piątek, 15 lipca 2016

12. Zwykły-niezwykły dzień

   Kiedy minęła już pełna wrażeń noc, przyszedł czas na równie szalony ( jak zawsze z resztą w przypadku Huncwotów ) dzień. Od momentu kiedy tylko wstali, jak w amoku przeszli do knucia i snucia kreatywnych planów, zrzucając zasłonę zapomnienia na wydarzenie sprzed paru godzin. To było typowe powiedzmy - działanie obronne, bo gdyby chłopcy starali się z takich ,,błahych" spraw wyciągać wnioski na przyszłość już dawno kierowani doświadczeniem zawiesiliby buntowniczą działalność. Takie podejście do rozsądnych nie należało, ale pozwalało im na nie ogromne szczęście, które cechowało ich wszystkie podbramkowe sytuacje.
   Zasłona milczenia padła również na nieprzyjemną wymianę zdań, która na zakończenie późnego, wieczornego spotkania miała miejsce między Lily i Rogaczem. Nie znaczyło to bynajmniej, ze ten drugi o tym nie myślał. Zastanawiał się jaki wpływ na ich stosunki będzie miała ta ,,Furiatka", która padła z jego ust pod wpływem emocji. Nie wiedział, zwyczajnie nie miał pojęcia jakim zachowaniem u rudowłosej zaowocuje ten jego wybryk. Między innymi dlatego zawsze go do panny Evans tak ciągnęło - nie mógł jej rozgryźć. Oczywiście znał ją na tyle długo, by pewne typowe reakcje i humorki przewidzieć praktycznie bezbłędnie, ale w tej kwestii nie był w żadnym razie wyjątkowy.
   Wszyscy, którzy znali Lily Evans wiedzieli, że kiedy wybuchnie siła rażenia tego wybuchu może być przerażająca. Wiadome było także, jakie ma podejście do uczciwości, a konkretnie - jej koniecznego bytu w zachowaniu każdego człowieka. Albo jej poglądy, krystalicznie wręcz poprawne, podobnie z resztą jak stosunek wobec tych, którzy mieli przyjemność zwać się jej przyjaciółmi. Bo bycie przyjacielem Lily to wielkie szczęście. Ale Jamesowi nie o takie informacje na jej temat chodziło.
  Potter od zawsze chciał wiedzieć co też kryje się w tej głowie, chronionej przez burzę rudych włosów. Jakie myśli odzwierciedla spojrzenie jej oczu. Kiedyś, w swojej butności, był święcie przekonany, że potrafi odpowiedź na te pytania, ale wystarczyło parę bezpośrednich starć z panną Evans żeby w tej jednej kwestii pewność Rogacza legła w gruzach. Był to impuls, by się do niej zbliżyć, odkryć tajemnicę tego rudzielca. A zaczęło się od takiej błahostki... Sprzeczał się z Syriuszem, który w tym przypadku wykazał się lepszym zmysłem obserwacji i od początku twierdził, że z Evans jest twardy orzech do zgryzienia, że jest w stanie zaprosić ją na randkę tak, żeby się zgodziła. Na co Łapa stwierdził, że przyjmuje zakład. A kontynuacja jest całej szkole dobrze znana.
   ,,Umówisz się ze mną, Evans?". Ten tekst wypowiedziany śmiało i przy dużej widowni miał być według Jamesa najwłaściwszy. Ale nie był. Oburzenie Lily, jej twarz czerwona, sam nie wiedział czy ze wściekłości czy skrępowania. Właśnie, nie wiedział. A jej tamtejsza odmowa była sporym ciosem w jego ego. Nie chcąc dać nikomu poznać, jak dotkliwa była to porażka nawet postarał się, by być kojarzony z tym tekstem. Ta misja zakończyła się sukcesem. Przylgnęło do niego ,,Umówisz się...", a on za każdym razem pięknie pokazywał jaki ma dystans do całej sytuacji. A wewnętrznie... Wewnętrznie nie mógł tego przeżyć. Tyle myślał o Lily, tak często się jej przyglądał, że nawet nie zauważył kiedy sprawia mu to ogromną przyjemność.
   Nie znaczyło to, ze przestanie grać. Nie mógł sobie na to pozwolić jako Huncwot. A był w tej grze tak dobry, że chyba tylko jeden Syriusz na całym świecie podejrzewał jak mało w jego zachowaniu do Evans jest zabawy, a jak dużo zaangażowania, choć cała szkołą dostrzegała zdecydowanie tendencję odwrotną. Ale na tym polegała braterska więź, która ich połączyła praktycznie od pierwszej chwili znajomości. Potrafi sobie niemal czytać w myślach, czuli nawzajem swoje intencje i zamiary. A skoro zamiarem Jamesa było być uważanym za kogoś, kto tylko drażni się z Evans i nie traktuje tego poważnie, Black nigdy nie starał się tego podważać, nawet w rozmowach w cztery oczy. Jedyne na co czasem sobie pozwalał to sekundowe znaczące spojrzenia, których Rogacz udawał, że nie widzi.
   Takie spojrzenie rzucił mu kiedy wrócili po ,,kłótni" do dormitorium. Ale tym razem Potter go nie zauważył, bo był zajęty podliczaniem. Właśnie, podliczał sobie o ile pól się cofnął na planszy, której metą było zdobycie Lily. Podejrzewał, że sporo i martwiło go to trochę. Jednak wziąwszy pod uwagę, że kosz od Evans był zaledwie uszczerbkiem na jego pewności siebie, nadal wierzył głęboko w cudowność swojej osoby i liczył na to, że w kilka zaledwie ,,rzutów" kostki to nadrobi.


***


- Potter? Jaki Potter?
   Tak Lily zbyła z samego rana wszystkie pytania i koleżeńskie zaczepki współlokatorek, którym Willow szepnęła dwa słówka o wieczornej wymianie zdań między nią a Huncwotem. Wiedząc, że Will zachowała dyskrecję w reszcie szczegółów wczorajszych zdarzeń, wymaszerowała z dormitorium, mając jasno określony cel - Porozmawia z Severusem, choćby miała się podstępem dostać do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Jedna rzecz, że nie ,,przedyskutowała" z nim napadu na Mary, a druga - zjadała ją ciekawość, na ile prawdziwa jest wersja wydarzeń, którą usłyszała od Jamesa i Syriusza odnośnie zdarzeń, w których rzekomo uczestniczył. 
   Rzekomo, zgadza się. Za długo znała ten powalający popularnością w szkole duet, by brać na wiarę wszystko co powiedzą. Fakt, zgadzała się z powszechnie panującą opinią, ze potrafili być zabawni - nie zawsze, ale często. Oprócz tego talentu również nie można było im odmówić i był czas kiedy zdawało się jej, że będzie ich lubić tak, jak przeważająca część szkoły. Był to niestety stan przejściowy i chwilowy, bo gdy tylko zdała sobie sprawę, że w zestawie z talentem i poczuciem humoru, dojrzałości nie dołączali, ale spora dawkę zarozumialstwa owszem, szybko się zraziła i starała się trzymać na dystans. Widziała w nich ten rodzaj uczniów, których znała ze szkoły mugolskiej - superfajni, więc można im wszystko, łącznie z naigrywaniem się z innych. A na potwierdzenie jej antypatii, w zaledwie tydzień kiedy wysnuła takie, a nie inne wnioski James postanowił zaprosić ją na randkę w najbardziej niezachęcający sposób jaki mógł wybrać. Osiągnął w ten sposób takie efekt, że przez jakiś czas wręcz bała się jego towarzystwa, bo nie wiedziała czy znów z czymś nie wyskoczy. Jeśli chodzi o jego mentalnego bliźniaka Syriusza, również był zbyt pewny siebie, traktował życie jak zabawę i aż biło od niego wyluzowaniem. Dla niej samej nie był groźny, ale bywał denerwujący - tej drugiej opinii nie szczędziła Willow i wydawało się, że tylko dzięki temu chłodnemu spojrzeniu jej przyjaciółka nie ślini się na widok Blacka, jak wiele dziewczyn w zamku miało w zwyczaju.
   Jeśli chodziło o resztę Huncwotów, tych powiedzmy mniej krzykliwych. Peter był tak zapatrzony w swoich przywódców, że nie sądziła by kiedykolwiek, a przynajmniej nie w najbliższej przyszłości, udało jej się go poznać. A Remus. Eh, Remus, dobry duch i jedyny w tej paczce, który mógł być nazwany dojrzałym, mimo swojej roli Prefekta, dotrzymywał kroku Łapie i Rogaczowi (choć może mniej jawnie) i nikt nie miał wątpliwości, że są prawdziwymi przyjaciółmi. Nierozłączna paczka, Huncwoci...
   Potter? Jaki Potter? Huncwoci? Jacy Huncwoci? - powiedziała sobie w myślach Lily, zdając sobie sprawę ile i o ile za dużo myśli im poświęciła. Zmarszczyła przy tym z niesmakiem brwi i właśnie z tą skwaszoną miną wpadła na Severusa. Jak na machnięcie różczki wszystkie negatywne emocje wróciły, a Lily, która przed chwilą bardzo chciała porozmawiać z przyjacielem, zwęziła oczy w szparki i wypaliła:
- Masz mi coś do powiedzenia? - powiedziała przez zaciśnięte zęby.
- Ja? -zapytał niezbyt mądrze Snape, a po głosie można było poznać, że jest przerażony tym spotkaniem, a raczej reakcją Lily.
- Tak, Ty. Mam nadzieję, że tak i to coś na tyle świadczącego o Tobie dobrze, że nie obrócę się na pięcie żeby odejść.
- Nie zrobisz tego. Nie jesteś taka.
- Nie bądź taki pewny, już i tak każdy kto przechodzi patrzy na mnie krzywo, że z Tobą rozmawiam. - powiedziała, zdenerwowana tym, że Sev mówi jej co zrobi, a czego nie, i  tak naprawdę od razu tego pożałowała, bo wiedziała jak drażliwym tematem jest zdanie innych na temat ich znajomości. Widząc minę Severusa bojowy nastrój trochę w niej stopniał.
-...myslałem, że jesteśmy przyjaciółmi - powiedział Snape. - Najlepszymi przyjaciółmi... 
-Jesteśmy przyjaciółmi, ale nie lubię kilku typów, koło których się kręcisz! Wybacz mi, ale nie cierpię Avery'ego i Mulcibera! Mulciber! Co ty w nim widzisz, Sev? Jest odrażający! Nie wiesz, co próbował zrobić Mary MacDonald? - zapytała trochę sarkastycznie, a trochę złośliwie.
- To nic takiego... Taki żart, nic więcej...
- To była czarna magia i jeśli uważasz, że to śmieszne...
- A co robi ten Potter i jego kumple? - zapytał ze złością Snape, rumieniąc się lekko.
- Co ma z tym wspólnego Potter?
- Wymykają się gdzieś w nocy. Ten Lupin jest jakiś dziwny. Jak myślisz, gdzie on wciąż znika?
- Lupin jest chory – odpowiedziała Lily. - Mówią, że choruje...
- Co miesiąc przy pełni księżyca?
- Wiem, co myślisz – powiedziała chłodno Lily. - Nie wiem tylko, dlaczego masz jakąś obsesję na ich punkcie. Dlaczego tak Cię obchodzi, co oni robią nocami?
- Próbuję ci tylko wykazać, że wcale nie są tacy cudowni, jak wszyscy uważają.
- W każdym razie nie uprawiają czarnej magii - ściszyła głos – A ty jesteś naprawdę niewdzięczny. Słyszałam, co się stało w nocy. Wlazłeś do tego tunelu pod Wierzbą Bijącą i James Potter uratował cię przed tym, co kryło się na końcu...
- Uratował? Uratował? Myślisz, że odgrywał bohatera? Ratował siebie i swoich przyjaciół! I nie będziesz... nie pozwolę ci...
- Nie pozwolisz? Ty mi czegoś nie pozwolisz?
Zielone oczy Lily zmieniły się w szparki. Snape natychmiast się zreflektował.
- Nie to chciałem powiedzieć... ja... ja po prostu nie chcę, żebyś wyszła na głupią... on... ty mu wpadłaś w oko, James Potter dowala się do ciebie! - Te słowa wyrwały my się mimowolnie. - A on wcale nie jest... Wszyscy myślą... Wielki mi bohater... czempion quidditcha...
-Wiem, że James Potter jest zarozumiałym palantem – przerwała mu. - Nie musisz mi tego mówić. Ale Mulciber i Avery są po prostu źli. Oni są źli, Sev. Nie rozumiem, jak możesz się z nimi zdawać. ***
- Przepraszam. - powiedział, bo nie wiedział co innego może powiedzieć. Nie mógł obiecać, że przestanie się obracać w tym towarzystwie i nie mógł też jawnie potwierdzić czarnych charakterów swoich Ślizgońskich przyjaciół.
- Nie ja tu zasługuje na przeprosiny. - powiedziała Lily, wciąż dochodząc w duchu do siebie po tym, jak się okazało, że James mówił prawdę o nocnej misji ratunkowej. Postanowiła nie drążyć tematu. Ciekawość co prawda w dalszym ciągu ją zjadała, ale chciała się odciąć od tematu Huncwotów i nie kłócić dalej z Sevem, a żeby to osiągnąć musiała darować sobie dalsze pytania. Włączając zwykły u siebie tryb moralizowania Severusa ruszyła  nim w stronę Wielkiej Sali.  Uczniowie nadal się na nich patrzyli - nie przywykli do końca do ich przyjaźni pomimo upływu lat - ale Lily bardziej w tym momencie martwiła się coraz większą obojętnością i mniejszy wrażeniem jakie na Sevie robił jej wykład.




