czwartek, 22 lutego 2018

29. Pryzmaty

Zaczął się normalny dzień w normalnej szkole. Oczywiście normalność w pierwszym w drugim przypadku było wyjątkowo dużym nadużyciem. Echo wybuchu w lochach dalej rozbrzmiewało po korytarzach, a w ścianach jeszcze nie do końca wycichły wibracje. Jego głównym źródłem był teraz gabinet dyrektora, który musiał odtajać po długiej burzy wywołanej przez rodziców ,,niewinnych ofiar prowokacji". Tak, rodzice Ślizgonów mieli niezwykły talent do postrzegania rzeczywistości pod szczególnie wykręconymi kątami.
Prym wiedli w tej kwestii oczywiście państwo Black, zarówno jeśli chodziło o bronienie syna, jak i reprezentowanie w zakrzykiwaniu dyrektora pozostałych gości przybyłych do szkoły. Biedny profesor Dumbledore miał po tej nocy ogromny ból głowy i średnie poczucie satysfakcji. Wynikało to z istniejących na świecie i nie będących do przeskoczenia pewnych zasad, narzuconych hierarchii i zobowiązań. W każdym razie, choć wynik porozumienia mógł być dla dyrektora nie do końca satysfakcjonujący, to nie mógł sobie zarzucić tego, że nie bronił tych, których sumienie kazało mu bronić, czyli oczywiście Gryfonów. Robił to w niektórych momentach, gdy pani Black grała już prawdziwe koncerty na jego nerwach, w sposób nieprzystający jego powadze. Wtedy odpowiednio szybko i dyskretnie profesor McGonagall upominała przyjaciela, mimo iż jej cierpliwość również była wystawiana na wielką próbę. Miała jednak sposób na uspokojenie się, nieświadomie taki sam, jak profesor Dumbledore.
Dyrektor i wicedyrektor Hogwartu w chwilach bliskich wrzenia przypominali sobie scenę, która miała miejsce, gdy ta irytująca delegacja przybyła do szkoły. Dwie charakterne, dzielne, wygadane dziewczyny, które w inteligentny sposób broniły prawdziwych i , nie było co bać się tego określenia - właściwych wartości. Tak, ten obraz potrafił zalać miodem gotujący się wulkan.
Istniało wysokie prawdopodobieństwo, że szkole będzie grozić jeszcze jedna erupcja, gdy na jaw wyjdzie wynik rozmów prowadzonych przez pół nocy w gabinecie dyrektora. Można by wyjść z założenia, że poruszone zostaną kwestie tylko zbrodni i kary uczniów, ale w obecnych czasach nawet coś tak ,,błahego” jak międzydomowe porachunki i dowcipy rzucało cień obecnej sytuacji społeczno-politycznej. Nie chodziło już tylko kto ma rację na gruncie szkolnym, w grę wchodziły też ogólnie wyznawane zasady, poglądy według, których się żyło i – niestety – wpływy lub ich brak, które wynikały z pozycji obejmowanej w tej pajęczynie dziwnych połączeń. Innymi słowy, usunięcie ze szkoły ucznia uprawiającego czarną magię ( a raczej ,, próbującego swoich umiejętności w różnych dziedzinach celem ich udoskonalenia”, jak nazwała to pani Black ), który miał wpływową rodzinę stojącą po stronie, która może nie tyle była tą właściwą i silniejszą, ale na pewno straszniejszą było praktycznie niemożliwe. Oczywiście straszność nie stanowiła problemu dla profesora Dumbledore’a, dla niego wręcz w nie istniała. Straszność, nie zagrożenie, bo była to znaczna różnica. Jednak Minister Magii, do którego w obronie swoich dzieci byli gotowi uderzyć rodzice, widział w nich przedstawicieli tej grupy czarodziei, która w jego mniemaniu mogła kiedyś przejąć rządy, a nie widząc w nim sojusznika – pozbawiłaby go stołka.
Ten świat niestety nie był idealny i to był tego dowód. Nie liczyło się to co słuszne, ale to, co bardziej korzystne i nie wybierało się między dobrem a złem, ale dobrem i łatwością oraz wygodą.
Do takich konkluzji doprowadziło dyrektora spotkanie z Państwem Black i spółką. Jednak byli tacy, którzy analizowali to od zupełnie innej strony, pod dość prozaicznym i zabawnym kątem.




