nikomu. Poza Ślizgonami. Ale Ślizgonów uważał za inną kategorię ,,znajomych".
- W drużynie Puchonów mamy:
na pozycji szukającego Cole'a Brona,
na pozycji ścigającego: kapitana - Martina Shota - nazwisko niesprzyjająco dla Gryfonów jest bardzo trafne w przypadku tego zawodnika.
A także - piękne i choć nowe,zawsze chętnie oglądane ścigające: Grace Lynn oraz Jules Justice,
Następnie pałkarze: Liam Natt i Darius Pattern.
A na koniec - Zack Ściana-Sunt.
   Drużyny zajęły miejsca na środku boiska, czemu towarzyszyły głośne wiwaty falujących kolorami kibiców. Kapitanowie podeszli i podali sobie ręce, po czym pani Hooch dała sygnał, by dosiąść mioteł. Wszyscy zawodnicy, a w szczególności Potter i Bron w skupieniu i napięciu obserwowali wypuszczenie znicza. Kiedy złota piłeczka odleciała i chwilowo zniknęła z oczu szukającym, pani Hooch zaczęła odliczanie.
- ...trzy, dwa, jeden. - gwizdek, wzmocniony zaklęciem. - Grę czas zacząć!
   14 mioteł wraz z czarodziejami wzleciało go góry. Obrońcy zajęli pozycje, a ścigający przejęli kafla. Szukający robili już okrążenia wokół boiska... Innymi słowy zapowiadał się bardzo ciekawy mecz.


***

   Mecz trwał już godzinę. Gra była niezwykle wyrównana. Jednym z powodów mógł być nowy i nieznany jeszcze za dobrze skład Puchonów, który skompletował w tym roku Martin. Mało tego znicz, jakby zainteresowany przebiegiem meczu, schował się tak dobrze, że do tej pory szukający z obu drużyn zdobywali punkty głównie bramkami. Widowisko było jak się patrzy, a przez to Jordan miał naprawdę co komentować.
- Meadowes ma kafla, strzeżona przez Blacka i Frade leci prosto w stronę prawej obręczy Puchonów. Sunt szykuje się do obrony... Ale co to... Piękny zwód ścigającej Gryffindoru i gol prosto w środkową obręcz. Brawo!
Ale już Puchoni w konrataku... Justice ma kafla, mija w zawodowym stylu próbującego jej zabrać piłkę Frade'a. Teraz Black bierze ją sobie za cel... Ale musi zrobić unik przed tłuczkiem, którego prosto w jego stronę posłał Natt. Justice jest coraz bliżej... I punkty dla drużyny Hufflepuffu.
180 do 130 dla Gryffindoru, ale emocje. Zawodnicy już na pewno zmęczeni, ale miejmy nadzieję energii im dodaje fakt, jak wielu emocji nam dostarczają.
Black leci na bramkę... Kiwa Lynn i Shota... Jest coraz bliżej... Piękna bramka. Naprawdę. Osoby, które nie przyszły dziś na mecz niech żałują.
Kontratak. Shot przy piłce, Lynn go asekuruje. Unikają tłuczków... I widowiskowa obrona Choina. Tak trzymać Henry, nie daj im się! Przepraszam pani profesor...
Ale czy ja dobrze widzę?... Justice zwiodła pałkarzy Gryffindoru tak, że jeden prawie trzasnął drugiego. Quinn nieźle oberwał... Z jego słownictwa wnioskuje, że nie jest zadowolony... Wow, ta dziewczyna wydaje się stanowić jedność z miotłą... Ciekawe czy da się zaprosić... To znaczy już 190 do 140. Jak tak dalej pójdzie będziemy tu siedzieć do wieczora. Mi osobiście to odpowiada, ale zawodnicy raczej tego nie wytrzymają, więc lepiej niech szukający...
Tak! Potter i Bron wypatrzyli złotego znicza! Lecą, ścigają go... Gra praktycznie zamarła... Zaraz rozbiją się o wieżę... Nie, wyszli z tego bez szwanku, a Potter dzięki refleksowi zyskał przewagę... Znicz niebezpiecznie się zniżył... Kapitan Gryfonów leci korkociągiem w dół... 
W ostatniej chwili podrywa się do góry, ale czy ma znicza?