***


   Syriusz tego ranka zebrał się jeszcze szybciej niż to miał w zwyczaju i opuścił dormitorium bez słowa wyjaśnienia. Reszty chłopców ani to nie zastanowiło, ani nie zdziwiło – każdy Huncwot chodził czasami swoimi ścieżkami i nie musiał się z tego tłumaczyć. Oczywiście, ciekawość często prowokowała do pytań lub nawet ,,koleżeńskiego” szpiegowania, leżało to w końcu w ich Huncwockiej naturze. Ta druga okoliczność rzadko się zdarzała, bo tajemnic przyjaciele nie mieli przed sobą żadnych, a ponadto czasem , jak w tym przypadku – powód takiego zachowania był aż nadto wiadomy. Łapa zdawał sobie sprawę, że jego zamiary nie są tajemnicą – po pierwsze, domyślał się tego, a po drugie, które tak naprawdę powinno być pierwszym na odchodne James zawołał za nim – Pozdrów od nas Jules.
   Panicz Black zbiegając do Sali Wejściowej był zdeterminowany. Dzień wcześniej nie udało mu się spotkać z panną Justice w sposób naturalny i niewymuszony, więc dziś postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i do spotkania doprowadzić.  Zmierzając z całym strumieniem uczniów w stronę pysznego śniadania, dryblował między grupkami  w barwach Gryffindoru lub Ravenclawu. Nie było to trudne, bo o tej porze, która była dość wczesna nie było zbyt tłumnie na korytarzach. Mimo to, co najmniej 5 na 6 dziewczyn, które mijał spoglądały na niego uważnie, a na ich twarzach pojawiały się rumieńce lub uśmiechy.  Wiek nie miał tu znaczenia, Syriusz był przystojny, czarujący i nonszalancki, a był to zestaw, któremu nie można było się oprzeć w żadnej mierze. A kiedy już się go poznało nie było dużo lepiej się obronić przed jego urokiem, bo dochodziło poczucie humoru, inteligencja, odwaga. Były one tak porażające, że żadnej dziewczynie z tego wachlarza nie wystawała zbytnia pewność siebie, zarozumialstwo lub nie zawsze dojrzałe zachowanie. Poza tym Łapa nigdy nie dopuszczał do siebie wielbicielek na tyle blisko lub długo, by te wady dostrzegały. Nie było to żadne zagranie taktyczne, nudził się zwyczajnie obecnością tych samych twarzy w swoim otoczeniu i nie lubił zakładać sobie kajdanów, co w jego mniemaniu równało się stałemu związkowi. Właśnie taka filozofia życiowa sprawiła, że nie miał nigdy dziewczyny, a grono ludzi, którzy zaskarbili sobie jego stałą sympatię nie było rozległe. Oprócz Jamesa, Remusa i Petera od niedawna zaliczała się do niego również Jules. Dziewczyna po bliższym poznaniu okazała się być na tyle interesująca, zabawna i pełna pozytywnej energii, że Syriusz ją polubił. Polubił, a nawet uzależnił od niektórych jej szczerych i bezpośrednich zachowań. Kiedy dodać do tego typowe dla Blacka zaborcze podejście do swoich przyjaciół nie można było się dziwić, ze tak go uwierał fakt niespotkania się z Jules zaraz po jej wyjściu ze Skrzydła Szpitalnego.
   Teraz, czekając przy schodach, opierając się plecami o ścianę mógł obserwować wszystkie możliwe drogi do wejścia do Wielkiej Sali. Był pewny, że Jules jeszcze nie ma na śniadaniu, potrafiła efektywnie zarywać noce i przesiadywać prawie do świtu, ale poranne wstawanie nie było jej mocną stroną. Łapa tak stojąc szczególną uwagę poświęcał korytarzowi biegnącemu w kierunku wejścia do kuchni – o którym wiedzieć nie powinien, ale oczywiście wiedział. Zdawał sobie sprawę, że Pokój Wspólny Hufflepuffu znajduje się w tamtej części zamku, ale stojąc tam i czekając nagle doszło do niego, że nigdy tam jeszcze nie był. Myśl ta uderzyła go dosyć mocno i zanotował ją sobie w głowie, aby nie zapomnieć o tym powiedzieć Rogaczowi. W natłoku obowiązków nie zauważyli, że Pokój Wspólny Puchonów jest jedynym jeszcze przez nich nie zwiedzonym. Zarówno Krukonów, jak i Ślizgonów zdarzyło im się ,,odwiedzić”. Tych pierwszych jawnie po rozwiązaniu klucza-zagadki, a tych drugich pod osłoną pelerynki-niewidki i z małym, wybuchowym prezencikiem.
   Uśmiechając się do swoich wspomnień szybciej usłyszał niż zobaczył zbliżającą się pannę Justice, która od samego rana była rozgadana i roześmiana. Kiedy podążył za jej głosem zobaczył, że idzie tyłem i żywo coś opowiada towarzyszącemu jej… Dariusowi. Ech. Syriusz za nim nie przepadał. A tak naprawdę nawet nie za nim, ale za jego podejściem do Jules i Huncwotów, bo samego pana Patterna nie miał jeszcze nigdy okazji poznać. Nie ulegało jednak wątpliwości, że do poznania, a tym bardziej zakolegowania na pewno nie dojdzie, bo z miny jaką na widok Blacka zrobił Puchon jasno wynikało, że awersja jest w pełni odwzajemniona.
   Wyraz twarzy Dariusa, a konkretnie kwaśny grymas, choć na krótko za niej zagościł był na tyle wymowny, że Jules przerwała w pół słowa i odwróciła się w kierunku, w którym uparcie na ślepo zmierzała. Gdy zobaczyła Syriusza, który w tym czasie oderwał plecy od ściany i stanął im na drodze, uśmiechnęła się półgębkiem, rzuciła okiem na obu panów po czym zaśmiała się po nosem. Kiedy podeszli do Łapy, Darius powiedział pod nosem, że czeka na nią przy stole i dał jej ,,dyskretnie” do zrozumienia, żeby się pośpieszyła, bo jako pierwsze zajęcia mają dziś ONMS i muszą dojść jeszcze na błonia – czytaj: nie gadaj z nim zbyt długo. Kiedy panicz Pattern oddalił się z niezadowoloną miną, Jules powiedziała:
- Mimika Dariusa była tak łatwa do zainterpretowania, że nie patrząc za siebie mogłam krzyknąć od razu ,,Cześć Syriuszu”, ale bez krzyczenia powiem to teraz – cześć Syriuszu.
- Cześć, cześć. Rozumiem, że Darius ma dla mnie indywidualny zestaw, inny niż dla reszty Huncwotów, bo na nich też uśmiechem nie reaguje.
- Oczywiście. W końcu Ty jesteś wspaniały Syriusz Black, specjalnie dla Ciebie dodatkowo marszczy nos, jakby poczuł coś zepsutego. – powiedziała wachlując się ręką, jakby coś zaśmierdziało dla wzmocnienia efektu.
- Bardzo zabawne. To zapach niesamowitości, który drażni przeciętniaków.
- No proszę, a ja cały czas miałam złudną nadzieję, że zadzieranie nosa to coś z czym musisz się trochę rozruszać każdego dnia, a tu widzę - odruch naturalny od samego rana. – tym razem przyłożyła rękę do twarzy i zmartwiona pokręciła głową.
- Skoro nasz tradycyjny rytuał przekomarzania został odbębniony…
- A został? Ja się dopiero rozkręcam.
-… to powiedz mi – kontynuował z naciskiem nie zrażony jej docinkami – co masz na swoją obronę? – dokończył i stanął z rękami założonymi na piersi.
- Przypominasz mi teraz McGonagall. A mogę wiedzieć, skoro mam się bronić, jaka się moja wina?
- Wyszłaś wczoraj ze Skrzydła Szpitalnego…
- A powinnam była jeszcze tam zostać?
- Na brodę Merlina, jaka Ty jesteś niemożliwa. Już zapomniałem najwyraźniej jak się z Tobą ciężko rozmawia. – zażartował i popatrzył na nią niby karcąco, ale tak naprawdę z wielką sympatią. – Chodzi mi o to, że nam o tym nie powiedziałaś.
- Ahaa. Powiem Ci, że nie spodziewałam się takiego rodzaju pretensji. Jak mogłam zapomnieć, że należało mi się zameldować moim nowym, sławnym znajomym. O ja biedna, potworna, niewdzięczna…
- Za tych znajomych to zaraz oberwiesz.  Jesteś naszą przyjaciółką i wydawało mi się, że jesteśmy wystarczająco ważni, żeby być poinformowani o Twoim stanie zdrowia. Szczególnie w sytuacji kiedy zostałaś poszkodowana przez naszego zidiociałego kolegę z drużyny.
- Wy chyba z Jamesem faktycznie macie poczucie, że znajdujecie się w centrum wszechświata. To taka mała dygresja, za którą obrażać się nie macie prawa…
- I nie zamierzamy.
-… A jeśli chodzi o to, że się wczoraj nie pokazałam zdrowa, sprawna i poskładana to nie wynikało ze złośliwości. Wiesz sam dobrze, jak dni szybko lecą i czas przez palce przecieka kiedy masz co robić i jesteś nadpobudliwy. Akurat Ty powinieneś to doskonale rozumieć.
- Rozumiem. Rozumiem kto zadbał o to żebyś nie miała dla nas czasu. – powiedział i popatrzył wymownie w kierunku Wielkiej Sali.
- Czyli nasza rozmowa zatacza koło. Wracamy do Dariusa.
- Przyznaj, że gość nas nie lubi i stara się Ciebie od nas izolować. – powiedział i popatrzył na Jules intensywnie, czekając aż przyzna mu rację.
- Co mam Ci powiedzieć? To prawda. Jest o Was zazdrosny i uważa, że traktujecie mnie jak swoją zabawkę albo… Maskotkę! O, to jest właściwe słowo. – zawołała triumfalnie, podnosząc palec do góry. – I koniec tematu, nie będziemy go obgadywać.
- W porządku, tylko powiem Ci, że w kwestii zazdrości się nie wypowiadam, ale maskotką naszą jesteś jak najbardziej. Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. – powiedział i oboje się zaśmiali.
- Skoro to ustaliliśmy powiedz mi jakie plany na sobotę ma paczka Huncwotów?
- Za Remusa wypowiadać się nie będę, nie wiem jak się będzie czuł po powrocie. Peter ma douczanie, które obowiązkowo mu zorganizowała Gonagall, a James i ja mamy trochę polatać i może skoczymy do Hogsmeade.
-Okej. – powiedziała Jules jakoś dziwnie bez entuzjazmu i z ociąganiem. – W takim razie…
-Aaaa! – ten okrzyk przerwał rozmowę Syriusza z Jules, a należał do nikogo innego jak Elinor, która potknęła się schodząc po schodach i upadła na jeden ze stopni.
   Zarówno Syriusz, jak i Jules zauważyli kątem oka Krukonkę, kiedy tylko pojawiła się na schodach – szła przez ich środek i starała się znajdować w centrum uwagi. Z resztą tak, jak zawsze. Zaalarmowani jej krzykiem mogli odwrócić się i zobaczyć jej pełen niesamowitej gracji upadek, co do którego nie można było mieć wątpliwości, że nie był przypadkowy. Syriusz był zbyt inteligentny, żeby nie domyślić się zagrania Elinor, ale dobre maniery i szarmanckość  nie pozwalały mu stać obojętnie. Podbiegł do brunetki i pomógł jej wstać.
- Ja już pójdę. Do zobaczenia Syriuszu. – powiedziała Jules  i odeszła znowu uśmiechając się półgębkiem. Wiedziała doskonale, że Elinor poluje na Łapę od długiego już czasu i skoro postanowiła teraz w tak ,,subtelny” sposób przeprowadzić atak, nie miała zamiaru przeszkadzać. Widziała spanikowane spojrzenie Syriusza, który najwyraźniej nie chciał miał ochoty zostawać  sam z Elinor. ,,Cóż, poradzi sobie, w końcu duży z niego chłopiec.’’ -  pomyślała Jules, trochę wrednie, ale przez sprawy związane z sobotą nie chciała dalej rozmawiać z Syriuszem…
   Ten natomiast kiwnął głową Elinor i już chciał odejść, ale wiadomo było, że już nie ma na to szans. A przynajmniej nie szybko.
- Ojej. Aua. Chyba tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. – uśmiechnęła się zalotnie. - Coś zrobiłam sobie w nogę.
- Jesteś tego pewna? – zapytał Syriusz obejmując ją, żeby dać dziewczynie oparcie. – Wyjątkowo przejmujesz się swoją fryzurą, jak na kogoś, kogo coś boli. – powiedział patrząc jak dziewczyna przeczesuje włosy palcami.
- Może niespecjalnie… - zaczęła się kręcić. – No okej. Nie boli. Ale za tą wyjątkową przyznasz inwencję, żeby zostać z Tobą sam na sam, możesz nagrodzić mnie rozmową, prawda? – mrugnęła i stanęła w pełni o własnych siłach, niechętnie wydostając się z uścisku ramion Syriusza. ,,Jak dobrze pójdzie będę w nich spędzać już niedługo sporo czasu.”
- Zdolności aktorskie pozostawiają wiele do życzenia, ale za determinację masz plusa. –zażartował Syriusz i zszedł ze schodów, a Elinor za nim. Już i tak zwracali na siebie uwagę wszystkich przechodzących,  nie musieli dodatkowo utrudniać ruchu na szkolnych korytarzach. – Jaką masz w takim razie do mnie sprawę?
- Chciałabym mieć miłe towarzystwo w sobotę podczas wyjścia do Hogsmeade i Ty jesteś najlepszym kandydatem.
- Najlepszym? Ale zapewne niejedynym. Niestety będziesz musiała uderzyć do następnej osoby na liście. Ja…
- Poczekaj. – przerwała mu dziewczyna. – Zanim ostatecznie powiesz ,,nie” pozwól, że coś dodam. – Syriusz zrobił zniecierpliwioną, ale pytającą minę. – Chciałam w tą sobotę uczcić swoje urodziny.
   Syriusz wybuchł śmiechem.
- To takie zabawne?
- Zabawne jest jaka jesteś uparta i kreatywna.
- Nie wymyśliłam sobie tego, że mam urodziny ze względu na Ciebie.
- Ale wymyśliłaś, że jest to świetny argument nakłaniający mnie do zgody.
- To jaka jest Twoja ostateczna decyzja? Co Ci szkodzi? Zgoda – przewróciła oczyma – powiem jeszcze i to – to nic zobowiązującego.
- To ostatnie jest zachęcające… No dobrze. Do zobaczenia w sobotę. Jubilatko. – powiedział to ostatnie słowo z przekąsem, ale Elinor te złośliwe docinki nie przeszkadzały. Osiągnęła cel.
- Do zobaczenia. – zarzuciła długimi włosami i odeszła pewnym krokiem, kołysząc biodrami.
   Black popatrzył za nią, ale nie tęsknym wzrokiem, którego ona by sobie życzyła. Zastanawiał się nad tym, co właśnie zrobił.  Nie, żeby nie uważał Elinor za atrakcyjną. Była faktycznie bardzo ładna, a w dodatku charakterna. Tylko wyczuwał, że oprócz tego Smoczego ognia pasującego do dziewczyny Huncwota, ma ona w sobie coś z trującego bluszczu, a on nie miał zamiaru zostać ,,uduszony”.
   A w momencie, w którym postanowił, że nie zostanie, na horyzoncie pojawili się Rogacz i Glizdogon i myśli dotyczącego czegokolwiek innego poza dobrą zabawą, poszły w odstawkę.