- Willow, oddychaj. – powiedziała Lily zbierając swoje rzeczy do torby i patrząc na przyjaciółkę, która siedziała na kufrze z podwiniętymi nogami, obejmując je ramionami. Panna Evans, która nie należała do plotkar, ale czuła potrzebę i jakiś obowiązek podzielenia się zajściem z poprzedniego wieczoru z panną Penn, poczekała, aż reszta współlokatorek wyjdzie na śniadanie i rozpoczęła opowieść o spotkaniu z państwem Black.
- Naprawdę tak powiedziała? Czy sparafrazowałaś jej słowa? – Willow niemal wyszeptała to pytanie, bo głos jej ochrypł z emocji.
- Powtórzyłam Ci kropka w kropkę to, o powiedziała. Uwierz mi, że głęboko zaryła mi się w pamięć swoim zachowaniem i głoszonymi tezami.
-Niewiarygodne. Rozumiem, znaczy może nie rozumiem, ale mniej się dziwię, kiedy z podobnym zachowaniem wyskakują Ślizgoni, ale dorośli ludzie… - panna Penn, słodka i niewinna była wyraźnie w szoku.
- Kochana, Ci Ślizgoni to dzieci tych dorosłych, o których mówimy i właśnie od nich biorą swoją filozofię życiową.
- W sumie masz rację. Ale w dalszym ciągu trudno mi sobie wyobrazić, że tak do Ciebie powiedzieli… Znaczy, musiało Ci być przykro. – Willow popatrzyła na przyjaciółkę w sposób mający dodawać otuchy.
- Bardziej byłam zdziwiona. Zakładałam, że dojrzałość w przypadku Ślizgonów objawia się tym, że z wiekiem zachowują dla siebie to, co myślą i nabierają na tyle ogłady by tylko patrzeć na mnie z pogardą. Cóż, wczorajszy wieczór to zweryfikował. – Lily była już gotowa do wyjścia. Willow widząc to, podniosła z ziemi swoją torbę i niemrawo ruszyła do drzwi. Panna Evans zaczęła się zastanawiać czy dobrze zrobiła opowiadając swojej wrażliwej przyjaciółce o tym burzliwym spotkaniu. Zdecydowała się na rozładowanie atmosfery w sposób, który był w przypadku Willow zawsze niezawodny.
- Już się tak nie martw. Nawet jeśli przez poglądy przyszłej teściowej się z nią nie dogadasz, to nie będziesz pierwszą w historii kobietą, która ma na pieńku z mamą ukochanego. – powiedziała Lily uśmiechając się chytrze półgębkiem.
            Willow oblała się rumieńcem, kiedy zdała sobie sprawę, że Lily nawiązuje do Syriusza, ale wybieg Rudej zakończył się sukcesem, bo oprócz tego panna Penn się uśmiechnęła.
- Nie uważasz, że to dość porażające, jak bardzo Syriusz różni się poglądami i praktycznie wszystkim od swojej rodziny? Znaczy to było wiadome już od momentu, w którym trafił do Gryffindoru, ale teraz na tle wczorajszych wydarzeń jest jeszcze bardziej uderzające.
- No nie wiem, czy tak wszystkim wszystkim. Dostrzegłam podobne zadufanie oraz butę… - zaczęła mówić Lily, ale bardziej z przekory niż przekonania. Urwała jednak widząc minę Willow, dla której od dziś porównanie do pani Black miałoby jedną z największych obelg. – Spokojnie Willow. Powiem Ci tak szczerze, choć niechętnie, że trochę inaczej i bardziej wyrozumiale będę chyba od dziś patrzeć na Syriusza…
- Ej! Dlaczego? – rozległo się oburzonym męskim głosem.
            Dziewczyny zdążyły zejść po schodach do Pokoju Wspólnego, a tam traf chciał, że wpadły akurat na idących na śniadanie Huncwotów. Jeden z ich przywódców był wyraźnie oburzony tym, co usłyszał z ust panny Evans. I nietrudno było sobie wyobrazić który.
- Mogę wiedzieć, jak Łapa zdołał tak zyskać w Twoich oczach Evans? – zapytał James stając tak, aby uniemożliwić dziewczynom minięcie ich, po uprzednim rzuceniu jakiejś wymijającej odpowiedzi.
- Dzień dobry James. – powiedziała Lily zamiast odpowiedzieć na pytanie. – Dzień dobry chłopcy.
- No Rogaczu, widzę postęp, dostałeś prywatne ,,dzień dobry”. – zażartował sobie Syriusz i skinął dziewczynom głową z uśmiechem. Willow odpowiedziała braci Huncwockiej spokojnym, ale już mniej speszonym ,,Cześć”. Nabrała nawet na tyle pewności siebie, po ostatniej współpracy z chłopakami, że spojrzała na Syriusza nie tylko z sympatią, ale też dozą współczucia. Chłopak, mimo iż przebierał delikatnie, lecz zauważalnie z nogi na nogę z niecierpliwości, zmysł obserwacji miał nadal wyostrzony i zauważył tą dodatkową nutkę w oczach panny Penn. Nie zdążył jednak zapytać o powód jej pojawienia, bo odpowiedź nijako przyszła sama.
- Bardzo mnie ta zmiana cieszy, ale chciałbym też poznać genezę zmiany dotyczącej Twojej osoby, Łapo. Większa wyrozumiałość? Dobrze usłyszałem?
- Zasługue na nią ktoś, kto ma takich rodziców. – powiedziała niespodziewanie Willow. Chłopcy spojrzeli na nią trochę zdziwieni.
- Mam mieć trudniej w życiu, a konkretnie w kontaktach z innymi, bo moi rodzice są naprawdę super w porządku? – zapytał James.
- Mi się raczej nasuwa pytanie, skąd to nagłe zainteresowanie państwem Black? – wtrącił się Remus.
- Miałam wczoraj, bez obrazy Syriuszu, ale wątpliwą przyjemność ich poznać. – powiedziała Lily, zakładając ręce na piersi. Nie był to jednak wyraz waleczności. Przynajmniej nie tym razem. Miało to bardziej zamaskować fakt, że panna Evans czuje się trochę nieswojo. Co innego rozmawiać z Willow, a co innego wyrażać się nieprzychylnie o Panu i Pani Black w obecności Syriusza. Znała go już dosyć długo i wiedziała, jakie on sam ma do nich podejście, jednak wychowanie nie pozwalało jej na to, by czuć się całkowicie komfortowo w zaistniałej sytuacji. Na szczęście panicz Black szybko uspokoił jej sumienie, mówiąc:
- Jesteś nazbyt łaskawa. Nie zdziwiłbym się, gdybyś zażądała odszkodowania po trwałych urazach psychicznych, których nabawiłaś się po tym spotkaniu. – Łapa miał luźny stosunek do sprawy. – Ale chciałbym zapytać, kiedy widziałaś pana i panią B. i w jakich okolicznościach?
- Wczoraj wieczorem. Miałam ich przywitać po przyjeździe do szkoły.
- A widziałaś może przy tej okazji Jules? – Remus zadał przytomnie pytanie, które nasunęło się już wszystkim Huncwotom.
- Tak. – powiedziała powoli Lily i mimowolnie się uśmiechnęła. – Można powiedzieć, że zwarłyśmy szyki w ,,rozmowie” z Twoimi rodzicami, Syriuszu.
- WOW – powiedzieli jednocześnie James i Syriusz.
- To musiało być prawdziwe starcie gigantów. – zawyrokował Łapa.
- Szkoda, że mnie to ominęło. – westchnął Rogacz. – Rodzice Syriusza wyszli z tej dyskusji bez wyraźnych obrażeń? – dodał żartem, znając doskonale charakterki panny Evans i panny Justice.
- Oni tak, ale nie wiadomo, co spotkałoby dziewczyny, gdyby nie profesor Dumbledore. – rzuciła szybko Willow, chcąc odwrócić uwagę chłopaków. Nie znała dobrze Jules Justice, ale znała podejście chłopców do jej osoby i czuła w związku z tym delikatną zazdrość. W dodatku to uczucie zostało spotęgowane, gdy Lily stwierdziła, że Puchonka wydaje się być naprawę ciekawą osobą i że na swój sposób ją polubiła. Na tyle, na ile można polubić kogoś, kogo dobrze się nie zna, ale z kim stoi się po tej samej stronie jakiegoś konfliktu.
- Co masz na myśli? – Łapa już się cały zjeżył.
- Nieważne. Nie ma co mówić o czymś, co nie miało ostatecznie miejsca. A teraz jeśli pozwolicie chciałybyśmy pójść już na śniadanie. – odrzekła Evans, czując swego rodzaju dyskomfort, że już zbyt długo spoufala się z Huncwotami. Bardziej wyrozumiała miała być co najwyżej czasami tylko dla Syriusza, a ogólnie po wczorajszym kłamstwie Jamesa i Remusa… Cóż, była zbrodnia, musi być kara.
- Nie mamy zamiaru pięknych pań powstrzymywać. Co więcej, chcemy im towarzyszyć. – powiedział Potter.
            Lily już miała rzucić tekstem pt.: ,, To chcemy dwóch zupełnie innych rzeczy.”, ale spojrzała na Willow i złapała z nią przez sekundę kontakt wzrokowy. Okej, niech będzie. Dla niej może się poświecić. Ugryzła się w język i ruszyła do wyjścia z Pokoju Wspólnego. Reszta poszła w jej ślady.
- Lily mówiła bardziej szczegółowo o ,,rozmowie” z moimi rodzicami? – zapytał Łapa, a pytanie skierował do całej w skowronkach Willow.
- Tak, ale wolałabym tego nie cytować. – zrobiła przepraszającą minę, delikatnie i mimowolnie marszcząc nos i dając w ten sposób do zrozumienia, że jest to coś niesmacznego.
- W porządku. – Syriusz uśmiechnął się do niej, po czym dodał. – A co mówiła o udziale Jules? Bo z tego co słyszałem od niej samej, to chyba się z moją matką nie pokochały.
            Ta zmiana tematu nie odpowiadała za bardzo pannie Penn, ale nie miała zamiar odpowiedzieć na pytanie. Tylko, że nie zdążyła tego zamiaru zrealizować, bo po portretem Grubej Damy czekała na nich ogromna niespodzianka.
