wtorek, 1 sierpnia 2017

23. Po puchońsku

   Olivia Seabird i Meredith Ruscoe znały się jeszcze zanim trafiły do Hogwartu, a nawet – zanim dostały listy z ,,wezwaniem” do szkoły. Obie pochodziły z rodzin niemagicznych i mieszkały na tym samym mugolskim osiedlu. Chodziły do tej samej szkoły podstawowej, a ich mamy, jako zaangażowane we wszystkie organizowane tam przedsięwzięcia, zaprzyjaźniły się od pierwszego spotkania. Wspólne obiadki, herbatki, a nawet wyjazdy weekendowe zawiązały między rodzinami tak silne więzi, że zamiast ,,pani Seabird i pana Seabird” Meredith miała ciocię Angelę i wujka Jacka, a Olivia zamiast ,,pani Ruscoe i pana Ruscoe” – ciocię Cam i wujka Toma.
   Był to niezwykły zbieg okoliczności, że zaprzyjaźnione rodziny należały do tych, w których mimo braku magicznych rodziców, magia u dzieci się pojawiła. Oczywiście najpierw wszystkie dziwne wydarzenia towarzyszące dziewczynkom, jedni i drudzy dorośli brali za wypadki, zwidy lub przypadki. Następnym etapem było składanie niezwykłości w zachowaniu Olivii i Meredith na karb dorastania oraz buntu. W związku z przyjęciem takiego scenariusza Angela i Cam prowadziły ,,tajne” debaty, w celu rozwiązania pojawiających się problemów.
   Same zainteresowane całym tematem także wiedziały, że coś jest nie do końca w porządku. Zdarzało się, że nie przyznawały się ani przed rodzicami, ani nawet przed sobą, że na przykład wszystkie opony w czekającym na przystanku autobusie pękły z ich winy, bo były zdenerwowane faktem, że muszą już wracać z placu zabaw do domu. Same wypierały to ze świadomości, jak tylko mogły, bo zwyczajnie się bały. Przerażało je kichanie powodujące silny wiatr albo tupanie ze złości, od którego pod stopami zaczynały rosnąć chwasty. Kojące w tych dziwactwach było, że miały siebie.
   Zawsze pociesza człowieka myśl, że w swoim problemie nie jest sam, a jeszcze bardziej – jeśli dzieli go z przyjacielem. Dziewczynki niektóre wydarzenia przekazywały tylko sobie nawzajem i nikomu innemu, snując przy tym teorie, z czego cała sytuacja mogła wynikać. Czasem śmiały się tworząc takie scenariusze, a czasem jedna pocieszała drugą, gdy ta druga opowiadała o jakimś dziwie ze łzami w oczach.
   Łzy, spekulacje i debaty skończyły się kiedy pewnego dnia do domów rodziny Seabird i rodziny Ruscoe zapukała kobieta. Była uczesana w ciasny koczek, nosiła okulary i wydawała się być surowa. Jak później się okazało, profesor McGonagall faktycznie taka była, ale nie w tym konkretnym momencie. Przekazując spokojnym głosem rodzicom Meredith całą prawdę o ich córce, czemu sama dziewczyna intensywnie się przysłuchiwała miała dwa stałe w takiej sytuacji cele: 1. Nie przestraszyć i nie zrazić do nowego, otwierającego swoje drzwi świata. 2. Mieć pewność, że rozmówcy uwierzą w jej słowa. Można by dodać tu trzeci podpunkt, który dotyczył dopilnowania, aby czarodziej lub czarownica trafił na pewno do Hogwartu i podjął w nim naukę. Jednak to nie był poniekąd żaden wyraźny przymus i zdarzało się, że rodzice nie chcieli mieć z całą tą ,,nienormalnością” nic wspólnego. Były to rzadkie przypadki, ale były i odpowiedzią na nią było ustalenie swego rodzaju nadzoru nad takim nieuczącym się uczniem, zawierającego krótkie i bardzo podstawowe lekcje tego, jak poskromić moc oraz kiedy faktycznie można jej używać.
   Szczęśliwie takie sprawy dotyczyły zaledwie jednostek, raz na kilka lat. Nie znaczy to oczywiście, że misja profesor McGonagall lub innych wydelegowanych przez dyrektora nauczycieli należała do łatwych, prostych i przyjemnych. Często zdarzały się nerwy, krzyki albo nawet wyrzucanie przedstawiciela Hogwartu za próg. Trudno było akceptować dorosłym coś, co kompletnie wykraczało poza granice poznanego do tej pory świata, w którym się zadomowili i w którym czuli się bezpiecznie. Jednak ostatecznie zwyciężała ciekawość oraz poczucie wyróżnienia.
   Wiadomo nie od dziś, że dla rodzica jego dziecko jest wyjątkowe bez względu na wszystko, a każda robiona przez nie rzecz zalicza się do najlepszych i najpiękniejszych na świecie. Ale gdy pojawia się taka ogólna i rzeczywista wyjątkowość… Takie okoliczności, gdy już nastąpi pełna akceptacja sytuacji – powodują dumę i radość. Radość potęgowaną przez wielkie szczęście dzieci, które wychowywane na bajkach o wróżkach i czarach, odkrywają swoje niesamowite umiejętności.
   Rodzina Ruscoe zareagowała w sposób bardzo łagodny. Cam i Tom, jako ludzie bardzo racjonalni i opierający swoje postrzeganie na doświadczeniu, a w dodatku obydwoje prawnicy, wysłuchali profesor McGonagall. Kiedy skończyła mówić, pan Ruscoe tonem spokojnym, używanym najczęściej na rozprawach w sądzie, zapytał:
- Czy jest w stanie panie przedstawić nam jakieś dowody?
   Profesor McGonagall często słysząc tego typu pytania, kiwnęła twierdząco głową, po czym wyjęła z kieszeni długiej szaty różdżkę i transmutowała stojącą przed sobą filiżankę z herbatą w małego, żółciutkiego kanarka. Gdy kanarek wzbił się do lotu, uciekając przed zbliżającą się ręką pani Ruscoe, profesorka machnęła kolejny raz różdżką i w miejsce ptaszka pojawiło się samo piórko, opadające powoli na ziemię.
- Mogłabyś mi je podać, moja droga? – McGonagall zwróciła się z prośbą do Meredith. Dziewczyna, jak zahipnotyzowana delikatnie wzięła piórko w dwa palce i podała kobiecie. Nauczycielka położyła piórko na spodeczku i machnięciem różdżki przywróciła mu pierwotny kształt, by napić się wciąż parującej herbatki.
   Państwo Ruscoe patrzyli na scenę, której przed chwilą byli świadkami i nie mogli dalej nie wierzyć. Gdy w chwili ciszy, która zapanowała starali się wszystko przełknąć, Meredith wytrzeszczyła oczy i metodycznym sposobem, odziedziczonym po rodzicach, zaczęła zadawać pytania.
- I w związku z tymi moimi umiejętnościami mogły się dziać wokół mnie różne, trudne do wytłumaczenia rzeczy?
- Zgadza się. Zwłaszcza, gdy towarzyszyły Ci silne emocje.
- A często się zdarza, że dziecko jest magikiem, kiedy jego rodzice nie są? – trzy ostatnie słowa powiedziała ciszej, jakby bojąc się, że narobi rodzicom przykrości. Oni zrozumieli, jakimi torami poszły jej myśli i pan Ruscoe położył krzepiąco córce rękę na ramieniu, na co ona się uśmiechnęła.
- Czarodziejem, nie magikiem, moja droga. A odpowiadając na Twoje pytanie – owszem zdarza się dosyć często.
- A takie dzieci wyczuwają się nawzajem?
- Co konkretnie masz na myśli?
- Ja chyba wiem. – wtrąciła się Cam, nagle doznając olśnienia. – Myślisz o Olivii córeczko?
- Tak. – szybko potwierdziła Meredith i spojrzała wyczekująco na profesor McGonagall. Ona jednak nie patrzyła na nią, tylko wyjęła rulonik pergaminu, który uprzednio czytała już kilka razy, a na którym znajdowały się nazwiska młodych czarownic i czarodziejów w kolejności alfabetycznej. Przeczytała następną po ,,Meredith Ruscoe” pozycję i skierowała spojrzenie swoich bystrych oczu na jedenastolatkę.
- Masz na myśli Olivię Seabird?
- Tak! – Meredith wykrzyknęła i z ekscytacji aż wstała. – Ona też jest wróżką?
- Czarownicą, moja droga. A na to pytanie nie powinnam Ci odpowiadać. – powiedziała, a widząc zawiedzioną minę dziewczynki dodała. – Przynajmniej dopóki nie odwiedzę również domu państwa Seabird.
   Cam aż klasnęła w ręce na myśl, że wszystkie nerwy i zmartwienia jej przyjaciółki zaraz zostaną rozwiane w logiczny sposób. No dobrze, może logiczny nie było tu właściwym określeniem, ale miała dostać odpowiedź na swoje pytania, a konkretnie jedno: ,,Co się dzieje z Olivią?”. Zachłyśnięta tą informacją z opóźnieniem zauważyła, że jej córeczka pod pretekstem wyjścia do toalety, skierowała się w kierunku zupełnie odwrotnym, a konkretnie – do tylnych drzwi wyjściowych.
- Meredith, gdzie Ty idziesz?
   Profesor McGonagall pierwsza zrozumiała gdzie, ale nijak nie mogła dorównać w biegu jedenastoletniej dziewczynie i wparowała do domu rodziny Seabird, akurat w momencie, w którym Meredith trzymając Olivię za ręce, wykrzyknęła na cały salon:
- Jesteśmy czarodziejkami!
- Czarownicami, moja droga. – powtórzyła cierpliwie, a widząc zdziwione miny Angeli i Jacka, musiała szybko przejść do rzeczy. – Muszę z państwem porozmawiać…
- Chodzi o Olivię, nie musicie się już niczym martwić. – powiedziała pani Ruscoe, wchodząc za profesor McGonagall do salonu razem z mężem.
   Nauczycielka nie miała wyboru. Pierwszy raz odbyła całą ,,uświadamiającą” rozmowę w takich warunkach, w takim tłumie. Angela i Jack mieli artystyczne dusze, ona – architekt, on – fotograf. Lubili dostrzegać we wszystkim i wszystkich piękno, a dziwność brali za atut. W ich świecie, który nie był tak uporządkowany, jak świat państwa Ruscoe, miejsca na magię było zdecydowanie więcej. Dlatego też przyjęli wszystko niemal na wiarę. Dowodów domagała się raczej sama Olivia i to bardziej chyba w formie rozrywki niż przekonywania, bo przekonana była praktycznie od samego początku, gdy całość opowiedzianej przez kobietę historii potwierdziła jej przyjaciółka.
   Wtedy, gdy rodzice poznawali szczegóły dalszych, koniecznych w związku z umiejętnościami dziewczynek poczynań, one same siedziały z wypiekami na twarzach, czując, że zbliża się największa przygoda w ich życiu. I w dodatku będą mogły przeżyć ją razem. Jak się potem okazało razem, ale nie tylko we dwie.
   Gdy pierwszego września zajęły przedział w Expresie Londyn-Hogwart, nadal tak naprawdę chyba nie do końca w pełni zdawały sobie sprawę ze wszystkiego, co się dzieje. Otworzyły okno do granic możliwości, by móc rozmawiać z rodzicami, aż do odjazdu pociągu i równocześnie obserwować uczniów, od których robiło się na peronie z każdą chwilą coraz gęściej. Mogły sobie na to pozwolić, bo z emocji wstały wcześniej niż powinny i wymusiły na rodzicach przyjazd na dworzec King’s Cross godzinę przed wyjazdem.
   Patrząc na uczniów, tych starszych i młodszych zastanawiały się, którzy z nich już niedługo zostaną ich kolegami i koleżankami z klasy. Nie analizowały jednak nikogo z obserwowanego towarzystwa, jako potencjalnych nowych przyjaciół. W końcu miały siebie.
   Gdy jednak piętnaście minut przed odjazdem do ich przedziału zapukała dziewczyna w ich wieku, z brązowymi włosami, zielonymi oczami i nieschodzącym z buzi uśmiechem, nie mogły odmówić jej miejsca. Jak się później okazało, nie miały żałować swojej decyzji. Jules Justice nie tylko była wesoła, bezproblemowa i szczera, ale miała poczucie humoru i dużo życzliwości. Kiedy dziewczynki przekonały się już do niej, zadały po niemej konsultacji ze sobą pytanie:
- Twoi rodzice są normalni czy nie? – wcześniej uznały, że rodzicom mniej będzie przykro, gdy będą ,,normalni”, a nie ,,niemagiczni” i tak ich określały w rozmowach, choć ani państwo Ruscoe, a ni państwo Seabird nie ubolewali nad brakiem czarodziejskich zdolności.
   Jules słysząc to pytanie wytrzeszczyła oczy, a następnie uniosła jedną brew.
- Mniej więcej tak samo normalni, jak ja, czyli ani trochę. – zażartowała. – I żeby potem nie było, że nie ostrzegałam, że brakuje mi jednej klepki.