*** - fragment zaczerpnięty z książki J.K. Rowling ,,Harry Potter i Insygnia Śmierci"

piątek, 10 czerwca 2016

11. Burza

   Cisza, która zapanowała w Pokoju Wspólnym była stanem chwilowym.
- Kto by się spodziewał, że spotkamy nasz grzeczne dziewczynki o tak nieprzepisowej porze poza dormitorium? - powiedział James i odruchowo postępując krok w stronę Lily poczochrał sobie ręką włosy.
- Nie sądzisz chyba, że tak łatwo odwrócisz naszą uwagę? - zapytała Lily i zacisnęła usta ze złości tak mocno, że aż jej zbielały.
- Gdzież byśmy śmieli obrażać w ten sposób Waszą inteligencję. - powiedział Syriusz uśmiechając się półgębkiem i mrugnął, co Willow odczytała bardzo personalnie, a Peter zanotował w myślach w katalogu pt.; Jak się zachowywać żeby być fajnym?
- Lily to jest sprawa, którą nie możemy się od tak podzielić.
- A to niby dlaczego?
- Bo ktoś może sobie tego nie życzyć.
- Kto? Severus?
- Jego zdaniem i uczuciami bym się akurat tak nie przejmował. - to stwierdzenie nie spodobało się pannie Evans i jeszcze bardziej ją rozeźliło.
- Ty to raczej nie przejmujesz się niczym poza własnym tyłkiem. - odparowała, zanim przepuściła myśli przez swój filtr opanowania.
- Wow, Lily. - Syriusz aż na chwilę wytrzeszczył oczy. - Nie sądziłem, że potrafisz być taka ,,wulgarna'.
- To przez tą późną porę. Kiedy Lily się nie wyśpi potrafi być bardzo nieznośna. - wtrąciła Willow, widząc szansę na pożartowanie z Syriuszem i kompletnie z zafascynowania Łapą nie rejestrując, że nabija się z przyjaciółki. Poza tym, uśmiech Blacka, którym ją obdarzył, byłby pewnie według niej wart nawet świadomego aktu takiej nielojalności. Lily postanowiła nie reagować. Był to jeden z tych momentów, w którym czuła się najbardziej dojrzałą osobą w promieniu paru mil.
- Wracając do tematu. Co wyście robili i co z tym wspólnego ma Severus?
- Niemożliwie uparta jesteś. - odparł zaczepnie James.
- Odpowiesz czy będziesz dalej kluczył i próbował mnie zwodzić?
- Już powiedziałem, że nie mogę. Ktoś dla mnie ważny mógłby mieć z tego powodu problemy. - dopiero po powiedzeniu tego zdania, James zdał sobie sprawę, że trochę przesadził z niewłaściwym doborem słów.
- A niby kto? - nie dawała za wygraną Evans.
- Ja. - Syriusz wykazał się przytomnością umysłu. - Zakpiłem sobie z Twojego wspaniałego kolegi i właśnie jego ratowaniem musieliśmy się zająć. A konkretnie - James musiał się zająć.
- Ratowaniem przed czym?
- Przed niebezpieczeństwem. - Black wytrzeszczył oczy, odgrywając straszną minę.
- Bardzo zabawne. - powiedziała ruda, a Willow uśmiechnęła się promiennie do Syriusza ( co nie było absolutnie nietypową reakcją).- A gdzie się to niebezpieczeństwo kryło?
- Na końcu tunelu pod Wierzbą Bijącą. - powiedział i tylko on jeden zauważył, że na ową szczerość Potterowi się spięły wszystkie mięśnie.
- Jakiego tunelu? - Willow dostała aż wypieków z ekscytacji.
- Zakazanego i tak niebezpiecznego, że tylko czekać aż się komuś zwali na głowę. - odparł Rogacz.
- Nie musisz nas zniechęcać, pchać się tam nie zamierzamy. Mamy trochę oleju w głowie. - powiedziała z przekąsem Lily.
- W odróżnieniu od Twojego kolegi. - mruknął Łapa.
- Na pewno nie wszedł by tam bez powodu, musieliście go podpuścić! - wybuchła niespodziewanie Lily. - Mogło mu się coś stać!
- I właśnie dlatego, jak przyznałem się Jamesowi do swojego, przyznaję - nie najlepszego pomysłu, pognał mu na ratunek.
- Nie wierzę. - powiedziała rudowłosa z takim jadem, że aż dziw, iż Peter zdobył się na odwagę na wtrącenie się do rozmowy.
- Ja mogę poświadczyć...
- Akurat jesteś wiarygodnym źródłem. Robisz wszystko tak, jak Ci dwaj pseudo-wspaniali Ci karzą.
- Strasznie nerwowa jesteś. Nawet bardziej niż zazwyczaj. - powiedział Rogacz i zaczął się poważnie zastanawiać czy Lily aby się dobrze czuje. Mimo jej niechęci do jego osoby zawsze starała się zachowywać kulturalnie tak długo, na jak długo pozwalał jej wybuchowy charakter. A było to dłużej niż dwie minuty.
- Nic się nie stało Severusowi?
- Nic. Tylko dzięki błyskawicznej i bezinteresownie bohaterskiej akcji Jamesa. - powiedział Syriusz i dał dyskretnie znać swoim towarzyszom, żeby się przesunąć w stronę dormitorium. Na Petera dyskretne sygnały nie działy, ale szczęśliwie zwykł poruszać się za Jamesem i Syriuszem jak ich satelita.
- Pomogłeś Severusowi?
- Aż tak Cię to dziwi? - zapytał James. Po czym dodał zezując rozbawiony na przyjaciół. - Tak, to jednak dziwne.
- Cieszę się, że macie ubaw. Po raz kolejny udowadniacie swój wysoki poziom. Tylko tacy kretyni mogli wpaść na pomysł, żeby kogoś nabrać w tak podły sposób. - założyła ręce na piersi i odwróciła się połowicznie do Willow, która próbowała dać jej znać, żeby trochę ochłonęła. Bez efektów.
- Po pierwsze, powinnaś być chyba wdzięczna za swojego przyjaciela. A po drugie czy kretynem nie jest przypadkiem również ten, kto się daje nabierać w taki sposób?
- Odczep się od Seva. Ty i Twój zadarty nos nie mają prawa oceniać innych.
- A już w szczególności Twojego ukochanego Seva. - James powiedział to złośliwym tonem, a takiego jeszcze do Lilu nigdy nie użył, ale zaczęła mu już poważnie działać na nerwy. Korzystając z faktu, ze jego odzywka spowodowała ogólne znieruchomienie, dodał - I mimo, że nie jesteśmy tak wspaniali jak on i jego przetłuszczone włosy to nie jest powód, żeby nas obrażać z taką radością.
- Świnia.
- Furiatka.
Po wymianie tych dwóch słów, ostrych teraz jak sieknięcia miecza, panna Evans czerwona na twarzy i pan Potter z przekrzywionymi w nerwach okularami, obrócili się niemal jednocześnie i skierowali do swoich dormitoriów.
- To była z pewnością chwila legendarna. Czujmy się wyróżnieni, że byliśmy jej świadkami. - skomentował Syriusz kiedy zostali w Pokoju Wspólnym we troje. Willow zaśmiała się, a że była zszokowana zachowaniem przyjaciółki zabrzmiało to troszkę histerycznie.
- Zawsze jakieś emocje, prawda? Można to uznać za pewnie krok w przód.
- Faktycznie. To do zobaczenia, oby szybkiego w równie emocjonujących okolicznościach. - powiedział Syriusz i ukłonił się Willow teatralnie kierując się z Peterem w stronę schodów.
   Nie zdawał sobie sprawy, ile tym ostatnim zdaniem obudził w Will nadziei i przez to ilu jej snów miał być dziś w nocy bohaterem.