- Corinne? – zapytał zdziwiony Remus, widząc jedną z sióstr Durete stojącą sztywno przy balustradzie schodów. Jego zdziwienie stało się jeszcze większe, gdy zobaczył, że spokojna i kamienna twarz Corinne ma na sobie wyraźne ślady po płynących całkiem niedawno łzach.
- Potrzebuję Cię Remusie. – powiedziała Krukonka, co było prawdopodobnie jej najbardziej wymagających wyznaniem w życiu. Potem natomiast spojrzała na Syriusza. – A Elinor potrzebuje Ciebie.
            Syriusz, który dopiero teraz wyszedł z osłupienia, momentalnie się zagotował.
- Chyba sobie kpisz? – powiedział, kompletnie przy nie zważając na stan Corinne. – Wiesz, gdzie mam to czego chce albo potrzebuje Elinor?
- Wiem. Uwierz mi, że wiem. Ale skoro uważasz się za bohatera pozytywnego w tej bajce, pomożesz mi i tym samym jej. – panna Durete powiedziała to tak pewnie, że Syriusz zamiast przejść do ataku, na chwilę się zawahał.
- Co się stało? – zapytał Lunatyk i podszedł do dziewczyny, biorąc ją niepewnie za rękę. Lily i Willow widząc to, wymieniły szybkie spojrzenia pełne czegoś na kształt zdziwienia, zmieszanego z ciekawością.
            Corinne odwzajemniła uścisk dłoni Lupina, ale patrzyła dalej prosto w oczy Syriuszowi. On widział w niej kogoś na kształt krewnej zdradzieckiej żmii. Nie chciał mieć nic do czynienia ani z nią, ani z jej toksyczną siostrą. Wtedy jednak stało się coś, co znacznie przewartościowało sympatie i antypatie. Już drugi raz dzisiaj na podejście do dziecka mieli wpłynąć jego rodzice.
- Nasi rodzice nie żyją. – powiedziała Corinne. Wyznała to ot tak, a w tym czasie inni uczniowie mijali ich nieświadomi tragedii, będącej udziałem kolejnej rodziny. Wszyscy zamilkli na dłuższą i wymowną chwilę. Dali tym samym szansę Corinne dodać coś, ale ona tym wyznaniem chyba już wystarczająco się zbliżyła się do granic swojej wytrzymałości i wyraźnie wyczerpała. Twarz wydawała jej się zapadać od wysiłku, który kosztowało ją trzymanie się w ryzach. Remus nie wiedział czy objąć dziewczynę, czy wręcz przeciwnie, aby nie spowodować pęknięcia tamy, za którą już czaiła się następna porcja łez. Panicz Black jednak szczęśliwie uwolnił go od dylematu, odzywając się, już znacznie łagodniejszym tonem.
- Bardzo mi przykro. Ale jak ja mogę pomóc?
- Elinor się załamała, ale w bardziej… ognisty sposób. I teraz nie wiem gdzie jest. Boję się, że może zrobić coś głupiego. – powiedziała Corinne i oparła się na Lunatyku. Była wyczerpana. Wyczerpana z rozpaczy i gdyby nie to, pewnie sama poszłaby szukać siostry, która faktycznie potrafiła robić głupoty, o czym Syriusz doskonale już wiedział. Nie miał zamiaru robić w tej kwestii żadnego rozrachunku, wiedział co należy zrobić.
- Znajdziemy ją. A Ty Lunatyku zajmiesz się Corinne? – Łapa zwrócił się do przyjaciela, który mocniej przytrzymał Krukonkę, której wyraźnie ulżyło po słowach Blacka i w związku z tym pozwoliła sobie jeszcze bardziej opaść z sił. Lupin skinął głową przyjaciołom i powoli skierował się do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Podziały, również te na domy w obecnej sytuacji całkowicie szły na bok i nie miały żadnego znaczenia.
- Pomóc Wam? – zapytała Lily.
- Nie, idźcie na śniadanie, poradzimy sobie. – powiedział James. W końcu nie mogli sobie pozwolić na używanie Mapy w obecności panny Evans i panny Penn.- A Ty Peter, lepiej idź z nimi i przynieść coś ze śniadania Remusowi i Corinne. Ona nie powinna zostawać teraz sama, a mogą czegoś potrzebować, więc Twoim zadaniem będzie służyć im za pomoc, jasne?
            Peter energicznie zasalutował i ruszył schodami w dół, nie czekając na dziewczyny. One natomiast tylko skinęły głowami i bez słowa odeszły. Wydawało się, że wzięły sobie na barki ciężar tej smutnej wiadomości, bo obie stawiały kroki ciężej i były wyraźnie bardziej ponure. Cóż, ten dzień miał mieć jeszcze sporo więcej niespodziewanych zwrotów o różnym zabarwieniu. Teraz jednak należało się skupić na nowej misji. Po znalezieniu bardziej zacisznego miejsca, chłopcy użyli Mapy, co przyniosło niemal natychmiastowy efekt.
- Jest nad jeziorem. – powiedział Rogacz.
- Nie ma na co czekać. – powiedział Syriusz. Co prawda mieli tylko ją znaleźć, ale Łapa miał przeczucie, że powinni także jak najszybciej zobaczyć się z Elinor. Po chwili razem z Jamesem wybiegli na błonia.
            Gdy byli już blisko jeziora i zobaczyli Elinor, krew zmroziła im się w żyłach.
            Dziewczyna stała po kolana w lodowatej wodzie jeziora. Nie miała na sobie nawet płaszcza czy szalika. Patrzyła w dal, a ręku trzymała fiolkę. To ta fiolka wzbudziła w Huncwotach największy niepokój. Nie było czasu ani sensu się naradzać, bo i co mogliby uradzić? Trzeba było iść na żywioł.
- Elinor. – zawołał Łapa podchodząc na brzeg jeziora i znajdując się w ten sposób jakieś pięć metrów od dziewczyny. Ona nawet nie drgnęła. Odwróciła się i spojrzała na Łapę oczami, które były wyrazem cierpienia i smutku. Black nie pozwolił by zbiło go to z tropu. – Elinor, proszę Cię wyjdź z wody. – patrzyła na niego dalej, ale nie reagowała, więc próbował dalej. – Wiem co się stało, Corinne…
- Nic nie wiesz!!! – wydarła się tak nagle, że aż podskoczył. – To moja wina… Moja… - uniosła rękę z fiolką na wysokość piersi.
- Dobrze, nie wiem, ale może dałabyś mi szansę się dowiedzieć. Proszę wyjdź z wody. – powiedział łagodnie i podszedł tych kilka kroków.
- Nie! Nie zbliżaj się! Ta trucizna jest tak silna, że nawet, jak Cię nią obleję to możesz poważnie ucierpieć.
- Elinior, ale po co Ci ta trucizna. Nie mogę powiedzieć, że Cię rozumie, bo pewnie nigdy nie będę, ale to nie jest rozwiązanie…
- Jest. To ja powinnam była umrzeć. To mnie powinni byli zabić. To moja wina! – teraz już nie tylko krzyczała, ale szlochała i to tak, że aż serce się skręcało. Syriusz jednak nie mógł nie zadać tego pytania.
- Kto ich zabił?
- Nasi. A raczej kiedyś byli nasi, zanim zechciało mi się tej chorej zabawy… Rozumiesz, że oni to wzięli za zdradę?! – miała w oczach niemal szaleństwo i Syriusz już nie wiedział, czy może naprawdę zwariowała.
- Co konkretnie? – Łapa miał szczerą nadzieję, że tymi pytaniami zyskuje cenny czas. Widział kątem oka ślady Jamesa ukrytego pod peleryną – niewidką, zmierzającego do Elinor z drugiej strony, ale wciąż był za daleko, by w razie czego wyrwać jej fiolkę z ręki.
- Przystąpiłam do Śmierciożerców Juniorów… Tak chyba ich nazywasz… Ale to już wiesz. Wiesz też dlaczego… Ja to zaczęłam, ja jestem winna temu, że wczoraj się zemściliście i złapaliście w pułapkę dzieci najbardziej wpływowych… To się rozeszło… Ale to ja powinnam była za to zapłacić! JA! – kolejny przeraźliwy szloch, który dobrze że się pojawił, bo Syriusz był w tak głębokim szoku, że na chwilę aż zdrętwiał.
            Nie wiedział ile w tym jest prawdy, ale jeśli Elinor miała racji, oznaczało to, że przez zdrada Elinor wobec jego brata i wszystkie jej następstwa, doprowadziły do egzekucji rodziców Corinne i Elinor. Syriusz wiedział, że towarzystwo, w którym obracali się jego rodzice nie było normalne, ale to… Zemdliło go i jednocześnie poczuł, jak się w nim gotuje. Śmierciożercy nie uznawali żadnych zasad i świętości, a nagle takiego świra dostali na punkcie lojalności.
- Elinor, bez względu na wszystko to, co chcesz zrobić, nie jest rozwiązaniem. Chodź ze mną…
- Po co?
- Po to, żeby żyć. – powiedział to z wielką mocą, a Elinor jakby się zawahała. Jednak po tej chwili wahania odrzuciła nagle głowę do tyłu i wybuchła histerycznym śmiechem. Chyba naprawdę traciła zmysły.
- A Tobie niby na tym zależy? Jak dotąd dałam Ci więcej powodów, żebyś mnie utopił w tym jeziorze, niż żebyś mnie z niego wyłowił.
- Nie życzę Ci śmierci. – powiedział i zdał sobie sprawę, jak słabo to zabrzmiało. Ale nawet jemu, mistrzowskiemu kłamcy, w takiej sytuacji nie było w stanie przejść przez gardło nic nieszczerego. Ich wymiana zdań trwała kilka sekund i widział, że James jest coraz bliżej, nie może teraz pozwolić sobie na pomyłkę.
- Ale byłbyś zadowolony, gdybym zniknęła z Twojego życia? – mimo wszystko, powiedziała to swoim charakterystycznym wyzywającym tonem. Syriusz wyłapał to i postanowił zagrać w tą grę.
- Co chciałabyś teraz usłyszeć, Elinor? – zapytał równie wyzywająco.