   Dziewczyny zaśmiały się, po śmiech Jules był zaraźliwy, ale potem zamilkły. Widząc to, Jules postanowiła wyjść z pomocą.
- Chodzi Wam o to, czy są czarodziejami?
- Właśnie.
- Są. Większość mojej rodziny to czarodzieje, ale są też i mugole. Na przykład jedna z moich cioć i jej dzieci. Które z resztą bardzo lubię. – powiedziała tą końcówkę wyraźnie i z naciskiem, ale widząc zdziwione miny dziewczyn zrozumiała, że pytanie nie było natchnione żadnymi uprzedzeniami, tylko zwykłą ciekawością osób pochodzących z rodzin niemagicznych. – Wasi nie są, prawda?
- Nie, ale to chyba nie jest nic złego. Pani profesor mówiła, że zdarza się to dosyć często. – powiedziała niepewnie Meredith.
- Nie ma w tym niczego złego. Niczego. I nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.
- A ktoś będzie chciał nam to wmówić? – zapytała Olivia, trochę przestraszona.
- Niestety pewnie tak. Ale jeśli już to będą to osoby, które są niewarte splunięcia. Dobra. – klasnęła i ściągnąwszy buty usiadła po turecku na siedzeniu. – Jest caaaaała masa ciekawszych rzeczy, o których mogę Wam opowiedzieć. O ile oczywiście chcecie.
   Chciały i to bardzo. Podróż minęła im na słuchaniu Jules, która cierpliwie odpowiadała na wszystkie pytania i okazała się świetną, dodającą otuchy przewodniczką po tym nowym świecie. Gdy po Ceremonii Przedziału okazało się, że ,,oprowadzać” będzie ich dalej, bo będzie ich współlokatorką, naprawdę się ucieszyły.
   Wbrew opinii, którą wygłosiła kiedyś w rozmowie jedna z mam dziewczynek, nawiązując do swoich przeżyć ze szkoły – przyjaźń we trójkę wcale nie była taka zła. Nawet w układzie, w którym dwie osoby łączyła silna i długa zażyłość, ta trzecia nie czuła się wcale zepchnięta na margines. Ale to tylko i wyłącznie dlatego, że przypadek był wyjątkowy.
   Najpierw należało zaznaczyć, że obie dziewczyny bardzo polubiły Jules i trzymały się z nią na co dzień. Ona była dla nich zawsze jakby powiewem świeżego powietrza i pozytywnej energii, a w ich dormitorium robiła za etatowego błazna, na którego etat sama się zatrudniła. Oprócz tego ich przyjaźń ułatwiał bardzo fakt, że ( cytując tu samą Jules ) – pannie Justice brakowało jakiegoś ,,dziewczyńskiego” kawałku mózgu. Nie była to jednak obelga.
   Dzięki tej szczególnej absencji paru fałd w mózgu, Jules nie była zawistna, zazdrosna ani obłudna. Nie znaczy to absolutnie, że inne dziewczyny takie były, bo nie były, ale zazwyczaj tylko w skali makro. Kiedy przychodziło do drobnostek praktycznie u każdej przedstawicielki płci pięknej włączał się od czasu do czasu szyderczy uśmiech, bo koleżance, która puściła jakąś złośliwą plotkę powinęła się noga na lekcji. Albo fałszywe narzekanie na swój wygląd, by usłyszeć fale komplementów. Albo niemówienie wprost tego, co którąś gryzie lub się jej nie podoba.
    Jules tak nie robiła. A kiedy Olivia i Meredith zdały sobie z tego sprawę ich trzyosobowa przyjaźń stała się jeszcze silniejsza, bo na przykład zamiast doszukiwać się powodów rzekomego obrażenia się Jules, która poszła sama do biblioteki na kilka godzin, wiedziały, że ona czasem po prostu lubi samotność ( oczywiście tylko tą z wyboru, nie z przymusu ). Tak samo wiedziały, że nie lubi zbiorowego odrabiania lekcji i że często celowo schodzi im z drogi, bo chcę żeby mogły spędzić trochę czasu we własnym gronie.
    Mogło to trochę wyglądać, jakby Jules Justice była osobą idealną. Nie była i sama się do tego przyznawała, niejednokrotnie powtarzając, że ma ciężki charakter, jest niecierpliwa, czasem upierdliwa i ma swoje dziwactwa. Jednak te wady nie przeszkadzały ani Olivii Seabird, ani Meredith Ruscoe, ani Dariusowi Patternowi.
   Ten ostatni pojawił się w całej historii praktycznie na jej początku. W trakcie pierwszej lekcji nauki latania na miotle był najlepszy wśród Puchonów, ale tuż za nim z niewiele gorszymi umiejętnościami była Jules. Na początku to się chłopakowi nie spodobało, a potem…
- Nie wygrałbyś konkursu na Króla Uśmiechu. – powiedziała dziewczyna po kolejnej lekcji latania.
- Co takiego? – Darius popatrzył na nią zdziwiony i aż się zatrzymał, bo podświadomie miał Jules za konkurencję i spodziewał się z jej strony tylko uwag o negatywnym zabarwieniu.
- Wydaje mi się, że by zostać Królem Uśmiechu trzeba wypić sok z cytryny i się nie skrzywić. Ty się nie potrafisz nie krzywić.
- Słucham?
- No przynajmniej na miotle. – kontynuowała panna Justice. – Może jest Ci niewygodnie? Mój wujek mówił, że kiedyś odziedziczył po kuzynie tak starą miotłę, że bolał go tyłek od samego patrzenia.
- Nie boli mnie tyłek. – tylko tyle Darius był w stanie powiedzieć na to dziwne wynurzenie dziewczyny, a kiedy oboje usłyszeli jak to zabrzmiało, wybuchli śmiechem. Wiszące między nimi napięcie momentalnie uleciało, a Puchonka, która była tak naprawdę świadoma tego tradycyjnego kompleksu pt.: ,,Dziewczyna nie może być ode mnie lepsza”, by jeszcze bardziej przekonać do siebie chłopaka poprosiła go o kilka douczających lekcji.
    Od tamtej pory Jules, która zawsze odrobinę lepiej dogadywała się z chłopakami, zyskała świetnego kumpla. Zdarzało się nawet, że częściej z nim spacerowała po błoniach czy wychodziła do wioski niż z dziewczynami, ale jako, że ich więź zaczęła się budować już od najmłodszych klas, nikt nie patrzył na nich z podtekstem. Byli trochę, jak brat i siostra – nierozłączni i swobodni w swoim towarzystwie.
   Aż w pewnym momencie, w miarę jak dorastali, Darius zaczął dostrzegać w Jules dziewczynę i to atrakcyjną dziewczynę. Mało tego, w związku z wielką naturalną zaborczością chłopaka, jego kiełkujące zainteresowanie przyjaciółką, powodowało częste traktowanie Jules, jak swojej własności.
- Jules dzisiaj nie może. – powiedział kiedyś przy śniadaniu, gdy Meredith zapytała pannę Justice, czy pójdzie z nią i z Olivią na błonia, łyknąć trochę tak rzadko wyzierających zza chmur promieni słonecznych.
- A pogryźć mogę? Bo najwyraźniej nie jestem do końca świadoma wszystkich swoich możliwości i ograniczeń. – od razu zareagowała Jules, zasłaniając ręką pełną buzię.
- Mówiłaś przecież, że chcesz dziś napisać te dwa wypracowania, które wczoraj nam zadali. Poza tym, jadłaś, więc chciałem Ci ułatwić sprawę. – szybko odpowiedział, bynajmniej nie speszony, po czym przewrócił oczami i dodał. – Tak, możesz pogryźć.
- Dziękuję łaskawco. – powiedziała, ale trochę za szybko, bo się lekko zakrztusiła.
- Ty się dziwisz, że odpowiedziałem za Ciebie. Jedzenie i mówienie w Twoim przypadku jest wyraźnie niebezpieczne. – powiedział chłopak, klepiąc przyjaciółkę po plecach.
- To Twoja wina!
- Słucham?
- Pozwoliłeś mi pogryźć najwyraźniej w niewłaściwym momencie. – odrzekła żartobliwie i łapczywie wypiła całą szklankę soku dyniowego, a tymczasem jej przyjaciele uśmiechali się rozbawieni jej zachowaniem.
   Darius uwielbiał się tak droczyć z Jules, z czasem zdał sobie sprawę, że może to uwielbienie jest zbyt duże, jak na przyjacielską relację. A kiedy podczas kolejnych całonocnych rozmów w Pokoju Wspólnym, słuchając jej zwariowanych historii, zamiast skupić się na ich treści, myślał o tym, jaka jest śliczna, kiedy oczy jej się świecą z ekscytacji, postanowił, że zostaną parą. Ot tak, po prostu sobie postanowił. W końcu w jego mniemaniu miał do niej pierwszeństwo. Ta jego pewność siebie i zaborczość były tymi cechami, które dziewczynę często irytowały. Niestety jego decyzja zbiegła się w czasie z przełomowym spotkaniem pod biblioteką z jednym z Huncwotów.
   Kiedy Jules zaczęła się kolegować ze słynnym Syriuszem Blackiem i jego bandą, Darius prawie zzieleniał z zazdrości. Mimo tego, że wielokrotnie twierdził w rozmowach z Jules, że Huncwoci zawsze działali mu na nerwy, to wcale nie była prawda. Tak naprawdę nic do nich nie miał, a nawet podobały mu się ich dowcipy, ich poczucie humoru. Dopóki nie weszli na jego teren. W związku z tym poczuł, że musi wprowadzić swój plan w życie znacznie szybciej, ale jak na złość do grafiku Jules oprócz nauki, Olivii i Meredith, dołączyła nowa karteczka z napisem ,,Łapa” i pojawiała się w nim zdaniem panicza Patterna zdecydowanie za często.
   Jules nie była świadoma uczucia przyjaciela. Była tak niepewna swoich, jak najbardziej istniejących wdzięków, że zabawa w subtelne sygnały w jej przypadku nie była trafioną taktyką. Może gdyby zrzucić jej na głowę transparent z napisem ,,Podobasz mi się.”, to coś ewentualnie dopuściłaby do głowy, ale w innym przypadku – brak szans.
   Jednak jej przyjaciółki nie były tak zaślepione. Może miało to związek z tą częścią mózgu z cechami kobiecymi, której panna Justice nie miała, a one jak najbardziej, ale zdawały sobie sprawę, że od jakiegoś czasu Darius patrzy na ich przyjaciółkę inaczej. Lubiły go, ale nie kibicowały w jego staraniach, bo chciały być bezstronne. Zwłaszcza, że ich kolega nie był ich zdaniem jedynym zawodnikiem na ringu.
- Nie wciskaj mi kitu! – powiedziała Olivia w charakterystyczny dla siebie, pełen emocji sposób. Szły właśnie z Meredith w stronę zamku. Wracały z sowiarni, a że wieczór był całkiem ciepły, jak na tą porę roku, to się nie śpieszyły.
- Wcale tego nie robię. – powiedziała panna Ruscoe, poprawiając rękawiczki i dokładnie owinięty wokół szyi szalik.
- I tyle? Nie zdobędziesz się na rozwinięcie bez ciągnięcia za język? – drążyła dalej Olivia. Ona w odróżnieniu do przyjaciółki nie miała rękawiczek, a szalik jej zwisał przewieszony niedbale przez szyję. Panna Seabird zdecydowanie należała do osób niemarznących.
- Ciesz się, że nie powiedziałam po prostu ,,Sprzeciw”. – zażartowała Meredith.
- Faktycznie, mamy postęp – wyrwałaś się spod wpływu rodzicielskich nawyków. Ale nie zmieniaj tematu.
- Nie zmieniam, to była tylko mała dygresja. A jeśli chodzi o Twoje oburzenie moją opinią, to go kompletnie nie rozumiem.
- Czyli Wysoki Sąd podtrzymuje sprzeciw. I to jest coś, czego natomiast JA nie rozumiem. – Olivia powiedziała to dobitnie, podciągając szalik, który już zaczął się jej ciągnąć po ziemi.
- W takim razie sama się zdeklaruj. – Meredith stanęła i założyła ręce na piersi, robiąc wyniosła minę. Było to całkowicie odruchowe w trakcie prowadzenia dyskusji, ale potrafiło drażnić jeśli ktoś nie znał dobrze dziewczyny i braku złych intencji, z którymi kojarzyła się jej mimika.
- Nie potrafię. – powiedziała spokojnie Olivia, wzruszając ramionami.
- Sama widzisz!
- Nie potrafię wybrać, co znaczy również, że nie odrzucam.Pod wieloma względami są całkowicie różni, ale jak dla mnie nie ma rzeczy, która by któregokolwiek bezwzględnie dyskwalifikowała. – panna Seabird zmarszczyła brodę, robiąc z ust podkówkę. To była jej zamyślona mina. – Choć oczywiście swoim kompletnie nieprawniczym umysłem mogłam nie dostrzec jakiś oczywistych dowodów.