TAK! MA! Skrzydełka łopoczą w ręce Pottera! Gryffindor wygrywa 340 do 140! Hurraaaa!
   Gryfoni zaczęli wiwatować, część drużyny podleciała do Jamesa i zaczęła go ściskać. W ferworze całej tej radości i zamieszania fakt odgwizdania faulu przez panią Hooch już po zakończeniu meczu został zauważony z dużym opóźnieniem. Syriusz i James odwrócili się w tym samym momencie i w tym samym momencie ruszyli w kierunku Jules, która właśnie nieprzytomna spadała w dół z zastraszającą prędkością. Woleli nie wiedzieć czy dolecieliby do niej na czas, ale na szczęście nie musieli się nad tym zastanawiać, bo Darius Pattern, który po złapaniu znicza przez Jamesa lecieł w kierunku Jules był znacznie bliżej i złapał ją jeszcze wysoko nad ziemią. Grace przechwyciła miotłę koleżanki z drużyny i wylądowała tuż obok Dariusa trzymającego na rękach pannę Justice, która nadal nie odzyskała świadomości, a teraz ponad to było widać jak z rany na skroni leci jej po policzku krew.
   Wszyscy zawodnicy zgromadzili się obok niej, a kibice prawie całkowicie ucichli. Kiedy James i Syriusz zrozumieli z krzyków pani Hooch i profesor McGonagall, która wyjątkowo szybko znalazła się na boisku, co się stało, obaj zagotowali się z gniewu.
- Will! - krzyknął Łapa i zupełnie zapominając o tym, że jest obserwowany, wyręczył przyjaciela w udzielaniu kapitańskich ,,reprymend" i walnął pałkarza z pięści. Ten od siły uderzenia się przewrócił. - Uderzać tłuczkiem, już po zakończeniu w gry w kompletnie niespodziewającą się tego dziewczynę, tylko dlatego, bo Cię okiwała?! Zwariowałeś?! - krzyknął Potter, przytrzymując Łapę, by nie narobił sobie kłopotów. A przynajmniej nie większych.
   Jednak tym nie musieli się martwić. Profesor McGongall oburzona zachowaniem swojego ucznia, natychmiast ,,zaprosiła" Willa do swojego gabinetu, udając, że nie widzi jego puchnącej, rozciętej wargi. W czasie, gdy Potter i Black wymierzali sprawiedliwość do Jules dotarła, zawsze obecna na wszelki wypadek na meczach pani Pomfrey. 
- Nic jej nie będzie, prawda? - zapytał Syriusz podbiegając do pielęgniarki i jej pacjentki, rozpychając przy tym członków drużyny Puchonów.
- Nie będę teraz odpowiadać na pytania. Zabieram ją do Skrzydła Szpitalnego, a Wy pozwólcie mi na to i nie torujcie drogi.
   Kobieta wzięła Jules na niewidzialne nosze i szybkim krokiem opuściła boisko. Profesor Dumbledore, który niezauważony w tym całym zamieszaniu znajdował się na boisku już od dłuższej chwili, by nie robić jeszcze większej afery niż ta, która miała się już stać tematem plotek w całym zamku na najbliższy miesiąc, pogratulował zwycięstwom i kazał wszystkim się rozejść. Po kolei, dom, za domem. Lepiej nie kusić uczniów do zamieszek, do których rozemocjonowali po sportowych i niesportowych wydarzeniach z pewnością byli skorzy.
   Drużyny także, zachowując dystans rozeszły się do szatni, ale najpierw James przeprosił Puchonów za swojego - tu cytat - pacanowatego pałkarza.
   W szatni Rogacz i Łapa przebrali się rekordowo szybko i ruszyli w ślad za panią Pomfrey, zwinnie wymijając tłumy. Kiedy dotarli na pierwsze piętro przed drzwi królestwa pielęgniarki, oczywiście usłyszeli od niej stanowcze ,,Proszę zaczekać.", z którym przez te wszystkie lata nauczyli się nie walczyć. A pani Pomfrey, również kierowana wieloletnim doświadczeniem wiedziała, że lepiej nie zmuszać Huncwotów do zbyt długiego czekania, bo może to owocować głupimi pomysłami.