- Prawdę! Że mnie nienawidzisz, nie jest tak?
- Nie.
- Kłamiesz! Chciałam zabić Jules!
- Teraz to Ty kłamiesz. Nie byłabyś w stanie zrobić niczego takiego.
- Doprowadziłam do śmierci własnych rodziców! – wrzasnęła i zaczęła wykonała ruch w celu odkorkowania fiolki, gdy Rogacz zrzucił z siebie pelerynę i chwycił ją z całych sił z tyłu za ramiona. Elinor zaczęła wierzgać i oboje przewrócili się do jeziora. Syriusz znalazł się przy nich w przeciągu sekundy. Złapał Elinor za nadgarstki i przyciągnął do siebie, a w tym czasie James pochwycił fiolkę z trucizną. Dziewczyna w dalszym ciągu wierzgała i kopała przy tym boleśnie Syriusza, ale ten ani myślał zwalniać uścisk. Trwało to chwilę, ale w końcu Elinor opadła z sił, nie wiadomo czy bardziej ze zmęczenia fizycznego czy psychicznego.
- Uspokoiłaś się? – zapytał, a gdy nie odpowiedziała odsunął ją na tyle, by wiedzieć jej twarz. – Elinor, czy Ty właśnie postanowiłaś nie oddychać? Wiesz, że jedyne co uzyskasz w ten sposób to utrata przytomności. Elinor! – potrząsnął nią, ale to nic nie dało. Elinor miała już sine usta, ale bardziej skłaniał się do wyjaśnienia, że jest to spowodowane tym, że siedzieli do połowy w lodowatej wodzie. Wiedział upór na jej twarzy. Rogacz patrzył na to z boku i był całkowicie bezradny. Dziewczyną trzeba było wstrząsnąć, by przemówić jej do rozumu, a przynajmniej choć na chwilę na tyle zwrócić jej uwagę, by próba przemówienia do rozumu była możliwa. Uznał, że jest na to jeden sposób.
            Pocałował ją.
            James aż się zachłysnął powietrzem. Elinor znieruchomiała, a potem odwzajemniła pocałunek. Łapa prawie od razu po tym się od niej odsunął, z satysfakcją obserwując, że dziewczyna zaczęła normalnie oddychać. Patrzyła na niego i chyba pierwszy raz w życiu zabrakło jej słów. To była szansa dla Syriusza.
- Nie wiem jak i dlaczego zginęli Twoi rodzice, ale jestem całkowicie pewny, że nie ma w tym ani trochę Twojej winy. Rozumiesz? Żadnej! Nie daj sobie tego wmówić, bo to tylko uczyni silniejszymi tych, którzy to zrobili, a którzy każdy tego typu odrażający czyn potrafią sobie wytłumaczyć i usprawiedliwić jakąś bzdurną ideą. To są potwory, a Ty nie możesz być ich kolejną ofiarą.
Nie twierdzę, że nie zrobiłaś niczego złego. Pogrywałaś sobie ze mną, Jules, Regulusem… Ale nigdy nie doprowadziłabyś do niczyjej śmierci. Słowa to jedno w tej kwestii, a czyny to zupełnie coś innego. Ty swoimi udowodniłaś do tej pory co najwyżej, że twardo podążasz do celu i jesteś pełna determinacji. Wykorzystaj te cechy do walki z tymi, którzy są pozbawieni wszystkich zasad. Pokaż mi, ile dobrego możesz zrobić, jeśli właściwie ulokujesz swoją energię i talent. Uczcij w ten sposób pamięć rodziców. Oni źle wybrali strony, ale Ty nie musisz.
Elinor patrzyła na Syriusza jeszcze kilka sekund po czym zaczęła płakać, ale nie był to już szloch, ale raczej kwilenie, przeplatane drgawkami, których sam Syriusz zaczął już dostawać od siedzenia w wodzie.
- Powinniśmy ją zabrać do Skrzydła Szpitalnego. – powiedział James. – Nie musimy mówić pani Pomfery wszystkiego. Ale dobrze by było, żeby ją obejrzała.
            Syriusz tylko pokiwał głową i wziął Elinor na ręce. Widział wzrok przyjaciela, który nadal był w szoku z powodu pocałunku i równocześnie był pełen podziwu ,,przemowy” Syriusza. Będą mieli o czym rozmawiać. Albo wręcz przeciwnie, pozwolą by wydarzenia ostatnich kilku minut wybrzmiały, nie wspominając o nich ani słowa. W końcu co można było powiedzieć.
            Szli w milczeniu do szpitala, a Elinor cały czas płakała, mamrocząc pod nosem od czadu do czasu coś, z czego Syriuszowi udało się wyłapać tylko bolesne ,,…wróćcie do mnie” i ,,… potrzebuję was”. Faktycznie Elinor reagowała zupełnie inaczej niż jej siostra i Syriusz zastanawiał czy to lepiej, czy gorzej. Przyszło mu też do głowy coś strasznie dziwnego.
            Z samego rana ( choć wydawało się to być miesiąc temu ) Lily powiedziała, że będzie na niego inaczej patrzeć, ze względu na jego rodziców. Wydawało mu się, że on doświadcza czegoś podobnego względem Elinor. Pamiętał co zrobiła oraz całą swoją wściekłość z tym związaną, ale teraz mógł widzieć w niej tylko załamaną i bezbronną osieroconą dziewczynę. Wystarczyło spojrzeć na kogoś przez pryzmat rodziny i nagle dostawało się zupełnie inny obraz. A może nie tyle inny, co uzupełniony o perspektywy, z których istnienia wcześniej nikt nie zdawałby sobie sprawy.
            Pogrążony w tych rozmyślaniach, wszedł do Skrzydła Szpitalnego. Było tu całkiem sporo ludzi, bo wczorajszym numerze Huncwotów, ale on zwrócił uwagę od wejścia tylko na jedno łóżko.
            Po prawej stronie na trzecim łóżku od drzwi i pierwszym zajętym z tej strony leżał Darius. A właściwie półleżał, bo oparty na łokciu nachylał się do siedzącej obok na krześle Jules.
            Całował ją.
            Gdy Syriusz wszedł do środka, Jules odskoczyła i spojrzała na niego. Wszystko ( a przynajmniej Syriuszowi się wydawało, że wszystko ) zamarło na chwilę, gdy nagle Jules oprzytomniała i zerwała się z krzesła.
- Co się stało? – zapytała przestraszona z dwojakich powodów, patrząc najpierw na Syriusza, potem na Elinor, a na koniec na Jamesa.
- Gdzie jest pani Pomfery? – odpowiedział pytaniem Łapa. Czuł się naprawdę niefajnie, nie wiedział czemu i strasznie go to całościowo denerwowało.
- Wyszła na chwilę do dyrektora. – odpowiedziała Jules, świadoma tego, że powtarzanie swojego pytania będzie bez sensu. Gdyby chcieli jej odpowiedzieć już by to zrobili.
            Syriusz tylko skinął głową i położył Elinor na pierwszym łóżku obok drzwi. Ona chwyciła go za rękę, nie pozwalając odejść i płakała dalej. Jules patrzyła na tą scenę nic nie rozumiejąc. Gdy zerknęła na Jamesa, on tylko bezradnie wzruszył ramionami, a potem bezgłośnie powiedział ,,Później”. Okej, Jules mogła poczekać. Miała tylko nadzieję, że po tym, jak odczeka swoje dostanie satysfakcjonującą odpowiedź. Zerknęła na Łapę.
- Syriuszu, nic Ci nie jest? – zapytała.
- Wszystko jest w porządku. – powiedział, ale nawet na nią nie spojrzał. Zirytowało ją to. Jego z resztą jego własne zachowanie zirytowało jeszcze bardziej.
- Pamiętasz naszą rozmowę o kontakcie wzorkowym? – próbowała zażartować. Łapa spojrzał na nią, jak na komendę. Jules uśmiechała się, choć trochę niepewnie. Lubił ten uśmiech i już miał go odwzajemnić, gdy Pattern wyciągnął rękę w stronę panny Justice i chwycił ją za dłoń. Ona zerknęła szybko w jego stronę, a potem popatrzyła na Syriusza, jakby czekając na jego reakcję. Ale jak on niby mógł zareagować? Nie podobał mu się ten rozwój wypadków, ale wiedział, że kiedyś Pattern w końcu dopnie swego. Wywoływało w nim to tyle negatywnych emocji oczywiście dlatego, że go nie lubił, ale nie miał w tej kwestii nic do gadania. Jules była tylko jego przyjaciółką. A raczej aż przyjaciółką, więc pomyślał, że jeśli tylko Darius ją skrzywdzi… Gdy wyobraził sobie, co wtedy spotka Puchona aż się uśmiechnął, co Jules wzięła za uśmiech pod swoim adresem. Mrugnęła do Łapy i wróciła na swoje krzesło.
            Syriusz dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie słyszy płakania, a uścisk dłoni Elinor jest znacznie słabszy. Gdy się odwrócił, zobaczył, że dziewczyna z ogólnego wycieńczenia po prostu zasnęła. To dobrze, sen jej się teraz przyda i może da choć na chwilę ukojenie. Zerknął na swojego najlepszego przyjaciela, opierającego się o ścianę z nieodgadnioną miną. Łapa posłał mu pytające spojrzenie, na co James spojrzał wymownie na Elinor i wykonał ruch ustami, jakby całował powietrze. Pocałunek. Czyli jednak Rogacz nie miał zamiaru zostawić tego całkowicie w spokoju. Łapa tylko prychnął rozbawiony, pokazując, że jest całkowicie zobojętniały na wszelkie zaczepki Pottera pod tym adresem.
            Doszedł do wniosku, że jest to drugi pryzmat, przez który patrząc możesz zmienić zdanie nawet o kimś, kogo dobrze znasz. Wiedział, że pryzmat pocałunku nad jeziorem, nie zmieni nic w jego stosunkach z Jamesem, bo oni za dobrze się znali. Zastanawiał się jednak, czy ten pocałunek zmieni coś w jego sposobie myślenia.
            I jednocześnie bronił się ze wszystkich sił przed tym, by nie patrzeć na Jules przez pryzmat jej pocałunku z Dariusem.