- Na pozór nie jest to prosta sprawa. – powiedziała Meredith, kompletnie niezrażona docinkami. – Obaj są przystojni, inteligentni, pewni siebie. Choć to ostatnie trochę na inny sposób. I to pierwsze też trochę na inny.
- To znaczy?
- W jednym przypadku on jest przystojny i każdy obiektywnie musi to przyznać. A w drugim – przystojność jest jego nieodłączną cechą i aurą, którą wokół siebie paraliżująco roztacza. Co nie znaczy, że któryś z nich jest w prosty sposób atrakcyjniejszy.
- Strasznie to pokrętnie brzmi. – Olivia się skrzywiła, ale po chwili wzruszyła ramionami. – Choć może faktycznie coś w tym jest.
- Jest na pewno. I ma to związek z ogółem ich charakterów. To jaki człowiek jest rzutuje na to, jak jest postrzegany. Nawet na jego urodę. – ton prawniczy Meredith był zapisany w genach.
- Jeden jest bardziej zasadniczy, drugi ma w sobie mnóstwo nonszalancji. – zaczęła wymieniać Olivia.
- Jeden daje poczucie spokojnej stabilizacji, a drugi urzeka swoim spontanicznym i ryzykownym zachowaniem.
- Okej. W naszym rozrachunku wychodzi, że obaj mają mnóstwo zalet. Dlatego ja nie jestem w stanie wydać wyroku i wybrać: Darius Pattern czy Syriusz Black.
- Na całe szczęście nie musisz. I Jules też nie. – skwitowała krótko panna Ruscoe.
- Nie byłabym taka pewna. Darius czuje coś do Jules i obie się w tym punkcie zgadzamy, tak?
- Tak.
- Ale on jest też moim zdaniem prostszy do rozgryzieni. I nie jest to wcale obraźliwe stwierdzenie. Ale Syriusz… On by się nawet spojrzeniem nie zdradził, gdyby coś było na rzeczy, prawda?
- Też mi się tak wydaje. Ale wydaje mi się jeszcze coś. – dodała podnosząc zdecydowanym ruchem palec do góry. – Ty kochana za dużo romansów czytujesz.
- Mam artystyczną duszę. – Olivia pokazała przyjaciółce język.
- Tylko nie pokazuj tej jej części przy Jules. Wiesz jak się denerwuje, kiedy ktoś próbuje ją swatać z którymś z kolegów.
- Sama do tego prowokuje zadając się z takimi ciachami.
- Jak ja nie cierpię tego słowa…
- Nie cierpisz też odpowiadania na pytania.
- Bo żadnego wprost nie zadałaś.
- W porządku. – Olivia wzięła głęboki oddech, żeby przełknąć drobiazgowość przyjaciółki. – Wyraziłaś pewną opinię, która poniekąd była odpowiedzią na pytanie: Kogo byś wybrała, Dariusa czy Syriusza? Uwaga! – dodała od razu, żeby uniknąć wykrętów. – Gdybyś jednego koniecznie musiała wybrać.
- Dariusa.
- Dlaczego?
- Z tego samego powodu, dla którego Twoja mama zostawiła tego paryskiego malarza.
- Trochę mnie to przeraża, że muszę Cię o to pytać, ale czemu?
- Nie pamiętasz? – Meredith była zdziwiona, a kiedy Olivia pokręciła głową dodała. – Najwyraźniej Ciebie to tak nie uderzyło. Ja pamiętam byłam zdziwiona, że można zerwać z kimś z takiego powodu.
   Olivia wykonała gest rękoma, który miał zachęcić i przyśpieszyć opowieść przyjaciółki.
- Zostawiła go, bo był artystą.
- Albo coś mnie ominęło, albo Syriusz nie jest artystą.
- Zgadza się, ale jest rozchwiany emocjonalnie tak, jak prawdziwy artysta.
- Teraz to poszłaś po bandzie. Przecież Ty go prawie nie znasz, a wydajesz takie nieprzychylne osądy.
- To nie jest nieprzychylny osąd. – Meredith była wyraźnie zaskoczona tym, jak przyjaciółka zrozumiała jej słowa. – Rozchwianie emocjonalne artystyczne polega na szaleństwie, ryzykanctwie, byciu nieprzewidywalnym etc. etc.
- To źle? Życie jest jedną wielką przygodą.
- Może to być fajne, ale nie na dłuższą metę.Na życie potrzebny jest trochę bardziej racjonalny partner. – powiedziała rzeczowo Meredith, a widząc jak Olivia przewraca oczami, dodała – No co Ci się nie podoba?
- Jestem bardzo ciekawa, jak Ty z Twoją dobrą znajomą Panią Racjonalnością będziesz sobie męża wybierać. W miłości dobrze, żeby istniał jakiś pierwiastek niepewności.
- Nie uważasz, że się trochę zapędziliśmy? Mówimy o miłości, która nie istnieje. Darius ewentualnie jest trochę zauroczony, Syriusz nie dopuszcza do swojej wyjątkowej osoby dziewczyn pod innymi postaciami niż koleżanki, a Jules obydwu traktuje jak kumpli.
- Na razie. – powiedziała Olivia i zakończyła w ten sposób jedną z tych rozmów, których nie mogłyby odbyć w towarzystwie brakującego, trzeciego ogniwa.
   Doszły w trakcie tego powolnego, powrotnego spacerku aż do mostu, a kiedy doszły do jego ,,progu” zobaczyły stojące mniej więcej w jego połowie dwie osoby. Z jakiś powodów jednak na moście nie paliły się latarnie, dlatego nie widziały w czyim kierunku zmierzają. Nie czuły się jednak nieswojo w tej sytuacji. Jules już dawno będąc na ich miejscu trzymałaby już rękę w kieszeni na różdżce. Po części dlatego, że łatwo potrafiła się nakręcić, a po części dlatego, że pamiętała dokładnie w jakich czasach przyszło im teraz żyć.
   Meredith i Olivia jednak czuły się bezpiecznie na terenie zamku i gdy podchodząc bliżej w sylwetkach dwóch osób, rozpoznały sylwetki dwóch mężczyzn, poczuły tylko i wyłącznie ciekawość. Była ona tym większa, że obserwowani panowie byli tak pochłonięci ostrą dyskusją, a właściwie może nawet kłótnią, że nie zauważyli zbliżających się dziewczyn. Kłótnia była wyjątkowo cicha, jakby jej uczestnicy nie chcieli, żeby ktokolwiek poznał treść ich rozmowy, ale prowadzili ją zacięcie. Zmierzała ona jednak wyraźnie do końca i gdy dziewczyny podeszły na tyle blisko, by rozpoznać chłopców, oni właśnie ściskali sobie ręce, jakby podpisując właśnie zawartą umowę.
   Meredith i Olivia stanęły, jak wryte, jakby zobaczyły ducha. Tyle, że zobaczenie ducha w Hogwarcie nie było tak naprawdę niczym dziwnym. Ale zobaczenie Syriusza Blacka i Dariusa Patterna ściskających sobie ręce – to był dziw niesamowity.

czwartek, 20 lipca 2017

22. Zemsta najlepiej smakuje na zimno

   Uczulenie.
   Wydawać się mogło taka prozaiczna dolegliwość, występująca w tylu odmianach i owocująca rozmaitymi skutkami, od delikatnych, czasem ledwie zauważalnych, do poważnych, nawet śmiertelnie groźnych. Coś tak pospolitego w świcie magii nie powinno występować. A jednak.
   Zaczerwienione i łzawiące oczy, zatkany nos, nieustanne kichanie – to były objawy, które pojawiały się momentalnie i właśnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko Willow wchodziła do klasy od zielarstwa.
    Pierwsze zajęcia z tego przedmiotu były dla dziewczyny bardzo pamiętne, bo odkrywcze. Przed ich rozpoczęciem nie zdawała sobie nigdy wcześniej sprawy ze swojej dolegliwości, bo ( jak większość swojej rodziny ) nie miała ręki do roślin. Jej tata miał co prawda siostrę stryjeczną, która żyła z hodowli i sprzedaży magicznych ziół oraz roślin, ale Willow jej ani razu nie odwiedziła, a samą kobietę widziała może parę razy w życiu. Wynikało to z podejścia ciotki Wandy do dzieci i wszystkiego, co z nimi związane. Po tym, jak mała córeczka jej koleżanki, która dopiero okrywała swoje moce oraz uczyła się nad nimi panować, wpuszczona na chwilę do ogródka jednym niefortunnym, magicznym kichnięciem ścięła prawie wszystkie rośliny rosnące na grządkach… Cóż, wystarczyło powiedzieć, że był to koniec przyjaźni cioci Wandy z ową matką Grządkowej Niszczycielki, przed posesją w odpowiedniej odległość od ogródka został umieszczony znak ,,Dzieciom wstęp wzbroniony”, a ciocia utwierdziła się w przekonaniu, że jej decyzja do staropanieństwie jest słuszna.
   W każdym razie Willow została pozbawiona możliwości odkrycia swoich dolegliwości i gdy zaczęła kichać raz, za razem, z krótkimi przerwami na oddechy, po wejściu do zielarni, nauczycielka nie wiedziała w pierwszej chwili co zrobić. Szczęśliwie zdiagnozowana przez panią Pomfrey alergia nie uniemożliwiła dziewczynie uczestniczenia w zajęciach. Pomocy w tym przypadku profesor Slughorn uwarzył odpowiedni eliksir antyalergiczny i teraz wystarczało, by Willow piła go przed zajęciami w trakcie posiłku. Ale należało o tym pamiętać zawsze, bo uczulenia dziewczyny na magiczne ( i tylko magiczne ) rośliny była wyjątkowo silna.
   Niestety dzisiejsza dawka lekarstwa została przez Gryfonkę zaniedbana. Nieobecność Syriusza i Remusa na śniadaniu i kompletna konspiracja w tej kwestii reszty Huncwotów wytrąciła ją z rytmu. Nie była co prawda wzorowym pacjentem, ale w momentach jej zapominalstwa zawsze z odsieczą przychodziła Lily. Niestety, tym razem ta Ruda Wersja Przypominajki nie zadziałała, bo została osaczona przez Jamesa Pottera, który z wiadomych powodów chciał umilić sobie jakoś początek dnia. Postanowił to zrobić uprzykrzając go pannie Evans komplementami w swoim stylu oraz charakterystycznymi pytaniami o to, czy nie chciałaby spędzić wolnego czasu wieczorem z najwspanialszym chłopakiem w szkole – czyli paniczem Jamesem Potterem, gdyby miały tu miejsce jakiekolwiek wątpliwości. Lily nie zamieniła z przyjaciółkami prawie ani słowa jedząc szybko owsiankę. Do Rogacza też starała się nie odzywać, a w trakcie żucia i milczenia oddychała głęboko, by się uspokoić. Odezwała się dopiero pod salą od zielarstwa, a o alergii Willow obie przypominały sobie, gdy ta druga prawie uderzyła się o półkę czołem kichając.
   Pani profesor znając przypadłość Willow  oraz ją samą, wiedziała, że nieprzyjęcie dawki eliksiru nie było absolutnie celowe. W przeciwnym wypadku mogłoby się przecież zdarzać już wielokrotnie częściej, na przykład w dni, w które odbywały się zaliczenia. Jednak Willow nie była kombinatorką, a jej przerażona mina między kichnięciami, utwierdziła profesorkę w przekonaniu, że nie wzięła leku przez gapiostwo i zwolnienie jej z dzisiejszych zajęć nie będzie wielką tragedią.
   Właśnie dlatego teraz, zamiast na lekcji z resztą swojego rocznika, Willow siedziała na fotelu w Pokoju Wspólnym i czytała podręcznik od zielarstwa. Gdy to robiła, siedząc z podwiniętymi nogami i zaplatając sobie na palcach swoje loki usłyszała hałas od strony dziury pod portretem. Zerknęła znad książki na źródło płaszczących, gniewnych kroków i zobaczyła… Wstrzymała oddech.
- Cześć Syriuszu. – powiedziała odruchowo i wstała z fotela, co było jej pierwszym nietrzęsącym się zachowaniem od czasu wspólnego karania Muclibera. Cieszyła się, że Pokój Wspólny jest pusty i ten jej debiut nie ma żadnych świadków.
   Black spojrzał w jej stronę, ale chyba dopiero po chwili tak naprawdę ją zobaczył. Widać było po jego minie, że wraca do rzeczywistości z intensywnych i dalekich rozmyślań, a jego oczy z bojowego, nabierają coraz bardziej neutralnego, a potem przyjaznego wyrazu.
- Cześć. Zielarstwo odwołane?
- Dla mnie tak. Wiesz – alergia.
- Eliksir Ci się skończył? – Syriusz zadał to pytanie, ale Willow widziała, że zrobił to trochę automatycznie, uwalniając dla niej tylko jeden tor myślenia, podczas, gdy pozostałe wciąż były zaangażowane w coś innego.