- Tylko proszę jej nie męczyć. Ja zaraz wrócę i wnikliwie skontroluję czy aby moje wytyczne zostały spełnione. - pogroziła im palcem i udała się zapewne do dyrektora, by zrelacjonować stan pacjentki.
   Jules leżała na łóżku w pełnym, drużynowym stroju, do którego pani Pomfery dodała czapkę z bandaża. Odzyskała przytomność, ale wzrok miała lekko zamglony. Mimo to, kiedy zobaczyła chłopaków uśmiechnęła się szczerze i promiennie, choć słabo.
- Gratuluję wygranej. Zasłużona, choć musicie przyznać, że my też daliśmy czadu. - powiedziała siląc się na w miarę niezachrypnięty głos.
- Oczywiście. Zwłaszcza Ty byłaś świetna. - powiedział James.
- W innym wypadku nie uznaliby Cię za tak groźną, by Cię kontuzjować. - Syriusz uśmiechnął się półgębkiem, a Jules odpowiedziała mu wersją pełną, wyraźnie rozśmieszona jego słowami. Łapa starał się zachowywać naturalnie, ale w rzeczywistości martwił się o dziewczynę. Patrzył na jej zabandażowaną głowę z troską, którą nieudolnie starał się ukryć. Jules, zawsze bezpośrednia i szczera wypaliła:
- Jestem w szoku. Myślałam, że to przedstawienie z Walentynek już dobiegło końca. Gdybyś mnie ostrzegł, że mam dalej grać...
- Poczekaj, o co Ci chodzi? - zapytał Łapa, wyraźnie skonsternowany.
- O Twoje przejęcie i strzelenie Willa w twarz, o którym wspomniała pani Pomfery, bardziej w nerwach niż informacyjnie.
- Czuję się poważnie urażony. Poważnie uważasz, że udaję zmartwienie i troskę. Przecież jesteś moją przyjaciółką, nie chcę żeby działa Ci się krzywda. - powiedział Syriusz, a spanikowany wydźwiękiem tych słów szybko dodał. - James podobnie, a nie był z Tobą na udawanej randce.
- Wiem, wiem. - powiedziała dziewczyna szczerząc się jak złośliwy chochlik. - Tylko ciśnienie Ci chciałam podnieść, bo podobno mecze nie wpływają na Ciebie w ten sposób.
- Ty mała... - dalsze żarty przerwało otworzenie się drzwi do sali, a w nich pojawiła się reszta drużyny Puchonów.
- Cześć. - powiedział stojący na przodzie Darius i bez wahania podszedł do łóżka Jules. A reszta zawodników jego śladem.
- To my już nie będziemy Wam przeszkadzać. - powiedział Rogacz, wymownie mrugając do Syriusza i tym samym przypominając mu o ich planach, które ułożyli sobie na czas po meczu.
- Wracaj szybko do zdrowia. - powiedział Black i uścisnął Jules rękę na pożegnanie, czym zdenerwował Dariusa, a to dało mu z niewiadomych przyczyn jakąś dziwną satysfakcję i radość.
- Do zobaczenia chłopcy. - posłała im buziaka i zajęła się następnymi gośćmi. Wychodząc Huncwoci usłyszeli tylko jeszcze jak Jules z wielką gorliwością dziękuje Dariusowi.
- Wylewna i kochana nawet ze wstrząsem mózgu. - powiedział James kiedy już byli na korytarzu, na co Syriusz potaknął i zaśmiał się w swój szczekliwy sposób. - A teraz zmieniając odrobinę temat: myślisz, że w całej szkole już wiedzą o naszej wygranej?
- A jeśli tak, to co? - Black drażnił się z Rogaczem, choć domyślał się kogo miał na myśli jego przyjaciel mówiąc ,,cała szkoła".
- Nic. A z resztą nieważne. Pośpieszmy się. Lunatyk i Glizdek pewnie czekają już przy posągu jednookiej wiedźmy.
- Tak jest, panie kapitanie. - zasalutował Syriusz.
   Następnie ci dwaj wariaci ruszyli na trzecie piętro, dalej dobrze się bawić i korzystać z tak pięknej soboty, w którą musieli koniecznie uczcić jakimś dowcipem wygraną w quidditcha.