piątek, 5 stycznia 2018

Świąteczny bonus :)

Jak głosi tytuł jest to notka bonusowa, która opisuje wydarzenia nie do końca związane z torem głównym fabuły bloga :) Chciałam po prostu w ten sposób złożyć życzenia wszystkim moim  czytelnikom i podtrzymać ten świąteczny klimat, który niestety zdecydowanie za szybko opada :) Przepraszam też po raz kolejny za opóźnienia ;) 
Miłego czytania :)


   Zapach igliwia był wyczuwalny prawie na każdym kroku. Śnieżny puch leżący na błoniach i dachach wież zamkowych, choć był tam już od dłuższego czasu i miał leżeć przez kolejnych kilka miesięcy, choć wyglądał tak, jak zawsze, to wszystkim kojarzył się jednoznacznie. A pojawiające się na korytarzach ozdoby świąteczne tylko tym skojarzeniom pomagały. Duchy latały po zamku nucąc świąteczne melodie, a na co drugim obrazie można było dostrzec postacie ubierające choinki. Choinki w pełnej krasie i rozmiarze stały też już w Wielkiej Sali. Przygotowane wcześniej przez Hagrida, teraz już przystrojone mieniły się blaskiem różnokolorowych światełek. Nic więc dziwnego w tym, że uczniowie myślami dryfowali już z prądem świątecznym, z dala od  książek i nauki. Atmosfera, jak to w grudniu, nie sprzyjała zbytnio skupieniu.
   Jednak, jak to zazwyczaj bywa, od każdej reguły można było znaleźć wyjątek, a w tym przypadku nawet cztery wyjątki. I podczas gdy nawet najpilniejsi uczniowie w Hogwarcie myśleli już głównie o prezentach i ciastach świątecznych, Huncwoci zaprzęgali swoje umysły do wytężonej i intensywnej pracy. Oczywiście ten intelektualny wysiłek w żadnym razie nie był związany z lekcjami. Huncwocki mózg był stworzony do wyższych celów.
   A huncwockie dormitorium do zapewnienia odpowiednich warunków do burzy huncwockich mózgów. Teraz, korzystając z jednego z ostatnich wieczorów przed przerwą świąteczną, chłopcy siedzieli, wcinali świąteczne słodycze i śmiali się do rozpuku. Wszystko to jednak były wątki poboczne dla cyklicznie powracającego tematu ,,Świątecznego BUM”.
- A może spróbować uśpić czujność Gonagall? Na przykład jakimś prawdziwym prezentem. – zaproponował Peter z ustami pełnymi czekolady. Chłopcy zrozumieli go tylko dlatego, że mieli spore doświadczenie z językiem czekoladowym.
- Prawdziwy prezent? Czyli co? Kocimiętka? – zapytał Syriusz, leżąc rozwalony na łóżku z czapką Mikołaja, nonszalancko nasuniętą na głowę.
- Co by to nie było nie uśpiłoby jej czujności. Myślę, że bardziej potraktowałaby to nawet jak potwierdzenie, że coś knujemy. – skomentował James czyszcząc trzymaną na kolanach miotłę.
- Taki prezent pt.: ,,Jesteśmy grzeczni i nie robimy nic podejrzanego” to niemal przyznanie się do tego, że będzie miała z nami kłopoty. – zgodził się Remus.
- To dajmy prezenty wszystkim nauczycielom. – Peter wyjątkowo nie dał się tak szybko zgasić swoim przyjaciołom.
- Tak, a najlepiej wszystkim oprócz profesor Sowy, żeby wzbudzić w niej zazdrość i niepewność. – zażartował sarkastycznie Łapa. – Ty się lepiej Glizdek przyznaj, że chcesz podlizać się nauczycielom, bo Ci ostatnie testy ,,przedsumowe” nie poszły najlepiej.
- No bo kto robi testy dwa tygodnie przed świętami. Ja jestem w stanie teraz myśleć tylko o cieście kajmakowym mojej mamy.
- To będziesz je sobie podjadać w trakcie czytania notatek przy świątecznym stole. – powiedział Lunatyk, który nie rozumiał braku myślenia perspektywicznego u swojego przyjaciela. Przecież jakby skupił się trochę wcześniej, miałby spokojną głowę w święta. No cóż, Peter był w tej kwestii niereformowalny.
- Na pewno nie będę. – Glizdek aż się zapowietrzył na myśl o tym.
- Jeść ciasta?
- Nie! Ciasto będę jeść. Nie będę czytać notatek.
- Jeszcze nogą tupnij dla dodania dramatyzmu. – uśmiechnął się Rogacz.
- A skoro o tym mowa, nutkę dramatyzmu też można dodać, prawda? – zagadnął Syriusz.
- Do naszego ,,BUM”? W sumie czemu nie.
- Łapo, Rogaczu poczekajcie chwilę. Skoro już rozważamy elementy dekoracyjne numery, to rozumiem, że jego ogólny szkic mamy dopracowany?
- Nasz głos rozsądku we własnej osobie. Wydaje mi się, że tak. – Syriusz wzruszył nieznacznie ramionami. – Jak przyjdzie nam do głowy jakiś dodatkowy pomysł pod wpływem genialnego natchnienia… Choć powiedzmy sobie szczerze – my cały czas pracujemy w warunkach genialnego natchnienia. A ideału nie da się poprawić.
- Dlatego właśnie nie masz zamiaru się zmieniać, przyjacielu? – powiedział James i puścił oko do Blacka.
- Dokładnie. Jak Ty mnie dobrze znasz. – odparł Syriusz, a następnie widząc, że Potter nie przestaje szorować zawzięcie tej samej części trzonka miotły, co wiązało się u niego z intensywnym myśleniem o jednej konkretnej rzeczy, dodał. – Zaraz zetrzesz cały impregnat z miotły.
- Panuję nad sytuacją. – powiedział James, ale bardziej machinalnie niż po przemyśleniu. Wynikało z tego, że pozwolił sobie na delikatne wyłączenie się z dyskusji, gdy przestała ona dotyczyć knucia. Tym lepiej, łatwiej będzie go podejść.
- Jesteś tego pewny?
- Oczywiście,
- I wszystko jest w porządku.
- Jak najbardziej.
- Czyli niczym się nie martwisz?
- Nie.
- Nie masz żadnych problemów na głowie?
- Nie.
- A prezent dla Lily gotowy?
- Jeszcze nie… Znaczy…
- Mam Cię! – wykrzyknął uradowany Łapa i patrzył z półuśmiechem na zbitego z tropu Rogacza.
- Wypchaj się karmą. – powiedział Potter ze skwaszoną miną.
- James daj spokój. Musiałbyś zaburzenia osobowości dostać, żeby czegoś dla panny Evans nie przygotować i to po swojemu, czyli z wielką pompą.
- Z wielką pompą będzie na bank, choć oprócz tego, nie mam chwilowo bardziej sprecyzowanych planów.
- Może podpytaj którąś z dziewczyn. – zasugerował delikatnie Remus nie podnosząc oczu znad książki. Wiedział, że otwarta rozmowa o słabości Jamesa do Lily jest dla Rogacza już i tak dużym wyczynem. Nie chciał go bardziej peszyć.
- Wolę nie. Nie chcę żeby puściły parę z ust. Poza tym, to ma być prezent ode mnie dla Evans i moim stylu. A nie w stylu Willow albo Mary.
- I równocześnie coś, co nie wywoła kultowej odpowiedzi ,,Spadaj Potter”?
- Dokładnie. – powiedział Rogacz i odłożył na bok miotłę, która była tak wypolerowana, że mogło budzić niepokój, czy Potter się z niej nie ześlizgnie w czasie meczu.
   Chłopcy zaczęli się zbierać do snu, a Remus pomyślał te może być problem. Jeśli Rogacz wybierając prezent dla Lily będzie myślał o tym, żeby pokazać przede wszystkim siebie… Cóż, pozostawało mu tylko życzyć przyjacielowi powodzenia.