- Zapominałam wziąć. – odpowiedziała i skrzywiła się w duchu. Mogła przecież powiedzieć coś mniej nudnego, chociażby, że chciała się urwać z zajęć. Jednak skutecznie rozpraszała ją porwana koszulka Syriusza, a raczej to, co jej rozerwanie ukazało. Zdała sobie z opóźnieniem sprawę, że powinna zadać nasuwające się od początku pytanie. – Co Ci się stało?
- Co masz na myśli? – zapytał Syriusz z łobuzerskim uśmiechem, po tym, jak prychnął rozbawiony. Willow często wydawała się tak bardzo zagubiona i niewinna, to jej pytanie również zostało zabarwione tymi jej cechami. I właśnie ta naiwność przedarła się przez mur zamyślenia oraz złości Łapy, powodując rozbawienie. – Fryzura mi się popsuła? Czy mam coś na zębach? – zaczął żartować, a widząc, że dziewczyna się uśmiecha uderzył się w czoło otwartą dłonią. – Wiem już. Chodzi o to, że jestem mokry i poszarpany. – powiedział i obrócił się wokół własnej osi. Willow się zaśmiała. Chłopak spojrzał na nią i stwierdził, że ktoś powinien mu teraz dotrzymać towarzystwa. Żeby nie poszedł do Elinor i nie zrzucił jej z wieży. – Opowiem Ci o wszystkim, ale w dormitorium. Rozumiesz, wolałbym się przebrać w coś suchego i nieporwanego. Może być?
   Willow tylko pokiwała głową. Propozycja Syriusza prawie sprawiła, że usiadła z wrażenia. Dlatego musiała się spiąć, żeby nie zaczepić się idąc po schodach. Black by jednak tego nie zauważył. Zastanawiał się czy istnieje osoba bardziej skłonna do komplikowania sobie życia. Jedna dziewczyna była chyba obrażona, druga go szantażowała, więc co on zrobił? Postanowił spędzić czas z trzecią. Gdy tak to sobie przedstawił zdał sobie sprawę, że jego ochrona antykobieca wymaga renowacji.
- Usiądź sobie i poczęstuj się. – powiedział i machnął różdżką, a z szafki nocnej wyleciało kilka opakowań czekoladowych żab. A konkretnie – z szafki nocnej Petera. – Daj mi chwilkę. – po czym zniknął w łazience ze świeżymi ciuchami w ręku.
   Willow lubiła czekoladę, ale bez wydziwiania i jakiejkolwiek zabawy w nadzienia czy dodatki. Dlatego czekoladowe żaby należały do tej ulubionych słodyczy. Z przyjemnością usiadła na parapecie i otworzyła pierwsze opakowanie. Gdy sięgnęła po drugie, Syriusz wyszedł z łazienki.
- Smacznego. – powiedział i jak na komendę bardzo głośno zaburczało mu w brzuchu. – Chyba też coś przekąszę. – położył się w poprzek na łóżku i sięgnął po trzecie opakowanie z zapasów Glizdka.
- Czekam na historię. – powiedziała nieśmiało Willow. Syriusz spojrzał na nią, uśmiechnął się i bez mrugnięcia okiem zaczął kłamać.
- Poszedłem na mały zwiad do przystani i coś poszło nie tak, jak powinno. Wypadłem z łódki, a wcześniej trochę zaczepiłem o wyszczerbioną burtę. – nie mógł jej powiedzieć prawdy, wiedział o tym od początku. Nie wiedział czy jest to Kłamstwo Poziom 1. czy 2. Kategorię pierwszą zawsze się naprostowywało albo osobiście, albo automatycznie swoimi kolejnymi krokami. Kategoria druga… Prawdę, którą chroniła znali tylko i wyłącznie wybrani. Na skategoryzowanie w tym przypadku przyjdzie czas, gdy całą historię naświetli Jamesowi.
- Czyli szykuje się coś na jeziorze? – Willow zdawała się akceptować wersję Syriusza. Nie miała powodów, by ją kwestionować. Znaczy się miała i to wiele, znając od dawna Huncwotów, ale nie zamierzała tego robić.
- Nie zdradzamy naszych tajemnic, wiesz o tym.
- Wiem. Remus Ci pomagał?
- Czemu pytasz?
- Bo jego też na śniadaniu nie było.
- To ciekawe. – powiedział powoli Łapa. – Nie, ze mną go nie było. Najwyraźniej on również miał swoją indywidulaną misję do wykonania. – skwitował spokojnie, choć ciekawość zaczęła go zżerać tak, jak on właśnie zjadł kolejną czekoladową żabę.
- Nie bałeś się…Nie bałeś? – Willow wypowiadając pytanie postanowiła, że uczyni je bardziej tajemniczym i go nie dokończy. Wyszło trochę dziwnie, ale Syriusz wykazał się niespodziewanym taktem i zamiast pytać: ,,Zacięłaś się?” i peszyć Willow, poszedł pożądanym przez nią tropem.
- Czego?
- Wpuszczać mnie tutaj. Do wszystkich Waszych sekretów. – zrobiła minę, która przypominała złowrogiego, małego kotka.
- Są niemal nienanoszalne. Jesteśmy profesjonalistami. Chcesz jeszcze? – zapytał wstając z łóżka i zmierzając do szafki Petera na mały przegląd. Dopiero po tym pytaniu Willow zauważyła, że zjedli razem siedem czekoladowych żab i że to ona zjadła więcej. Zrobiło jej się głupio.
- Chyba już wystarczy.
- Skoro słodycze nie mają żadnego wpływu na Twoje centymetry to jedz śmiało. Niewiele osób ma takie szczęście. I właśnie dlatego dbamy z Jamesem, żeby Glizdek bardziej się ograniczał. – Syriusz się uśmiechnął i rzucił jej kolejne opakowanie słodkości. Willow faktycznie nie miała skłonności do tycia i bardzo się z tego cieszyła… Ale zaraz, czy to był swego rodzaju komplement od panicza Blacka dla jej figury? Stop, nie może się zapędzać.
- Lubisz słodycze. Coś jeszcze?
- To znaczy? – zapytała zdziwiona. Nie wiedziała, że Syriusz rozpoczął właśnie badanie rozpoznawcze, które tak bardzo lubił. Rogacz się kiedyś z niego śmiał, że niedługo zacznie zakładać ludziom teczki osobowe.
- Co jeszcze lubisz?
,,Ciebie” – chciała powiedzieć, ale nie miała dość odwagi.
- Zwierzęta. W domu mam trzy psy.
- To Twoje ulubione stworzenia?
- Tak. – odpowiedziała, patrząc jak Syriusz uśmiecha się tajemniczo. – Coś nie tak?
- Wręcz przeciwnie. Ja też uwielbiam psy. – powiedział i zaśmiał się krótko, jakby opowiedział dowcip. – A Twoje marzenia?
- To trochę intymne pytanie. – powiedziała i w charakterystyczny dla siebie sposób podciągnęła nogi na parapet.
- Nie mówię, że największe. Jakiekolwiek. Ja chciałbym zostać aurorem.
- Okej. W takim razie Włochy. – powiedziała i usiadła prosto.
- Słucham?
- Chciałabym tam pojechać i zwiedzić Rzym, Florencję… I tak dalej, i tak dalej.
- Wszystko przed Tobą.
   Teraz siedząc i rozmawiając z Syriuszem Blackiem w jego dormitorium rzeczywiście w to wierzyła. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu nie uwierzyłaby, że da radę złożyć przy nim składne, pełne zdanie. Niestety, ledwie się ,,zadomowiła” w tej nowej sytuacji, a drzwi do pokoju się otworzyły i na progu stanęli trzej pozostali Huncwoci. Wytrzeszczyli na nich oczy, a potem…
- Czy to moje żaby?! – wykrzyknął rozżalony Peter.
   Kiedy całe towarzystwo przestało się śmiać z ataku histerii Glizdka, dziewczyna poczuła, że czas zostawić chłopców samych, a porozumiewawcze spojrzenie, które jej mignęło między Syriuszem a Jamesem, tylko ją w tym utwierdziło.
- Do zobaczenia na OPCM. – rzuciła jeszcze przed zamknięciem drzwi.
- Super, jeszcze to. – powiedział załamany Rogacz, gdy zostali sami. Co prawda mieli teraz dwie godziny przerwy  po zielarstwie, ale coś takiego było niemal obowiązkiem etycznym przed zajęciami z nowym profesorem obrony przed czarną magią. Był tak niesamowicie strachliwy, że gdy kazał im ćwiczyć zaklęcia ( zajęcia praktyczne musieli wywalczyć marudzeniem na każdej lekcji oraz w trakcie przypadkowych spotkaniach na korytarzach ), chował się za biurkiem tak, że wystawała mu tylko głowa.
- Myślę, że mamy teraz inne tematy do omówienia. – zauważył jak zwykle skrupulatny Remus.
- Nie będę się spierał. – James usiadł błyskawicznie na łóżku, prosty jak struna i z wyszczerzonymi zębami. – Czyżbyś zgłaszał się na ochotnika, żeby zacząć?
- I wytłumaczyć się ze swojej nieobecności na śniadaniu. – dodał Syriusz zadowolony, że nie wypadł z obiegu informacji.
- O której oczywiście wiesz od Willow? – zapytał Lunatyk.
- Nie zdradzam swoich informatorów. – Łapa uśmiechnął się łobuzersko, po czym na myśl o ,,informatorach” przypomniał sobie z kim spędził dzisiejszą noc i mina mu zrzedła. – Przynajmniej nie wszystkich. – dodał ciszej.
- Jak to? – od razu zainteresował się Rogacz.
- O tym później. Ustąpię miejsca w kolejce Remusowi.
- Myślisz, że będziesz miał do wyłożenia ciekawszy temat i bardziej wstrząsające informacje?
- Absolutnie Luniaczku nie umniejszam Twoich przygód. Zwyczajnie w związku z moją historią będę miał do Was prośbę, nad której realizacją będzie trzeba trochę podebatować.
- Dobra. Czyli najpierw mówi Remus, potem Syriusz, a my z Peterem mamy dziś wieczór pod znakiem sióstr Durete. – Rogacz usiadł wygodniej. – Nie rób takiej zdziwionej miny Syriuszu, panicz Lupin wpadł dziś w ,,zasadzkę” Królowej Śniegu.
- Nieustępliwa jest. To u nich rodzinne. Tak samo z resztą jak organizowanie zasadzek. Nie, nic więcej nie powiem, musisz być cierpliwy Rogaczu. I zdecyduj się, gdzie w końcu lokujesz swoją ogromną ciekawość.
- Na razie moja uwaga w całości należy do Lunatyka.
- Dziękuję. A skoro już doszedłem do głosu to powiem krótko: będę od dziś spotykał się z Corinne i spędzał z nią więcej czasu. – powiedział spokojnie Lupin, a widząc, że jego przyjaciele kompletnie zamarli, dodał. – Coś nie tak?
- Myślisz, że takim ochłapem nas zadowolisz? – James uniósł znacząco brew.
- A co byście jeszcze chcieli wiedzieć?
- Wszystko. – odpowiedzieli chórem przywódcy Huncwotów.
- Spodziewałem się tego. – Lupin westchnął. – Ja i Corinne będziemy się spotykać na podobnych, jak para warunkach, ale kompletnie bez żadnych zobowiązań.
   15 sekund ciszy. Coś takiego świadczyło, że mieszkańcy dormitorium naprawdę byli w szoku.
- Słyszałeś to Rogaczu?
- Świat oszalał… Nasz Luniaczek i takie rzeczy. – Potter udał, że cmoka z dezaprobatą.
- Domyślam się, że był to pomysł Corinne. A skoro tak się domyślam, to znaczy, że mam o Tobie bardzo dobre zdanie.
- Cóż za zaszczyt. A ja je niszczę wchodząc w taki układ. – Remus udał załamanego.
- W otwarty związek, nazwijmy to po imieniu. – powiedział Syriusz. – Ciekawy zestaw. Ty – brak zobowiązań, ale w związku. Ja -  brak związku, ale szczególne zobowiązania.
- To znaczy?
- Zaraz powiem. Chwilowo nie chcę Ci kraść publiczności.
- Ja już skończyłem.
- Naprawdę? – odezwał się pierwszy raz Peter, który do tej pory siedział na łóżku po turecku, z wypiekami na twarzy słuchając rewelacji.
- No właśnie. A szczegóły jakieś? Znaczy, nie musisz nam tłumaczyć, czemu nie chcesz się wiązać. Wiemy już jak idiotyczne jest Twoje podejście. – powiedział Potter. – Ale jak ona to sobie wyobraża i czego by chciała?
- Umowy nie spisywaliśmy, ale jak tylko to zrobimy, od razu się zgłoszę, żebyś przeczytał i zatwierdził w roli osoby trzeciej. Łapo, wydaje mi się, że teraz Twoja kolej.
- Daj spokój Rogasiu. Wiesz, że Remus jest dobry w utrzymywaniu tajemnic. Nic od niego nie wyciągniesz. Nawet takimi obrażonymi minami.