***


   Lily zgasiła światło i wskoczyła pod kołdrę tak, jak stała, a kiedy Willow wróciła usilnie i całkiem udanie udawała, że śpi. Nie wiedziała czy jej przyjaciółka w to uwierzyła, ale była jej wdzięczna, że postanowiła zagrać w tą grę i dać jej święty spokój. Miała na dziś dosyć emocji, nerwów, nawet zwyczajnych rozmów.
   Nie była z siebie dumna. Przyznawała się bez bicia przed sobą i innymi, że nie należała do spokojnych i flegmatycznych osób, ale co innego być wybuchowym, a co innego chamskim. Co innego kłócić się z klasą, a co innego drzeć się bez ładu i składu. Co innego obrażać Pottera, bo jest zadufanym osłem, a co innego w momencie, w którym on zrobił coś dobrego i to dla kogoś kogo z pewnością sympatią nie darzył... No może nie w zupełności. Pomagał Syriuszowi, który mógłby wpaść w tarapaty, gdyby Sevowi coś się stało, ale zawsze. Jednego był pewna - ich wersji wydarzeń. 
   Może było to dziwne w sytuacji, gdy ma się do czynienia z największymi krętaczami w szkole, ale ona zawsze miała niezawodną wręcz intuicję. Nie było to żadne przechwalanie, tylko zwyczajny fakt - wiedziała kiedy kłamali. Dlatego też czuła, ze nie usłyszała całej prawdy, ale w tym momencie nie miała do tego głowy. Koniec dnia w towarzystwie Huncowtów... Chyba dzisiaj tylko w tym wszystkim trzęsienia ziemi brakowało, by dzień był jeszcze paskudniejszy.
   A nie powinien taki być. Przez większość jej życia ten konkretny dzień, ta konkretna data zawsze były wesołe, pełne dobrej zabawy i uśmiechu. Aż do jej 11 urodzin. A dlaczego? Bo właśnie wtedy przestały być z Petunią nierozłączne i wtedy dzisiejsza data, czyli urodziny jej siostry były tylko bolesnym przypomnieniem rozmiarów przepaści między nimi.
   Wstała rano, bardzo wcześnie rano i pobiegła do sowiarni żeby wysłać paczkę. Zaadresowała ją tak, żeby od sówki płomykówki odebrali prezent jej rodzice. Dopiero oni mieli go przekazać Petunii, żeby nie denerwować jej sprawami magicznymi. Następnie zdenerwowana udała się na lekcje. Miała w planach rozmówić się z Severusem w sprawie Mary, u której spędziła część poprzedniego wieczoru. Na szczęście po takim dwudniowym odstępie czasu dała radę ochłonąć i miała być to rzeczowa rozmowa, na którą... Niestety Severus okazał się nie mieć odwagi.
   Potem. Potem dostała list od rodziców. A właściwie dwa listy w jednej kopercie. Jeden od rodziców, w którym była tradycyjna wymiana informacji i troskliwe, rodzicielskie pytania, ale wszystko było wyjątkowo delikatnie formułowane. Jakby chcieli ją tymi słowami pogłaskać uspokajająco po głowie. Dowiedziała się dlaczego dopiero przy drugiej wiadomości. 
   Był to list od Petunii. 
   List tak przykry, że mimo iż nie chciała widziała cały czas wszystkie zapisane w nim niemiłe słowa. Prezent, czyli własnej roboty album z zielnikiem, do których Petunia zawsze miała słabość i serce, został podarty i wyrzucony. Serce Lily zabolało na wieść o tym, ale nie wierzyła i nigdy nie uwierzy, że jej siostra tego nie pożałowała. Siostry Evans były impulsywne i obie potrafiły łatwo eksplodować, choć na różny sposób, ale cechą wspólną tych wybuchów był fakt, że zawsze ich potem żałowały. Rudowłosa była przekonana, ze jej siostra żałuje, nawet jeśli sama przed sobą się do tego nie przyznaje. Dlatego wierzyła, że droga do obudzenia w jej sercu siostrzanych uczuć nie jest wcale jeszcze zamknięta. Tęskniła za siostrą i chciała dalej ją mieć za przyjaciółkę.
   Pogrążona w tych smutnych rozmyślaniach, została na koniec dnia ściągnięta do Pokoju Wspólnego i po przesiedzeniu tam dłuższej chwili, ze zmęczenia i nerwów nie nadawała się już do spotkania a Jamesem Potterem. Cóż przynajmniej odkryła, że ,,Umówisz się ze mną Evans?" ma też swoje granice wytrzymałości i była to informacja ciekawa oraz warta chwili refleksji. Ale na pewno już nie tego wieczoru.
   Panna Evans odwróciła się na drugi bok i słuchając zbliżającej się od strony Zakazanego Lasu burzy odpłynęła w sen.


środa, 11 maja 2016

10. Wierzba Bijąca

   Wierzba Bijąca w blasku Księżyca w pełni mogła być naprawdę hipnotyzująca. Zwłaszcza kiedy się nie ruszała. Gruby pień, potężne i sękate korzenie oraz powykrzywiane na wszystkie strony gałęzie drzewa, które samotnie stało na uboczu swoją dziwną groteską przyciągały uczniów za każdym razem, gdy ci spostrzegali je po raz pierwszy. Różnie się to kończyło, ale dawało naukę na przyszłość i to taką, której nie dało się zapomnieć - od wierzby należało się trzymać z daleka.
   Stojąc tak w atmosferze pełnej grozy i pilnując, by nikt nie skorzystał z chwilowego paraliżu drzewa i nie zakradł się do znajdującego się między korzeniami tunelu, pani Pomfrey cała dygotała. Miała na sobie co prawda ciepłą szatę i naciągnięty na głowę kaptur, ale ta noc była wyjątkowo nieprzyjemna. Wiatr duł z wielką mocą i przeszywał milionem lodowatych ostrzy przy każdym ruchu. Poza tym pielęgniarka, choć zawsze zasadnicza i nieznosząca sprzeciwu należała do osób niezwykle biorących sobie wszystko do serca. Właśnie dlatego podczas pracy w Hogwarcie, mimo iż było to jej powołanie i czuła to całą sobą, wiele nocy sypiała zaledwie parę godzin lub nie spała wcale. Spędzała ten czas albo na lunatycznym przechodzeniu między łóżkami pacjentów, albo na segregowaniu lekarstw i ziół, albo po prostu na nerwach. Teraz nerwy stanowiły drugie źródło dygotów u pani Pomfrey.
   Gdyby nawet nie myśleć przez chwilę o wydarzeniach z ostatniego weekendu, w tym o brutalnym i - nie bała się tego określenia - bestialskim napadzie na Mary, to wystarczyło zadanie, które właśnie wykonywała tak, jak co miesiąc. Biedny Remus. Był to jeden z tych chłopców, co to z miejsca wzbudzali sympatię i nie budzili żadnych zastrzeżeń w kwestii dobrych intencji. Niestety w zestawie aspektów, które od razu rzucały się w oczy znajdował się też strasznie schorowany wygląd.
   Poppy była tolerancyjna, ale nie twierdziła, że z miejsca zaakceptowała decyzję dyrektora, kiedy ten oznajmił jej spokojnym głosem o powodach posadzenia Wierzby Bijącej i o pewnej charakterystycznej ,,przypadłości" nowego ucznia. Od razu przeraził ją fakt, że raz w miesiącu w tak znikomej odległości od szkoły będzie grasował... Ale zaufała zabezpieczeniom dyrektora i przyjęła kolejny, wyznaczony przez niego obowiązek. Pamiętała doskonale moment, w którym pierwszy raz spotkała się z Remusem w sali wejściowej. Chłopak nie wiedział, gdzie oczy podziać, a pani Pomfrey była zbyt taktowna żeby pleść bez sensu, by ,,rozładować" sytuację. Na samym początku zawarli niemy pakt milczenia, który trwał do dzisiaj. Było to trochę tak, jakby znała panicza Lupina w dwóch różnych światach. W tym pierwszym było milczenie, strach i ból. A w tym drugim, w którym odwiedzał Skrzydło Szpitalne regularnie razem z resztą Huncwotów - dużo śmiechu, wygłupów i szczęścia. Przyjaźń z tymi trzema zakręconymi jak chińskie termosy chłopakami naprawdę dodawała Remusowi skrzydeł.
   Te rozważania zajęły pielęgniarce zaledwie parę chwil, w ciągu których w drzewo wróciło życie. Widząc to, odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę zamku, kompletnie nieświadoma, że na jej miejsce przybędzie zaraz ktoś całkowicie do tego nieupoważniony.


***


   W dormitorium Gryfonów piątego roku nigdy nie było tłoku wcześniej niż w środku nocy, a luzy robiły się jeszcze długo przed śniadaniem. Ten wieczór nie należał w tym przypadku do wyjątków - kiedy trzech Huncwotów weszło do swojego pokoju było już długo po godzinie, w którą wybijała cisza nocna. Oczywiście powrót nie oznaczał grzecznego położenia się do łóżek. Przynajmniej nie u wszystkich, bo Peter, dla którego nie istniało co takiego jak za dużo snu albo jedzenia, od razu wskoczył na swoje miejsce i choć udawał, że stara się uczestniczyć w zawziętej dyskusji i kreowaniu pomysłów przez Jamesa i Syriusza tak, jak zazwyczaj nie wychodziło mu to za dobrze i już po chwili oczy mu się zamknęły i zaczął pochrapywać. Na jego pierwsze chrapnięcie przywódcy Huncwotów zerknęli na niego, posłali sobie rozbawione spojrzenia i kontynuowali planowanie kolejnych wybryków.
- Chyba nic z tego dzisiaj dalej nie będzie. - powiedział James i ułożył się z rękami pod głową na swoim łóżku.
- A to niby dlaczego? - zapytał Syriusz, choć jego uwaga była zdecydowanie rozproszona.
- Bo Ty najwyraźniej za cel dzisiejszego wieczoru wybrałeś sobie pracę nad mapą. Wzroku od niej nie odrywasz. - wytłumaczył Potter na widok pytającej miny Blacka, który nareszcie podniósł wzrok znad pergaminu.
- Po prostu wydaje mi się, że można przyśpieszyć jej tworzenie. Bo jak już będzie gotowa będzie naszą bezcenną bronią. - powiedział Syriusz zdecydowanym głosem i rozsiadł się na parapecie.
- Przyśpieszy od następnej pełni. Ustaliliśmy przecież, że nastąpi w nią premiera naszych animagicznych zdolności, a wtedy...Mmm...- rozmarzył się Rogacz.
- Nic nas nie powstrzyma. - dokończył Łapa. - Moim zdaniem mogliśmy już zaszaleć dzisiaj. Rozsadzi nas energia i niecierpliwość przez ten dodatkowy miesiąc czekania.
- Glizdek nie jest jeszcze gotowy, a wiesz jaki Lunatyk jest tym wszystkim zestresowany. Nie ma co mu dostarczać więcej powodów do obaw.
- Wow, James. Ostrzegaj jak masz zamiar takie dojrzałe i rozważne opinie wygłaszać to będę mógł się przygotować do nagrywania i potem mieć ciekawe i zachęcające prezenty dla Evans.
- Ale Ci się dowcip wyostrzył Syriuszu, bardzo zabawne. Rozumiem, że nie jesteś w nastroju, bo nasza gwiazdka zniknęła, ale...- dalsza część wypowiedzi została zagłuszona poduszką, którą w twarz oberwał od Łapy.
- Daruj sobie takie teksty. Jules jest świetną dziewczyną, ale w kategoriach koleżanek.
- Czyli nie jest wystarczająco dobra dla boskiego panicza Blacka? A wydawało mi się, że to właśnie niemożność jej namierzenia tak Cię zmotywowała do pracy nad mapą. - Rogacz uśmiechnął się wrednie.
- I komu to się dowcip wyostrzył? Wiesz doskonale, że nie jestem zainteresowany żadnym stałym związkiem. Patrząc na Ciebie i widząc jakie trwale dziury na mózgu wywołuje latanie za jedną panną utwierdzam się tylko w tym przekonaniu. - po tym tekście poduszka z impetem wróciła do Syriusza i potargała mu jego zawsze nonszalancko opadające na twarz włosy.
- Powinieneś pomyśleć nad taką fryzurą. Żadne stałe związki, by Ci wtedy nie groziły.
- Dobra dobra, pośmialiśmy się, a teraz jak chcesz się dowiedzieć czegoś ciekawego to lepiej daruj sobie te przytyki.
- Szantaż? Zamykam się już i słucham nowin z zainteresowaniem. - Rogacz podniósł się na łokciach i poprawił okulary, które prawie spadły mu przy tym z nosa.
- Chodzi o Smarkerusa. - na te słowa James usiadł na baczność. - Wiesz doskonale jaki jest podejrzliwy w kwestii ,,wyjazdów" Remusa, więc...- Syriusz uśmiechnął się półgębkiem i wstał, żeby schować Mapę do swojej szafki nocnej, a następnie machnięciem różdżki ściągnął Petera z łóżka.
- Co się dzieje? - zapytał zaspany Glizdogon przecierając oczy i próbując się uwolnić z kołdry, która razem z nim wylądowała na ziemi.
- Szykuje się akcja. - wytłumaczył James. - Kontynuuj Łapo.
- Dałem naszemu kochanemu Smarkowi możliwość uzyskania odpowiedzi na dręczące go pytania odnośnie naszej tajemnicy i - Black zerknął na zegarek - myślę, że możemy udać się pod Wierzbę Bijącą na obserwowanie przedstawienia.
- To znaczy?
Syriusz wytłumaczył Jamesowi wszystko wyraźnie z siebie zadowolony, jednak James zadowolenia nie okazał i już po chwili wybiegł z dormitorium z peleryną-niewidką w ręku. Łapa, choć na brak refleksu nie narzekał i zachowywał się mimo swojej ,,huncwotowości" w raczej logiczny sposób, na taką reakcję przyjaciela osłupiał i stał przez dobre trzy sekundy ze średnio inteligentnym wyrazem twarzy. A kiedy oprzytomniał i rzucił się w pogoń za Jamesem, ten był już na dole schodów i nie zamierzał na niego czekać. Nie wspominając o Peterze, który potykając się o swoją poduszkę udał się w ślady swoich idoli, krzycząc za nimi (co nie był zbyt inteligentne, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę porę).
- James, Syriusz, poczekajcie! Przecież Smarkerus pewnie nawet nie podejdzie do Wierzby Bijącej! Ej, chłopaki!
I w ten oto sposób wszyscy trzej biegiem opuścili Wieżę Gryffindoru.