   Noc była kompletnie bezksiężycowa i gdyby nie warunki panujące o tej porze roku mogłoby być wyjątkowo ciemno. Jednak szczęśliwie śnieg, który pokrywał błonia odbijał dzielnie światło gwiazd i rozjaśniał otoczenie. Chłopcy szli w ciszy, ciesząc się panującą tego wieczoru aurą. James chwilę wcześniej schował pod płaszcz pelerynę-niewidkę. Przemknęło mu przez myśli, że nie są już dziećmi, które bezproblemowo mieściły się we czwórkę  po peleryną, ale tragicznie też jeszcze nie było. W ostateczności, gdy już dopracują animagiczne zdolności Peter na czas używania niewidzialności będzie podróżował w kieszeni jego, Remusa albo Syriusza.
    Huncwoci skręcili w ścieżkę prowadzącą do Wierzby Bijącej. Remus skrzywił się nieznacznie i odruchowo spojrzał na niebo, jakby chciał się upewnić, że nie ma nim złowrogo pełnego Księżyca. Kiedy upewnił się po raz kolejny, że jest nów, wypuścił z płuc powietrze i starał się wyluzować. Syriusz kątem oka zauważył zachowanie przyjaciela, złapał z nim kontakt wzrokowy i uśmiechnął krzepiąco. Lupin był mu za to wdzięczny. Był wdzięczny całej trójce za ich wsparcie i zrozumienie. W zamian starał się, mówiąc bardzo dziecinnie, być dzielny. Dlatego nie miał nic przeciwko, że zbliżają się do miejsca, które mówiąc delikatnie nie kojarzy mu się zbyt dobrze. Chłopcy chcieli zbadać jedną kwestię dotyczącą Wierzby Bijącej. Czemu teraz – nie wiedział, ale nauczył się, że Rogacz i Łapa czasem bez wyjaśnienia żadnego ciągają ich ścieżkami tylko sobie znanymi. Tym razem przynajmniej podali cel podróży i był on wszystkim czterem dobrze znany. Tylko, że gdyby tą kwestię omówić na pełnym forum huncwockim, okazałoby się, że występuje pewna rozbieżność informacji. Bo ze wszystkich Huncwotów jedynie Lunatyk miał, powiedzmy trochę inny obraz sytuacji.
   Pierwszy alarm, że coś jest nie tak zadzwonił, gdy James, który wyszedł na przód ich pochodu zboczył w niewydeptaną jeszcze dobrze ścieżkę, która omijała dość szerokim, a na pewno bezpiecznym łukiem agresywne drzewo, a Syriusz i Peter poszli za nim. Lunatyk chwilę się zawahał.
- Chłopaki? Zmiana planów?
   Jego pytanie zostało całkowite zignorowane. Paniczowi Lupinowi zostało więc tylko iść spokojnie za resztą huncwockiej braci. Nie przeszli więcej niż piętnaście metrów i zatrzymali się przy dużym kamiennym uskoku. James, Syriusz i Peter ustawili się przy nim ramię w ramię, twarzą do Remusa. Zaczynało to wyglądać coraz dziwniej, ale Lupin w dalszym ciągu niczego się nie domyślał. Jednak wyjaśnienie przyszło jeszcze zanim zdążył zadać następnie pytanie. Syriusz uśmiechnął się, sięgnął za połę szaty, a potem powiesił na uskoku wyjętą stamtąd świąteczną skarpetę z imieniem ,,Remus”.
- Wesołych Świąt, Luniaczku. – powiedział James i zanim Lupin zdążył zareagować, dodał. – Wystarczy, że dotkniesz różdżką tego kamyka, na którym Syriusz powiesił skarpetę, a otworzy się tajne przejście prowadzące prosto do korytarza obok Skrzydła Szpitalnego. Od teraz masz własną drogę ewakuacyjną i wstecz – ewakuacyjną oraz pewność, że nikt Cię nie zobaczy. Wiemy, że traktujesz drogę stąd tam i odwrotnie, jak ścieżkę wstydu czy jakąś inną głupotę. Teraz możesz się czuć jak VIP. – były to pokrętne i dziwne życzenia świąteczne, ale Remus bardzo je doceniał. Nie miał pretensji do Jamesa za użycie tak dosadnych słów. W tak bliskiej przyjaźni, jaka ich łączyła zabawa w taktowność nie miała najmniejszego sensu. Liczyła się szczerość. A to, co powiedział Rogacz było szczere. I wspaniałe.
- Zanim się wzruszysz – powiedział Łapa z swoim luzem na twarzy – to jeszcze nie koniec prezentu.
   Remus tylko zmarszczył brwi. Cieszył się, że chwilowo nie dopuszczono go do głosu, bo nie wiedziałby nawet co powiedzieć. Zamiast tego patrzył na resztę prezentu. A był on tak szokujący, że aż ścinał z nóg. Lunatyk ledwo mrugnął, a pojawił się przed nim duży czarny pies i dostojny jeleń.
   Chłopcy zostali w zwierzęcej postaci przez niedługą chwilę, ale wystarczającą by zrobić piorunujące wrażenie. Kiedy wrócili do siebie, duma wprost z nich emanowała. Przekaz był oczywisty, a jedyne co mógł wydusić w odpowiedzi Remus to:
- Dziękuję.
- Nie ma za co. – powiedział Syriusz, który raczej nie należał nigdy do osób, które ulegały wzruszeniom. – Jeszcze trochę, a Peter swoją przemianę dopracuje i od tej pory będziemy razem stawiać czoło pełni.
- Ahoj przygodo. – zażartował James.
- W sumie to też mogę pokazać, co już potrafię. – powiedział nieśmiało Peter.
- Normalnie powiedziałbym nie, ale zrobiło się wyjątkowo rzewnie, więc akcent komediowy jest jak najbardziej wskazany. – powiedział Rogacz i mrugnął do Remus.
   Akcent komediowy to było za mało powiedziane. Kiedy Glizdek spiął się, żeby dokonać przemiany, nie wyszło mu to tak, jakby sobie życzył i znacznie słabiej niż dotychczas… Wystarczy powiedzieć, że w tych wszystkich emocjach i pod wpływem presji, którą sam na sobie wywołał, urosły mu tylko uszy, wąsy i ogon. Rogacz, Łapa i Lunatyk tak się z tego śmiali, że prawie popadali na ziemię. Remus cieszył się tą chwilą z przyjaciółmi, cieszył się z tych wyjątkowo wyjątkowych prezentów i tak się wyluzował, że nawet jego nie ruszyły skargi Petera, że nie może wrócić do całkowicie ludzkiej postaci. Gdy po salwach śmiechu i  przywróceniu Peterowi jego właściwej anatomii, chłopcy postanowili wspólnie przechrzcić tajne przejście czuli beztroskę, a także ekscytację, która towarzyszyła im w trackie pierwszych lat rozrabiania. Było im to potrzebne, bo pozwalało poczuć atmosferę świąt sprzed kilku lat, gdy w świecie magii było znacznie spokojniej.

   Kiedy James został obudzony w środku nocy magicznym budzikiem nabrał podejrzeń. Gdy usiadł na łóżku, nałożył okulary, rozejrzał się po dormitorium i dostrzegł kompletne wyludnienie. Podejrzenia nabrały mocy, ale nie był jeszcze pewny, które są silniejsze. Dopiero kiedy zobaczył, że na łóżku Syriusza leży przygotowany dla niego strój na miotłę, a jego ukochanej miotły nigdzie nie miał, opcja B, czyli ta, według której chłopaki szykują zasadzkę na niego, została bez wahania skreślona. A podejrzenia dotyczące wersji A uznał za potwierdzone. Dlatego zniecierpliwiony i rozradowany przebrał się i ruszył pędem tam, gdzie był pewny czekają na niego przyjaciele. Przemknięcie przez zamek zajęło mu dłuższą chwilę, bo nie miał przy sobie peleryny-niewidki, którą wzięli pozostali Huncwoci. Nie sprawdził tego, ale nie miał żadnych wątpliwości w tej kwestii. Po pierwsze, im trzem trudniej byłoby skradać się po korytarzach niż jemu jednemu, a po drugie, zabierając mu pelerynę trochę go spowalniali, dając sobie więcej czasu na przygotowania. Choć znając umiejętności organizatorskie Remusa oraz perfekcjonizm Syriusza, nawet gdyby się tam od razu teleportował, zastałby wszystko już gotowe i zapięte na ostatni guzik. Ale zawsze, w razie jakiejkolwiek niespodziewanej złośliwości rzeczy martwych, lepiej było się czasowo asekurować. James uśmiechnął się do swoich myśli, a w szczególności o jednego ich fragmentu. ,,Perfekcjonizm Syriusza”. Tak, bo Syriusz był perfekcjonistą, ale sam otwarcie nigdy by się do tego nie przyznał i gorąco zaprzeczył, gdyby ktoś go tak nazwał. Wynikało to z tego, że perfekcjonizm kojarzył mu się ze sztywniactwem. Może w większości przypadków tak było, ale nie trzeba by nikogo przekonywać, że Łapa jest tu wyjątkiem. On po prostu uwielbiał czuć, że to co zrobił to arcydzieło. Z resztą, kto tego nie lubił. Tylko nie każdy dąsał się i tracił na dłuższy czas poczucie humoru, gdy na tym arcydziele pojawiała się rysa. I nie chodziło tylko o dowcipy i inne huncwockie przedsięwzięcia. Syriusz miał też lekkiego bzika, jeśli chodziło o perfekcjonizm relacji z ludźmi i dlatego, kiedy się z kimś przyjaźnił starał się być najlepszym przyjacielem, a kiedy kogoś nie znosił - ,,najlepszym” wrogiem.
   James w okularach miał niemal sokoli wzrok, co było bardzo przydatne na pozycji szukającego, więc gdy tylko dotarł na błoniach do miejsca, z którego było widać boisko, wiedział już czeka na niego coś niesamowitego.
   Wszedł najpierw na trybuny, bo tam czekali na niego przyjaciele i oczywiście jego miotła. To właśnie na niej symbolicznie wisiała skarpeta świąteczna z napisem ,,James”.
- Wesołych Świąt. – powiedział Łapa i uczynił honory podając Jamesowi miotłę. On uśmiechnął się szeroko i uścisnął przyjaciela.
- Dzięki wielkie. Wam wszystkim.
- Nas wyściskasz już później, a teraz wskakuj na miotłę, bo z kilometra było widać jak Cię nosi. – powiedział Remus. Rogaczowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wsiadł na miotłę, wzbił się w powietrze i ruszył na podbój najbardziej widowiskowego toru przeszkód, jaki można by sobie wyobrazić. Nie brakowało w nim niczego. Ani ruszających się obręczy, ani pojawiających się ścian, ani miotaczy ognia… Ani wielu innych rzeczy. Adrenalina uderzyła Potterowi do głowy i krwioobiegu momentalnie i praktycznie wpadł w trans. Latał, wymijał, łapał wpuszczone na tor złote znicze, w ilości, która świadczyło o tym, że chłopcy musieli nieźle zaszaleć, żeby zrealizować jego prezent gwiazdowy i z każdą chwilą coraz bardziej nakręcał tym wspaniałym wyzwaniem. Dopiero po około dwóch godzinach zabawy, pomyślał, że nie zachował się zbyt kulturalnie.
- Może chcecie się dołączyć? – zawołał do przyjaciół, po raz pierwszy od co najmniej godziny zwracając uwagę na trybuny. Gdyby reszta Huncwotów ewakuowała się w tym czasie do zamku, ten najbardziej spostrzegawczy z bandy nawet by nie zauważył.
- Dzięki, ale raczej nie. – Remus siedział wygodnie z jedną ze swoich ulubionych książek na kolanach, ale wyraźnie już przysypiał. Peter spał a najlepsze rozwalony na ławce w najniższym rzędzie i pochrapywał. Tylko Syriusz nie odrywał oczy od wyczynów przyjaciela, a kiedy James zadał pytanie uśmiechnął się szeroko.
- Myślałem, że nie zapytasz. – powiedział, wstając i kierując się w stronę szatni.
- Jakbyś faktycznie potrzebował specjalnego zaproszenia.
- Uznałem, że dam Ci się nacieszyć prezentem jak przystało na przyjaciela.
- Podczas, gdy powinieneś mi zajmować tor, jak przystało na czującego się w pełni swobodnie najlepszego przyjaciela.
- Ej, Rogaczu, bo Lunatyk się obrazi. – rzucił Syriusz i zniknął w wejściu do szatni.
- Za późno, właśnie pękło mi serce. – zażartował Remus. Nie czuł się urażony. Wiedział, że każdy z nich dla każdego jest najlepszym przyjacielem na inny, ale wcale nie gorszy sposób i nie czuł potrzeby, by rywalizować z więzią łączącą Jamesa i Syriusza.
   Zabawa na boisku trwała aż do świtu. Do tego czasu Remus i Peter już smacznie spali, a James zdążył wyłapać wszystkie złote znicze, wypuścić je i wyłapać je razem z Syriuszem. Nawet trzeba było przyznać, że się trochę zmęczyli.
- Chyba czas na śniadanie. – powiedział Łapa zerkając na przyjaciela, który zrobił minę jak czterolatek, którego chcą zabrać z placu zabaw.
- Niestety. – westchnął Rogacz, a następnie przeleciał na Lunatykiem i Glizdogonem, żeby ich obudzić.
   Gdy tylko chłopcy, choć z trudem, trochę niewyspani i oboleli opuścili teren boiska, cały cudowny tor przeszkód zniknął. Potter obejrzał się tęsknię przez ramię, po czym ruszył z przyjaciółmi w stronę zamku.
- Najlepszy prezent na świecie.
   Naprawdę tak myślał i był przeszczęśliwy. Miał szczerą nadzieję, że Lily będzie choć w połowie tak szczęśliwa, gdy otworzy prezent, który on jej przygotował.