- One działają tylko na Twoje czułe serduszko, prawda? – James spojrzał na Łapę i machinalnie roztrzepał sobie włosy na głowie.
   Chłopcy się zaśmiali, a po tej miłej wymianie zdań Syriusz był w wystarczająco dobrym nastroju, by opowiadając jeszcze raz przeżyć ostatnią noc.
- Elinor należy do Śmierciożerców Juniorów, chcę bym był na każde jej skinienie, jeśli chodzi o spotkania, a McGonagall myśli, że byliśmy na całonocnej randce w przystani.
   Black celowo wyrzucił z siebie wszystkie te informacje jedna za drugą. Wolał, by jego przyjaciele przełknęli to wszystko za jednym zamachem, zamiast po każdym skończonym zdaniu wytrzeszczać na niego oczy. Remus oprzytomniał jako pierwszy, by powiedzieć:
- Wygrałeś. Twoja sensacja jest bardziej zniewalająca. – uśmiechnął się delikatnie i krzepiąco, bo widział do jakiego stanu doprowadzają przyjaciela te przeżycia.
- Wcale się z tego powodu nie cieszę.
- Stop! – zawołał James. – Po ko-le-i. – powiedział powoli. – To była ta tajemnica, po którą ściągnęła Cię do przystani? Ja to po części miałem nadzieję, że to jakieś oryginalne metody podrywu, choć kłóciło mi się to z dalszym scenariuszem, według którego nie wróciłeś do dormitorium przez całą noc.
- To poniekąd były BARDZO oryginalne metody podrywu. Z szantażem, molestowaniem, a nawet odrobiną przemocy. – mruknął Syriusz kładąc się na łóżku z rękami pod głową i patrząc się tak gniewanie na baldachim nad głową, jakby ten go poważnie obraził.
- Poszedłeś do przystani, a ona tam czekała… - zaczął Rogacz, bo wiedział, że inaczej nie uzyska klarownej wizji całej sytuacji.
- Wolę to wyrzucić z siebie bez dłuższych wstępów, okej? Wypłynęliśmy na jezioro, ona się zdekonspirowała i zaproponowała, że będzie moim podwójnym agentem. Oraz oczywiście zmusiła, żebym obiecał dyskrecję.
- Której przecież dotrzymujesz. Dawno temu ustaliliśmy, że znaczenie słowa obietnica w naszej czteroosobowej rodzinie wygląda inaczej.
- Tak, ale postanowiłem o tym nie informować Elinor.
- Powiedziałeś jej imię z takim wstrętem…
- Dziwisz mi się Rogaczu?
- Może trochę. W końcu, chcę pracować dla nas – tych dobrych, a pod nimi – tymi złymi, dołki kopać.
- Tylko do czasu James. Jeśli w szkole zmieni się układ sił, to się wypnie na nas. Działa na wiele frontów, żeby zawsze mieć wyjście awaryjne.
- Słusznie wnioskuję, że częścią planu Elinor wobec Ciebie była ta scena ze Snapem i Lily w holu?
- Tak Remusie. Sprawiła, że cała szkoła wie, jakie ma podejście i z kim trzyma. Przynajmniej pozornie.
- Nieźle to sobie wykombinowała. – przyznał James. – I mierzi Cię najbardziej jej obłuda? Czy to, że ceną za szpiegowanie jest Twój bezcenny czas i Twoja wyjątkowa osoba? – spróbował zażartować.
- Myślisz, że gdyby sytuacja tak wygląda, to zgodziłby się na jej propozycję?
- A zgodziłeś się? – Glizdek z emocji miał zaraz wyjść z siebie. Dla niego możliwość randkowania z Elinor to byłaby największa nagroda.
- Kojarzysz moje wcześniejsze wzmianki o szantażu?
- I o przemocy Łapo, o tym też wspominałeś. Ale zgaduję, że chronologicznie pierwszy był szantaż. Czego dotyczył?
   Syriusz zamknął oczy i powiedział.
- Jules.
- Jak to? – Remus aż drgnął.
- Wiem, kto ją otruł i jak to się stało.
- To świetnie. Niech rezerwuje salę w św. Mungu. – Rogacz był wyraźnie poruszony. – Ale w takim razie jakiego haka ma na Ciebie Elinor?
- Ma dopilnować, że już więcej nikt nie tknął Jules albo – w przypadku, gdy nie będę współpracować – że wezmą ją za stały cel. – Syriusz powiedział to praktycznie przez zęby.
   Tu padły słowa niecenzuralne pod adresem Smoczycy, a padły one zarówno z ust Jamesa, jak i Remusa. Gdy ich pierwsza fala złości minęła, można było kontynuować rozmowę.
- Dobrze. – powiedział powoli James, wchodząc w rolę racjonalnego stratega. - Zanim przejdziemy dalej… Kwestię szantażu już naświetliłeś: albo będziesz jej miłośnym niewolnikiem albo naszej Jules stanie się krzywda. – Remus się uśmiechnął delikatnie słysząc przymiotnik ,,naszej”. Jasne było, że Puchonka została już przez nich adoptowana. – A co z wspomnianą przemocą?
- Najpierw jeszcze było molestowanie, bo jedno z drugiego poniekąd wynika. – powiedział Syriusz i wstał z łóżka. Doszedł do wniosku, że trochę pochodzi dla uspokojenia po dormitorium.
- Rzuciła się na Ciebie?
- Tak i chciała pocałować. Ja ją odruchowo odepchnąłem, a łódka pod wpływem gwałtownych ruchów tak się rozbujała, że wpadliśmy do wody.
- Brrr… - Jamesa aż odruchowo strząchnęło na myśl o tym.
- Luz. Byliśmy już w przystani, a tam pod wpływem zaklęć lub sam nie wiem czego woda jest trochę cieplejsza. Kąpieli nadal nie polecam, ale zawału się nie dostaję w razie nagłego kontaktu. Z resztą jak widać. – powiedział Syriusz, dochodząc nieśpiesznie do drzwi i obracając się na pięcie. – Kiedy wyszliśmy na pomost zaczęliśmy się kłócić i wtedy weszła McGonagall.
- Wyobrażam sobie jej minę, jak Was zobaczyła…
- Uwierz Rogaś, nie wyobrażasz. Takiej jej jeszcze nie widziałem. – Łapa aż zatrzymał się na środku pokoju, by podkreślić, jak bardzo inny był to ochrzan, od tego dobrze im znanego. – Zazwyczaj widać po Gonagall, że gdzieś tam docenia nasz pomysł, spryt, talent i – wbrew temu, co próbuje nam wmówić – że nas lubi. Tam w przystani – to była zupełnie inna bajka. – był to kolejny powód, dla którego Syriusz nie czuł się za dobrze. Denerwowali nauczycieli niejednokrotnie, ale zawodzić ich nie lubili. Zwłaszcza tych przez Huncwotów lubianych i szanowanych.
- Zabrała Was do Dumbledore’a? – zapytał Lupin.
- Tak. Mam kolejny szlaban. A skoro już o tym mowa – Łapa odwrócił się do Petera – jakim cudem dostaliśmy szlaban za…
- Przepraszam… - powiedział Glizdek, zanim Black skończył i schował się za swoją puchową poduszką.
- Tak myślałem. Dzisiejszy dzień pretenduje do tytułu najgorszego w tym roku.
- Wiesz, nie dla wszystkich. Lunatyk na przykład myślę, że jest zadowolony. – powiedział zaczepnie James.
- Tak, jestem. Ale nie z tego powodu, o którym myślisz. Jestem zadowolony z Syriusza, że postanowił się tak poświęcić dla Jules.
- Sugerujesz, że zazwyczaj mam przyjaciół w głębokim poważaniu? – Łapa aż się oburzył.
- Wiesz co, rozmawiając z Tobą trzeba czasem tak ważyć słowa. – Remus przewrócił oczami. – Potrafisz wyłuskać z czyiś słów to najbardziej negatywne znaczenie.
- Remusie, wiesz nie od dziś, że nasz Łapa jest przewrażliwiony na swoim punkcie. Dobieraj rozważniej słowa. – Potter wstał i pogroził Remusowi palcem. Obaj się zaśmiali. Syriusz tylko na nich spojrzał i pokręcił głową. NIE był przewrażliwiony na swoim punkcie i wiedział, że ma sporo wad, ale za przyjaciela miał się dobrego.
- Łapo, chodziło mi o to, że nie zaryzykowałeś, nie próbowałeś się buntować, nie odegrałeś żadnej brawury. Przystałeś potulnie na wszystkie warunki.
- Nie pozwolę na to, żeby Jules stała się krzywda. – powiedział Syriusz z wielką mocą w głosie. Chłopcy spojrzeli na niego. James położył mu rękę na ramieniu:
- My też nie.
   Remus uśmiechnął się i pokiwał głową, ale jego kiwanie głową było niczym w porównaniu z energicznym kiwaniem Petera, który chciał pokazać, jak bardzo jest zaangażowany w tą i każdą inną huncwocką sprawę.
- Glizdek głowa Ci odpadnie. – zażartował James, ale widząc że jego najlepszy przyjaciel zamiast coś dodać, patrzy skamieniały w przestrzeń, dodał. – Wszystko w porządku?
- Nie. Zapomniałem o jeszcze jednym szczególe. – odrzekł przez zaciśnięte zęby, po czym opowiedział chłopakom, jak przed wejściem do gabinetu dyrektora spotkali Jules oraz zacytował przebieg rozmowy. Miał nadzieję, że chłopcy zapałają taką samą wściekłością na pannę Durete i zaraz wspólnie pójdą wywiesić ją za nogi pod sufitem w Wielkiej Sali.
- Szlag mnie zaraz trafi. – powiedział Remus i wstał z łóżka. Teraz siedział już tylko Peter, który poczuł się z tym do tego stopnia niekomfortowo, że zsunął się z pościeli i przystanął, opierając się o jeden z filarów swojego baldachimu.
- Akurat po Tobie nie spodziewałem się takiego wybuchu, ale absolutnie nie jestem jego przeciwnikiem. Ja osobiście byłem bliski uduszenia Elinor.
- A ja jestem bliski uduszenia Ciebie.
- Co?
- Niebo!
- Wow, Remusie, nie ma to jak cięta riposta. – Rogacz wtrącił nieśmiało, bo też nie wiedział jeszcze o co przyjacielowi chodzi. On szybko jednak śpieszył wytłumaczyć.
- Czemu nic nie powiedziałeś Jules? Nie próbowałeś jej wytłumaczyć?
- Tekstem: To nie jest tak, jak myślisz. Taaak, z pewnością poprawiłoby to sytuację.
- Głupi nie jesteś, jakbyś schował dumę do kieszeni, to wymyśliłbyś rozwiązanie.
- Ale czy ja mam obowiązek się jej tłumaczyć? Z jakiej racji?
- Bo przyjąłeś ją do grona swoich przyjaciół, a teraz… - Remus w końcu stwierdził, że nerwy są bez sensu. – Zwyczajnie mi się wydaje, że nie zachowujesz się wobec niej fair. Wystawiasz ją dla Elinor… Nie przerywaj mi, wiem, że to nie tak było, ale z jej perspektywy najpierw tak wyglądało… Potem znowu się dystansujesz, a na koniec pozwalasz, by sobie pomyślała nie wiadomo co o sytuacji, której była świadkiem. Ona moim zdaniem zasługuje na znacznie więcej.
- To jej zaproponuj może związek otwarty. – walnął Black. Był wściekły na Remusa, że powiedział na głos to, o co sam po cichu miał do siebie pretensje. Czyli tak naprawdę – wściekły był na siebie.
- Syriuszu, przesadziłeś trochę. – powiedział James.
- Wiem. Przepraszam.
- Nie ma za co. – Lupin przysiadł na swoim kufrze. – Po prostu nie rozumiem Twojego zachowania. Jakbyś z jednej strony chciał się przyjaźnić z Jules, a z drugiej miał jakiś problem z tym, że dziewczyna tak się do Ciebie zbliżyła i zaskarbiła sympatię.
- Trafiłeś w sedno Luniaczki. – Potter założył ręce na piersi i spojrzał na Blacka.
- Dziękuję za tą wnikliwą psychoanalizę, ale ja nie mam żadnych problemów z przyjaźnieniem się z płcią przeciwną. – pstryknął palcami i zrobił triumfalną minę. – Widzieliście przecież sami, że zaprosiłem tu dzisiaj Willow.
- Tak, ale na własnych warunkach, które możesz ustalić, bo Willow jest w Ciebie zapatrzona, jak w obrazek. A nad Jules kontroli nie masz.
- Rozumiem przyjacielu, że to dla Ciebie trauma – dziewczyna, która nie mdleje, kiedy spojrzysz na nią Spojrzeniem nr 5, ale cóż – musisz się z tym pogodzić. – James położył dłoń na piersi, jakby okazywał Syriuszowi współczucie.
- A idźcie Wy. – Łapa na powrót położył się na swoim łóżku. – A w razie czego, Lożo Szyderców, pamiętajcie, żeby potwierdzić przed Willow moją wersję, że niby wykonywałem huncwocką tajną misję.