***

  
   Lily związała swoje gęste, rude włosy w koński ogon i skierowała się z piżamą pod pachą w stronę łazienki. Dzisiaj według ustalonego zawsze na początku roku z dziewczynami grafiku korzystała z niej przedostatnia i dlatego prawie wszystkie jej współlokatorki już spały. Ta jedna, która nie spała i która była tego wieczoru ostatnia w kolejce pod prysznic była chwilowo nieobecna i panna Evans mogła w związku z tym oddać się swoim rozważaniom, a konkretnie temu wkurzaniu się na to paskudne, bezmyślne, okropne...
- Lily- drzwi do dormitorium otworzyły się akurat w momencie, gdy miała zamknąć za sobą łazienkę, a w nich zobaczyła wsuniętą głowę tej-która-była-następna-w-kolejce. Willow powiedziała jej imię teatralnym szeptem, a teraz ruchem ręki przywoływała ją do siebie. Lily nie zdążyła nawet otworzyć ust, a panna Penn już zniknęła na na klatce schodowej. Rudowłosa odłożyła swoje rzeczy na łóżko i upewniając się, że nie obudziły reszty dziewczyn wyszła z pokoju. Idąc za Willow do Pokoju Wspólnego miała zdziwioną i lekko zniecierpliwioną minę, jednak panna Penn była jedną z jej najbliższych przyjaciółek. Uwielbiała tą filigranową, lekko zakręconą dziewczynę, której włosy świetnie oddawały jej charakter, okalając jej buzię burzą loków w kolorze mlecznej czekolady. Ładnie komponowało się to z delikatnymi piegami i bardzo jasnymi oczami. Była to tylko część zalet Willow i to tylko tych związanych z aparycją. Kiedyś nawet Lily dała się jej wciągnąć w tworzenie tabelki zawierającej wszystkie jej zalety i wady. Ruda średnio lubiła takie akcje, nie podobało jej się nic co kojarzyło się z katalogowaniem dziewczyn jak towary na rynku, ale Will tak nalegała, że w końcu przystała na jej pomysł, choć wynik tej rozpiski był według Lily oczywisty - Willow była atrakcyjna. Nie w taki sposób żeby rzucać się wszystkim w oczy, ale podobała się chłopakom. Tylko problem w tym, że aby wpaść w oko Syriuszowi Blackowi nie wystarczyło być po prostu atrakcyjnym. Lily nie rozumiała fascynacji swojej przyjaciółki, bo przecież oprócz wyglądu ważne jest też w miarę przyzwoite zachowanie, ale starała się ją wspierać, zachowując przy cały szacunek do samej siebie i kobiecej godności
   Panna Evans myślała o tym idąc po schodach i martwiąc się co takiego jej przyjaciółka znowu wymyśliła, bo choć nie było do nagminne to pannie Penn zdarzały się różne ekscentryczne inwencje. Teraz już sama postawa Will, która stanęła sztywno przy kominku z założonymi rękami nie wróżyła niczego dobrego.
- Co się dzieje? - zapytała Lily, starając się żeby jej ton nie miał w sobie żadnej nuty, która mogłaby zniechęcić Will do szczerej odpowiedzi. Bo zdarzało się już wielokrotnie, że ten Loczek urażony rzekomo zbyt ostrym tonem Rudej zamykał się w sobie.
- Coś się dzieje. - odpowiedziała Willow poważnym tonem.
- A mogłabyś to sprecyzować? - tym razem zabrzmiało to średnio miło, ale szczęśliwie rozmówczyni panny Evans była zbyt poruszona, żeby zwrócić na to uwagę.
- Skończyłam właśnie rozmowę z mamą, zamknęłam połączenie Sieci Fiuu, ale nie zdążyłam jeszcze wstać z kolan kiedy... - celowo poczyniona dramatyczna pauza - usłyszałam jakieś dziwne poruszenie od strony dormitorium chłopców i nagle - kolejne teatralne zawieszenie głosu, które Lily cierpliwie zniosła - przez Pokój Wspólny przebiegli jak huragany najpierw James, potem Syriusz i w trochę większym odstępie Peter. Byli tak poruszeni, że nawet mnie nie zauważyli! - skończyła i dopiero na koniec zaczerpnęła powietrza, którego już wyraźnie zaczynało jej brakować.
- Okeeej. - Lily powiedziała powoli i ostrożnie. - To Cię tak poruszyło? Przecież w przypadku tych wariatów podejrzane by było normalne i grzeczne zachowanie.
- Tylko, że zazwyczaj pracują oni w sposób przemyślany i jakby...dystyngowany. To profesjonaliści.
- A Ty za to profesjonalne profile psychologiczne im zrobiłaś.
- Możesz się nabijać, ale mam rację. A jako dowód mogę Ci powtórzyć to co usłyszałam kiedy Glizgodon gonił Łapę i Rogacza.
- Co takiego? - Lily udawała zainteresowanie, by nie zranić przyjaciółki, ale tak naprawdę chciała już wrócić do dormitorium.
- ,,James, Syriusz, poczekajcie! Smarkerus nawet nie podejdzie do Wierzby Bijącej!", coś takiego. - powiedziała Willow i uśmiechnęła się triumfalnie widząc zmieniającą się wyraźnie minę Lily.
- Jesteś pewna?
- Oczywiście.
- A niech to... Wierzba Bijąca... Jeśli te durnie chcą ją wykorzystać do zrealizowania kolejnego dowcipu to są skrajnie nieodpowiedzialni... Przecież... Ja nie wiem czemu tak się uczepili Seva. - Lily wyrzucała z siebie te myśli, krążąc wokół foteli.
- Spokojnie moja droga. Ja wiem, że masz do niego słabość, której nie rozumiem, ale nie ma co podnosić paniki.
- Nie przesadzaj, dobrze? Ile razy mam Ci powtarzać, że to kwestia wieloletniej przyjaźni. Poza tym akurat Ty nie powinnaś mi robić problemów o jakiekolwiek słabości. Założę się, że to widok Syriusza tak wyostrzył Ci zmysły, pamięć i kazał mnie wtajemniczyć w zaistniałą sytuację, a nie fakt ze wspomnieli o Severusie... Zanim zaprzeczysz zastanów się czy nie mam racji!- zawołała szybko Lily i wyciągnęła palec w stronę już zapowietrzającej się z oburzenia Willow, z której powietrze po tych słowach szybko uszło.
- To co robimy? Bo ja raczej nie zasnę, jeśli się nie dowiem co się dzieje. I Ty zapewne też nie. -odpowiedziała Will obejmując się ramionami.
- Zaczekamy na naszych ,,bohaterów". Ty zobaczysz Syriusza, a ja dowiem się co oni znowu nawyrabiali. - oświadczyła stanowczo Lily siadając na kanapie.
- Super. - ochoczo stwierdziła panna Penn i dosiadła się do przyjaciółki.


***


- Miałeś szczęście, z resztą wszyscy je mieliśmy. - powiedział po raz kolejny James kiedy zmierzali po ruchomych schodach w kierunku portretu z Grubą Damą.
- Nie sądziłem, że aż tak się uwziął. - mruknął Syriusz, analizując tą odrobinę podziwu, który przemknął mu przez myśli kiedy zobaczył z daleka Smarkerusa wchodzącego do tunelu. Ciekawy element.
- Myślicie, że nikomu nic nie powie? - zapytał Peter, który nadal miał wypieki na twarzy z emocji.
- Dumbledore wydał mu wyraźny zakaz. Nie piśnie ani słówka. - odrzekł Potter z niezachwianą pewnością, która brała się z wielkiego szacunku do dyrektora i pewności o jego niezachwianym autorytecie.
- Tylko teraz nas będzie miał na oku. To co powiedział na odchodne - ,, Nie dzielcie się z nikim tą wiedzą. I nie dajcie się skusić złym pomysłom, które są związane z jej posiadaniem." To drugie zdanie było skierowane również do nas. Dumbledore to najbystrzejszy facet na świecie. Będzie nas miał na oku. - zauważył wnikliwie i trafnie Łapa.
- Czy to teraz Twój jedyny problem? - zapytał zirytowany James odwracając się i zastępując Syriuszowi drogę na schodach, które jak na komendę zaczęły się obracać. - Nie jest Ci choć trochę głupio, że wpadłeś na taki nieciekawy w skutkach pomysł?
- A Tobie by było Rogasiu? - zapytał w odpowiedzi i uśmiechnął się szeroko. James nie mógł odeprzeć tego argumentu i dłużej pozostać poważny. Odwzajemnił uśmiech i ruszył dalej.
- Ja odpuściłem, ale przygotuj się na wykład od naszego Luniaczka. To jemu mogłeś najbardziej zaszkodzić.
- Wybaczy i będzie się jeszcze z tego śmiał. - niezwykle pewnie stwierdził Syriusz.
- No bo to było zabawne. Smark wyszedł na niezłego balona. - odezwał się w końcu Peter, a na jego słowa obaj bruneci spojrzeli na niego z rozbawionymi minami i zgodnie wybuchli śmiechem.
- Mimo całej mojej nieodpowiedzialności jego mina była niepodważalnie bezcenna. - zaśmiał się szczekliwie Łapa.
- Mandragora. - powiedział Grubej Damie rozbawiony Rogacz, a ona wyjątkowo bez marudzenie o późnej porze otworzyła od razu wejście. - Była. Ale gdybym pojawił się w tym tunelu parę sekund za późno mogłoby się to dla Smarkerusa skończyć nieciekawie... - i w tym właśnie momencie stanął jak wryty napotykając piorunujące spojrzenie pięknych, migdałowych oczu rudowłosej dziewczyny, która stała na jego drodze, tupiąc ze zdenerwowania nogą. 
   A on po raz pierwszy zareagował na jej widok w tak mało głośny i entuzjastyczny sposób. Cóż, trzeba było pokazać co znaczą huncwockie zdolności aktorskie.