   Prezent dla Glizdogona był pod pewnymi względami łatwiejszy do ,,zrobienia”, ale w żadnym wypadku nie oznaczało to, że włożyli w niego mniej starań lub serca. Kierowali się tu tą samą zasadą. Chcieli uszczęśliwić jeden drugiego prezentem jak najbardziej spersonalizowanym. W tej sytuacji, jednego przedświątecznego dnia Peter co godzinę dostawał najlepsze magiczne i niemagiczne słodycze ze wszystkich stron świata, wszystkie jego wypracowania w ,,magiczny” sposób się napisały, a na koniec…
- Co to takiego? – zapytał Glizdogon, patrząc na leżącą na swoim łóżku paczkę. Wyglądała inaczej niż wszystkie poprzednie, nie była kanciasta, inaczej zapakowana i jako pierwsza ze wszystkich miała doczepioną świąteczną skarpetę z imieniem ,,Peter”.
- Otwórz, a zobaczysz. – powiedział James.
   Glizdogon poszedł za jego radą. Podniósł paczkę bardzo delikatnie i zaczął ją rozpakowywać znacznie mniej łapczywie niż wszystkie poprzednie.
- Spokojnie, nie wybuchnie. – powiedział Syriusz, a po chwili dodał, nie mogąc się powstrzymać. – Chyba.
   Glizdek przerwał w pół drogi i spojrzał na Łapę z pytaniem i przestrachem w oczach. Nawet przestał się ruszać.
- Syriuszu, nie psuj mu prezentu. – powiedział Remus.
- Nie mam zamiaru i nie dam rady, to zbyt dobry prezent, żeby dało się go zepsuć.
- Wesołych Świąt jeszcze raz Peter. – dodał James.
   Glizdek wrócił do procesu rozpakowywania. Gdy zdarł warstwę papieru, która dzieliła zawartość paczki od jego wzroku zamarł.
- To… to… Ale… Co… - naprawdę zaczął się jąkać. Usiadł na swoich kufrze i wyłożył obok siebie zawartość paczki. Było tam kilka skarbów, od których nie mógł oderwać wzroku. – Koszulka Srok z Montrose… Koszulka Nietoperzy z Ballycastle… Koszulka Zjednoczonych z Puddlemere. I wszystkie z podpisami!
- Ciszej trochę. Pół Hogwartu udusiłoby Cię przez sen dla tych koszulek. Pomijając wartość sentymentalną, są naprawdę wartościowe w sensie materialnym. – powiedział James. Nie miało to na celu poinformowania Petera, ile pieniędzy wydali na jego prezent. Naprawdę chciał go ostrzec, bo Glizdek przez swoje gapiostwo mógłby zbytnio obnosić się z czymś, co faktycznie niejeden chciałby wykraść. Poza tym tak naprawdę wcale nie wyglądało to tak prozaicznie – oni się złożyli, zapłacili i dostali koszulki. Włożyli w to przede wszystkim pracę i czas, co uważali za najważniejsze w wycenie wartości prezentu. Skorzystali z kontaktów ojca Jamesa, a i tak wymagało to od nich sporej gimnastyki.
- To nie wszystko. – dodał Remus, widząc, że Peter tak się skupić na koszulkach, że nie zauważył skrawka papieru, który został w na dnie prezentu. Kiedy Peter przeczytał, co to jest, aż się zapowietrzył.
- Powiem to za Ciebie, żebyś nie zemdlał – wejściówka na tegoroczne rozgrywki. Baw się dobrze.
- Dziękuję. – powiedział i spojrzał na chłopaków z miną, jakby chciał się rozpłakać.
- Nie ma za co. – powiedział w imieniu całej trójki James.
   Peter spędził wszystkie noce, aż do wyjazdu do domu śpiąc z koszulkami pod poduszką, a z wejściówką w ręku. Chłopcy wiedzieli, jak bardzo ucieszy się z tego prezentu, wiedzieli, jak myśli Peter. Wydawać by się mogło, że prezent związany ze sportem bardziej pasuje do Jamesa, ale tylko w formie czynnej. Quidditch w formie biernej był dla Petera czymś wspaniałym. Oglądając, kibicując czuł się częścią tego wszystkiego. Czuł się ważny, zaangażowany. To był jego sposób, na integrację. Obserwując, czy to mecze, czy knowania chłopaków, czuł się dopuszczony do jakiejś elitarnej grupy. To uczucie było wyjątkowo silne, nawet wtedy, gdy chodziło o szkole mecze, w których brał udział jego przyjaciel. Siedząc na trybunach, miał wrażenie, że jest lepszym kibicem niż reszta, bo zna kapitana, że ta drużyna jest bardziej jego niż innych Gryfonów. Skoro wtedy dostawał skrzydeł to wyróżniony takim prezentem prawie wyleciał przez sufit. Chłopcy łatwo mogli sobie wyobrazić z jak przejętą miną będzie siedział na trybunach podczas rozgrywek. Byli zadowoleni, że główny prezent tak mu się spodobał. W ramach podziękowań Peter nawet podzielił się swoimi międzynarodowymi słodyczami. A chłopcy, dali mu jeszcze jeden mały prezent. Zarówno Potter, jak i Black powstrzymali się przed chowaniem Glizdkowi jego cennych koszulek, gdy spał i oszczędzili mu w ten sposób zawału serca.

   Lily Evans była zdziwiona, gdy zobaczyła prezent na swoim łóżku. Wróciła do dormitorium w krótkiej przerwie między lekcjami, czyli wcześniej niż dostarczyciel się tego spodziewał. Jednak był zadowolony z obrotu sprawy. Wycofał się cicho w róg pokoju, ukryty pod pelerynką-niewidką, wybierając miejsce, z którego mógł obserwować reakcję Lily. Liczył na to, że dziewczyna nie czując na sobie obserwujących par oczu koleżanek skupi się na prezencie i prawdziwie go doceni. Nie chciał przyznać tego przez samym sobą, ale naprawdę wręcz rozpaczliwie pragnął by prezent spodobał się pannie Evans.
   Dziewczyna usiadła na łóżku po turecku i rozerwała papier. Teraz na jej kolanach spoczywało małe drewniane pudełko z szufladkami do przechowywania skarbów. Własnoręcznie zrobione i ozdobione, bez używania magii. James miał na to dowody w postaci zadrapań i ślad po drzazgach. Nawet Syriuszowi nie przyznał się, jakie jest ich pochodzenie. Wiedział, że Lily lubi rękodzieło. Nieważne skąd, po prostu to wiedział. Teraz patrząc na jej minę wiedział także, że prezent, a przynajmniej jego pierwsza część się jej podoba. Uśmiechnęła się, pogładziła wieczko, a następnie otworzyła pierwszą szufladkę. Leżał w niej breloczek z dołączoną karteczką. Lily aż wytrzeszczyła oczy, gdy poznała logo na breloczku. Było to logo mugolskiej organizacji charytatywnej, a kupując taki breloczek wspomagało się jej akcję, której celem był zakup prezentów dla dzieci z domów dziecka.
   Lily była dobra i uwielbiała pomagać innym. To wiedział każdy. Obróciła breloczek kilka razy w dłoni i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Położyła go na pościeli i sięgnęła do drugiej szufladki. James zamarł, wiedział, że dopiero teraz zaczynają się schody.
   Gdy Lily wyjęła liścik w postaci kartki świątecznej i zaczęła go czytać, uśmiech na jej twarzy zgasł. Rogacz przeanalizował to, co tam napisał, a znał już tekst na pamięć.