- Powiedziałeś jej coś takiego?
- Musiałem jakoś wytłumaczyć swój stan.
- Jaki stan? – zapytał Peter, bo nikt inny tego nie zrobił, Remus i James zrozumieli.
- Byłem cały mokry i miałem rozerwaną koszulkę. – odpowiedział Syriusz.
- Rozerwaną koszulkę? – powtórzył Rogacz. – To jest ten akt przemocy?
- Tak, próbując się ratować przed upadkiem naderwała ją, a potem w trakcie kłótni poprawiła.
- Tak dla ścisłości – Jules też widziała, że masz koszulkę w strzępach? – zapytał Remus.
- Trudno było nie zauważyć. I daruj sobie te znaczące westchnięcia. Wy lepiej skupcie się na tym, jak zemścić się na Elinor i zapewnić Jules bezpieczeństwo, mimo jej gróźb.
- Co do tego drugiego, to miałbym pewien pomysł. Może nawet dwa. – James przerzucał z ręki do ręki puste opakowanie po czekoladowej żabie. Gdy myślał, prawie zawsze musiał coś robić z rękami.
- Świetnie.
- No nie wiem, czy tak świetnie Syriuszu, raczej nie zostaniesz fanem żadnego z nich.
- Jakoś to przeżyję. Byle by były w huncwockim stylu. A zemsta?
- Zemsta najlepiej smakuje na zimno. – powiedział Rogacz i obaj z Syriuszem uśmiechnęli się złowrogo.
   Znaczyło to jedno: plan miał być wymyślony starannie, szczegółowo, a jego dopracowanie miało zająć trochę czasu. Przez to Syriusz miał być skazany na trwanie przez pewien okres w niezbyt komfortowej dla siebie sytuacji. Jednak pocieszał i motywował go fakt, że Elinor Durete dosatnie nauczkę, której ( o ile Huncwoci będę w formie – a zawsze są ) nigdy nie zapomni.



czwartek, 13 lipca 2017

21. ,,Jedni mówią, że świat zniszczy ogień, inni, że lód..." *

   W dormitorium Krukonek piątego roku panowała specyficzna atmosfera.
   W ten sposób można byłoby to opisać najprościej i najkrócej, ale byłaby to droga na skróty i pozostawiająca wiele do życzenia oraz mnóstwo niedopowiedzeń. Bo specyfika danej sytuacji zależała w znacznym stopniu od strony jej postrzegania oraz indywidualnych przyzwyczajeń. Dla osób z zewnątrz zachowanie mieszkańców tego dormitorium byłoby nie do pomyślenia i godziłoby w komfort psychiczny. Na samym początku faktycznie tak było również w przypadku samych opisywanych – w dziewczynach zebranych razem przez rok urodzenia i Tiarę Przydziału rodził się bunt na myśl tego jak będzie wyglądać ich wspólne funkcjonowanie. Jednak, jak głosi łacińska maksyma – ,,Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka”. Minął pierwszy rok, potem kilka miesięcy drugiego i dziewczyny nauczyły się egzystować ze sobą na ściśle określonych warunkach. Dla nich dziwność całego układu stała się codziennością.
   Oczywiście o żadnej dziwności nie byłoby mowy, gdyby nie obecność sióstr Durete. To one zainicjowały pojawienie się niewypowiedzianych, ale żelaznych zasad zachowania w dormitorium. Polegały one tak naprawdę na respektowaniu niewidzialnego mury między pannami Durete, a resztą świata. Ich współlokatorki nauczyły się, że ignorowanie dwóch brunetek i udawanie, że ich nie ma w pobliżu nie jest nietaktowne, ale wręcz pożądane. Nie znaczyło to o dziwo, że między nimi występował jakiś brak sympatii. W momentach, gdy Corinne i Elinor otwierały drzwi tego niewidzialnego muru ( klamka w tych drzwiach znajdowała się tylko i wyłącznie po ich stronie ) wszystkie pięć dziewczyn potrafiło się dogadać, dobrze się bawić w swoich towarzystwie i robić te wszystkie rzeczy, które grupa dziewczyn może i lubi razem robić. Jednak, gdy ,,czas integracji” mijał albo siostry decydowały, że wolą spędzić czas tylko we dwie – rozkład w pokoju się zmieniał i znów tworzyły się dwa nie-wrogie obozy.
   Wszystko to było związane z siłą charakteru Corinne i Elinor oraz ich niezważaniem na panujące w normalnych kontaktach ludzkich konwenanse. Oprócz tego znaczenie miała również aura pewności i siły roztaczana przez siostry. Za możliwość przebywania w ich obrębie, ich współlokatorki akceptowały dyktowane przez nich zasady, mniej lub bardziej świadome tego, że ,,przyjaźniące się” z nimi oblicza sióstr Durete mogą czasem odbiegać od prawdziwości. W końcu w myśl podejścia Corinne i Elinor do życia – nie należy palić za sobą mostów, bo nie wiadomo, co lub kto się może później przydać.
   Teraz z dwóch możliwych stanów pt.: ,,Dwie wyspy” i ,,Archipelag” panował w dormitorium ten pierwszy. Trzy dziewczyny rozmawiały ze sobą i oddawały się porannym przygotowaniom, podczas gdy Corinne bez słowa wstała, wzięła prysznic, ubrała się, a teraz nieśpiesznie pakowała do torby wszystkie swoje niezbędne rzeczy. Należały do nich między innymi, jak przystało na Krukonkę grube i stare książki, które dziewczyna sukcesywnie według opracowanego przez siebie systemu wypożyczała z biblioteki. Uważała wiedzę za wielką potęgę i to wiedzę w każdej postaci. Zaczynając od tej książkowej, na tej dotyczącej innych kończąc.
   Planując sobie dzisiejszy dzień cieszyła się po raz kolejny, że udało im się razem z Elinor ustalić reguły ,,pracy” w pokoju i że pozostałe dziewczyny bez słów czy nawet wyraźnych sygnałów rozpoznawały kiedy zaczepianie ich nie powinno mieć miejsca. Dzięki temu mogła ułożyć sobie cele na dzień dzisiejszy bez zbędnych pytań, na które i tak by nie odpowiedziała, jak np. ,,Gdzie jest Elinor?” lub ,,Czemu całą noc nie było jej w pokoju?”. Poza tym tak naprawdę sama tego nie wiedziała. Mogła się oczywiście domyślać i w trakcie tworzenia tych domyśleń stworzyć mnóstwo scenariuszy, ale bardzo tego nie lubiła. Spekulacje były dla niej tak samo śmieszne, jak zajęcia z wróżbiarstwa. Nigdy nie pojęła i nie żałowała, że zapewne nie będzie jej dane pojąć jak ludzie mogą wierzyć w przepowiednie i wróżby, a lekcje z tym związane traktować jak pełnoprawną sztukę magiczną.
   Pamiętała jak kiedyś w trakcie lekcji nauczycielka wyczytała z jej herbacianych fusów, że w niedługim czasie spotka chłopaka, który podbije jej serce, zmieni całe jej życie, a potem zostawi ze złamanym sercem. Corinne słysząc treść przepowiedni zaśmiała się na głos, co było tak dziwne w jej przypadku, że cała klasa spojrzała na nią zdziwiona. Za to pani profesor ukarała Ravenclaw za tą oznakę braku szacunku odjęciem 10 punktów. Co do samej przepowiedni… Według Corinne nie była ona nawet godna komentarza innego niż ten, że Królowa Śniegu sama będzie decydować kiedy, jak i dla kogo straci głowę. Bo w sam zryw serca jako taki nie wierzyła i twierdziła, że jej serce zostanie zdobyte dopiero, gdy jej umysł wyrazi na to zgodę.
   Jej kochana młodsza siostra, choć w fundamentalnych sprawach była praktycznie identyczna, w tych pobocznych często wyraźnie się różniła. Tak też było w przypadku miłości. Owo zdaniem Corinne mistyczne i istniejące tylko w teorii ( w romansidłach i czasopismach ) uczucie nie zaliczało się do kanonu rzeczy wartych uwagi i poświęcania ich ogromnego umysłowego potencjału. Natomiast Elinor widziała w tym jakiś dreszczyk, który ją uwodził. Miłość traktowała jak bastion do zdobycia, a narzędziami do jego przejęcia nie była siła ani przemoc, tylko spryt i mądrość. Obecnie dla Elinor bastionem do zdobycia był Syriusz, a wszystko to, co robiła w związku z nim – taktyką.
    Nocna spotkanie z Blackiem było milowym krokiem taktycznym na jej długiej i dość mozolnej do tej pory drodze. Corinne uważała, że z pewnością jej misja ( czego by nie dotyczyła ) zakończyła się sukcesem, skoro do tej pory Elinor nie wróciła. Ale takie stwierdzenia i myśli wchodziły już na drogę wspomnianych wyżej spekulacji, więc szybko je ukróciła.
   Wbrew temu co można byłoby sądzić na podstawie występujących zazwyczaj między siostrami przepływów informacji, Corinne nie znała żadnych szczegółów dotyczących planu Elinor, bo zwyczajnie ich poznać nie chciała. Wystarczyła jej wzmianka o tym, że cała rzecz dotyczy zdobywania panicza Blacka i tu z miejsca jej zainteresowanie się kończyło. Wynikało to trochę po części z podejścia dziewczyny do typowych mezaliansów relacji damsko-męskich, a po części z tego, że Corinne wyczuła pewną niechęć i ostrożność Elinor w opisywaniu całej sprawy. Skoro jej siostra z jakiś powodów uważała, że nie powinna wiedzieć zbyt dużo, przyjmowała to bez oporów i przechodziła nad tym do porządku dziennego. Była to kolejna niepisana zasada funkcjonująca tylko  między nimi – gdy jedna spojrzała na drugą w określony sposób wszelkie pytania musiały dobiec końca. Takim spojrzeniem właśnie dzień wcześniej Elinor zasugerowała, że o jej rozsławionym po szkole spotkaniu z Severusem Snapem na holu przed Wielką Salą Corinne musi wiedzieć tylko tyle, ile przyniosły jej zasłyszane rozmowy uczniów w szkole.
   Dziewczyna myśląc o tym westchnęła ciężko w duchu i wyszła z dormitorium nie żegnając się z koleżankami ( w  końcu po co, skoro zapewne zaraz zobaczą się znowu na śniadaniu albo na lekcjach ). Królowa Śniegu spodziewała się, że wszystko co robi i ukrywa przed nią młodsza siostra jest związane z Syriuszem Blackiem i kompletnie nie mogła tego pojąć. Nie znaczyło to, że samego chłopaka ma w pogardzie. Rozumiała jakie cechy wyglądu, charakteru i ogólnego sposobu bycia Łapy mogą robić wrażenie na dziewczynach. Faktycznie był bardzo przystojny, od stóp do głów nie znajdowało się miejsca opatrzonego jakimiś zastrzeżeniami. Oprócz tego zdolny, zabawny, pewny siebie i odważny chłopak potrafił się dobrze bawić oraz zainteresować swoją osobą. Jednak mimo tylu jawnych zalet dla Corinne ta interesująca osoba byłą zbyt głośna, dziecinna i… oczywista. Zgadza się, Corinne nie cierpiała zachowywać się typowo, a uganianie się za Blackiem właśnie takie by było.
   ,,Poza tym zaloty więcej niż jednej kobiety o nazwisku Durete to za wiele do wytrzymania, jak na jednego mężczyznę. Choćby nie wiadomo jak silnego psychicznie.” – pomyślała żartem i uśmiechnęła się do swoich myśli. A może bardziej do tego, co się w nich pojawiło jako następne.
   Przypomniała sobie, że właśnie dzięki Syriuszowi, a konkretnie jego niecelowemu zawróceniu w głowie jej siostrze zawdzięcza poznanie Remusa. Taką drogę odbyła – od Elinor do Syriusza i od Syriusza do Remusa. Była to oczywiście droga tylko metaforyczna, ale za to z jakim miłym finałem. Obserwując z Elinor Łapę nie mogła nie obserwować całej bandy Huncwotów, a gdy zaczęli częściej przewijać jej się pod nosem w oczy rzucił jej się panicz Lupin.
   Nie był to grom z jasnego nieba, ani nagły poryw serca. Ani tym bardziej motyle w brzuchu. Ale ją zainteresował. Inteligentny, to po pierwsze, po drugie sprawiający słuszne wrażenie najdojrzalszego ze swoich przyjaciół i bardzo dojrzałego na tle ogółu. Poza tym cichy, kiedy już się odzywał nigdy nie było to bezsensowne marnowanie śliny. I te oczy… Nie, Corinne wcale nie miała tu na myśli żadnego fizycznego banału. Oczywiście Remus był atrakcyjny, ale nie o tym myślała dziewczyna przywołując obraz jego spojrzenia. Było ono trochę smutne, ale przede wszystkim bardzo interesujące. Miała pewność, że skrywa jakąś wielką tajemnicę, którą bardzo chciała poznać.