sobota, 2 kwietnia 2016

9. Tchórz czy chojrak?

   Severus Snape nie chciał być tchórzem.
   Pracował nad sobą ciężko w tej materii, ale nie zawsze wychodził zwycięsko. Bolało go to strasznie. Nie cierpiał uczucia, którym zaczynał pałać do siebie chwilę po tym, jak chowając ogon pod siebie wycofywał się z groźnej sytuacji. Tym uczuciem był wstręt.
   Znał go od wczesnego dzieciństwa, kiedy pierwszy raz w czasie kłótni rodziców schował się pod łóżko. Zrobił to zamiast zejść na dół ze strychu przystosowanego na dziecięcy pokój w bardzo biednej wersji. Wtedy jako mały chłopiec mógł bez problemu zakończyć kłótnię rodziców, bo zarówno mamie, jak i tacie jego widok łagodził nerwy. Mimo to siedział bezczynnie. A kiedy po paru latach zdecydował się wreszcie na interwencję nie był już wystarczająco słodki, a w dodatku dawno ujawnił już w obecności ojca swoje magiczne zdolności. Skończyło się to więc w najgorszy możliwy sposób.
   Ojciec w szale uderzył syna tak mocno, że ten przewrócił się na ziemię, ściągając w trakcie prób złapania równowagi serwetę ze stołu. Matka Severusa patrząc na chłopca z resztkami kolacji we włosach, wstającego z trudem i trzymającego się za puchnący policzek, kierowana odruchem odepchnęła męża zaklęciem oszałamiającym. Co stało się dalej... Mały Snape nie zdążył się przekonać, bo gdy tylko stanął na nogi uciekł z domu. Przebiegł między zrujnowanymi domami, które zajmowały całą okolice i do których należał również jego domek, po czym przeskoczył rzeczkę w stałym dla siebie miejscu tak, aby znaleźć się w swojej ulubionej kryjówce na małym pokrytym krzewami wzgórzu. Tam właśnie pod ogromnym i starym drzewem spędzał długie godziny, w trakcie których oddawał się głównie dwóm zajęciom. Pierwszym z nich był (choć nigdy nikomu się do tego nie przyznał) płacz. Rzadko zdarzało się mu szlochać na głos, częściej dławił się łzami w ciszy wstrząsany tym, że nie stać go było na okazanie odwagi. Postanawiał wtedy raz po raz, że się zmieni, że nigdy nie będzie się bać, a już na pewno nie da po sobie poznać strachu.
   Drugie stałe jego zajęcie należało już do znacznie przyjemniejszych i dodawało otuchy. Ze swojego stałego miejsca widział bardzo dokładnie plac zabaw, leżący na rodzinnym osiedlu za rzeką, a na placu zabaw bawiące się siostry Evans. Starsza z nich kiedy tylko go widziała darzyła go nieprzychylnym wzrokiem i ostentacyjnie odwracała głowę. Za to młodsza, która zawsze chodziła radosna i uśmiechnięta wyraźnie zdawała się nie patrzeć na pochodzenie ani wygląd. Z miejsca budziła sympatię. A jej ruda czupryna z daleka rzucała się w oczy, przypominając pełne ciepła ognisko. Ułatwiało to obserwację, nawet w pochmurne i mgliste dni. Snape długo zbierał się żeby ją zaczepić, a kiedy w końcu zdobył się na odwagę szczęśliwie dostał świetny temat do rozpoczęcia rozmowy z Lily, a mianowicie ich magiczne zdolności.
   Od tamtej pory zostali przyjaciółmi. Severus czuł się przy niej, choć brzmiało to trochę dziwnie, o wiele odważniejszy. Wiązało się to między innymi z faktem, że kiedy wychodził z domu kwalifikował to do kategorii ,,Spotkanie z Lily", a nie ,,Ucieczka przed kłótnią rodziców". Było to bardzo pocieszające. I gdy stwierdził już (przynajmniej pozorne) całkowite uśpienie w sobie tchórza, nadszedł moment pójścia do Hogwartu, a tam poznanie Huncwotów rozpoczęło kolejny rozdział w historii o chowaniu ogona pod siebie.
   Nie był pewny co tak naprawdę go paraliżowało kiedy Potter i Black uskuteczniali ataki na niego. Niby zawsze się bronił, ale ogółem wiedział, że stać go było na więcej. Nie twierdził, że jego zdolności magiczne były wystarczające, aby pokonać dwóch najzdolniejszych uczniów w szkole... Ale na pewno opór mógł być bardziej czynny. Severusa blokował ich widok, ich pewność siebie, ich popularność, którą zdobyli praktycznie pierwszego dnia szkoły. To wszystko w połączeniu z jego brakiem doświadczenia w stawianiu czoła jakimkolwiek atakom sprawiło, że jego wizerunek huncwockiego popychadła szybko się utarł. Szczęśliwie znalazł sposób na uczynienie tych żałosnych scen z jego udziałem znacznie rzadszymi. Nie było to rozwiązanie. z którego był dumny, ale należało do skutecznych, a w dodatku przyjemnych.
    Towarzystwo Lily. Ono było odpowiedzią na jego złe samopoczucie i świetną ochroną przed Potterem. Był co prawda moment kiedy pacan uważał, że zaimponuje rudowłosej ,,pokazami siły", ale szybko zdał sobie sprawę, jak głupi był to pomysł. Panna Evans nie tolerowała ataków na swoich przyjaciół. Właśnie... I kwestia, o której Severus nie chciał myśleć znowu wypłynęła. Mary McDonald.
   Ślizgon od soboty wspinał się na szczyty swojej kreatywności i ostrożności unikając całego gryfońskiego towarzystwa, w skład którego wchodziła również jego ruda przyjaciółka. Śniadania jadał bardzo wcześnie rano, a potem nie wychodził z Pokoju Wspólnego. Nie zamierzał poruszać tematu ,,wypadku" Mary dopóki nie było to całkowicie konieczne. Teraz szedł właśnie na zajęcia z głową wlepioną w swoje stopy i w towarzystwie całej swojej paczki. Było to tchórzostwo rozdział następny, ale wiedział kogo spotka czekającego przed salą Transmutacji i nie był jeszcze gotów do tej konfrontacji.
   Jego przewidywania oczywiście się spełniły. Lily Evans niby czytała podręcznik, ale po tupiącej niecierpliwie nodze łatwo można było poznać, że jej myśli są daleko od jego treści oraz daleko od tematu rozmowy swoich koleżanek. Gdy usłyszała kroki podniosła głowę, a na jej twarzy był widać kolejno prawie całą paletę emocji: zadowolenie, że jej oczekiwanie nareszcie dobiegło końca, szok, gdy przesunęła wzrokiem po asystujących mu osobach i wreszcie złość, która prawie zmieniła kolor jej twarzy na taki, który o wiele bardziej pasował odcieniem do jej włosów. Zatrzasnęła zamaszyście trzymaną w rękach książkę i spojrzała Severusowi w oczy. swoje zamieniając w pełne niechęci szparki. Snape wytrzymał jej spojrzenie, ale ustawił się ze swoją grupką z dala od reszty klasy i tak czekał na nadejście profesor McGonagall. Długo czekać nie musieli, wicedyrektor zawsze zaczynała lekcje punktualnie i wpuszczała uczniów do klasy te pół minuty wcześniej, żeby z wybiciem początku zajęć wszyscy siedzieli, zwarci i gotowi, by chłonąć wiedzę.
   Kiedy wszyscy już zajęli miejsca, drzwi się zamknęły, a profesor McGonagall przystąpiła do sprawdzania obecności. I choć wszyscy wyraźnie odczuli brak pewnych delikwentów i spowodowany tym brakiem spokój i ciszę, wszyscy poruszyli się z ciekawości, gdy nauczycielka przeczytała:
- Black Syriusz. - i nikt jej nie odpowiedział.
- Czy ktoś wie gdzie jest panicz Black, a także panicz Lupin, panicz Pettigrew i panicz Potter. - zapytała profesor, uprzednio rozejrzawszy się po klasie, by upewnić się czy brak odpowiedzi nie jest przypadkiem spowodowany typową dla wyżej wspomnianych nieuwagą na lekcjach. Gdyby chodziło o kogoś innego nie dochodziłaby powodów nieobecności, ale cóż - Huncwoci wypracowali u nauczycieli indywidualny algorytm postępowania. Szczęśliwie nie musiała go tym razem wprowadzać w życie, bo dosłownie paręnaście sekund po zadaniu pytania, drzwi do sali otworzyły się, a przez nie jak burza wtargnęli Huncwoci.
- Dzień dobry, pani profesor. - zawołali wszyscy czterej jeden przez drugiego, po czym do dalszych tłumaczeń przystąpili przywódcy paczki:
- Przepraszamy za spóźnienie, bo wiemy, że nawet te drobne są niedopuszczalne. - powiedział James.
- Byliśmy w Skrzydle Szpitalnym i zajęło nam to te 15 sekund dłużej niż mieliśmy w swoich perfekcyjnych planach. - dodał Syriusz.
   Obaj mówili roztaczając typowy dla siebie czar, a w trakcie tłumaczeń wszyscy czterej zdążyli zająć swoje miejsca, którymi były dwie ostatnie ławki w środkowym rzędzie.
- Rozumiem. - powiedziała McGonagall, tym razem postanawiając nie wyciągać żadnych konsekwencji, zwłaszcza, że spóźnienie było wyjątkowo dobrze wytłumaczone. - Powiedzcie zatem mi i całej klasie, jak się czuje nasza Mary.
   Chłopcy wymienili szybkie spojrzenia.
- Tak się składa, że jak przyszliśmy spała, spała w trakcie całego naszego pobytu i spała jak wychodziliśmy. - powiedział płynnie James.
- A co powiedziała pani Pomfrey?
- Najgorsze już za nią i do końca tygodnia powinna opuścić Szpital. - tym razem wtrącił się Remus.
- Całe szczęście. - powiedziała opiekunka Gryffindoru i dodała, bo czuła, że tak powinna - Cieszę się, że okazaliście tak wyjątkową troskę koleżeńską.
- Akurat. Im o tą Puchonkę chodziło, a Mary przy okazji trochę uwagi otrzymała. - wybąkał jeden ze Ślizgonów pod nosem, ale tak, że wszyscy słyszeli.
- A Ty co się taki troskliwy zrobiłeś? Sumienie ruszyło? Tylko Ciebie, czy może Was wszystkich? - zapytał Łapa, a spojrzenie jego stalowych oczu skierowane w stronę uczniów z domu węża mogło w tym momencie zamieniać w kamień.
- Nie wiem o czym mówisz. - odpowiedział Astor Gretings, siedzący w ławce z Severusem.
- O tym, to porozmawiamy po lekcji. - powiedział Rogacz tonem wyraźnie świadczącym o groźbie.
- Panie Potter - wtrąciła się profesor McGonagall przerywając tą dyskusję. - Zapraszam do mnie, przypomni nam pan temat ostatniej lekcji.
   Huncwoci uśmiechnęli się. Wszyscy uczniowie siedzący w klasie doskonale wiedzieli, że to żadna kara dla wspaniałego Jamesa Pottera i choć nauczycielka starała się ze wszystkich sił tego nie okazywać, wiedzieli również, że w kwestii ataku na Mary stoi po jego stronie i tylko ze względów pedagogicznych zakończyła ten temat.
   Severus patrzył jak Rogacz bez zająknięcia odpowiada na wszystkie pytania McGonagall i choć niby uśmiechał się do Astora kiedy ten dogryzł Gryfonom spodziewał się, że odwet w kwestii panny McDonald niedługo nastąpi, a jego odwlekanie w czasie miało związek tylko i wyłącznie z rozłożeniem uwagi huncwockiej między nią, a tą ulubioną Puchonkę Pottera, Blacka, Lupina i Pettigrew. Snape uważał, że Astor ma rację - tak naprawdę to pewnie ją poszli odwiedzić i dlatego tak  się zmieszali kiedy McGonagall zapytała o Mary. Zmieszał ich pewnie również fakt, że do tej pory nie odpłacili się Śłizgonom tak, jak tylko oni potrafili i teraz raczej nie będą zwlekać z zemstą. Co prawda ich głównym celem powinien być Mucliber, który szczęśliwie dla siebie był rok starszy i nie kłuł w oczy Huncwotów na lekcjach, ale nie było tajemnicą, kto należy do paczki, do której należy sam Mucliber, a wśród tych osób byli prawie wszyscy Ślizgoni z piątej klasy, w tym Severus. Mogli w sumie wszyscy razem zmierzyć się z tą fantastyczną paczką Gryfonów, mieli przewagę liczebną i mieli szansę żeby wygrać bitwę. Ale nie. A dlaczego? Bo, jak twierdzili, takie bójki były poniżej ich godności. Według Severusa sprawa wyglądała znacznie prościej. Po prostu - tchórzyli.
   Lekcja minęła bardzo szybko. Wszyscy zaczęli się błyskawicznie zbierać, w tym także Severus i jego kompania. Snape wrzucając rzeczy do torby, zezował na tył sali i patrzył na nielubianych przez siebie Gryfonów. Chyba stwierdzili, że atak zaraz po lekcji byłby zbyt oczywisty i chcieli zrobić coś bardziej efektywnego, bo nawet na nich nie spojrzeli wyraźnie pochłonięci rozmową. Po minie Blacka wywnioskował, że jest czymś zirytowany i trochę zmartwiony. A Remus... On nie wyglądał zbyt zdrowo.
   Severus powiedział o swoich obserwacjach i wnioskach tylko Lily i nie spotkały się one z przychylną reakcją, ale on wiedział swoje. Spodziewał się na czym polega ,,chorowanie" Lupina, a zdolności dedukcyjnie miał zawsze całkiem niezłe. Teraz zbliżał się moment w miesiącu, w którym po raz kolejny miał szansę sprawdzić swoje podejrzenia, tylko w dalszym ciągu nie wiedział jak.
   Prowadząc te gorączkowe rozmyślania odruchowo wgapiał się w Huncwotów, a jego spojrzenie zauważył Syriusz, który zamykał pochód wychodzących z klasy transmutacji Huncwotów. Severus wytrzymał kontakt wzrokowy z Blackiem, który zanim go zerwał uśmiechnął się wrednie półgębkiem. Nie wróżyło to dla Severusa zbyt dobrze. Wychodząc z Astorem na korytarz zdążył zarejestrować burzę rudych włosów znikających na schodach. Ulżyło mu. Zwłaszcza, że jego stali oprawcy nie zważając na nikogo ruszyli szybkim krokiem w kierunku końca korytarza. Miał więc przerwę dla siebie i mógł ją spędzić w spokoju i najważniejsze - w samotności. Podzielał poglądy swojego towarzystwa, ale fakt faktem był taki, że potrafiło być męczące. Wymigał się zdawkowo i skręcił w boczny korytarz obierając w ten sposób ten sam kierunek co Huncwoci, ale inną drogę. Kiedy upewnił się, że nikt go nie obserwuje wszedł w jedno z tajnych przejść, którego nazwa była całkowicie bez sensu, bo znali je dosłownie wszyscy i wyciągnął swój podręcznik do eliksirów. Uwielbiał notować w nim swoje obserwacje i autorskie sposoby na ważenie mikstur. Ostatnio nawet udało mu się wymyślić zaklęcie, co uszczęśliwiło go niemal tak, jak spotkanie z Lily.
   Wypełniony dumą na to wspomnienie już miał usiąść na podłodze i zagłębić w swoich notatkach, kiedy oddech, który poczuł na swoich plecach go powstrzymał.
- Jak się masz Smarkerusie? - zapytał pogardliwie Łapa.
   Severus się odwrócił i stanął twarzą w twarz z Idolem wszystkich czarownic w Hogwarcie, który patrzył na niego spod zmrużonych powiek.
- Czego chcesz? - zapytał Snape nie odsuwając się ani na krok, przez co dystans między nimi w dalszym ciągu wynosił tyle, co szerokość dwóch rąk.
- Jak walecznie. Brawo. Szkoda tylko, że nie ma kto docenić tej Twojej odwagi.
- Brakiem widowni to raczej Ty się powinieneś martwić. - Severus odpyskował, a Syriusz tylko prychnął pod nosem.
- Powiem Ci ta... - zaczął Syriusz i zaraz zaczął się śmiać w swój szczekliwy sposób, bo kiedy wyciągał rękę z kieszeni, Severus odruchowo cofnął się o krok. - Spokojnie. Chciałem tylko położyć swoją groźną rękę na Twoim ramieniu, ale nie będę więcej próbował. Jeszcze być zemdlał z wrażenia. - kpił z niego, a Snape choć miał ochotę zapaść się pod ziemię, nie odwrócił nawet wzroku. - Zacznijmy jeszcze raz: widziałem, że w dalszym ciągu sprawa Remusa tak Cię fascynuje, że oddychać zapominasz. Mam więc dla Ciebie propozycję. - Severus aż zmarszczył brwi, ale Syriusz kontynuował z typową dla siebie pewnością. - Dziś wieczorem po tym, jak księżyc już zaświeci wysoko na niebie, podejdź do Wierzby Bijącej i jakimś dużym konarem szturchnij duży, wystający sęk przy jej korzeniach. Wierzba znieruchomieje, a Tobie otworzy się przejście do rozwiązania naszej tajemnicy. O ile - podszedł tak blisko, że gdyby któryś z nich kichnął to zderzyliby się głowami - masz na to wystarczająco odwagi. - i po rzuceniu tego wyzwania, odwrócił się na pięcie i zniknął na gobelinem zasłaniającym wejście do korytarza.
   A Severus wstrząśnięty tym, co usłyszał i zastanawiając się czy to, aby nie jest jakiś podstęp stal tak w bezruchu jeszcze chwilę, aż w końcu kazał zastanowić się nad ostatnimi słowami Syriusza:
,,O ile masz na to wystarczająco odwagi."
 