Lily,
Nie życzę Ci Wesołych Świąt, tylko takich, o jakich marzysz.
Mam nadzieję, że prezent Ci się spodoba.
Nie musisz mówić, że to ode mnie, ani nawet o tym pamiętać, jeśli to Ci popsuje czerpanie radości z prezentu.
Oprócz tego, mam jeszcze jeden prezent – do świąt nie zadam Ci swojego klasycznego pytania.
Pozdrawiam
James

   Lily patrzyła na liścik i dalej się nie uśmiechała. Potter zaczął się zastanawiać czy dobrze zrobił podpisując się. Wtedy Evans wpakowała wszystko do szufladek i zamknęła pudełko. Papier prezentowy wrzuciła do kosza i stanęła przy łóżku z prezentem w ręku oraz niezdecydowaną miną. Walczyła ze sobą, aż w końcu podeszła do szafy i włożyła do niej pudełko. Schowała je pod stertą ubrań, zamknęła szafę i szybkim krokiem wyszła z pokoju.
   James został i stał jeszcze chwilę bez ruchu zastanawiając się czy uznać to za sukces czy porażkę. W końcu najgorszy scenariusz zakładał, że wyrzuci prezent oknem. Cóż, teraz czas, żeby to on się oknem ewakuował. Podszedł do parapetu i wsiadł na trzymaną pod peleryną miotłę. Lecąc do okna swojego dormitorium i zostawiając dormitorium Lily za plecami uśmiechnął się do siebie.
   Tak, to jednak był sukces. Mały, ale na początek zawsze to coś.

   Ostatnia kolacja w Wielkiej Sali przed wyjazdem na święta. Święta, które wisiały w powietrzu, święta, które stanowiły główny i praktycznie jedyny temat rozmów. Święta, które jednoczyły i wydobywały z ludzi to, co najpiękniejsze i najlepsze. Święta, które swoim blaskiem rozpraszały cały mrok i szarość codzienności. Nikt nie śmiałby tego zepsuć. Ale przecież zawsze można było to ulepszyć, uczcić, wzbogacić. I taki właśnie zamiar mieli Huncwoci.
   Najpierw nikt tego nie zauważył. Dopiero, gdy iskry na zamkniętych drzwiach do Wielkiej Sali zaczęły się robić coraz większe, a towarzyszący ich pojawianiu dźwięk zaczął przypominać palący się lont dynamitu, wszyscy obecni zwrócili wzrok w tamtą stronę. Ale było to o kilka sekund za późno. Iskry eksplodowały świątecznym BUM i jak fajerwerki, dymiąc rozleciały się po całej sali. Uczniowie i nauczyciele patrzyli na to wszystko z rozbawieniem, szokiem, a co poniektórzy nawet z przestrachem. Ci ostatni zamarli w pół ruchu, chcąc się schować pod stołami.
   Natomiast Huncwoci siedzieli na samym środku Gryfońskiego stołu i podziwiali swoje dzieło. Gdy dym opadł, a fajerwerki zniknęły, pozostawiając w drzwiach wyrwę w kształcie ogromnej choinki, Rogacz i Łapa machnęli różdżkami pod stołem. Świece wiszące pod sufitem zaczęły opadać, po drodze zmieniając się w świąteczne cukierki z życzeniami, a bombki wiszące na choinkach ( które po tym, jak opadł dym były dziwnym trafem w barwach Gryffindoru ) zaczęły wyśpiewywać kolędy. Hałas, radość, zamieszanie, a nawet nerwy, które pojawiły się u nauczycieli, mimo że oni też dostali cukierki z życzeniami – to wszystko było nieodłącznym elementem świąt.
   Huncwoci wiedzieli, że dostaną za ten numer od Gonagall ,,prezent”, ale chwilowo napawali się radosnym chaosem, który wywołali i zbieraniem gratulacji i słów uznania. Po raz kolejny dali uczniom Hogwartu powód do śmiechu – ich świąteczny prezent dla wszystkich hogwartczyków.
   Profesor Dumbledore siedział chwilę jeszcze za stołem, czytając życzenia z cukierka, który spadł na jego talerz. Kiedy skończył, zerknął na chłopców, łapiąc z nimi kontakt wzrokowy i mogli przysiąc, że do nich mrugnął. Następnie wstał i podszedł do mównicy. Sala zamarła.
- Cóż mogę dodać. – powiedział, zerkając na trzymane w ręku cukierkowe życzenia. – Po prostu Wesołych Świąt.
- Wesołych Świąt. – zagrzmiała chórem uczniów sala. Tak święta było czuć w powietrzu.

   Peron był ładnie odśnieżony oraz porządnie zatłoczony. Uczniowie w wielkim entuzjazmem pakowali się do pociągu, który miał odjechać do Londynu za pół godziny. Z wypiekami na twarzach, nie wiadomo czy od zimna czy wyłącznie z emocji, rozprawiali o prezentach, świątecznych potrawach, wyjazdach do krewnych. James i Syriusz zarejestrowali z dumą, że o wielkim BUM też mówią i to niemało.
   Peter i Remus już siedzieli w pociągu, a przywódcy Huncwotów stali na uboczu, z daleka od szlaków migracyjnych, żeby nie utrudniać ruchu. Syriusz tak, jak grupka innych uczniów miał zamiar zostać na święta w szkole.
- Jesteś pewny, że nie wracasz do domu? – zapytał James, patrząc na przyjaciela.
- Znasz odpowiedź. Nie mam zamiaru psuć sobie świąt siedząc z tą bandą pacanów pod jednym dachem. Zwłaszcza, że na święta robi się tam prawdziwa pacaniarnia, zjazd pacanów i pacanek.
- Dobra, dobra, załapałem. – powiedział James, po czym obaj uśmiechnęli się i pomachali do Jules, która ciągnąc swój kufer, otoczona swoimi puchońskimi przyjaciółmi zmierzała do jednego z wagonów. Kiedy podniosła ręka w geście machania na jej nadgarstku mignęła bransoletka, którą dostała do Huncwotów. To też nie był zwyczajny, kupny prezent, tylko własna robota. Bransoletka składała się z rzemyka i zawieszonych na nim czterech zawieszek w kształcie kuleczek. Na każdej kuleczce był symbol nawiązujący do przezwiska któregoś z chłopaków, a po jej otworzeniu można było przeczytać napisane w niej spersonalizowane życzenia. Jules bardzo się spodobał ten prezent, aż oczy się jej zaszkliły, gdy go dostała. Ona każdemu z nich dała śliczny, ale nie niemęski notesik, w których napisała dla nich krótkie opowiadania, a w każdym z nich główny bohater przypominał któregoś z Huncwotów. Syriuszowi opowiadania ,,o nim” wyjątkowo przypadło do gustu.
- Nosi ją. – stwierdził oczywistość Rogacz.
- I o to chodziło. – Syriusz uśmiechnął się półgębkiem. – Dobra, to jeszcze raz wesołych świąt i nie zapomnij pozdrowić państwa Potterów.
- Sam ich pozdrowisz. – powiedział James i zamiast uścisnąć Syriusza, który wyciągnął do niego rękę, szeroko się uśmiechnął.
- Jak to? Połączenie przez Sieć Fiuu chcesz łapać? – Łapa został zbity z tropu, co zdarzało się wyjątkowo rzadko.
- Nie. – powiedział James, a potem ustawiając się tak, żeby zasłonić sobą kufer i upewniając się, że nikt nie patrzy, ściągnął pelerynę-niewidkę z kufra, który leżał na jego bagażu. A na tym drugim, schowanym dotąd kufrze leżała świąteczna skarpeta z imieniem ,,Syriusz”. – Zabieram Cię do siebie na święta. Kwestię zgód i deklaracji załatwiłem z Gonagall. Nie liczyłam Cię do uczniów, którym trzeba zapewnić ,,opiekę” w czasie przerwy świątecznej… Syriuszu? – dodał, widząc, że Łapa dalej patrzy się na swój kufer. Po chwili powoli przeniósł wzrok na Jamesa.
- Wydaje mi się, że spakowałem wszystko, co sam byś spakował. W razie czego pożyczę Ci jakieś ubrania. A potem więcej ich nie upiorę i będę trzymał w gablocie. – zażartował Rogacz. Syriusz podszedł do niego i go objął.
- Dziękuję. – nic więcej nie musiał mówić, Potter wyczuł wszystko w głosie przyjaciela.
- Za te ubrania? Naprawdę żaden problem. – powiedział niezwykle szczęśliwy szczęściem Blacka.
- Tylko, że ja nie mam prezentu dla Twoich rodziców.
- Ale ja mam. Wspólny prezent od syna… - wskazał na siebie – i… - skierował palec na Syriusza.
- Zbłąkanego wędrowca? – zażartował Syriusz.
- Nie. Przyszywanego syna. – między chłopcami zapadła chwila wymownej i pełnej braterskiej miłości ciszy. – Dobra, lecimy. Choć i tak wiadomo, że bez nas nie odjadą.
   Syriusz i James ruszyli w kierunku pociągu z uśmiechami na twarzach. Kiedy zaś pakowali bagaże do środka, Rogaczowi mignęło coś, co ten uśmiech zamieniło w banana.
   Lily przechodziła obok zajęta rozmową z Willow, a do torebki miała przypięty breloczek. Breloczek od niego.
,,Cóż, prawdziwa magia świąt.”- pomyślał, a potem kontynuując gramolenie się do pociągu, zaczął nucić pod nosem.

Pada śnieg, pada śnieg, miotła leci w dal.
A my bombki transmutujemy na świąteczny bal…