   Gdy ogólny i szczegółowy rozrachunek wypadł na wielką korzyść Remusa, nie czekała długo. Ich znajomość za sprawę jej bezpośredniości i jego braku na jej ,,ataki” przygotowania szybko się rozwijała. I dopóki wydawała się mieć tylko jeden przyjacielski wymiar, Lunatyk nie oponował. Oszczędny w słowach, uczuciach i wszystkim ogółem styl bycia dziewczyny nie przytłaczał go i może dlatego nie zauważył, że od dwojga nieznajomych niemal momentalnie zmienili się w często widujących się bliższych znajomych. I gdyby Corinne dalej szła tym torem to może teraz sytuacja wyglądałaby inaczej, ale ona się pośpieszyła. Pierwszy raz w życiu zrobiła coś spontanicznie i przekonała się praktycznie od razu, że absolutnie nie warto.
   Podczas spaceru po błoniach w którąś niedzielę pocałowała go. I przez jedną krótką chwilę on odwzajemnił jej pocałunek. A potem… Tragedia. Kiedy odsunął się od niej wyrecytował, jakby miał to od dawna przygotowane i rozpisane, przemówienie oświadczające, że on nie umawia się na randki i nie angażuje się w żadne związki, a skoro Corinne taką nadzieję wiązała z ich znajomością to powinni przestać się widywać. Nie patrzył na nią, gdy to mówił i odniosła wrażenie, że się czegoś wstydzi, ale pytanie o to nie byłoby w jej stylu. Dostrzegła po prostu coś, czego wcześniej nie widziała – Remus uważał się za wadliwego. Nie podobało jej się to, ale uważała się za zdolną, by to zmienić. Nie spodziewała się tylko, że Lunatyk faktycznie jednym cięciem będzie próbował się od niej odizolować i zacznie jej odmawiać nawet krótkich rozmów na przerwach.
   Nie była nachalna. Przeanalizowała sytuację i doszła do wniosku, że on musi ich pocałunek i nową sytuację zwyczajnie przetrawić. Dopiero po tym, jak pewien okres czasu minął, a był przeplatany przelotnymi i naturalnymi spotkaniami w codziennym, szkolnym życiu – zaatakowała znowu. Wybrała wtedy starannie moment. Wiedziała, że Lupin powinien być sam, by ich rozmowy nic nie krępowało i wiedziała, że na samej rozmowie skończyć się nie może.
   Całując go po raz drugi wiedziała i dosłownie czuła, że jego opór zelżał. Remus nie uciekł i pozwolił się całować, nie pozostając w tym pocałunku biernym. Wybiła w ten sposób dziurkę w jego tamie, ale nie mogła pozwolić, by zerwać ją całą drastycznie z korzeniami. Stopniowo chciała się dostać na drugą stronę zapory, dlatego każdy krok musiał być przemyślany.
   Dziś miała zamiar wykonać następny. Natchniona determinacją siostry ustaliła sobie z rana Remusa Lupina za Cel nr 1 dzisiejszego dnia.

* *

   James był wściekły.
   Miał za sobą noc pełną czegoś, czego nienawidził – siedzenia i czekania. Od kiedy Łapa wyszedł, on zamieniał się w jednego wielkiego Siedzacza Czekającego, co skutkowało wyjątkowym rozdrażnieniem. Stracił rachubę ile razy wstawał, nakładał buty albo koszulę, by iść na przystań i na własne oczy przekonać się co się tam dzieje.
- Nie masz peleryny, ktoś Cię zauważy.
- Narobisz Łapie problemów.
- Ciekawe, gdzie nasza drużyna znajdzie szukającego, kiedy Ty dostaniesz szlaban na treningi.
   Tylko i wyłącznie takie i tym podobne teksty Lunatyka trzymały Rogacza w ryzach. Poza tym, patrząc na Mapę widział, że Syriusz jest sam na sam z Elinor i nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. A przynajmniej nie takie, do którego zwalczania potrzebował jego pomocy. Nie wiedział jednak co tak długo jego najlepszy przyjaciel może robić ze Smoczycą. Kiedy zapytał o to retorycznie na głos Remus zrobił kwaśną minę, co było jasną sugestią – coś co powinien robić z jakąś o wiele fajniejszą dziewczyną taką, jak Jules. Lupin od początku parował ich ze sobą i choć nie powiedział tego nigdy wprost to przy chłopakach pozwalał sobie czasem na jakieś nawiązujące do tego żarty. Syriusz nie brał ich w ogóle pod refleksję, James podobnie. Tak samo odrzucił z miejsca myśl, że Łapa mógłby się zadać z kimś kogo powinno się określić mianem worka z łajnem. Należałoby tu zaznaczyć, że do tej kategorii spadał każdy, kto nazywał Lily Evans Wiadomo-Jak.
   Praktycznie bezsenna dla niego, a przez to częściowo też dla pozostałych Huncwotów noc minęła w końcu. A Syriusz nie wrócił. Jednak teraz James miał możliwość ruchu w tej kwestii, więc gdy wybiła godzina stanowiąca poranną klamrę ciszy nocnej stał już ubrany i gotowy do wyjścia. Remus wiązał buty, a Peter starał się otworzyć oczy na tyle szeroko i na tyle długo, by zawiązać sobie krawat. W końcu dla przyśpieszenia wymarszu z dormitorium Potter doprowadził jego krawat do stanu ,,zawęzłowanego” i wszyscy mogli ruszyć na spotkanie z Huncwotem nieobecnym. Wtedy James był powiedzmy mocno zirytowany. Wściekłość nastąpiła później, a konkretniej kilkanaście sekund po tym jak przeszli przez dziurę za portretem. Tam czekała na nich McGonagall.
   Okazało się, że Peter zostawił u niej fragment jednej z ich magicznych zabawek, która najwyraźniej musiała mu wypaść z kieszeni – mimo wielokrotnych próśb i zaleceń przyjaciół, by na akcje miał zarezerwowaną kurtkę, w której nie będzie chodził w innych sytuacjach, a która z ewentualnymi dowodami będzie leżeć u niego na dnie szafy. W taki oto sposób Huncwoci ,,przyznali się” do dowcipu, za który nie dostali kary, bo nie było na ich związek sprawą żadnych dowodów. Aż do teraz. I aż do teraz James był tylko zirytowany. Gdy Gonagall oznajmiła im, że mają dodatkowy szlaban i to akurat w trakcie treningu, stan Rogacza wyewoluował do mocno wkurzonego. Jednak to nie był koniec przyjemności.
   Opiekunkę domu bardzo zainteresowała nieobecność panicza Blacka w towarzystwie kolegów, a od zainteresowania do stwierdzenia, że owego Huncwota nie ma w Wieży i w związku z tym trzeba go znaleźć i przyłapać na tym, co robi ( bo, że robi coś zasługującego na przyłapanie profesor McGonagall uważała za oczywiste ) długiej drogi nie było.
   Gdy kobieta już miała udać się na poszukiwania, po niepodejmowaniu nawet prób przesłuchania chłopców – szybciej by sobie języki odgryźli niż wydali przyjaciela – Potter walnął Glizdka otwartą ręką w tył głowy. Tak na wszelki wypadek, żeby Peter nie miał wątpliwości, że to wszystko jest jego wina.
- Au! Przestań. Przecież nie wpadnie na to, żeby szukać na przystani. – zawołał Glizdogon, który chyba dopiero po uderzeniu Rogacza się obudził, ale nie można powiedzieć, że oprzytomniał. Bo choć Gonagall była już na oddalającej się części schodów doskonale słyszała słowa Petera, które nie zostały bynajmniej wyszeptane.
   I to był ten moment, w którym James się wściekł.
- Przepraszam… - wyjąkał niepewnie Glizdogon. W tym momencie nawet dobra dusza Huncwotów, czyli Lunatyk nie śpieszyła z tym, żeby go bronić. James jednak, na szczęście dla Petera, zamiast się zastanawiać jak go udusić, wrzucił na tapetę pytanie: Jak pomóc Łapie?
   Zastanawiał się czy go ostrzec. Zdążyłby na pewno ze znalezieniem Lusterka Dwukierunkowego zanim Gonagall zejdzie do przystani. Ale co jeśli Elinor zauważy ich gadżet. Co by powiedział Syriusz stojąc przed dylematem, czy ryzykować zdemaskowanie jednej z huncwockich tajemnic za cenę uniknięcia kary.
   ,,To tylko szlaban.” – niemal słyszał, jak Łapa mówi to z beztroskim uśmiechem na ustach. W takim przypadku pozostawalo  mu tylko zacisnąć zęby i nie robić nic. Czyli po beznadziejnej nocy musiał przełknąć beznadziejny poranek.
- Dobra. – powiedział w końcu. – Chodźmy na śniadanie, bo jak nie zjem zaraz rogalika z dżemem to zapiszę ten dzień kompletnie na straty.
- Ty to tym rogalikom oddzielny stół byś zrobił, na którym stałyby za pancerną szybą. – zaśmiał się Remus, widząc starania przyjaciela, by nie wybuchnąć. Jeśli chodzi o jakąkolwiek słabość do jedzenia w rodzinie huncwockiej na to monopol miał Peter. Jednak gdy w grę wchodziły rogaliki z dżemem wiśniowym… Rogacz wymiękał. Wytłumaczył przyjaciołom kiedyś, że jego babcia zawsze częstowała go takimi, kiedy jako dziecko bawił się u niej w ogródku. Miłe wspomnienia skutecznie sprawiły, że ciepłe, słodkie pieczywo z owocowym nadzieniem zostało podniesione w oczach Jamesa do rangi boskiej ambrozji.
- Też bym w sumie coś zjadł.
- Ty Glizdek lepiej uważaj, bo jeśli nie ja to może Łapa będzie chciał Ci czegoś ,,pouczającego” do jedzonka dorzucić.
- Oczywiście w granicach przyzwoitości i odwracalności, Rogaczu?
- Jak najbardziej Luniaczku. Ale powiedz, nie chciałbyś zobaczyć czy Peterowi nie byłoby do twarzy z dużym fioletowym językiem lub zielonymi uszami słonia?
- Chłopaki, no co Wy…
- A Ty co? Przez Ciebie mamy szlaban, a Syriusz pewnie podwójny zarobi. W zależności od tego w jak dwuznacznej sytuacji Gonagall go przyłapie…
- Czyli jednak uważasz, że Łapa mógłby ulec Elinor?
- Nie Remusie, ale uważam, że ona potrafi organizować dwuznaczne sytuacje. – powiedział Potter śmiechem starając się ukryć, że martwi się o przyjaciela. Spojrzał na Petera. – Ojeju, Glizdek nie dąsaj się. Wiesz przecież, że Huncwoci przeciwko sobie swojej artylerii nie wytaczają.
- On ostatnio delikatny jak dziewczyna się zrobił i strasznie obrażalski.
- To pewnie od czekania.
- Na co?
- Na zwierzęcą imprezę wspierającą Twój futerkowy problem.
- Bardzo zabawne. – Remus rozejrzał się, by się upewnić, że nikt ich nie słyszy. – Zamiast myśleć o włóczeniu się po błoniach nocą, może byście choć skrawek swojej uwagi poświecili egzaminom?
- Zdam je rewelacyjnie. A potem łyknę eliksir wielosokowy i napiszę za Glizdogona. – zażartował James, ale Glizdek dowcipu nie załapał.
- Naprawdę? – Peter prawie zaczepił się o własne nogi z wrażenia.
- Peter, zastanów się przez chwilę. Przecież piszemy egzaminy w tym samym momencie, jak sobie wyobrażasz taki wybieg. Nie wspominając, że przed testami i w ich trakcie jesteśmy nieustannie monitorowani na każdą ewentualność ściągania.
- Luniaczek ma rację, musisz wziąć się do roboty.
- Nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym Ty będzie zaganiał kogoś do nauki.
- Po prostu się martwię, że jak on nie zda dokwaterują nam kogoś do dormitorium i będziemy musieli zmieniać napis tytułowy na Mapie. Choć może ktoś inny zgodzi się być Glizdogonem. Wtedy trzeba by tylko użyc Obliviate…
- Bardzo zabawne. – Peter nie był przyzwyczajony do takich żartów, które nawiasem mówiąc bardzo Remusowi i Jamesowi, a zwłaszcza Jamsowi natroje poprawiły. Zazwyczaj, gdy był obiektem naigrywania się to w sposób, który bawił również jego. No ale cóż, Huncwot musiał być wytrzymały psychicznie, a ten konkretny gapowaty Huncwot musiał ponieść jakąkolwiek karę za kłopoty, w które ich wpędził. Bo chłopcy kochali wpadać w tarapaty, ale nigdy nie z takiej głupoty.
- Czyli co, do następnego meczu będziemy grzeczni? – zapytał Lunatyk, kiedy przemierzali kolejne kondygnacje, by dostać się do miejsce, gdzie napełnią swoje burczące brzuchy.