 
 
 

poniedziałek, 14 marca 2016

8. Iskierka, czyli powaga, śmiech i poglądy

- Jesteś pewna, że nie zostaniesz jeszcze chociaż na jedną noc? - wychrypiała Mary, patrząc jak Jules zbiera swoje rzeczy z szafki przy łóżku szpitalnym.
- Wolę nie robić sobie zaległości. - odpowiedziała szatynka. - Poza tym skoro już udało mi się wywalczyć wypis u pani Pomfrey to lepiej nie marnować okazji. - uśmiechnęła się, a Gryfonka odpowiedziała jej tym samym, choć panna Justice doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest to uśmiech wymuszony. Podobnie było z żartowaniem u Jules, na które nie miała absolutnie w tych warunkach ochoty. Wiedziała jednak dlaczego Mary tak bardzo chcę ją zatrzymać w Skrzydle Szpitalnym i z tego samego powodu starała się jakoś poprawić jej nastrój. 
   Mary się bała. Po wyjściu Jules, miała zostać sama i pierwszy raz w życiu czuła się z tym tak niekomfortowo. Była pewna, że dużo czasu upłynie zanim zdecyduje się chodzić korytarzami zamku inaczej, jak w towarzystwie przyjaciół, znajomych lub kogokolwiek innego. Atak Muclibera, to jak się dusiła własną krwią i nie mogła zaczerpnąć oddechu... Śniło jej się to w obie noce, które minęły od soboty i zapewne miały śnić jeszcze bardzo długo. 
   Jules nie rozmawiała z Mary o jej koszmarach, ale nietrudno było jej się domyślić, dlaczego dziewczyna budziła się z krzykiem wczoraj i przedwczoraj, stawiając na nogi też ją. Dziewczyny nie miały wcześniej ze sobą żadnej styczności, ale pokrzepiające rozmowy w środku nocy, prowadzone w takich warunkach, jak obustronne cierpienie błyskawicznie wybudowały między nimi nie nić, ale most porozumienia. Tym ciężej było Jules podjąć decyzję o powrocie do normalnego, szkolnego życiem. Jednak jej upór i poczucie obowiązku po raz kolejny zwyciężyły przy panelu sterowania w jej głowie. Poza tym wiedziała, że w Skrzydle Szpitalnym Mary będzie całkowicie bezpieczna i uważała, że pierwsze osamotnione chwile powinna przeżyć właśnie w takich warunkach. Gdyby została z nią do środy wieczorem - bo tyle pani Pomfrey miała zamiar trzymać pannę McDonald pod swoją czujną opieką - Gryfonka mogłaby tylko jeszcze bardziej się zapędzić w swoim urazie, a tak chociaż miała szansę się powoli z całą sytuacją oswoić. Taką nadzieję przynajmniej miała Jules. I takimi argumentami przekonywała siebie, że dobrze robi wychodząc na poniedziałkowe śniadanie do Wielkiej Sali.
- Obiecuję, że Cię dzisiaj odwiedzę w pierwszej wolnej chwili. A jak takowej nie będzie to na głowie stanę, żeby ją sobie stworzyć. Poradzisz sobie przecież... - umilkła, bo odwróciła się z pełną już torbą w stronę łóżka Mary i zobaczyła, że dziewczyna zasnęła. Od ataku i po specyfikach pielęgniarki to było u niej normalne. 
   Jules przyjrzała się jeszcze raz dziewczynie. Mary miała obandażowaną szyję z położonym pod bandaż okładem. Nadal chrypiała przy mówieniu i rzęziła oddychając głęboko przy spaniu. Puchonka zmarszczyła brwi i cała złość do niej wróciła. Gdyby dorwała tego Muclibera... Przecież takie szuje to powinny z miejsca do nastoletniego Azkabanu trafiać, gdyby istniało coś takiego. A tak? Lily Evans co prawda bez wahania i w mocnych słowach powiedziała kogo widziała w miejscu incydentu, a profesor Dumbledore był przychylny każdemu jej słowu, choć przychylność swoją musiał dyplomatycznie ukrywać, ale tutaj sprzyjające okoliczności się kończyły. Mucliber nie przyznał się do niczego - co akurat było do przewidzenia - a Mary stwierdziła, że nie wie kto jej to zrobił - i to już był szok. Trudno było wybadać czy to prawda, czy tylko niechęć do narażania się oprawcy, więc nauczyciele mieli związane ręce.
   Niesprawiedliwość. To było słowo, które najtrafniej oddawało istotę finału tej historii i równocześnie opisywało jedną z najgorszych według Jules rzeczy. Wszystkie zdarzenia nacechowane w ten sposób budziły w niej wewnętrzny bunt i odrazę. A musiała mierzyć się z tymi uczuciami nie od soboty, ale już od siedmiu miesięcy. Bo właśnie siedem miesięcy minęło od czasu kiedy jej tata został aresztowany i wtrącony do Azkabanu.
   Pamiętała doskonale i wciąż pojawiał się jej przed oczami widok jej ojca na ławie oskarżonych, spojrzenie sędziego ciążące na niej kiedy zeznawała zaświadczając z całą gorliwością, na jaką było ją stać o niewinności taty. Płacząca mama. Wylała w tym okresie więcej łez niż przez całe swoje życie. Jules nie płakała. W takich sytuacjach po prostu nie umiała. Kiedy ktoś atakował ją albo jej bliskich nie potrafiła i zwyczajnie nie chciała okazywać słabości roniąc łzy. Z podniesioną głową przyjmowała ciosy i czuła (choć było to marne pocieszenie), że swoją postawą jasno dawała do zrozumienia, że nie tak łatwo ją pokonać. Dopiero kiedy zostawała sama, w czterech ścianach swojego pokoju... Płakała aż tchu jej brakowało i łóżko zaczynało drżeć razem z nią.
   Znienawidziła wtedy Ministerstwo Magii, które było tak bezradne i bezskuteczne w swoich działaniach, że czepiało się każdej okazji, by udowodnić swoje kompetencje i pokazać społeczeństwu, że nie siedzi z założonymi rękami. Taką okazją był proces jej taty, wieloletniego i zaufanego pracownika Departamentu Tajemnic, który pewnego dnia, niespodziewanie i bez powodu - co nie wzbudziło żadnych wątpliwości u przysięgłych - zaatakował sowich współpracowników i próbował wynieść z Ministerstwa jakiejś ważne, tajne dokumenty lub coś w tym rodzaju... Nieważne. Ważne jest to, że zanim sędzia dał się przekonać w swej ,,łaskawości", że pan Justice padł ofiarą zaklęcia Imperio, biedny ojciec Jules spędził w więzieniu trzy tygodnie. A kiedy z niego wyszedł nie był już tym samym człowiekiem.
   Rodzice Jules wyjechali na dwa tygodnie z kraju, nawet jej nie powiedzieli gdzie, a ona nie pytała. Widziała jak bardzo jej tata potrzebuje odpoczynku i czuła, że nie chcę by córka, dla której zawsze chciał i był wzorem i ostoją, oglądała go w takim stanie. Jules została w Anglii, pod opieką dziadków i codziennie wysyłała przynajmniej trzy listy rodzicom. Kiedy wrócili, tata jej powiedział, że to, co w nich pisała pomogło mu szybciej stanąć na nogi, uśmiechnął się i mocno ją przytulił. A ona jedyne czego wtedy pragnęła to znowu być małą dziewczynką, która wierzy w każde słowo mamy i taty, bo zwyczajnie byłoby jej z tym łatwiej. Ale nie mogła. Tata nie śmiał się tak, jak kiedyś i był bardziej zamknięty w sobie.
   Wrócił po miesiącu do pracy. W tym akurat Jules wdała się w niego kropka w kropkę - choćby nie wiem jak cierpiał, nie dał nikomu satysfakcji wygranej, upór i duma mu na to nie pozwoliły. I choć oczywistą sprawą było to, że on był w tym wszystkim tylko nic nieznaczącym pionkiem, udowodnił sobie i innym, że można walczyć i ta walka nie jest z góry przegrana. Walka, nie wojna. Według Jules na miano ,,wojny" obecna sytuacja nie zasługiwała, pomimo iż oficjalnie trwała pod taką nazwą od ładnych paru lat. Jak wielu innych młodych ludzi dostrzegała ten paradoks - nazywanie wojną jednostronnych ataków Voldemorta i jego sprzymierzeńców na ten drugą, ,,dobrą" stronę. Dziewczyna uważała, że wojna zacznie się dopiero, kiedy przeciwko złu wystąpi czynna siła walcząca, którą niestety nie można było nazwać aurorów, którzy pod rządami Ministerstwa z dwóch swoich obowiązków - chronić i walczyć - wypełniali tylko pierwszy. Puchonka nie była zwolenniczką przemocy, ale mimo to, a może właśnie dlatego chciała by ktoś stanął na froncie i zakończył konflikt, bo jako idealistka była pewna, że gdy dojdzie do konfrontacji, dobro zwycięży.