- Dlaczego? Czekaj, chcesz powiedzieć, że wyczerpaliśmy limit? – Rogacz widząc jak Remus kiwa głową, prawie zrobił usta w podkówkę. Zaczął liczyć. – Dzisiaj zarobiliśmy jeden, ale Syriusz może dwa, a że potrzebuję głównego składu do meczu ze Ślizgonami… No okej to dwa, oprócz tego ten za wybuch w lochach, za tańczącą zastawę stołową na kolacji, za dziurawe kociołki na eliksirach…
- Za latanie na miotle wokół wieży zamkowych, za przestawienie korytarzowych zbroi, za przylepienie Ślizgonów do drzwi łazienkowych i za zabranie z lekcji Opieki nad Magicznymi Stworzeniami…
- Ha, pamiętam. To było dobre. Ale według moich rachunków to dziewięć, a nie dziesięć.
- Zgadza się, ale sam ustaliłeś, że przed meczem ze Slytherinem występuje najwyższy, czerwony priorytet.
- Wręcz szkarłatny. – wtrącił z uśmiechem James, nawiązując do rozmowy o rozbieżności postrzegania kolorów w zależności od płci, którą niedawno odbyli. Była ona natchniona komentarzem Lily, że James nie zna innych określeń i barw poza ,,rudym”, gdy przez jeden dzień nazywał ją epitetami zawierającymi to słowo, jak np. ,,Ruda Przekora” czy ,,Ruda Negacja”.
- No tak, zapomniałem, że się z Łapą nowych nazw odcieni nauczyliście. W każdym razie w myśl tego priorytetu powinieneś zostawić sobie ten szansę na dostanie dziesiątego szlabanu na wyjątkową okazję.
- Głupota. W ogóle co za matoły wymyśliły te zasady? – powiedział Rogacz analizując, że dziesięć szlabanów w miesiącu to bardzo ograniczająca kreatywność granica.
- Ty i Syriusz.
- A, w takim razie cofam co powiedziałem. My nie jesteśmy matołami.
- Z tego co wiem, zdania w tej kwestii są podzielone. – powiedział damski głos, a zza rogu korytarza, w stronę którego szli wyszła autorka tych słów.
   Chłopcy się zatrzymali. Normalnie to James by coś odpowiedział, ale widząc minę Remusa stwierdził, że to nie jest jego teren. Poza tym patrząc na dziewczynę przypominał sobie jej siostrę, co skutecznie odstręczało mu ochotę odzywania się do niej choćby słowem.
- To my poczekamy w Wielkiej Sali. Rozumiesz Luniaczku – rogaliki.
   I po tych słowach odeszli razem z Peterem. Nie było to absolutnie wystawienie przyjaciela. Gdyby Lupin nie życzył sobie zostawania sam na sam z dziewczyną zwyczajnie, by się z nią pożegnał i poszedł za przyjaciółmi, o czym Rogacz doskonale wiedział. Jednak skoro Remus tego nie zrobił… Chyba miał o czym rozmawiać z Corinne Durete.
- Kto zacznie rozmowę? – zapytała i podeszła bliżej Remusa.
- Jeśli tradycyjnie chcesz uniknąć zwrotów grzecznościowych, to chyba osoba, która ma jakąś konkretną sprawę i która w związku z tym zainicjowała spotkanie.
- Zaczepny jesteś. Ale też ostrożny. Nie martw się – nie będę się więcej na Ciebie rzucać.
- Czyżby? Odpuściłaś? – zapytał Lupin i zdał sobie sprawę, że na myśl o tym poczuł drobne ukłucie żalu.
- Nie. Po prostu następnym razem to Ty mnie pocałujesz. Do trzech razy sztuka. – żadnego uśmiechu, wszystko to, co emocjonalne i co chciała mu przekazać kryło się w jej oczach. Patrzyła na niego i z lekkim opóźnieniem zdała sobie z czegoś sprawę. – Nie protestujesz?
- Nie marnuję bezsensownie energii tak, jak Ty kiedy nie mówisz ,,Do widzenia”, bo przecież to taaakie oczywiste, że znowu zobaczysz danego nauczyciela. – uśmiechnął się delikatnie. Dobrze to Corinne wróżyło.
- Powiem wszystkim jedno, wielkie ,,Do widzenia” kiedy będziemy kończyć szkołę. A wracając do tematu – brak protestów mogę uznać za brak obiekcji, by zacząć się ze mną znowu spotykać.
- Corinne, spotykać się możemy, tylko pod warunkiem, że nic z tego nie wyniknie.
- A co ma wyniknąć?
- Wspominałaś coś przed chwilą o całowaniu.
- Zgadza się.
- A ja nie zamierzam mieć dziewczyny.
- Co ma jedno z drugim wspólnego? – zapytała i przekręciła głowę, wydawać by się mogło autentycznie zdezorientowana.
- Żartujesz sobie ze mnie? – zapytał i oparł się ramieniem o ścianę, czując, że ta rozmowa trochę im się przedłuży.
- Absolutnie. Próbuję Cię wyrwać z ciasnych ram obyczajowych. – Corinne się uśmiechnęła widząc minę Remusa. – Zareagowałeś jakbyś usłyszał o piciu sfermentowanego soku z dyni.
- Nie za bardzo wiem do czego zmierzasz.
- Ja nie szukam chłopaka. Ani narzeczonego. Ani tym bardziej męża. Za to szukam inteligentnego i bardzo interesującego chłopaka, z którym mogłabym się widywać i który zapewniłby mi trochę czułości.
- Ty mi proponujesz związek otwarty? – Remus to powiedział, zanim jego umysł porządnie całość przetrawił. Po przetrawieniu nie przedstawiało to się jednak lepiej.
- Nie do końca. W końcu Ciebie nie interesują związki, a mnie inni chłopcy, więc dzięki temu możemy mieć pewność, że osób trzecich w tym układzie nie będzie. A oboje możemy mieć z tego korzyści. I masz moje słowo – bez żadnych zobowiązań i robienia sobie nadziei.
   Remus oniemiał. Nie był ograniczony umysłowo i sposób patrzenia na świat też miał szeroki, ale to, z czym wyskoczyła Corinne… Chciało mu się na zmianę śmiać, uciekać i poznać bliżej drogi, jakimi chodzą myśli autorki tak dziwnego pomysłu. Nigdy by się nie spodziewał, że to on dostanie od dziewczyny taką propozycję. Gdyby Syriuszowi jedna z jego fanek zaproponowała taki układ, byle go nie ograniczać, ale po części trochę mieć. Ale nie. To najspokojniejszy z Huncwotów stał przed dziewczyną, tak pewną swego, że praktycznie już planującą ich następny spacer po błoniach i miał właśnie się zgodzić, tak właśnie, zgodzić na coś niesamowicie dziwnego.
   Huncwoci tak jakoś mieli, że normalne historie, propozycje i dziewczyny zdawały się płynąć nurtem kompletnie odizolowanym od nurtu ich życia. A na potwierdzenie tego, gdy dwaj Huncwoci jedli śniadanie ( jeden wszystko po kolei, a drugi skrupulatnie wybierając z najbliższych tacek rogaliki z wiśniami ), trzeci wplątywał się niewiążący związek, ten ostatni był w zupełnie innej części zamku, idąc korytarzem, na którego końcu znajdowało się wejście do gabinetu dyrektora.

**

   Profesor McGonagall nie odezwała się ani słowem od wyjścia z przystani. Usta miała zaciśnięte do granic możliwości. Powstrzymywała się w ten sposób od dalszego krzyczenia na dwoje prowadzonych przez siebie uczniów. Po tylu latach w szkole uczniowie dalej swoimi wybrykami potrafili przekraczać granice tam, gdzie wydawać by się mogło nie można już było ich przekroczyć. Właśnie w takiej sytuacji, która teraz zaistniała, uważała, że bez interwencji dyrektora się nie obejdzie. Szła szybkim krokiem przed dwojgiem skazańców, nie odwróciwszy się ani razu, by sprawdzić czy za nią idą.
   Z resztą było to całkowicie niezasadne. Słyszała każdy krok Syriusza i Elinor. Każdy plaskający krok i wiedziała, że zostawiają za sobą ścieżkę malutkich kałuży. I on i ona byli cali mokrzy. W takim stanie znalazła ich na przystani i z emocji nawet nie pomyślała, podobnie jak oni, żeby trochę osuszyć ubrania, z których strużkami ciekła woda. Chłopak i dziewczyna zachłyśnięci, ale nie wodą, tylko emocjami nawet nie zwrócili uwagi na zimno, które zaczęło zamrażać im włosy i ubrania w trakcie podróży z przystani do zamku.
   Syriusza grzała złość. Kiedy pomyślał o nocy, którą miał za sobą ( mimo, że Rogacz na bank uznałby swoją za gorszą, bo przecież nudną ) miał ochotę palnąć w Elinor jakąś klątwą. I byłby to zrobił, gdyby Gonagall nie zabrała im różdżek. To, co się działo po tym jak się zgodził , cała ta rozmowa, w końcu przewrócenie się łódki… Szlag go trafiał, gdy tylko o tym pomyślał. I gdyby szedł teraz cały mokry z James, Remusem albo Peterem. Cała sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie tylko dla niego, ale i dla McGongall. Bo z jej perspektywy sytuacja była jasna – przyłapała uczniów na całonocnej schadzce. A jego zaprzeczeniom, co do takiego stanu rzeczy nie pomagały uśmieszki Elinor ani jego podarta przez całą długość torsu koszulka.
   Gdy doszli do posągu przed drzwiami gabinetu Dumbledore’a, Gonagall wypowiedziała hasło, a czekając na otwarcie przejścia, jej rozsznurowane usta powiedziały po raz kolejny.
- Cała noc w łódce na jeziorze, butelki po piwie kremowym… To po prostu karygodne. – powiedziała, dopiero na ostatnie cztery słowa odwracając się do uczniów. A gdy się odwróciła i spojrzała na koniec korytarza dodała. – Panno Justice, co pani tutaj robi?
   Łapa w pierwszej chwili miał nadzieję, że się przesłyszał. Niestety gdy się odwrócił zobaczył stojącą paręnaście metrów dalej Jules. Nie było mowy, żeby nie słyszała słów Gonagall.
- Ja… - odchrząknęła i zebrała szybko myśli. – Profesor Slughorn prosił, żebym natychmiast to pani przekazała. – ruszyła w ich stronę z wyciągniętym przed sobą rulonikiem pergaminu. Syriusz przez cały ten czas patrzył na nią intensywnie, próbując złapać z przyjaciółką kontakt wzrokowy. Jednak bezskutecznie.
- Dziękuję bardzo. – powiedziała Gongall, biorąc zawiniątko. – Możesz wracać na lekcje.
- Proszę bardzo. Do widzenia. – Jules chciała odejść, ale Syriusz złapał ją za nadgarstek i zmusił żeby na niego spojrzała. Tylko co on mógł jej teraz powiedzieć, jak wytłumaczyć całą sytuację. Poza tym czemu miałby się jej tłumaczyć, czemu fakt, że wysnuje błędne wnioski wydał mu się tak przerażający. W czasie, gdy te myśli szybko przemknęły mu przez głowę, jego uścisk zelżał. Jules tylko spojrzała z uniesioną brwią na jego klatkę piersiową, wystającą spod porwanej koszulki, potem na niego i zabrała rękę. Trwało to najwyżej parę sekund, ale tyle czasu wystarczyło Elinor, by zdecydowała się odezwać.
- Powiedz proszę Jules, jak możesz oczywiście, profesorowi Slughornowi, że nie będzie mnie dziś na zajęciach. Kiedy odbiorę zasłużoną karę, za niemoralne zachowanie, będę się jeszcze musiała odświeżyć po nocy, a trochę to może zająć. – powiedziała i spojrzała wymownie na Syriusza.
   On wytrzeszczył oczy. Chrzanić różdżkę, przecież może ją udusić.
   Natomiast Jules odwróciła się do nich znowu z uśmiechem na twarzy.
- Żaden problem. Usprawiedliwię Cię też, jakbyś spóźniła się na zielarstwo. I powiem siostrze, żeby się o Ciebie nie martwiła. – powiedziała to spokojnie i bez jadu. Prawdziwa klasa i opanowanie. – Jeszcze raz do widzenia pani profesor, do zobaczenia Elinor i cześć Syriuszu. – po czym odwróciła się i odeszła.
   Syriusz był pełen podziwu jej postawy, ale zbyt mądry by sądzić, że wszystko jest w porządku. Teraz jednak, zaganiany przez Gonagall do gabinetu dyrektora postanowił czerpać radość z wściekłości Elinor, spowodowanej nieudaną próbą prowokacji.
   Oraz postarać się przekonać dyrektora, że nie był wcale na randce z Durete, tylko, że próbował ją utopić w jeziorze. Obie sytuacje cechowały się podobnym prawdopodobieństwem, drugie nawet już większym, więc jeśli miał oberwać za dopowiedziany i nieprawdziwy scenariusz dzisiejszej nocy, to chciał, by była to wersja, której wizualizacja sprawi mu przyjemność.



* fragment wiersza Roberta Frosta pt.:,,Ogień i Lód"