   Pogrążona w tych rozmyślaniach szła ze zwykłym dla siebie, niemal biegnącym tempem i dlatego zderzenie, które nastąpiło kiedy skręciła w kierunku schodów było tak bardzo silne. Gdyby nie Darius, dosłownie wytrącona z równowagi, przewróciłaby się na przechodzących obok pierwszaków. - Dzięki. Ponownie wykazałeś się świetnym refleksem. - powiedziała, witając się w ten sposób z nadal trochę oszołomionym chłopakiem i zabrała się za pakowanie do torby rzeczy, które z niej wypadły, bo ich panu Patternowi nie udało się już uratować.
- Co Ty tutaj robisz? - zapytał i zreflektowawszy się, nachylił żeby jej pomóc.
- Próbuję umieścić cały swój niezbędnik na powrót w czeluściach torebki. - wrzuciła do niej ostatnie podniesione z ziemi drobiazgi i wstała.
- Wiesz dokładnie o co mi chodzi. Wszystko w porządku z Twoją głową?
- Nie. Ale o tym poinformowałam Cię wydaje mi się od razu kiedy wyraziłeś chęć przyjaźnienia się ze mną. - odrzekła, wymijając go i kontynuując swoją podróż ku jedzeniu.
- Jules. - powiedział Darius i starał się popatrzeć na nią karcąco, ale jego nerwy topniały w zderzeniu z jej iskierką, a raczej pożarem pozytywnej energii. - Pytam, i ujmę to tym razem precyzyjnie, jak czujesz się po wypadku, który miał miejsce na meczu i po którym musiałaś spędzić ostatnie dwie doby w Skrzydle Szpitalnym?
- Poczekaj, szukam jakiejś niedokładności w Twojej wypowiedzi. - uśmiechnęła się wrednie.
- Nie wytrzymam z Tobą. Ale skoro masz siłę się ze mną do tego stopnia przekomarzać to wnioskuję, ze jest dobrze i nie próbuję już wyciągnąć z Ciebie informacji o stanie zdrowia. Wiem, ze jest to niemożliwe.
- Dlaczego? - zapytała i zdziwiona tym stwierdzeniem aż zatrzymała się z nogą zwisającą nad następnym stopniem.
- Bo Jules Justice nie użala się nad sobą i nie pozwala innym tego robić. - wyszczerzył się, odpłacając jej wrednością za wredność.
- Bardzo zabawne. I ryzykowne z Twojej strony drażnić mnie kiedy jestem głodna i niewyspana, a znasz mnie na tyle długo żeby wiedzieć, że taka jestem każdego ranka.
- Wiem, dlatego miałem zamiar odwiedzić się w szpitalu i nakarmić pysznym ,podwędzonym ze śniadania jedzonkiem. - poklepał znacząco torbę zwisającą mu z ramienia.
- Masz tam jedzenie? - Jules udawała, że zaczyna się ślinić patrząc na nią. - A ja właśnie miała zamiar odwiedzić Wielką Salę.
- Widzisz, już nie musisz. Urządzimy sobie mały piknik przy zielarni. Akurat zdążymy przed rozpoczęciem zajęć. - powiedział i sugestywnie po zejściu ze schodów skierował kroki w kierunku pracowni Zielarstwa.
- Za jedzeniem pójdę wszędzie. - zaśmiała się, ale jednak odwróciła głowę w stronę WS. - Tylko może kulturalnie byłoby pokazać się przy naszym stole i dowieść tego, że żyję?
- Wszyscy zainteresowani tym faktem będą z nami na lekcji. A reszta tylko zrobi sensacje z Twojego powrotu. - szybko odpowiedział, ale z ulgą dostrzegł, że Jules idzie za nim.
- Jest mi przykro. Naprawdę twierdzisz, że poza naszym Puchońskim rocznikiem wszyscy inni mają mnie tylko za dodatkową atrakcję ostatnich dni? Przecież oczywistym jest, że każdy w tej szkole mnie zna i kocha. - powiedziała to wyniosłym, słodkim tonem i na koniec wypowiedzi zamaszyście odrzuciła włosy do tyłu.
   Darius bardzo rozbawiony jej przedstawieniem, rozluźnił się nabierając już stuprocentowej pewności, że to z nim i tylko nim dziewczyna spędzi najbliższe pół godziny.
   Kiedy dotarli do wejścia do zielarni Jules zdjęła wierzchnią szatę i zaścieliła ją sobie na podłodze, po czym usiadła zanim Darius zdążył zaprotestować.
- Wyczarowałbym jakiś koc. W ostateczności transmutował w niego swoją szatę.
- Nie ma takiego potrzeby. Jest mi wygodnie. Gdyby nie było, sama bym zrobiła którąś z wymienionym przez Ciebie rzeczy.
- Szczerze wątpię. - odpowiedział siadając obok na ostentacyjnie tak samo rozścielonej szacie i wyciągając jedzenie. - Rzeczy też mogłaś pozbierać jednym machnięciem różdżki, ale musiałaś je pozbierać ręcznie.
- Jakie rzeczy...? A. Ty poważnie do tego wracasz? To było odruchowe, nieprzemyślane i naturalne.
- No właśnie. A dla czarownicy chyba co innego powinno takie być. - popatrzył na nią z przekąsem.
- Możesz być złośliwy ile chcesz, ale ja nie zamierzam używać magii przy wykonywaniu każdej najdrobniejszej czynności. Mam dwie ręce, dwie nogi i nie uważam normalnego używania ich za ujmę. - kończąc swój wywód wzięła rogalika i ugryzła do łapczywie. Nie było to zbyt dziewczęce, ale naturalne.
-Smacznego. Ty i te Twoje pokręcone zasady. - przewrócił oczami i wziął drugiego rogalika.
- Gdyby choć połowa ludzi miała odrobinę podobne to świat byłby piękniejszy. Jeśli nie ułatwiasz sobie życia, kształtujesz charakter i szanujesz pracę.
- Czy my nadal mówimy o pakowaniu torebki?
- Nie bądź ironiczny.
- Nie jestem. - oburzył się i wyprostował. - Zwyczajnie doceniam zaszczyt, który nas spotkał poprzez umiejętności, które mamy i skoro jesteśmy lepsi do mugoli to i życiu możemy mieć lepsze.
- Nie mów tak. - Jules zamarła kiedy mówił i patrzyła teraz na niego mrużąc groźnie oczy.
- Niby jak?
- Znam paru takich uważających się za lepszych od istot niemagicznych. Najogólniej można ich nazwać Śmierciożercami.
- Przesadziłaś wiesz. Jeśli któreś z nas jest radykałem to Ty, tylko w drugą stronę!
- I wcale nie zamierzam się za to stwierdzenie obrażać. - odparła i usiadła z założonymi rękami. Nie pierwszy raz zazgrzytało między nimi w tym temacie. To była wyraźna oznaka dorastania. Nie miałeś już takich samych poglądów, jak twoi przyjaciele, ale nie było to takie łatwe do przeskoczenia, bo i kwestie należały do znacznie poważniejszych niż dyskusja o tym, czy lepszą drużyną są Harpie czy Chluby.
- Nie obrażaj się. A jeśli już chcesz to na mnie, a nie na rogaliki. - powiedział chłopak i szturchnął ją zaczepnie, jednocześnie przystawiając jej jednego z nich do ust.
   Jules popatrzyła na niego, zaciskając usta i groźnie marszcząc brwi. Po czym wzięła rogalika od Dariusa i powiedziała:
- Ciesz się, że po pierwsze: nie umiem się długo gniewać, o czym doskonale wiesz. A po drugie: te rogaliki przepięknie pachną i cudnie smakują, o czym wiesz kusicielu tym bardziej.
   Oboje zaśmiali się i jak na komendę w tym samym momencie ugryźli aromatyczne pieczywko. Udało im się w ten sposób po raz kolejny uniknąć ideowo-poglądowej burzy i w spokoju dokończyć śniadanie zanim pod zielarnią zebrała się klasa. Jules, która była ogólnie dzięki swojej otwartości i wiecznemu optymizmowi ogólnie lubiana, została przywitana bardzo wylewnie. A Darius, patrząc jak dziewczyny ściskają szatynkę, na uboczu cieszył się swoim małym zwycięstwem, za które uważał uniemożliwienie spotkania przy śniadaniu czterech muszkieterów Hogwartu z ich nową maskotką.

piątek, 19 lutego 2016

Ogłoszenie :)

   Chciałabym poinformować i poprosić o parę spraw czytelników mojego bloga - mam nadzieję, że jesteście :)
Po pierwsze: postaram się umieszczać około 3 notek miesięcznie, z częstotliwością zapewne różną niż jedna na tydzień, ale liczę na zrozumienie - mam sporo nauki, której zwykłam poświęcać więcej czasu niż czemukolwiek innemu :D
Po drugie: przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy, które czasem wkradają się do notek i mogą budzić niesmak. Większość postów wstawiam w środku nocy (które z natury prawie zawsze zarywam) i choć staram się korygować głównie spowodowane zmęczeniem pomyłki, nie zawsze je wszystkie wychwycę :)
Po trzecie: Bardzo, ale to bardzo proszę o komentarze, opinie, pytania :))) Sygnał, że ,,jestem czytana", nawet taki zawierający negatywne uwagi :) jestem otwarta na krytykę i chcę cały czas ulepszać swój styl pisania :) W tym podpunkcie muszę i chcę oczywiście ukłonić się w stronę osoby, która wstawiła pierwszy komentarz - DZIĘKUJĘ BARDZO JESZCZE RAZ :)
   Pozdrawiam serdecznie :)